środa, 29 listopada 2017

Grażyna Barszczewska: „Czuję się potrzebna, a to wielkie szczęście”

Dzień, w którym poznałam Panią Grażynę Barszczewską uważam za jeden z tych, który zapamiętam do końca życia. Jestem pewna, że nie tylko w moich oczach ta znakomita aktorka ma wszystko, co cechuje ludzi wielkich, wybitnych, czyli – talent, pracowitość, ogromną pokorę do zawodu i szacunek dla każdego człowieka, a do tego jest kobietą niezwykłej urody. Czy można chcieć więcej?


Aktorka Teatru Polskiego w Warszawie, znana przez szeroką, kilku pokoleniową publiczność ze wspaniałych ról filmowych, telewizyjnych, teatralnych, a także słuchowisk radiowych, w ubiegłym sezonie wspaniałą premierą „Niezatańczonego tanga” – świętowała jubileusz 70. urodzin. Jak sama mówi, energii ma dużo, pomysłów również, gorzej może być tylko z ilością czasu, który byłby potrzebny, chociażby do czytania, które tak lubi.

O jubileuszowym przedstawieniu, pomysłach na sztuki, życiowych doświadczeniach i obserwacjach rozmawiamy z Grażyną Barszczewską.       

Za Panią niezwykle pracowity sezon, w którym obchodziła Pani jubileusz spektaklem  „Niezatańczone tango” – skąd pomysł na ten spektakl?

- Od wielu lat uważnie śledzę twórczość Wiesława Myśliwskiego. Pomysł, żeby na podstawie kilku powieści tego wybitnego prozaika, laureata wielu prestiżowych nagród napisać monodram, chodził mi po głowie już od kilku lat. "Niezatańczone tango” od początku pisałam z myślą o dwu postaciach: Matce i Synu. Rzeczywiście, przypadek sprawił, że premiera „Niezatańczonego tanga” zbiegła się z moją okrągłą datą urodzin i było to dla mnie i ważne i radosne przeżycie, także ze względu na obecność Autora i Jego przychylność. Natomiast pomysł, żeby Dominik Łoś był moim synem na scenie - nie był przypadkowy. Między główną bohaterką - Matką i Synem musi istnieć jakaś -  poza aktorska- wewnętrzna dobra energia, jakaś chemia, która sprawia, że relacje między tym dwojgiem są prawdziwe, przekonujące.


Posiada Pani znakomity dar wybierania wspaniałych tekstów do adaptacji na scenę, które są mało znane, można powiedzieć niszowe, a zawsze trafione. Świetnym przykładem są grane od 2011 roku w Teatrze Ateneum „Sceny niemalże małżeńskie Stefanii Grodzieńskiej”. Teraz doszło „Niezatańczone tango”. Musi Pani dużo czytać i mieć znakomitą intuicję, że to będzie dobre i przyciągnie widza…a to nie jest proste.

- Rzeczywiście - zdarza mi się słyszeć, że "mam nosa”! Wybór takiego, a nie innego materiału literackiego jest dla mnie oczywisty i dość prosty. Szkoda mi czasu na marną, trzeciorzędną literaturę czy grafomańskie wytwory pióra - wiadomo, dzisiaj…„każdy pisać może, trochę lepiej lub trochę gorzej” itd. - parafrazując znaną prześmiewczą piosenkę… Moją uwagę skupiam na literaturze  z wyższej półki, na wartościowych pozycjach. Pierwszym sygnałem jest tzw. pierwsze wrażenie, intuicja, emocje, które wychwytują moje rozgrzane policzki. Jeśli płoną, czuję w nich temperaturę, wiem, że to właśnie TO. I zwykle ten „mój nos” mnie nie zawodzi. Podobnie było z wyborem tekstów Stefanii Grodzieńskiej i Jerzego Jurandota.  „Sceny niemalże małżeńskie Stefanii Grodzieńskiej” - które gramy już 7 rok! - napisałam w proteście przeciwko marnej, często żenującej rozrywce, nie śmiesznym - w moim odczuciu- amatorskim programom, którymi żywią nas media, często traktujące odbiorców jak bezmyślny, niewybredny tłum.
Oczywiście są wyjątki, ale te można zliczyć do.. trzech...

A mnie ciągle cieszą i śmieszą piosenki Kabaretu Starszych Panów, teksty Stefanii Grodzieńskiej, abstrakcyjne żarty, groteska, zabawa słowem. I można wtedy nawet odważnie świntuszyć, ale w pięknej formie, smacznie, z klasą. Okazało się, że moje poczucie humoru jest na szczęście zbieżne z chęcią dobrej zabawy sporej części naszego społeczeństwa - i stąd też jak myślę nasze powodzenie.
Pyta pani o moje lektury… tak, rzeczywiście czytam sporo, choć uważam, że ciągle i tak za mało. Codzienna wieczorna lektura jest zwieńczeniem każdego mojego dnia, piękną nagrodą, która czeka na mojej szafce nocnej.

Cały czas ma Pani ogromną energię, siłę do kolejnych wyzwań i głowę pełną pomysłów.
Z czego to się bierze?

- Z tego, że jestem bardzo młoda! ( śmiech ),  a tak na serio…?.. wciąż czuję, że jest na mnie „zapotrzebowanie” i w rodzinie i w zawodzie. To wielkie szczęście - na które trzeba oczywiście cały czas pracować, a ja lubię to robić, więc… co tu marudzić.

Dlaczego nie zdecydowała się Pani na samodzielną reżyserię „Niezatańczonego tanga”?

 - To taka niepisana teatralna zasada, że kiedy gra się główną rolę i jest się cały czas na scenie - jak ja w „Niezatańczonym tangu” - to konieczne jest to „trzecie oko” na widowni, czyli reżyser, to bardzo ważna osoba. Oczywiście najchętniej taki reżyser, do którego ma się zaufanie, który potrafi przejść z analizy do syntezy, zaproponuje formę, potrafi skierować na główne tory akcję, jeśli ta zaczyna gdzieś zbaczać. Słowem: twórczy, inteligentny, wrażliwy, przygotowany i… jak jest jeszcze fajnym, mądrym, przyjaznym człowiekiem… to wielka frajda i pracuje się wtedy fantastycznie.

Dobór partnerów na scenę wspaniały. Jest Pani znakomitym obserwatorem ludzkich charakterów – jak Pani dobiera partnerów scenicznych, czym się Pani kieruje?

