Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Teatr Ateneum w Warszawie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Teatr Ateneum w Warszawie. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 kwietnia 2026

Jan Wieteska o najnowszej sztuce w Teatrze Ateneum

Mikołaj Grabowski wraca do Teatru Ateneum w Warszawie. Podjął się niezwykle trudnego zadania, jakim było wystawienie na scenie dzienników Mirona Białoszewskiego. Jednak kto, jak nie ten właśnie znakomity reżyser, mógł się za to zabrać, gwarantując doskonałe efekty we współpracy z doborowym zespołem aktorskim Ateneum?



Autorem "Chamowa" jest jeden z najwybitniejszych poetów i pisarzy współczesnych, Miron Białoszewski. W połowie 1975 roku przeprowadził się z centrum Warszawy na drugą stronę Wisły, na Saską Kępę. Ale nie tę historyczną, od przedwojnia uchodzącą za dzielnicę warszawskiej inteligencji, tylko do jednego z nowych bloków ery gierkowskiej. Starzy mieszkańcy Saskiej Kępy szybko nadali tej dobudówce z wielkiej płyty nieco pogardliwe miano Chamowa.

O najnowszym spektaklu stołecznej sceny rozmawiamy z jednym z odtwórców sztuki, aktorem najmłodszego pokolenia Janem Wieteską.

Za wami praca nad dziennikami, to trudne wyzwanie...

Jest to materia literacka bardzo trudna do pokazania na scenie, taka nieoczywista. Myślę, że reżyser - Mikołaj Grabowski - ale też wszyscy po trosze głowiliśmy się nad tym, jak to najlepiej przedstawić. Było to na pewno ciekawe zadanie, wyzwanie dla każdego. Uważam, że Mikołaj Grabowski jest do takiej formy po prostu stworzony. On to czuje znakomicie, całym swoim ciałem. Doskonale wie, jak to ma być powiedziane, i jak to wykonać, aby jak najlepiej dotrzeć do widza, chociaż zapiera się rękami i nogami, że nie zna odpowiedzi za wszystkie pytania, które pojawiają się w tekście. Wydaje mi się, że udało nam się stworzyć coś bardzo dobrze przyswajalnego przez widza, coś o każdym z nas. To jest najbardziej kluczowe w całej tej opowieści – mówi w rozmowie z nami Jan Wieteska.

Dla Ciebie jest to coś nowego. Ty poznajesz tę Warszawę znaną z opowieści, bardziej dziadków, może trochę rodziców...

Ja też mam za sobą doświadczenia płynące z życia w bloku z wielkiej płyty. Bardzo możliwe, że był to blok z podobnych lat, co blok Mirona na Lizbońskiej 2. Dorastałem w bloku na Ochocie i tam też spotkało mnie parę takich sytuacji, o których Białoszewski pisał w dziennikach. O sąsiadach, którzy słyszeli wszystko, co on robił, a on słyszał wszystko, co oni robili. U mnie było tak samo, sąsiedzi z dołu słyszeli mnie, kiedy ćwiczyłem w swoim pokoju jakieś sceny, śpiewałem, tańczyłem. Czasem zdarzało się, że pani z dołu stukała w rury, które szły przez cały pion, żeby przekazać mi, abym był ciszej. Właśnie takie jest to życie w bloku. 10 pięter, a u mnie 12... to wyjątkowa tkanka społeczna. Dla mnie to było ważne doświadczenie życiowe, można by powiedzieć, że budujące część tożsamości. Również ciekawe było dla mnie to, że bardzo wiele osób z tego bloku znałem, zawsze jakieś pytania, spotkania rano, wieczorem, rozmowy w windzie. Ludzie zagadywali do siebie nawzajem, interesując się, co się dzieje w tym najbliższym otoczeniu. O tym też Miron mówi, uważnie i czule o tych ludziach.

Przekrój społeczny, a w nim artystyczna dusza pisarza...

Tak, to też bardzo ważny aspekt spektaklu. Myślę, że on nie przystawał - jak wielu artystów - do tego codziennego świata, i opisywał różne paradoksy, abstrakcyjne sytuacje z tym światem związane. Często opisywał je jako śmieszne, momentami dziwne, groźne czy smutne. Ja też w jakimś sensie się pod jego myśleniem podpisuję, choć nie mam, oczywiście, na myśli tego, że jestem takim artystą, jak Miron Białoszewski. Na pewno wielu chciałoby dążyć do jego pisarskiej wielkości, bo uważam, że jego wrażliwość i talent są niepodważalne, ale chodzi o to, że życie codzienne, jest czasem zupełnie różne od tego, co robimy na scenie, od tego, czym zajmujemy się w pracy, więc potrzebujemy czasem takiego okresu przejściowego zanim wrócimy do codzienności, dłuższej chwili do zaklimatyzowania się w niej. Niektórym przychodzi to łatwiej, innym trudniej. Miron określał sztukę jako swoją wielką pasję, swoje życie, ale też nieraz zakłamanie rzeczywistości. Ten dysonans jest trudny. Uważam, że w tym spektaklu wyraźnie widać tę niewygodę codzienności, i choć na początku trudno mi było się w język Mirona wdrożyć, to mam wrażenie, że wyszło coś, z czym ja się bardzo utożsamiam, i co jest mi bliskie, mimo że jest to o latach siedemdziesiątych.

Bardziej poznałeś osobę Mirona Białoszewskiego?

Zdecydowanie. Przeczytałem "Chamowo" od deski do deski, ale dopiero na scenie, przy pracy nad tym tekstem, ukazał mi się przed oczami pełen obraz. Uważam, że genialna scenografia w postaci rusztowania i mebli z epoki, a także kostiumy - to wszystko pomogło mi się jeszcze bardziej zbliżyć do tej rzeczywistości. Samo rusztowanie, moim zdaniem, dodało także grozy i obcości światu przedstawionemu w spektaklu. Miron przez ludzi, czyli pozostałe postaci tej sztuki, oswaja się powoli z obcością tego blokowiska, przygląda się mu bacznie. Znakomity Łukasz Lewandowski, idąc za wizją reżysera, również mocno przybliżył mi postać Białoszewskiego. Żył krótko, a pomyśleć, jak wiele takich dzieł mógł jeszcze napisać... Jednak warto sięgnąć do tego, co mamy i się z tym zaznajomić, bo dla wielu wciąż są to zbiory zupełnie nieznane. Zapraszam na spektakl, warto przyjść i po swojemu poznać Mirona. Dodam jeszcze, że śpiewamy. Aranżacje muzyczne są piękne, nostalgiczne, utrzymane w klimacie lat 70. i dla mnie osobiście bardzo przejmujące. A, że wiadomo nie od dziś, że muzyka zajmuje ważne miejsce w moim życiu, to tym bardziej zachęcam!