- Myślę, że wszyscy aktorzy są takimi domorosłymi psychologami, obserwatorami życia, ludzi, świata. Sama czasem łapię się na podglądaniu ludzi na ulicy, w teatrze, urzędzie. Podpatruję ich zachowania, reakcje, przywary, które potem wykorzystuję budując jakąś postać na scenie czy przed kamerą. To skażenie zawodowe.

Jak Pani odpoczywa? Co Panią najlepiej uspokaja w tym stresującym zawodzie?

- Cisza, i najchętniej na jakimś odludziu z bliskimi, z książką, dobrą muzyką, jakimś dobrym filmem...


Rozmawiała Małgorzata Gotowiec


Najbliższe spektakle: „Niezatańczone tango” – 29 listopada
„Marlena. Ostatni koncert” – 8, 9, 10 grudnia

poniedziałek, 20 listopada 2017

Frank Castle powrócił!

W piątek 17 listopada Netflix wypuścił długo oczekiwany serial Marvela "The Punisher". Od samego początku serial owiany był tajemnicą, producenci dawkowali przepływ jakichkolwiek wiadomości do opinii publicznej, trailerów, plakatów. Oficjalna data premiery została podana na miesiąc przed emisją. Osobiście czekałam z niecierpliwością na premierę Punishera, od września ubiegłego roku, od kiedy potwierdzono, że w rolę przyjaciela Franka Castle, Billy'ego Russo ma wcielić się Ben Barnes.


Punisher był kręcony przez pół roku w Nowym Jorku, na Brooklynie pod roboczą nazwą "Crime". Zdjęcia w plenerze kręcono zazwyczaj nocą, żeby uniknąć zainteresowania ludzi. Co najbardziej spodobało mi się w najnowszym Punisherze, to fakt, że w serialu występują zwyczajni ludzie. Nie mamy do czynienia z superbohaterami, których mnóstwo w produkcjach Marvela. Serial jest brutalny, leje się sporo krwi, ale jak sama nazwa wskazuje, nikogo nie powinno to dziwić. Tytułowy antybohater, były marine wraca do "żywych" aby pomścić krwawy mord na swojej rodzinie. Nie postanie, dopóki nie zabije ostatniego z winnych. Akcja narasta i wciąga widza, nawet tego, który nie do końca gustuje w przemocy. Nie brakuje zwrotów akcji i niespodzianek. Co warto zaznaczyć, mimo "męskich" scen, język jest wyjątkowo łagodny. Dzisiejsze produkcje charakteryzują się bardzo wulgarnym językiem, mowa zarówno o serialach polskich, jak i zagranicznych. Dlatego ku mojemu zaskoczeniu, i nie ukrywam zadowoleniu w 13 odcinkach nie padło żadne przekleństwo. Producenci może doszli do wniosku, że zrekompensują to nad wyraz realne, bardzo brutalne sceny walki i tortur. Czy pomysłodawcy serialu Punisher nie bali się, że okaże się on klapą? Powstało kilka filmów, z całkiem przyzwoitą obsadą, które mimo ciekawej fabuły okazały się nudne i dalekie od sukcesu. Oglądalność pierwszego weekendu pokazała, że serial z tytułowym Jonem Bernthalem (w roli Franka Castle) będzie sukcesem. Nie bez powodu Netflix od kilku sezonów plasuje się na czele kanałów najchętniej oglądanych na całym świecie. Amerykański kanał ma to coś i jak większość seriali oryginalnych bez względu na tematykę trzyma poziom. Wszystkie 13 odcinków obejrzałam z zapartym tchem, i choć czasami zakrywałam oczy, to z niecierpliwością będę oczekiwać drugiego sezonu. Niestety ku mojej rozpaczy piękna buzia Billy'ego Russo nie powali mnie już swoim czarem...

Serial oglądała i poleca Kasia

Warto się wybrać na Scenę na Woli

„Pociągi pod specjalnym nadzorem”, „Dziwny przypadek psa nocą porą”, „Historia Jakuba”, „Niedźwiedź Wojtek”, czy „Letnie osy kąsają nas nawet w listopadzie” -  to są spektakle, które warto zapisać w kalendarzu widza teatralnego i skierować kroki do Teatru Dramatycznego, na Scenę na Woli im. Tadeusza Łomnickiego w Warszawie. Scena ta trzyma równy, wysoki poziom już od dawna. Wrześniowa premiera „Pociągi pod specjalnym nadzorem”, inaugurująca nowy sezon utwierdziła mnie w tej opinii.   


Tekst Bohumila Hrabala w adaptacji Janusza Andermana wyreżyserował Jakub Krofta. W roli młodego kolejarza Milosza, który przeżywa przemianę z chłopca w mężczyznę możemy oglądać zdolnego, młodego aktora Otara Saralidze. Doskonale wiemy, że Czesi to pogodny naród i z każdej tragedii potrafią zrobić komedię i w tym przypadku jest tak samo. Akcja sztuki rozgrywa się w czasie II Wojny Światowej, ale bohaterowie Hrabala nie pozwalają jej usunąć ze swojego życia radości i seksu. Czasy tragiczne - giną ludzie, trwa walka, ale życie toczy się równolegle całkiem normlanie – ludzie się kochają, cieszą, jedzą…po prostu żyją.    

Jesień i zima - a te pory roku nas aktualnie interesują - sprzyjają zapoznaniu się z repertuarem teatralnym i nadrobieniem zaległości. Warto spędzić wieczór obcując ze sztuką na żywo. Ja przynajmniej do takich osób należę. Jak mamy przypływ gotówki, o co pewnie dość ciężko – to można wcześniej kupić bilecik, a jak kieszeń pusta, to warto przyjść wcześniej i stanąć w kolejce po wejściówki. Najważniejsze, aby w ten wolny wieczór, który mamy, wyjść z domu i skierować kroki do ulubionego teatru. Nasi mili czytelnicy chyba już wiedzą, które teatry nasza trójka lubi, które poleca. Teatr Wielki, a w nim przepiękne balety z ostatnią premierą „Balety Polskie”, Teatr Polski, Ateneum, Dramatyczny, Narodowy. W grudniu wybieramy się do Teatru Współczesnego na „Psie serce” i z pewnością napiszemy coś na ten temat. Mili nasi, nie leńcie się, tylko …do teatru.