Rozmawiała Małgorzata Gotowiec



Teatr Ateneum w Warszawie
"Chamowo" Mirona Białoszewskiego, reżyseria Mikołaj Grabowski
Jan Wieteska, foto Krzysztof Bieliński
Najbliższe spektakle 23-26 kwietnia i 22-24 maja
Sztukę widziała 26 marca Małgosia

wtorek, 30 grudnia 2025

Paweł Gasztold-Wierzbicki o wyjątkowym koncercie na czas Świąt Bożego Narodzenia i na Nowy Rok

Święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok to wyjątkowy czas i dlatego Teatr Ateneum zaprasza w swoje gościnne progi na jedyne w swoim rodzaju "Świętogranie". To koncert kolęd, pastorałek oraz popularnych rodzimych evergreenów świątecznych w wykonaniu aktorek i aktorów Teatru Ateneum, którym towarzyszyć będzie grana na żywo muzyka w wykonaniu orkiestry kameralnej. W tak pięknej oprawie i mistrzowskim wykonaniu powitamy również Nowy Rok.



O Koncercie Świąteczno-Noworocznym rozmawiamy z aktorem Teatru Ateneum Pawłem Gasztoldem-Wierzbickim.

- Koncert zagramy około dziesięciu razy, wykroczymy poza ten ścisły okres Świąt Bożego Narodzenia. Rozpoczynamy tuż po Świętach, następnie gramy w Sylwestra i jeszcze przez kawałek stycznia. Czyli ten nakład pracy, który poświęcimy, nie zamknie się w trzech-czterech pokazach – mówi nam Paweł Gasztold-Wierzbicki.

Będziecie dłużej świętować...

Jak najbardziej. To taki piękny czas w roku, że fajnie zatrzymać go na dłużej. Myślę, że jak już się nad czymś pracuje, to głupio żegnać się ze spektaklem, czy w tym przypadku koncertem, za szybko. Tak więc jesteśmy w klimacie świątecznym trochę wcześniej niż wszyscy, niż widzowie, ale taka specyfika zawodu. Większość z nas lubi ten okres w roku, więc chyba nikt nie będzie narzekał.

To taki zawsze powrót do dzieciństwa, do miłych wspomnień i również pielęgnowanie tradycji.

Jak najbardziej. To chyba jedyny taki czas w roku, za którym można tęsknić w każdym wieku i to jest piękne.

Jaki ten koncert będzie?

Stawiamy na repertuar absolutnie świąteczny, w rozumieniu bardzo tradycyjnym. W repertuarze są kolędy, pastorałki i bardziej skoczne elementy. Nie chcemy jednak, aby ten koncert utopiony był w jednym sosie…na przykład wyłącznie w atmosferze smutku i refleksji. Mamy elementy do wzruszeń, ale i elementy skoczne. Chodziło nam o to, żeby było różnorodnie. Wiele z tych rzeczy które przygotowaliśmy, to jest dla mnie odkrycie. Zarówno mam na uwadze kolędy, jak i pastorałki. Większości z tych rzeczy w życiu nie słyszałem. My w trójkę – ja, Janek Wieteska i Kuba Pruski - śpiewamy taką piosenkę, która właśnie ma zapewnić ten zabawny element repertuaru. I właśnie tej pastorałki, czyli "My też Pastuszkowie", do tej pory nie znałem. Tak więc, dla mnie - jest tu mnóstwo odkryć. Mam nadzieję, że dla widzów też tak będzie.



Czym dla Ciebie jest ten okres przedświąteczny?

Chciałbym, aby w tym czasie ludzie więcej skupiali się na tym co najważniejsze – wyciszenie, zwolnienie, skupienie się na bliskich. Z kolei dużo mniej życzyłbym sobie tego konsumpcyjnego pędu, jarmarcznego klimatu. Produkcji różnorakich, sezonowych śmieci, które są nam zwyczajnie niepotrzebne. A wysiłek, który podejmujemy przed świętami, ten ogrom pracy, by był wynagrodzony spokojem. Niestety ten okres świąteczny jest w tym momencie bardzo komercyjny. Ale wierzę, że wciąż są ludzie, którzy doszukują się tej istoty i głębszej wartości.

Próby rozpoczęliście w listopadzie. Jak układała się współpraca z muzykami?

Na szczęście z muzykami współpracuje się dobrze, czuję, że chcą nam pomóc. Dla mnie śpiew i muzyka nie są tak naturalną rzeczą, jeśli chodzi o występy sceniczne. To jest dużo bliższe np. Jankowi Wietesce, który swoje duże możliwości muzyczne niejednokrotnie udowodnił. Ja muszę się z tym trochę zmagać, potrzebuję odpowiedniego poprowadzenia, ale jestem w stanie z się z tym zmierzyć po włożeniu odpowiedniej ilości pracy. Na szczęście mamy muzyków, którzy to rozumieją, i tak jak mówię - współpracują. Zaczęliśmy pod koniec listopada, ale to jest inny rodzaj przygotowań. Pracowaliśmy w podgrupach i często się mijaliśmy. Sam jestem ciekaw jaki będzie efekt końcowy – jak wszyscy staniemy na scenie i zaśpiewamy... Zapraszamy na koncert. Zostały ostatnie bilety, trzeba się spieszyć.

Rozmawiała Małgorzata Gotowiec

Teatr Ateneum w Warszawie
"Świętogranie" – opieka artystyczna - Artur Tyszkiewicz
Kierownictwo muzyczne – Wojciech Borkowski
Foto Karolina Jóźwiak


28 grudnia Koncert widziała – Małgosia
"Świętogranie" – 31 grudnia, 2, 3 i 4 stycznia oraz od 9 do 11 stycznia

środa, 29 października 2025

Spektakl „Grupa krwi” otwiera nowy sezon w Teatrze Ateneum

Teatr Ateneum w Warszawie rozpoczął nowy sezon artystyczny sztuką gdańskiej dramatopisarki Anny Wakulik "Grupa krwi". O spektaklu rozmawiamy z odtwórczynią jednej z ról Emilią Komarnicką.



- Anegdota jest dosyć prosta - mogłoby się wydawać - bardzo zamożny dziadek, człowiek medialny, odchodzi i zostawia testament. I oto dwójka wnuków dowiaduje się, że w tym testamencie jest ktoś jeszcze. Jest jeszcze drugie rodzeństwo, druga para – mówi w rozmowie z nami aktorka Teatru Ateneum Emilia Komarnicka.

Brzmi intrygująco...

Tak. Mamy sytuację na dzień przed rozprawą sądową. Cała czwórka spotyka się w dworku dziadka, który jest do rzekomego podziału. Spotkali się, aby się dogadać. I oczywiście zaczyna się cała historia. Taka jest anegdota, ale tak naprawdę, jak bym miała powiedzieć - o czym jest sztuka - to o kluczowym, fundamentalnym pytaniu - kim jestem? I ten dworek do podziału, i ta materialna sprawa, to naprawdę jest to mały aspekt całego zagadnienia – mówi Emilia Komarnicka.



Zapewne przy okazji pewne sprawy ujrzą światło dzienne?

Właśnie, można powiedzieć, że tożsamość każdego z czwórki bohaterów się sypie. To znaczy, co by się wydarzyło, w momencie kiedy byśmy się dowiedzieli, iż nie jesteśmy tym, kim przez całe życie myśleliśmy, że jesteśmy, że anegdoty i legendy rodzinne omijały w pewnym sensie prawdę. Co byśmy wtedy zrobili? A to jest kompletny rozpad tożsamości - i o tym jest ten spektakl. Nie po to, żeby się wszystko rozsypało, ale o pytaniu - czy w mojej rodzinie też są takie tajemnice? Jak to jest z tymi tajemnicami. To nie są czary mary, to jest często fizyka. Jeżeli coś wypieramy jako rodzina, jeżeli się do czegoś nie przyznajemy, jako ród, to taki stan napiera, to jest fizyka. Im bardziej pewne rzeczy wypieramy, tym bardziej one napierają na nas.



Jak temu zatem zapobiec?

To jest proste, żeby nie trzeba było sprzątać, kiedy już naprawdę wszystko jest rozsypane, może warto zadać sobie to pytanie i spojrzeć wstecz. Ten brak porozumienia i naszej zewnętrznej integralności, który obserwujemy na mapie Polski jest absolutnym odzwierciedleniem tego, co jest w nas. I tego, że ciężko powiedzieć, nawet jeżeli, niektórzy z nas robią testy DNA - skąd pochodzimy. Nasza historia jest bogata, obfita i splątana tak, że często trudno o jasną odpowiedź. I teraz od nas zależy, czy dokonamy tej wewnętrznej integralności. A jestem pewna, że jak dokonamy tej wewnętrznej integralności, to na zewnątrz też ona będzie. Ja jestem bardzo szczęśliwa, że zrobiliśmy tę sztukę, bo to jest kameralne bardzo granie, ale 70 osób każdego wieczoru może wyjść z tym pytaniem. Jest ono na tyle istotne, że nie da się zamieść tego pod dywan. Trzeba się z takimi problemami zmierzyć.

A może my, Polacy, nie umiemy tak do końca rozmawiać na takie tematy?

Nie wierzę, oczywiście kulturowo, historycznie możemy czuć jakąś stratę, i lubimy tak pocierpieć. Ale cierpienie dla cierpienia nie jest konstruktywne, zresztą cierpienie jest interpretacją, ból jest faktem. Starajmy się pojąć, skąd ten ból wypływa. Tym się zajmijmy, to wtedy nie będzie cierpienia.

Po postu trzeba się odważyć.

Jak najbardziej, trzeba się odważyć. Nie znaczy, że politycy są źli, że historia jest niesprawiedliwa, to nasza wewnętrzna tożsamość, i o tym jest ten spektakl.



Powiedz coś o bohaterce, którą grasz.

Gram Ritę, jedną z tego "zamożnego rodzeństwa", które się dowiedziało, że jest ktoś jeszcze. Moja bohaterka, jest główną "mieszającą" w tym gronie. Ona wie odrobinę więcej niż reszta, była w ścisłej relacji z dziadkiem, który odszedł. Ale ona też nie wie, co zrobić, bo jej tożsamość też jest rozsypana. Ma - i za to ją uwielbiam - bezczelne dążenie do prawdy. I to jest tak silne, że nie ważne, czy ona straci ten majątek, czy ona straci może swoją tożsamość, bo jest to osoba bardzo medialna. Staje w sytuacji, że może stracić wszystko, ale ma to w głębokim poważaniu, bo najważniejsza jest dla niej prawda.

Zapowiada się ciekawy teatr, jakiego widz pragnie...

Jestem bardzo szczęśliwa, bo to jest taki teatr, na który czekam, gdzie liczy się dialog, charyzma i wiedza – a czy trafi do widza...na to bardzo liczymy, ale nie chcę niczego zapeszać. Czas pokaże.

Lubisz pracę na małej scenie?

Tak, już tu pracowałam, ale jest to wyzwanie, dlatego, że widz siedzi nam na przysłowiowym nosie. Nie ma tu, że się zasłonimy warsztatem, jak na dużej scenie czasem można coś ukryć, czy oszukać. Tu się wszystko zauważy, tu się gra filmowo, jest bliziutko i tak subtelnie, że trzeba naprawdę najbardziej czułe struny poruszyć. A spektakl mnie na pewno zaskoczył. Gdy po raz pierwszy czytałam ten tekst, to nie zdawałam sobie sprawy z takiej głębokości tematu. I z tego, jak bardzo dużo ja będę musiała swoich czułych strun poruszyć, żeby zrozumieć motywacje bohaterki. To się wszystko wydarzyło, i jesteśmy wszyscy szczęśliwi na tę premierę, ale przede wszystkim na te spotkania z widzami, które są przed nami. To jest ważny spektakl, więc kto może zapraszamy bardzo serdecznie do Teatru Ateneum na "Grupę krwi".



Rozmawiała Małgorzata Gotowiec

Teatr Ateneum w Warszawie
"Grupa krwi" Anny Wakulik, reż. Wojciech Urbański
Emilia Komarnicka, foto Krzysztof Bieliński

Spektakl obejrzała 19 października Małgosia
Najbliższe przedstawienia – 11, 12, 13, 14 grudnia

środa, 7 maja 2025

„Ostatnia lekcja” w Teatrze Ateneum
Paweł Gasztold-Wierzbicki: "Spektakl ma poruszyć i dotrzeć..."