Małgosia

Teatr Dramatyczny w Warszawie, „Pociągi pod specjalnym nadzorem”
21 września oglądała Małgosia

piątek, 3 listopada 2017

Piotr Bajtlik: „Ibsen – podróż w głąb siebie”

Teatr Polski w Warszawie zainaugurował sezon sztuką norweskiego dramatopisarza „Dom lalki”, czy inaczej „Nora”. To jeden z najsłynniejszych i często wystawianych na deskach teatralnych całego świata dzieł. Żyjący w latach 1828-1906 dramatopisarz był znany z ogromnego zaangażowania w walkę o prawa kobiet, o czym między innymi mówi najnowszy spektakl. Do jego najsłynniejszych utworów należą m.in. "Dzika kaczka", "Podpory społeczeństwa" oraz właśnie "Dom lalki" (inaczej "Nora"). Premiera na Scenie Kameralnej im. Sławomira Mrożka odbyła się w październiku.


Dramat opowiada historię Nory Helmer, żony i matki trójki dzieci, próbującej w tajemnicy przed mężem Torvaldem, spłacić dług, który - chcąc ratować jego zdrowie - zaciągnęła jakiś czas temu u jego przyjaciela Krogstada. W chwili przybycia do miasta swojej przyjaciółki Krystyny Linde, która - za wstawiennictwem męża Nory - zatrudniona ma zostać w banku, a tym samym przyczynić się do zwolnienia Krogstada, wierzyciel głównej bohaterki zaczyna ją szantażować. Jeśli ktoś nie czytał i nie zna dramatu, to będzie mógł go poznać wybierając się do Teatru Polskiego. 
O sztuce, pracy nad nią, nowym wyzwaniu, rozmawiamy z odtwórcą roli Krogstada – Piotrem Bajtlikiem.
Bardzo się cieszę, że ktoś w końcu sięgnął po Ibsena. Od dawna widzowie w Warszawie nie mieli przyjemności obcowania z jego twórczością. 
- Tak, to są teksty oparte na głębokiej analizie ludzkiej psychologii, przez co wiecznie aktualne. Jest to moja pierwsza na scenie przygoda z dorobkiem Henrika Ibsena. Niezwykle się cieszę, że stanęło przede mną takie wyzwanie – mówi w rozmowie z nami, aktor Teatru Polskiego Piotr Bajtlik.
- Niedawno skończyliśmy pracę nad sztuką Aleksandra Fredry „Mąż i żona”, a tu nagle taki przeskok. To fantastyczne, że w Teatrze Polskim możemy obcować z tak różnym repertuarem. Tym razem jest to Ibsen – fantastyczna przygoda, podróż w głąb siebie… Cieszę się, że biorę udział w tym projekcie – dodaje aktor.
Czytając „Dom lalki”, na samym początku odnosimy wrażenie, że Pana postać jest tą negatywną.  Jednak im dalej zgłębiamy tekst, ta opinia się zmienia. 
- Faktycznie, po pierwszym czytaniu, można odnieść wrażenie, że jest to typowy szwarccharakter. Jednak gdy wczytać się głębiej, to jest to facet, który walczy o swoją rodzinę, walczy o przetrwanie, o dzieci. To jest niesamowite, jakie tam się kryje drugie dno. Sporo rozmawialiśmy z reżyserką spektaklu, Agnieszką Lipiec-Wróblewską o Krogstadzie. Jej zdaniem to najnowocześniejsza postać w tym dramacie. I rzeczywiście coś w tym jest. Jest otwarty na to, co przyniesie kolejny dzień. Nic go już nie zaskoczy. Albo prawie nic. Samotny ojciec, facet po przejściach, wychowujący gromadkę dzieci… jakoś musi sobie radzić w tym życiu. Chwyta się różnych sposobów, nie zawsze najlepszych. Nie chcemy, żeby w naszej inscenizacji wyszło na to, że szantażowanie Nory łatwo mu przychodzi. On jest do tego zmuszony - właśnie przez życie, przez okoliczności od niego niezależne i być może w tym momencie po prostu inaczej tym przeciwnościom sprostać nie umie. Jest to niewątpliwie ważna postać dla sztuki i niezwykle ciekawa.
Życie zmusza nas do różnych posunięć, do różnych działań...
- Jak najbardziej. On chce się później z tego wycofać i właściwie się wycofuje. Kiedy odnajduje pewien rodzaj szczęścia, spokoju wewnętrznego dotyczący swojej rodziny, najbliższych - wycofuje się z tych wszystkich ciemnych, trudnych i niebezpiecznych posunięć. Nie chcę za dużo zdradzać. Trzeba przyjść, obejrzeć sztukę i samemu wyrobić sobie zdanie o niej i o jej bohaterach.
Wiadomo, że Ibsen walczył o prawa kobiet. Najskuteczniej mógł to robić właśnie piórem.
- Tego przykładem jest właśnie postać Nory, która odnajduje swoje powołanie, szuka swojej osobowości, szuka co to znaczy być sobą, jak być szczęśliwą. Co to w ogóle znaczy być szczęśliwym. Zwłaszcza w jej świecie. Świecie zdominowanym przez mężczyzn i ich „zasady”. Ci mężczyźni także są tacy troszkę zagubieni. W relacjach z kobietami i generalnie w relacjach w społeczeństwie. Trzymają się pewnych stereotypów społecznych, dziwnych, dziś dla nas niezrozumiałych, nie potrafią się otworzyć na drugą osobę. I to zarówno na kobietę, jak i na drugiego mężczyznę. Generalnie bohaterowie tej sztuki skupiają się głównie na sobie. Swoich problemach. Trzymają się tylko fasadowych, powierzchownych relacji. Takim wielkim otwarciem jest właśnie decyzja Nory. Być może kontrowersyjna, ale jest z pewnością takim jej wyzwoleniem. Ona musiała dojść do granicy psychicznej wytrzymałości, aby zrozumieć gdzie jest jej miejsce i co jest jej potrzebne do szczęścia. By zacząć widzieć, rozumieć i naprawdę rozmawiać chociażby ze swoim mężem.
Jak się pracowało nad sztuką?
- To była sinusoida emocji. Był czas śmiechu i czas łez. To było zderzenie silnych charakterów. Ale stopniowo odnaleźliśmy w tej wspólnej pracy harmonię. Chemia między twórcami jest bardzo ważna. Jestem przekonany, że to także przenosi się na widza.
Lubi Pan swoją postać?
- Jeszcze mi się chyba nie zdarzyło nie lubić postaci, którą gram. Owszem, może się zdarzyć, że praca nad rolą jest z jakichś przyczyn trudna.  Ale choć bywały spektakle, których nie kochałem, to granych przez siebie bohaterów chyba zawsze obdarzałem… co najmniej sympatią. Nawet w największych skurczybykach można znaleźć coś fajnego dla siebie. Żaden człowiek nie jest tylko czarny albo biały. Dlatego ja tego mojego Krogstada bardzo lubię.
Można chyba powiedzieć, że Teatr Polski jest Pana drugim domem?
- Jak najbardziej. Jestem w zespole Teatru Polskiego właściwie niemal od momentu ukończenia Akademii Teatralnej. To już prawie 12 lat. Praca w teatrze daje mi ogromną radość i stawia przede mną kolejne ciekawe wyzwania. Wiadomo, czasami trudno połączyć życie prywatne z rozbudowanym życiem zawodowym. Dzielimy nasz czas na teatr, film, radio, dubbing itd.., czego nie potrafią pojąć nasi koledzy z Europy zachodniej. Cóż. Takie mamy czasy. Jednak teatr jest dla nas rdzeniem, i tym, co nam daje bazę warsztatową do innych działań, bo tu się najwięcej uczymy i tu się rozwijamy. I to właśnie tutaj prawdopodobieństwo wzięcia udziału w przedsięwzięciu o wybitnych walorach artystycznych jest największe.

Rozmawiała Małgorzata Gotowiec

Spektakl oglądała Małgosia – 5 października
Najbliższe przedstawienia – 1, 2, 3, 5, 28, 29, 30 grudnia

piątek, 27 października 2017

Hubert Paszkiewicz: „Mam wymarzony start”

 "Nikt” – ironiczna i gorzka rozprawa o międzyludzkich relacjach. Sztukę izraelskiego pisarza Hanocha Levina od 21 października możemy oglądać w Teatrze Narodowym, na Scenie przy Wierzbowej. Przedstawienie reżyseruje Artur Tyszkiewicz. W roli głównej Chefeca, tytułowego Nikta znakomity aktor Mariusz Benoit. Na deskach Teatru Narodowego możemy też oglądać inne przedstawienie pióra Levina – „Udręka życia”.

O spektaklu i początkach pracy teatralnej rozmawiamy z młodym aktorem Hubertem Paszkiewiczem.


Hubert Paszkiewicz jest jeszcze studentem V roku Wydziału Aktorskiego Akademii Teatralnej w Warszawie, a już od 2017 roku należy do zespołu Teatru Narodowego. W ostatnich dwóch sezonach teatralnych współpracował z Teatrem Polskim w Warszawie, grając w sztuce Stanisławy Przybyszewskiej „Thermidor”. W najnowszej prapremierze Teatru Narodowego, w spektaklu „Nikt” Hanocha Levina, wciela się w postać Warszawiaka, narzeczonego Fogry.

Co jest tak intrygującego i ciekawego w twórczości Hanocha Levina, że jego sztuki dość często są wystawiane?

Faktycznie, jest coś intrygującego w jego dziełach. Wydaje mi się, że absurd jest tym czymś, co tak bardzo pociąga w sztukach Levina. Jego teksty są przepełnione absurdem. Gram postać Warszawiaka i jest to bohater odklejony od całości. Całkiem różniący się od innych. Pochodzi spoza tego środowiska – jak imię wskazuje – chłopak jest z Warszawy. On nie ma zielonego pojęcia, co się dzieje w tym domu. Ma zamiar ożenić się z Fogrą, nie zdając sobie do końca sprawy z tego, na co się pisze. Dopiero kiedy przychodzą do rodziców Fogry, na początku spektaklu, to coś mu się wyjaśnia, ale zawsze jest w tym wszystkim o krok za Fogrą. Ona jest tak szybka w podejmowaniu decyzji, że on po prostu za nią nie nadąża. Fogra rozstawia wszystkich po kątach, wszystkimi kieruje, w niektórych scenach widać to bardzo dobitnie. Warszawiak w pewnym momencie przechodzi na stronę Fogry i następuje jego destrukcja i demoralizacja. Nie chciałbym zdradzać jak to wszystko się kończy…po prostu zapraszam do teatru.  Reżyser Artur Tyszkiewicz powiedział, że ta sztuka jest napisana w stylu Levinowskim i trudno jednoznacznie  nazwać ją dramatem, komedią, czy komediodramatem. Nawet nie starałbym się rozpatrywać jej w takich kategoriach. Każdy sam może wyrobić sobie na ten temat zdanie…i wydaje mi się, że o to w tym spektaklu właśnie chodzi.

Jesteś bardzo młodym człowiekiem, na początku swojej aktorskiej drogi. A praca z takimi wybitnymi aktorami, z którymi się spotkałeś przy tworzeniu sztuki jest z pewnością sporym przeżyciem.

Obsada jest bardzo zacna. Praca z takimi aktorami to wielka przyjemność, ale również wyzwanie. My z Lidką jesteśmy z jednego roku, graliśmy razem w spektaklu dyplomowym „Pelikan/Zabawa z ogniem” w reżyserii Jana Englerta w Akademii Teatralnej. Jest to dla nas początek wielkiej przygody, spełniają się marzenia. Nikt nie mówił, że będzie łatwo, i że droga będzie przyjemna i usłana różami, ale wydaje mi się, że to wszystko jest warte ciężkiej pracy, poświęcenia i doświadczenia, które nas po drodze spotyka. Ogromną szansą jest to, że od razu, po szkole, trafiłem do teatru. Zawdzięczam to przede wszystkim profesorowi Janowi Englertowi, ponieważ to on z nami pracował, miał okazję nas obserwować i poznawać. Prowadził z nami zajęcia na pierwszym i trzecim roku. Pracował również przy dyplomie i zna nas od  „podszewki”.

Opowiedz o kulisach przejścia do Teatru Narodowego.

Zaczęło się od tego, że Marcin Hycnar zaprosił mnie do „Opowieści Zimowej”, i po tym przedstawieniu dyrektor Jan Englert zaproponował mi udział w  przedstawieniu „Nikt”. Dostałem propozycję dołączenia do zespołu. Dopiero zaczynam swoją drogę i wiem doskonale, ile przede mną pracy, ale jestem szczęśliwy, że póki co wszystko idzie tak jak bym sobie tego życzył.