5 kwietnia miała miejsce ostatnia premiera sezonu w Teatrze Ateneum. Na Scenie 61 zagrano spektakl "Ostatnia lekcja" pióra Marii Gustowskiej w reżyserii Grzegorza Damięckiego.

"Ostatnia lekcja" to sztuka, której akcja rozgrywa się tu i teraz, a jej bohaterami są ludzie, których codziennie mijamy na ulicy, a może sami mamy z nimi więcej wspólnego niż chcielibyśmy mieć. To sztuka o deficytach, jakie widzimy we współczesnym świecie i o ogromnej potrzebie dialogu. Powstała specjalnie na potrzeby tego spektaklu, w ścisłej współpracy z zespołem aktorskim. W spektaklu wraz z czwórką znakomitych młodych aktorów gra gościnnie Adam Ferency. To debiut wspaniałego aktora na deskach Teatru Ateneum. My rozmawiamy z najmłodszym pokoleniem Ateneum, odtwórcą jednej z głównych ról – Pawłem Gasztoldem-Wierzbickim.



Naszą wymarzona reakcją widza na ten spektakl będzie taka sytuacja, w której ludzie po obejrzeniu sztuki dojdą do wniosku, że nie chcą tak funkcjonować, jak bohaterowie tego spektaklu. Nie chcą tak żyć. Gdy znajdzie się chociaż jakaś mała grupa ludzi, która po wyjściu z teatru wróci do domu i porozmawia z domownikami, że chciałaby spróbować funkcjonować inaczej, stawiając na rozmowę, na zrozumienie, to wówczas można powiedzieć, że ten spektakl odniesie sukces. Sztuka ma poruszyć i dotrzeć... - mówi nam Paweł Gasztold-Wierzbicki.

Myślisz, że jest to dziś możliwe?

Moje silne wewnętrzne przeczucie jest takie, że ludzie już nie są w stanie się porozumieć, a istniejące światy wzajemnie się wykluczają – to było powodem dla którego chciałem podjąć się zrealizowania takiego spektaklu. Chciałbym jednak wierzyć, że jest to mimo wszystko możliwe. Choć trudno uwierzyć w taką wersję wydarzeń, że my - ludzie - nagle się zmieniamy i stajemy się dla siebie dobrzy, wrażliwi. Bo tak naprawdę, to o wrażliwość tu chodzi. My się tej wrażliwości wyzbywamy, żyjemy też w czasach, gdzie bardzo się szerzy i panuje kultura egoizmu, stawiania siebie na pierwszym miejscu. W ludziach tworzy się przekonanie, że dopóki my sami nie będziemy szczęśliwi, to nie możemy robić czegoś dla drugiego człowieka. Najpierw musimy zadbać o siebie. Ja się z tym nie zgadzam. Uważam, że to prowadzi do tego, że jesteśmy coraz częściej, w coraz większej ilości samotnymi rozbitkami na maluteńkich wysepkach, rozsianych po całym globie. To dzieli społeczeństwo. Natomiast cały sęk w tym, że ja też powinien dopuścić do głosu, do siebie, ludzi, którzy taką filozofię wyznają… bo o tym jest ta sztuka. Musimy czasem, zupełnie odległym nam przekonaniom - dać wybrzmieć. I choć jest to dla mnie trudne, to ja osobiście taką naukę staram się wyciągać. Mam nadzieje, że widownia też podobną lekcję z tego wyciągnie. I oby to nie była ostatnia lekcja.



Jaki jest Twój bohater i czy się z nim utożsamiasz? 

Utożsamiam się z moim bohaterem w taki sposób, że również jestem osobą wierzącą. Myślę, że dlatego chciałem zagrać takiego bohatera, żeby w jakiś sposób wyrazić coś, co mnie osobiście dotyka w dzisiejszym świecie, w kontekście wiary. Natomiast jeśli chodzi o charakter tego bohatera - Kamila, to gdzieś finalnie on powędrował takimi torami, że stał się nieco cyniczny. Brak mu cierpliwości, więc ja do końca z tym bohaterem nie chcę się wiązać. Nie ukrywam, że ja swojej wiary nie wyrażam też w taki sam sposób, jak Kamil, nie ubieram jej w te same słowa. Dla mnie ona jest trochę czymś innym, i ja argumentów, których używa mój bohater, raczej nigdy bym nie użył. Natomiast muszę liczyć się z tym, że Kamil jest efektem pracy, nie tylko mojej, ale też Marii Gustowskiej. Jak ona widzi tę sytuację społeczną, i jakich argumentów według niej mógł on użyć. To jest bardzo kolektywne tworzenie postaci. Dochodzi jeszcze wizja reżysera. Mamy tak naprawdę trzech bardzo ważnych współtwórców Kamila. Zabiera on głos w sprawach dla mnie ważnych, ale czy zabiera ten głos tak, jak ja bym zabrał - to uważam, że już nie. 

Pierwszy raz pracujesz nad tekstem całkowicie aktualnym, współczesnym.

Ta sztuka na pewno była bardziej podatna na zmiany. Nie jest to utwór, który się odgrzebuje, spośród całego wielkiego katalogu sztuk już istniejących. Była bardziej elastyczna, plus nieustannie byliśmy w kontakcie z pisarką, którą mogliśmy pytać o to, co miała na myśli. To jest wielki przywilej, bo pracując z żyjącą autorką, to coś zupełnie innego, niż odkrywać to, co miał na myśli autor – dla przykładu Anton Czechow czy Ivor Martinic, który napisał sztukę "Mój syn chodzi, tylko trochę wolniej". Jest to zupełnie coś innego, ale z pewnością bardzo ciekawe.

I chyba bardzo wymagające?

Tak, dla mnie było to trudne, bo kiedy pracuję nad tekstem, który reżyser wybrał, ten tekst istnieje od kilku lat, to ja dostaję taką zastaną sytuację. Reżyser może oczywiście wymyślić o czym chce, żeby ten tekst opowiadał, jakie to będzie przybierało ramy, ale ja dostaję napisanego już bohatera, nad którym łatwiej jest pracować. Natomiast tu, ja od początku uczestniczyłem w tworzeniu tego bohatera. Autorka sztuki pisała "Ostatnią lekcję" w oparciu o nasze rozmowy, w oparciu o nas - aktorów, o nasze improwizacje, wymiany myśli, rozmowy. Trzeba tu złożyć wyrazy uznania autorce, ale też podkreślić, że ci bohaterowie nie rodzili się tylko w jej głowie, tylko my też uczestniczyliśmy w ich tworzeniu.  