Rozmawiała Małgorzata Gotowiec



Role Huberta Paszkiewicza w Teatrze Narodowym:
ROLE (do 31 sierpnia 2017 gościnnie), Soplicowo – owocilpoS. Suplement, Piotr Cieplak, reż. Piotr Cieplak, 2016 rok
WIELMOŻA CZESKI; SATYR (do 31 sierpnia 2017 gościnnie), Opowieść zimowa, William Shakespeare, reż. Marcin Hycnar, 2017 rok
Teatr Polski: „Thermidor”
"Thermidor" opowiada o wydarzeniach historycznych, ale zarazem jest sztuką współczesną – przedstawia mechanizmy polityczne, które działają nie tylko w momentach wielkich przełomów. Stanisławę Przybyszewską fascynowała Wielka Rewolucja Francuska; spośród jej działaczy upodobała sobie Robespierre`a, czyniąc zeń męża opatrznościowego. W "Thermidorze" ukazała kluczowy moment rządów jakobińskich, gdy zastosowany jako narzędzie naprawiania świata terror przekracza wszelką miarę, a Robespierre zaczyna być postrzegany jako doktryner, który zmierza do dyktatury. W najbliższym otoczeniu Robespierre`a zawiązuje się spisek na jego życie.

czwartek, 12 października 2017

Wielki teatr za niewielkie pieniądze


Kto z nas nie lubi choćby raz na jakiś czas wybrać się do teatru? Nie mówię tu o ludziach (do których też się zaliczam), którzy nie przeżyją bez teatru miesiąca, a nawet tygodnia. Wybieramy to, co lubimy. Sztuki ambitne, klasykę, czasem dramatyczne i przygnębiające, ale wnoszące coś cennego do naszego życia. Innym razem wybieramy mniej ambitne komedyjki, na które przyznam, szkoda mi czasu, ale każdy ma prawo lubić coś innego. Ważne, aby mieć żywy kontakt ze sztuką. A teatr to sztuka, teatr to życie.

Miałam latem okazję wybrać się do Londynu, by odwiedzić szekspirowski teatr The Globe i obejrzeć „Wiele hałasu o nic”. Fantastyczne przeżycie za niewielkie pieniądze. Pragnę tu zaznaczyć, że nie trzeba dysponować wielkimi pieniędzmi, ani być poliglotą, żeby cieszyć się z obcowania ze sztuką, jaką jest oglądanie Szekspira w oryginale na angielskiej ziemi. Sam fakt bycia tam powodował, że ciarki przechodziły mi po całym ciele. Bilety do The Globe kupiłam z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem przez internet. Język Williama Szekspira nie należy do najłatwiejszych, nawet rodowity Anglik ma niekiedy problem z jego zrozumieniem, a co do dopiero obcokrajowiec. 

Także i na to są sposoby. Można wybrać sztukę, którą chcemy obejrzeć i przeczytać dzieło Szekspira wcześniej po polsku. Rozpiętość cenowa też jest na każdą kieszeń, ceny biletów kształtują się już od 5 funtów, na miejsca stojące wokół sceny, które cieszą się ogromną popularnością. Kto z nas nie zna „Wiele hałasu o nic”? Jeśli nie mieliśmy okazji przeczytać sztuki, to z pewnością oglądaliśmy ekranizację kinową z Emmą Thompson i Kennethem Branaghem. Przednia zabawa dla każdego. Teatr The Globe jest jedyny w swoim rodzaju. Jakbyśmy przenieśli się w czasy elżbietańskie. I tak jak przed wiekami ma kształt okręgu, z podziałem miejsc na stojące (tańsze) i siedzące (droższe). Dach umieszczony jest tylko nad sceną, co dodatkowo potęguje niesamowitą atmosferę. Nad stojącą publiką widać niebo, a czasami pada na nią deszcz. Miłośnikom teatru gorąco polecam odwiedzenie tego magicznego miejsca. Ja mam nadzieję jeszcze tam wrócić.
Kasia

środa, 20 września 2017

Sezon baletowy w Teatrze Wielkim rozpoczęty

Moja miłość do baletu i pełne zrozumienie tej sztuki rodziło się latami. Pierwszą miłością była muzyka klasyczna i śpiew. Pół dotychczasowego życia poświęciłam muzyce chóralnej i pewnie, gdyby nie sportowe wybory – to moje życie zawodowe byłoby w jakimś stopniu związane z muzyką. Stało się jednak inaczej i nie ma co rozdzierać nad tym szat, bo to do niczego nie prowadzi. Z perspektywy lat, mogę powiedzieć, że niczego nie żałuję i jestem zadowolona z tego, co mam i czym się zajmuję. Od lat to opera była mi bliższa i wszelkiego rodzaju koncerty, ale to się zmieniło. Obecnie, a trwa to już około ośmiu lat, to balet stał się moim „konikiem” i nie wyobrażam sobie kulturalnego życia bez tej odmiany sztuki.
Jako mała dziewczynka pamiętam, jak mamusia zaprowadziła mnie po raz pierwszy do Teatru Wielkiego na „Dziadka do orzechów”, czy też nieco później na „Jezioro Łabędzie” – podobało mi się, ale jak sięgam pamięcią to właśnie przepiękna muzyka Piotra Czajkowskiego najbardziej zapadła w mej pamięci i sercu. Oczywiście jak każda mała istota uwielbiałam taniec czterech łabędzi i zawsze słysząc te takty – podskakiwałam w pokoju, próbując naśladować baletnice.


 Jednak moje młode lata poświęciłam lekkiej atletyce i jestem wdzięczna tacie, że mnie na Akademię Wychowania Fizycznego zapisał i pozwolił trenować…baletnicy raczej ze mnie by nie było, ale śpiewaczką chóru w Teatrze Wielkim – może tak. Trzeba było jednak wybrać – sport albo szkoła muzyczna i wspólnie z rodzicami wybraliśmy sport i dobrze! Jednak dobry los postawił na mojej drodze moją przyjaciółkę – Marysię, która razem z Kasią i mną tworzy ten blog. I nie będę ukrywała, że to Marysia otworzyła mi szerzej oczy na balet. Marysia trochę uprawiała sztukę baletu i może, gdyby nie słuszny wzrost – zostałaby baletnicą. Spotkałyśmy się w dziennikarskiej pracy i połączyła nas przyjaźń i miłość do teatru i do Teatru Wielkiego. Od kilku ładnych lat Polski Balet Narodowy z roku na rok podnosi swój poziom i uzyskuje coraz mocniejszą pozycję na światowej mapie baletu, a to ogromna zasługa Dyrektora i znakomitego choreografa Krzysztofa Pastora. Krzysztof Pastor w 2009 roku został Dyrektorem PBN.