W ostatnich miesiącach równocześnie pracowałeś nad dwoma spektaklami. To z pewnością nie było proste?  

Na ostatniej prostej w przygotowaniach poprzedniej premiery "Mój syn chodzi, tylko trochę wolniej" - wyłączyłem się z pracy nad "Ostatnia lekcją". Na szczęście mogliśmy sobie na to pozwolić, bo "Ostatnia lekcja" w gruncie rzeczy powstawała od dwóch lat. Próby zaczęliśmy we wrześniu, a na miesiąc przed premierą, kilka tygodni temu weszliśmy w tryb zaawansowanej pracy, sklejania wszystkiego, czasem drastycznych zmian. Natomiast po premierze "Mój syn..." nie wystartowaliśmy z niczym, tylko z dużym bagażnikiem wiedzy.

Jednak tego choćby małego "oddechu" nie było...

To prawda. Jest to trudne nie mieć oddechu od stworzenia jednego bohatera, i od razu wskoczyć w skórę drugiego. Wydaje mi się, że łatwo wtedy o powtarzalność, której aktorzy powinni się wystrzegać, bo mogą zostać oskarżeni o odtwórczość.

Udało Ci się?

Myślę, że tak...mam tę nadzieję. To jednak jest inny bohater. W pewnych względach posługuje się moim autorskim językiem i zawsze coś z mojego wnętrza będzie przenikać do niego, ale staram się odnaleźć w bohaterze, którego gram, coś innego. Wierzę, że to mi się udało. 



Powiedz o początkach "Ostatniej lekcji".

Stało się to dwa lata temu. Zawiązaliśmy taki mały kolektyw twórczy, a celem było zrobienie czegoś swojego, autorskiego. Pisaliśmy, tworzyliśmy własny, wspólny tekst pod skrzydłami Grzegorza Damięckiego i szczęśliwie doprowadziło nas to na Scenę 61 Teatru Ateneum.

I dochodzimy do reżysera…to pierwszy spektakl wyreżyserowany przez Grzegorza Damięckiego. Jak się Wam pracowało razem?

Grzegorz jest aktorem, nie ma doświadczenia reżyserskiego. My o tym wiedzieliśmy, ale uważam, że poradził sobie. Był zadziwiająco precyzyjny jak na pierwszy raz, bardzo dobrze prowadził aktora i miał ciekawe propozycje i pomysły. Serdecznie zapraszam na nasz spektakl – wszystkich.



Rozmawiała Małgorzata Gotowiec

Teatr Ateneum w Warszawie, "Ostatnia lekcja" – reżyseria Grzegorz Damięcki
Paweł Gasztold-Wierzbicki, foto Maciej Krüger, Wiesława Szol Spektakl widziała 12 kwietnia – Małgosia Kolejne przedstawienia już w nowym sezonie teatralnym

poniedziałek, 17 marca 2025

Jan Wieteska, młody aktor Teatru Ateneum – "Muzykę mam w sercu"

Teatr Ateneum wychodzi do widza z kolejną bardzo dobrą i ciekawą propozycją. Tym razem zaprasza na muzyczny wieczór pełen wzruszeń, humoru i refleksji, a do tego w doborowym towarzystwie.
"Para nasycona" to wieczór słowno-muzyczny w reżyserii Mariana Opani. W programie usłyszymy piosenki autorstwa Jana Wołka z muzyką m. in. Jerzego Satanowskiego. W sentymentalną podróż zabiorą państwa znakomici artyści tego bardzo lubianego teatru znad Wisły – Marian Opania, Julia Konarska, Iwona Loranc (gościnnie), Jan Wieteska i Bartłomiej Nowosielski.
O spektaklu i nie tylko rozmawiamy z najmłodszym pokoleniem aktorskim Ateneum – Janem Wieteską.



Muzycznie radzisz sobie bardzo dobrze. Na początek podziel się tym z naszymi czytelnikami.

W 2023 roku brałem udział w Przeglądzie Piosenki Aktorskiej i zdobyłem nagrodę ZAiKS. Otrzymałem również Tukana Dziennikarzy - to było bardzo miłe i ważne dla mnie wyróżnienie. Po otrzymaniu tej nagrody na scenie zostało przeczytane podsumowanie mojego występu - analiza i interpretacja dziennikarska. Zaskoczyło mnie, ale i bardzo ucieszyło, że moja intencja i zamysł na wykonanie tak świetnie przeniosły się na odbiorcę.

W Akademii Teatralnej za dużo nie pośpiewałeś...ale teraz możesz zaprezentować swój muzyczny warsztat.

W Akademii Teatralnej jest prowadzona nauka śpiewu. Jednak ja wybrałem specjalność aktorstwo dramatyczne, a nie aktorstwo i wokalistykę, stąd tych zajęć było nieco mniej. Nie ma takiego nacisku, aby każdy aktor śpiewał doskonale, ale profesorowie dbają o to, żeby każdy znał podstawy i robił w czasie studiów postępy w tej dziedzinie. Chodzi o poczucie rytmu, emisję głosu. Stąd zajęcia z rytmiki i umuzykalnienia. Teraz również uczęszczam na lekcję śpiewu, już prywatnie. Niedługo wydaję swoją pierwszą EP-kę, to taki rodzaj krótkiego albumu. Będzie na nim siedem-osiem piosenek. Premiera na przełomie maja i czerwca. Tworzę ballady. Trochę nostalgiczne, trochę romantyczne, ale znajdzie się też parę "żywszych" kawałków. Gatunek to pop alternatywny.



Powiedz, jak powstawał spektakl "Para nasycona"?

Pan Marian Opania zaprosił całą naszą czwórkę. Julka, Bartek, Iwona i ja zostaliśmy zebrani z różnych zakątków. Iwona jest z Bielska-Białej, więc miała tutaj do nas kawałek. Pan Marian pracował z Iwoną przy spektaklu „COHEN-NOHAVICA” w Teatrze Buffo już wcześniej, więc wiedział, że zaproszenie jej do tego spektaklu będzie strzałem w dziesiątkę. Ze wszystkimi poza mną Pan Marian już pracował. Z Julką i Bartkiem znają się od lat z Teatru Ateneum. Dla mnie było to pierwsze spotkanie z tym znakomitym aktorem w pracy, ale bardzo dobrze to wspominam, dużo się dowiedziałem, nauczyłem. Na próbach obecni też byli Pan Jerzy Satanowski odpowiedzialny za piękne aranżacje muzyczne i Pan Jan Wołek - autor tekstów, które wykonujemy na scenie - same legendy. Wiem, że wraz z dalszym graniem spektaklu ich uwagi będą jeszcze bardziej procentować. Zapraszam serdecznie do Ateneum wszystkich, którym muzyka chociaż trochę w sercu gra... ale też i tych, którym mniej gra...



Rozmawiała Małgorzata Gotowiec

Teatr Ateneum w Warszawie
"Para nasycona", reż. Marian Opania
Jan Wieteska, foto Krzysztof Bieliński
Spektakl widziała 7 lutego Małgosia
Najbliższe przedstawienia – 10, 11 i 31 maja oraz 1, 27, 28 i 29 czerwca

środa, 12 marca 2025

Paweł Gasztold-Wierzbicki o najnowszej sztuce Teatru Ateneum

Teatr Ateneum w Warszawie ani na moment nie zwalnia tempa... za nami kolejna premiera. Od 1 marca możemy oglądać na Scenie 20 sztukę chorwackiego pisarza Ivora Martinić’a - "Mój syn chodzi, tylko trochę wolniej". Autor nazywa sztukę tragikomedią, a co za tym idzie, będzie i do płaczu, wzruszenia, ale i do uśmiechu. Teatr znad Wisły zaprasza na historię trzypokoleniowej rodziny, którą poznajemy przy okazji urodzin 25-letniego Franka.

Spektakl reżyseruje Iwona Kempa, która również stworzyła przepiękną oprawę muzyczną, a na scenie znakomici aktorzy Ateneum – m.in. Agata Kulesza, Przemysław Bluszcz, Magdalena Schejbal, Adam Cywka i aktor najmłodszego pokolenia grający tytułowego Franka – Paweł Gasztold-Wierzbicki, z którym rozmawiamy o najnowszym przedstawieniu.



Poznajemy trzypokoleniową rodzinę w jednym dniu – dniu 25. urodzin Franka. Tylko, że urodziny to tylko pretekst do załatwiania i uwypuklania różnych spraw pozostałych członków rodziny. Każdy z nich ma swoje problemy, trudności i stara się je załatwić - rozpoczyna rozmowę z nami Paweł Gasztold-Wierzbicki.

Twój bohater jeździ na wózku. Czy już urodził się chory?

Nie, Franek urodził się zdrowy, choroba dopada go z wiekiem i postępuje, aż bez wózka już się nie może poruszać. Ma nadopiekuńczą matkę, co nie jest dobre. Najważniejsza jest w przedstawieniu ta relacja matki i niepełnosprawnego syna. Matka nie może się pogodzić z chorobą syna, wypiera tę chorobę. Nie może nawet powiedzieć, że Franek nie chodzi... mówi, że chodzi trochę wolniej... Jej się wydaje, że jest dobrą troskliwą matką, ale boi się, czy syn poradzi sobie w życiu. A on przecież ma już 25 lat i myśli o przyszłości bez ciągłej obecności matki.

W trakcie trwania spektaklu widać, że Franek ma bardzo dobrą relację z babcią...

To prawda, a to mnie cieszy, że po krótkim fragmencie podczas próby medialnej można to było zauważyć. Franek z babcią nadają na podobnych "falach". Babcia też jest chora, wiadomo - inaczej i jest już w podeszłym wieku, ale oboje borykają się chyba najdotkliwszym z objawem choroby - samotnością. W tej chorobie wspólnie się odnajdują, rozumieją się. Franek ma więcej wyrozumiałości i cierpliwości wobec choroby babci. I myślę, że właśnie tego ostatniego brakuje wszystkim dookoła w relacji z babcią. Choć i tak ona znajduje się w lepszej pozycji niż Franek, ponieważ przy tym wszystkim jej choroba, ze względu na wiek, jest zrozumiała dla innych. W tej rodzinie wszyscy na swój sposób są okaleczeni, nie na ciele, ale na duszy. Szukają wokół siebie szczęścia i miłości, ale jej nie ma. To jest smutne, ale mimo, że historia jest niewesoła, to jest tak w miarę lekko podana - tak, że widz też się uśmiechnie.



Mieszkacie wszyscy razem?

Tak, właśnie też się nad tym zastanawialiśmy, czy widz to zrozumie. W dzisiejszych czasach mieszkać w jednym domu trzypokoleniową rodziną. Jednak jeszcze takie rodziny są, a w tym przypadku u chorwackiego pisarza – na terenach bałkańskich takie rodziny są, to jest wpisane w ich kulturę. Taki obraz trzech pokoleń jest niesamowity – widać jak każdy boryka się z innymi problemami, każdy inaczej odnajduje się w tym świecie i co innego jest dla niego istotne. Dla Franka wchodzenie w dorosłość, dla babci przemijanie i problemy z pamięcią. Jakaś gorycz i rozczarowanie życiem.

To jest nasze życie. Możemy znaleźć siebie...

Właśnie, każde pokolenie ma swoje trudności i z nimi się mierzy. Pełna uniwersalność, ale każdy sobie radzi inaczej. Chce żyć jak najlepiej potrafi, znaleźć swoją drogę. Choroba Franka jest obecna i odciska piętno na wszystkich członkach rodziny, ale w tym dniu urodzin wszyscy są razem i każdy pragnie żyć jak najlepiej, znaleźć taki złoty środek na życie.

"To wiem na pewno", spektakl również w reżyserii Iwony Kempy, w którym też grasz, bije rekordy popularności. Kupienie biletów na ten spektakl graniczy z cudem... czy teraz też tak będzie?

Nie chcę zapeszać, czas pokaże. Bardzo byśmy sobie tego życzyli. Zapraszamy na spektakl, będzie wzruszająco, ale i uśmiech też się pojawi – zaprasza najmłodszy aktor Teatru Ateneum.



Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Iwona Kempa zrealizowała w Teatrze Ateneum "Ojca" Floriana Zellera (2017) z wybitną rolą Mariana Opani, "Nad Czarnym Jeziorem" Dei Loher (2018) oraz "To wiem na pewno" Andrew Bovella (2022).
Teatr Ateneum w Warszawie, Scena 20
"Mój syn chodzi, tylko trochę wolniej"
Reż. Iwona Kempa
Paweł Gasztold-Wierzbicki, foto Krzysztof Bieliński
Spektakl widziała 6 marca Małgosia
Najbliższe przedstawienia – 28, 30 i 31 maja

środa, 19 lutego 2025

Iwo Bluszcz – w teatrze wszystko jest możliwe...to jest magiczne miejsce

Nowy Rok Teatr Ateneum rozpoczął premierą monodramu "Belfer". W tytułowej roli znakomity aktor Przemysław Bluszcz.