Pamiętam, jak kilka lat temu wybrałyśmy się na „Sen Nocy letniej” i na „Romeo i Julię” i poczułam, że serce mocniej mi zabiło po obejrzeniu tych znakomitych baletów. I tak to można połączyć, że moja przyjaciółka i również uwielbienie dla Williama Szekspira odmieniły moje upodobania. Teraz ze spokojem i pewnością mogę powiedzieć, że balet jest moją miłością. W ostatnich latach nie widziałam spektaklu w wykonaniu Polskiego Baletu Narodowego, który nie zrobiłby na mnie ogromnego wrażenia. „Poskromienie złośnicy” – cudowne -  i na ten balet tak jak i na przepiękny spektakl „Dziadek do orzechów i Król Myszy” - spokojnie można zabrać swoje pociechy. Spodoba im się z pewnością. „Chopiniana” z rewelacyjnym „Bolero” w choreografii dyrektora– aż ciarki po plecach przechodzą i chciałoby się, aby ten taniec nigdy się nie skończył, a także niezwykła „Chroma” (choreografia Wayne McGregor). Szekspirowska wersja „Burzy”  – entuzjastycznie przyjęta w Sankt Petersburgu, a jak powiedział w rozmowie z  naszym blogiem pierwszy solista PBN Vladimir Yaroshenko – rosyjska widownia nie jest szybka w  wydawaniu dobrej opinii baletom nie klasycznym. - Zdecydowanie łatwiej odnieść sukces jak się do Rosji przyjedzie z klasyką, a „Burza” jest w gatunku neoklasyki. Z tego też względu dobre opinie są dla nas bardzo cenne – mówił nam Vladimir.

„Obsesje”, „Hamlet”, „Persona” i „Darkness” w Sali Emila Młynarskiego, brawurowy „Don Kichot” i romantyczny „Casanova w Warszawie”. Wiele z tych tytułów nie będziemy mogli obejrzeć w tym sezonie, ale za to szykują się nowe tytuły – wkrótce premiera „Baletów Polskich”, a w przyszłym sezonie „Damy Kameliowej”. Będzie się działo, na nudę narzekać nie będziemy. Jak każdy – mam swoich ulubionych tancerzy – Yuka Ebihara i Vladimir Yaroshenko do nich należą – talent, ciężka praca, miłość do swojej pracy i wdzięk - czyli mają wszystko co w balecie najważniejsze.
Przeczytałam w jednej z recenzji po premierze „Jeziora Łabędziego”, że Vladimir Yaroshenko wart jest wszystkich pieniędzy, aby tylko zatrzymać mistrza w Warszawie. Zgadzam się z tym całkowicie, dodam, że duet Ebihara i Yaroshenko i cały nasz balet wart jest bardzo dużo. Pielęgnujmy ich, dopieszczajmy, kibicujmy, aby przez wiele jeszcze lat dawali nam radość, abyśmy mogli podziwiać ich umiejętności na Scenie Teatru Wielkiego, a potem niech ci najlepsi uczą następny młody „narybek” baletowy. I niech się to wszystko pięknie kręci.


Sezon baletowy kończyłam i zaczęłam ostatnią premierą, jaką było „Jezioro Łabędzie” w choreografii Krzysztofa Pastora. Jeśli widz chce spędzić wspaniały wieczór – to zdecydowanie powinien udać się na „Jezioro Łabędzie” do Teatru Wielkiego. Przedstawienie jest w mojej ocenie – genialne. Możemy być dumni, że polski choreograf tak znakomicie i nowatorsko stworzył nową wizję spektaklu baletowego, chyba najbardziej popularnego, a zarazem niezwykle trudnego i wymagającego dla tancerzy. Wiedza, przemyślana inscenizacja i znakomita współpraca Pawła Chynowskiego, który stworzył nowe libretto i Krzysztofa Pastora, który dał nam, widzom niezapomniane przedstawienie z choreograficznymi popisami. Nie każdy balet na świecie ma to szczęście, że dyrektorem jest wspaniały choreograf – Warszawa ma to szczęście. Krzysztof Pastor, jak mówił na spotkaniu z dziennikarzami przed premierą „Jeziora Łabędziego” – ma sentymentalny stosunek do tego właśnie baletu, gdyż tańczył w nim jako młody chłopak. „Jezioro Łabędzie” w Teatrze Wielkim kończy z radzieckimi kopiami, które powielano latami. W Warszawie śledzimy przepiękną historię romansu carewicza Mikołaja z polską tancerką Matyldą Krzesińską, a w tle zabawy na dworze, manewry wojskowe i oczywiście wiernie zachowany akt biały z łabędziami, czyli te perełki do których cały świat jest tak mocno przywiązany. Mamy przepiękną, nową wersję jednego z najpopularniejszych światowych baletów. – Pracowałem rok nad tym baletem. To musiało być coś wizjonerskiego – powiedział Krzysztof Pastor. I tak się stało. W kraju nad Wisłą mamy „Jezioro Łabędzie”, jakiego świat jeszcze nie widział i cieszmy się z tego, bądźmy dumni. Mamy wspaniałych tancerzy, znakomity balet, który jest zapraszany na występy na całym świecie i nie musimy się niczego wstydzić. Głowy możemy nosić wysoko.     

Małgosia

„Jezioro Łabędzie” w tym roku możemy jeszcze podziwiać - 26, 27, 28 września oraz 24, 25 i 26 listopada.
Zachęcamy serdecznie do zapoznania się z programem Teatru Wielkiego na cały sezon 2017/2018. Jeszcze trochę biletów zostało, a trzeba dodać, że na niektóre balety rozchodzą się jak przysłowiowe „ciepłe bułeczki”.

czwartek, 10 sierpnia 2017

Ania na nowo odczytana

Wiosną w ofercie Netflixa pojawił się serial na motywach "Ani z Zielonego Wzgórza". Nie jest to wierna ekranizacja książki, a raczej adaptacja części wątków z dodanymi pomysłami fabularnymi. Dla wszystkich fanów serii książkowej - pozycja obowiązkowa.

(uwaga: wpis zawiera mnóstwo spojlerów)

Seria książek L.M. Montgomery o Ani była jedną z moich ulubionych lektur dzieciństwa. Pierwsze pięć tomów (do "Wymarzonego domu Ani" włącznie) czytałam przez wiele lat właściwie na okrągło, z krótkimi przerwami. Pewnie, gdyby ktoś wtedy zorganizował teleturniej ze znajomości tych kilku książek, to miałabym szanse co najmniej na finał ;) Teraz czytam serię o Ani raz na parę lat, chętniej za to sięgnęłam do książek o autorce i jej dzienników. Moja wizja świata Ani jest od dość dawna odległa od tej cukierkowej opowieści z Megan Follows w roli tytułowej, która powstała w latach 80. Megan zdecydowanie nie była moją Anią, a cały serial irytował mnie zamiast cieszyć.

Jak łatwo się domyślić, informację o serialu Netflixa, zmieniającym historię Ani w wielu wątkach i raczej mrocznym, przyjęłam z dużym zainteresowaniem. Gdy nadarzyła się okazja obejrzenia, od razu zasiadłam i pochłonęłam siedem odcinków w trzy dni. I co? Jestem na tak. Mimo że zmieniono te historie, które znam na pamięć, mimo że pierwsza sukienka z bufami była niebieska a nie brązowa ;) Jeśli tylko powstanie drugi sezon serialu, obejrzę go niezwłocznie.

Ania w nowej wersji jest niemal dokładnie taka, jaką ją sobie wyobrażałam przez lata lektury. Nieładny chudzielec z dużymi oczami i rudymi warkoczami (trochę lichymi, co odstaje od opisu L.M. Montgomery, podkreślającej gęstość Aniowej czupryny). Jest egzaltowana i bardzo sympatyczna, a w czasie, który obejmują odcinki sezonu, nabiera stopniowo ogłady. Pozostałe postaci też doskonale obsadzono. Kostyczna Maryla mięknie od czasu do czasu, a jej kontrast wizualny z przysadzistą panią Linde jest znakomity. Mateusz wprawdzie nie ma brody, ale jego wrażliwość i bezradność w sprawach praktycznych są pięknie odegrane. Gilbert jest taki jaki powinien być: ładny chłopiec o miłym usposobieniu. Interesujące jest dodanie Billy'emu Andrewsowi charakteru dyżurnego gnębiciela słabszych - ciekawe, czy w serialu dorosły Billy też oświadczy się Ani (o ile powstaną kolejne odcinki)...

Psychologia postaci jest interesująco pogłębiona przez dodanie wątków. Dowiadujemy się więcej o przemocy (fizycznej i psychicznej), której doznała Ania. Podobne historie słyszy się dziś, podobnie bywało w sierocińcach tuż po wojnie, niewątpliwie nie lepiej było pod koniec XIX wieku. W książce trudy sierocego życia przed przybyciem na Zielone Wzgórze pojawiły się w tle (pamiętacie rozmowę Ani z Marylą, gdy wybierały się do pani Spencer, aby wyjaśnić pomyłkę?), w serialu pokazane są wprost, w formie retrospekcji wpływających na zachowania Ani w Avonlea. Samotne życie rodzeństwa Cuthbertów też zostało obudowane wątkami pokazującymi, że niekoniecznie to był ich niezależny wybór.

W serialu dodano wiele wątków/scen/dialogów o wyraźnie feministycznym podtekście. Ciekawy zabieg, w delikatny sposób podważający pozorną doskonałość świata stworzonego przez L.M. Montgomery. Takie podejście zachęca do krytycznego poznawania świata Ani i być może będzie pomocne w odbiorze historii przez nowe pokolenie widzów. Zobaczymy.

Dla niezdecydowanych, czy warto oglądać, dodam na zachętę, że Wyspa Księcia Edwarda jest w serialu pokazana pięknie, ale bez przesłodzenia, podobnie kostiumy cieszą oczy. Kolorystyka całości jest w klimatach bliskich kadrom "Szeregowca Ryana" lub filmów Tima Burtona, a czołówka w stylu "Alicji w krainie czarów" dodatkowo pogłębia umowność konwencji.

Serial oglądała i poleca Maria

Mateusz Łapka: „Pragniemy dotrzeć do widza myślącego”

„Kandyd, czyli optymizm” – to filozoficzna powiastka napisana przez Voltaire’a, w przekładzie Tadeusza Boya-Żeleńskiego. Na potrzeby premiery w Teatrze Ateneum opracował ją Maciej Wojtyszko i Krzysztof Orzechowski. Muzykę do spektaklu napisał Jerzy Derfel. Historia przedstawia losy młodego mężczyzny, obdarowanego przez los „charakterem najłagodniejszym na świecie”, wychowanym w „raju na ziemi”, który na skutek różnych nieszczęśliwych wydarzeń zostaje z tego raju wygnany i skazany na tułaczkę po świecie. „Kandyd, czyli optymizm” był ostatnią premierą minionego sezonu w Teatrze Ateneum w Warszawie.


O przedstawieniu, jego realizacji i przesłaniu rozmawiamy z jednym z odtwórców roli w spektaklu - Mateuszem Łapką.
To, co chcieliśmy przedstawić, to historia chłopaka, który wybiera się w podróż po świecie. Dokładniej mówiąc, zostaje do tego zmuszony. Nasz bohater poszukuje najlepszego miejsca do życia, raju na ziemi. Okazuje się, że nigdzie nie może takiego idealnego miejsca znaleźć. Wszędzie coś mu nie odpowiada, coś jest nie tak. Zadaje sobie pytania, gdzie ono jest, i czy w ogóle istnieje? Już kiedyś żył w utopijnej przestrzeni, ale nie może jej ponownie odnaleźć. Spektakl grany jest w dość zabawny i lekki sposób, natomiast poruszamy w nim ważny temat. Wszystkie teksty piosenek są napisane od nowa, i dlatego są bardzo aktualne. Opowiadają o tym, co dzieje się wokół nas, na co dzień, lecz nie mówią o tym wprost. Myślę, że każdy znajdzie w tej propozycji repertuarowej coś dla siebie. Jednych przyciągnie lekka forma spektaklu, a drugich przyciągnie to, o czym chcemy przez tę formę opowiedzieć, a mianowicie, o tym co kryje się pod tekstem sztuki, a to moim zdaniem jest najważniejsze - mówi w rozmowie z nami aktor Teatru Ateneum Mateusz Łapka.

Satyra… coś na pograniczu absurdu, czy rzeczywistość?

Według mnie to się sprytnie miesza. Są sceny bardzo zbliżone do naszego codziennego, rzeczywistego świata. Inne są natomiast nierealne, są wytworami naszej wyobraźni. Moim zdaniem całość świetnie się uzupełnia.

Chyba fajnie się Wam nad tym pracowało? Emanujecie ciepłem, taką jednością, a tego dawno w teatrze się nie widziało.