Głównym bohaterem tego niezwykłego monodramu jest nauczyciel, tytułowy belfer. Belfer, jak wiadomo, żeby być belfrem, musi mieć uczniów. Jest w tym podobny do aktora, bo aktor, żeby być aktorem, musi mieć widownię. W sztuce Jean-Pierre’a Dopagne’a belfer zostaje aktorem, aby opowiedzieć o swojej zabójczej przygodzie z własną maturalną klasą... Ale może już wystarczy - trzeba jak najszybciej wybrać się na spektakl i samemu się dowiedzieć, co i jak.
Reżyserem spektaklu jest Jacek Bończyk, który również zajął się opracowaniem muzycznym, a jego asystentem jest młody Iwo Bluszcz, z którym rozmawiamy.

- Moja funkcja jest całkowicie asystencka wobec reżysera, wobec obu panów, w ścisłej współpracy z panem Jackiem Bończykiem, ale to dla mnie młodego człowieka – wspaniała nauka zawodu – mówi w rozmowie z nami Iwo Bluszcz.

Jak to jest pracować z tatą?

Praca z tatą jest przyjemna. Już do tego przywykłem. Mama jest reżyserką, rodzina jest związana z teatrem, i z mamą też zdarza mi się pracować. Mam wrażenie, że jestem już w stanie odseparować pracę od domu, całe szczęście. A i ojciec jest na tyle w porządku, jeśli chodzi o samo rozdzielenie tej relatywności, że to pomaga - w pracy też czuje się komfortowo, nie czuję jakiegoś z tym związanego ciężaru. Jestem z tą przestrzenią teatralną związany od dziecka, i nie jest to dla mnie coś nowego, a co za tym idzie nie stresuję się tak bardzo.

Jesteś po szkole filmowej?

Nie, co prawda studiowałem przez rok w Warszawskiej Szkole Filmowej, ale zrezygnowałem. Pracuję jako drugi reżyser na planach i robię powoli swoje rzeczy. Moim marzeniem jest reżyseria i ku temu pomału kroczę.

Teatr jest Twoją pasją, czy film?

Myślę o tym raczej szeroko, a teatr ma walor egzystencjalny, filozoficzny. Można tu dotknąć duszy, co jest dużo częstsze niż przy filmie, który polega na jakimś rekonstruowaniu rzeczywistości, więc te aspekty metafizyczne są dużo rzadsze. Teatr w tym sensie ma przewagę. W teatrze wszystko jest możliwe...

Od najmłodszych lat miałeś kontakt z teatrem...

Tak, ale nie byłem do tego przymuszany, towarzyszyłem rodzicom od małego, było to dla mnie coś fajnego. Często zdarza się tak, że pokoleniowo poznajemy od środka tę pracę. Podobnie jest w rodzinach sportowych, muzycznych. Człowiek tym przesiąka, nie zawsze to jest zależne od nas samych, po prostu to się dzieje. Nie zawsze się to złapie, zwykle albo się tego bakcyla złapie na 100% albo idzie się inną drogą. U mnie to dojrzewało. To nie była moja wizja od początku, ale z czasem zaczynałem to coraz bardziej czuć, że to moja pasja i tym chcę się zająć. Na początku chciałem mieć kontakt ze sportem, myślałem o tym, żeby być komentatorem sportowym, potem poczułem, że jednak chcę coś tworzyć. Dojrzewało to we mnie. Również doświadczenie dziennikarskie na praktykach trochę mi uzmysłowiło, że jednak komentatorem sportowym nie będę, medialny świat i jego specyfika trochę mnie odepchnęła. Przestrzenie nastawione na codzienną wrażliwość są mi bliższe. Zrozumiałem, że teatr i literatura są moim schronieniem i powołaniem.

Czy po pracy rozmawiacie w domu o tym, co wydarzyło się w teatrze?

Jeśli się lubi to, co się robi, to wspólne rozmowy po pracy w domu nie są przeciążeniem pracą. Gdy rozmawiamy o wspólnych naszych pasjach: teatrze, filmie, sztuce czy muzyce, to nie ma elementu znudzenia. Natomiast uważam, że po całym dniu spędzonym w pracy, nie jest wskazane obciążanie się wzajemnie jeszcze bardziej.

To też dla Ciebie wspaniała sprawa, trafić do Teatru Ateneum i uczyć się w tej kuźni znakomitego aktora...

Ateneum to teatr aktora, jest tu wielu utalentowanych aktorów i to się czuje na każdym kroku. To mój ukochany teatr. Fajnie też jest obserwować tatę, a patrzę na niego już nie tylko z perspektywy syna, ale bardziej reżysera. To znaczy, że potrafię odseparować, kiedy on jest tatą, a kiedy aktorem. To zdrowe dla nas obu.



Rozmawiała Małgorzata Gotowiec

Teatr Ateneum w Warszawie
"Belfer" – reżyseria Jacek Bończyk
W roli tytułowej Przemysław Bluszcz
Asystent reżysera Iwo Bluszcz
Foto Krzysztof Bieliński
Spektakl widziała 26 stycznia Małgosia

Najbliższe spektakle – od 20 do 23 marca

środa, 4 grudnia 2024

Milena Suszyńska o nowej premierze Teatru Ateneum

Kryminały, książki sensacyjne rządzą dziś światem. Ten rodzaj literatury panuje i jest niezwykle poczytny. Jak wiadomo miłośnikom kryminałów, a tych są miliony, "Pułapka na myszy" jest na samym szczycie popularności, mimo że od jej napisania minęło ponad siedemdziesiąt lat.

"Pułapkę na myszy" w Ateneum reżyseruje Artur Tyszkiewicz.

Aura tajemnicy i dreszczyku - mamy angielski prowincjonalny pensjonat zimą i goście uwięzieni w podwójnej pułapce, bo przez śnieg i mordercę ukrytego pośród nich. Zagadka nieuchronnego morderstwa oczywiście się wyjaśnia w sposób jak zwykle zaskakujący, bo nie przypadkiem Agatha Christie jest mistrzynią kryminału, mistrzynią tworzenia napięcia i grozy i zaskakujących zwrotów akcji. O najnowszej i pierwszej tego sezonu premierze w Teatrze Ateneum rozmawiamy z główną bohaterką przedstawienia, aktorką tak bardzo kochanego teatru znad Wisły - Mileną Suszyńską.