Uważam, że to była trudna praca - potrzebna, rzetelna, przyjemna – oby owocna. Wymagała jednak od nas czegoś więcej. Praca nad samym materiałem była dość mozolna, trochę się z nim „boksowaliśmy”. Musieliśmy połączyć aktorstwo, elementy tańca z trudną muzyką Jerzego Derfla. Dużo czasu spędziliśmy na uczeniu się tekstów piosenek i ciągłym śpiewaniu. Wielkie słowa szacunku i podziękowania dla Wojtka Borkowskiego, który jest kierownikiem muzycznym. Wszystkie aranżacje są jego dziełem, uwspółcześnił je, dorzucił  m.in. bas, perkusję. Dzięki tym zabiegom pojawiło się nowe brzmienie. Muzyka na żywo jest cudowna w teatrze. Daje dodatkową energię, która różni się od muzyki odtwarzanej z nagrania. Towarzyszą nam muzycy, którzy widzą co robimy na scenie, dostosowują się do nas. Niesamowite, kolejne nowe dla mnie doświadczenie w pracy teatralnej.

Pusta scena, prawie bez żadnej scenografii. Jest tylko zespół muzyczny w tle i aktorzy. Spore wyzwanie przed grającym zespołem aktorskim. I nie można nie wspomnieć o choreografii, znakomitej polskiej mistrzyni baletu, Pani Zofii Rudnickiej.


Mieliśmy okazję spotkać się z Panią Zofią. Wzięła pod swoje skrzydła całą choreografię. Praca na pustej scenie nie jest łatwa, bo nie mamy nic, co mogłoby nam pomóc, za czym możemy się czasem schować. Musimy sobie jakoś radzić, ale myślę, że to sprzyja takiemu poczuciu, że masz partnera, więc musisz załatwiać z nim sprawę. Nie ma nic na boku, co mogłoby odwrócić naszą uwagę. Pełna koncentracja i ciągła obserwacja siebie nawzajem.

Kostiumy do spektaklu zostały zachowane z XVIII wieku i to chyba też jest dobry pomysł? 

Kostium, to jeden z ważnych elementów przedstawienia. Od początku był pomysł na to, by kostiumy utrzymać w takiej tonacji. Najważniejsze jest to, co niesiemy, o czym mówimy. A teksty, jak mówiłem, są współczesne, zatem łatwo jest je przełożyć na dzisiejsze realia. Sądzę, że to, czy byłbym ubrany w rajtuzy, czy w spodnie z dziurami, nie miałoby żadnego znaczenia. Każdy z aktorów często się przebiera. Schodzimy ze sceny na chwilę, żeby powrócić w innym ubraniu do następnej sceny. Za kulisami jest gorąco i trzeba się śpieszyć. Nie ma przerw, sceny płynnie przechodzą jedna w drugą.

Do jakiej publiczności bardziej trafi ten spektakl?

Kto będzie chciał znaleźć w nim coś swojego, z pewnością to odnajdzie. Dla spektaklu dobrze by było, żeby przychodzili widzowie w różnym wieku. Ludzie, którzy chcą słuchać tego, co się do nich mówi. Chcą odczytać tekst, niekoniecznie się z tym zgodzić. Ważne, żeby się z tym zmierzyć. Zadać sobie pytanie, ile jest sensu, w tym, co mówimy, co przekazujemy na scenie. Czy mówimy tylko po to,  żeby mówić. O co nam de facto chodzi. Życzyłbym nam wszystkim, żeby pojawił się w teatrze widz myślący.

Rozmawiała Małgorzata Gotowiec


Teatr Ateneum w Warszawie, „Kandyd, czyli optymizm”, Mateusz Łapka, foto Krzysztof Bieliński.
Spektakl widziała 25 maja – Małgosia.
Najbliższe przedstawienia – 12, 13, 14 września.

piątek, 21 lipca 2017

Kultura na wakacje

Czy podczas letnich miesięcy faktycznie odpoczywamy od kultury? Obowiązujący niegdyś wakacyjny okres „ogórkowy”, gdy nic ciekawego nie było ani w kinach, ani w teatrach, na szczęście już nie funkcjonuje. Mimo, że niektóre teatry zamknęły swoje drzwi na okres wakacji, to w zamian pojawiły się inne możliwości obcowania z kulturą. W dużych i mniejszych miastach nie brakuje imprez kulturalnych, a ich wachlarz jest naprawdę ogromny. Co ciekawe, często imprezy kulturalne – zwłaszcza te pod chmurką – odbywają się za darmo.


W Warszawie na Polu Mokotowskim wystartowała Filmowa Stolica Lata 2017. Plenerowe kino będzie można śledzić do 2 września. Na  leżaku pod niebem filmy można też oglądać przed PKiN. W ofercie pozycje nagrodzone, nieco zapomniane, a warte przypomnienia. Dla melomanów muzyki w Łazienkach Królewskich już po raz 58. wystartował sezon Koncertów Chopinowskich. Na fortepianie tradycyjnie ustawionym pod pomnikiem Chopina zagra wielu znanych muzyków. Organizatorzy wprowadzili w tym roku nowość – Koncertów Chopinowskich można także posłuchać w internecie.
Stara Dziekanka na Krakowskim Przedmieściu zaprasza w każdą środę o godzinie 18 na koncerty na malowniczym dziedzińcu. Gdy pogoda zawiedzie w Sali Koncertowej „Dziekanki”. To już 17. edycja Letnich Wieczorów Muzycznych. Na koncerty także wstęp wolny.
  
Na Starówce tradycyjnie, jak w każde wakacje można posłuchać jazzu. Do 26 sierpnia będą nas zachwycać swoimi występami wirtuozi zarówno zagraniczni, jak i krajowi. Wszystko to w ramach  23. Międzynarodowego Plenerowego Festiwalu „Jazz Na Starówce”.

Nie wszystkie teatry „odpoczywają” w wakacje. Jak co roku Teatr Dramatyczny zaprasza na Letni Przegląd Teatru Dramatycznego. Do końca lipca trzy sceny teatru oferują sztuki nowe oraz te, które po wielomiesięcznym wystawianiu żegnają się z widzami.


Teatr Wielki przedłużył do 12 sierpnia możliwość oglądania wystawy „Cały Teatr Na Naszej Głowie”. Niezwykle ciekawa wystawa modowa w trakcie sezonu cieszyła się ogromnym zainteresowaniem. Niezliczona ilość kapeluszy, meloników, hełmofonów, rogatywek, czepków została przeniesiona z teatralnych magazynów do przestrzeni Galerii. Dzięki czemu każdy może obejrzeć spektakularny kapelusz ze spektaklu Madame Butterfly oraz wiele innych nakryć głowy.


Jak widać, w wakacje nie musimy się nudzić. Nawet gdy pogoda nie dopisuje, czeka na nas wiele możliwości. Trzeba tylko nieco się wysilić, i wykazać się dobrą wolą, aby poszperać i znaleźć dla siebie coś ciekawego.
Kasia