Przepiękna scenografia, piękne stroje – to od razu się zauważa jak wchodzimy na widownię.

Oj, to miłe, że pani tak mówi. To prawda, każdy strój był pieczołowicie dziergany przez Joannę Zemanek. Wiele pracy włożyła przy scenografii i kostiumach. Joasia wykonała koronczarską pracę, zbierała rekwizyty - nawet nie wiem, skąd niektóre pochodzą. Mamy stary zeszyt, pożółkły, w którym ja notuję różne sprawy, faktycznie z lat 50., Łukasz Lewandowski ma na głowie starą siatkę, która także pochodzi z dawnych czasów. Są to przedmioty gdzieś wyciągnięte przez panie garderobiane. Ja mam oryginalny odkurzacz z lat 50. Tworzymy żywych bohaterów. To jest klasyczna psychologia, mamy okazję stworzyć bohaterów od podstaw, pokazać ich przemianę. Oni mają swoje tajemnice, swoje zagadki wewnętrzne. Jest to bardzo duża przyjemność i wierna praca z Arturem Tyszkiewiczem. Pierwszy raz miałam tę przyjemność pracy z dyrektorem i to była radość. W ogromnym zaufaniu mogłam się poruszać w czasie tych prób jako aktor.



Pracę nad spektaklem zaczęliście tradycyjnie od czytania książki...

Nigdy nie lubiłam kryminałów, ale rozumiem fenomen Agathy Christie. Mam taką książeczkę dla dzieci "Mali Wielcy", już w niej jest autorka przedstawiona jako super bohaterka. Dla mojego synka Gucia jest to postać bardzo ciekawa - ona jako właśnie super bohaterka. Przygotowując się do spektaklu, przeczytałam autobiografię, która wspaniale odzwierciedla tamte czasy. Dowiadujemy się, jak została wychowana, pisze o swoim wspaniałym dzieciństwie, i myślę, że to - obok wspaniałego intelektu - była jej wielka moc. Jest tam też brytyjski humor i groza. Dzięki niej kryminał wyrósł do wysokiej rangi literackiej. Poprzez to, jakich bohaterów tworzyła, są to postaci prawdziwe i bardzo często głęboko zranione - co jest bardzo ciekawe.

"Pułapka na myszy" była napisana bez udziału słynnych detektywów - Herculesa Poirota i panny Marple...

Jest to oddzielny utwór, bez szans na kontynuację, zamknięty utwór. Najpierw powstało opowiadanie, a potem na bazie tego powstała sztuka teatralna, i faktycznie jest to taka zamknięta kapsuła.

Za wami zapewne niezapomniane tygodnie pracy...

Wspaniała praca. Dyrektor gwarantuje spokój, kulturę, szacunek do aktora, Ja natychmiast, mając takiego reżysera, byłam absolutnie oddana tworzeniu, od pierwszych prób. Umiałam tekst, przyszłam otwarta na wszystko, nie dyskutująca, po prostu wykonująca polecenia. Reżyser od początku wiedział czego chce, wszystko miał wspaniale zaplanowane. Od początku w to wskoczyłam, dając od siebie jak najwięcej.

Trudno jest przenieść kryminał na scenę...

Bardzo trudno. Oprócz tej zagadki, kto zabił, trzeba przenieść ten ciężar, dlaczego to zrobił - to jest klucz. Nie chcę odkrywać kart, ale sama zasadzka będzie zagadką, trzeba przyjść i obejrzeć. Myślę, że ten temat – dlaczego? - jest bardzo aktualny. Serdecznie zapraszamy.

Rozmawiała Małgorzata Gotowiec



Teatr Ateneum w Warszawie
"Pułapka na myszy" Agathy Christie w reżyserii Artura Tyszkiewicza
Milena Suszyńska, foto Krzysztof Bieliński
Spektakl widziała 27 listopada Małgosia
Najbliższe spektakle od 28 do 31 grudnia

wtorek, 12 marca 2024

Emilia Komarnicka-Klynstra o nowej premierze w Teatrze Ateneum

Teatr Ateneum w Warszawie świętuje w tym roku swoje 95-lecie istnienia. Teatr na Powiślu ma ogromną rzeszę wielbicieli – w tej kwestii nic się nie zmienia na przestrzeni prawie już wieku...tłumy do Ateneum przychodzą i bardzo często widzimy informację – bilety na spektakl wyprzedane, zapraszamy w innym terminie. 24 lutego odbyła się kolejna premiera tego jubileuszowego sezonu. Jest nią sztuka "Napis" bardzo lubianego francuskiego pisarza Geralda Sibleyrasa, w reżyserii dyrektora Ateneum Artura Tyszkiewicza. Obsada – najlepsza z najlepszych, plejada asów Teatru Ateneum, a to zapowiada po prostu sukces przedstawienia. Grzegorz Damięcki, Paulina Gałązka-Sandemo, Emilia Komarnicka-Klynstra, Bartłomiej Nowosielski, Marzena Trybała, Krzysztof Tyniec.



Jesteśmy w Paryżu - elegancka kamienica, a w niej przekrój społeczeństwa. Mieszkańcy patrzą na innych trochę z góry, choć tak naprawdę są banalni, poprawni politycznie i mówią frazesami z telewizji. Mija kolejny dzień z ich życia...normalny, przewidywalny, gdyby nie...nowi lokatorzy i budzący emocje napis w windzie... ale jaki i jak potoczy się cała historia...to już zapraszamy do teatru, nikt się nie będzie nudził – rozrywka na najwyższym poziomie gwarantowana.

"Napis" jest na pozór wesołą komedią, ale chyba lepiej pasują do niego słowa słynnej niegdyś piosenki: "z jednej strony śmiech szalony, z drugiej strony gorzka łza". O nowym spektaklu rozmawiamy z aktorką Teatru Ateneum Emilią Komarnicką-Klynstra.

Sztuka "Napis" jest jednym z bardziej wyjątkowych tekstów, które miałam wraz z kolegami przyjemność wykonywać. Praca była absolutnie zespołowa, to nie jest przedstawienie na kreacje aktorskie, to jest sztuka, która ma potencjał na jedną wielką pięknie brzmiącą wspólnie partyturę – mówi w rozmowie z nami Emilia Komarnicka-Klynstra.

Przed Wami wyzwanie...

Tak, to jest dla nas wyzwanie, ponieważ to nie jest sztuka, gdzie każdy ma monolog, gdzie mamy okazję poznać bliżej wnętrze bohatera. "Napis" to jeden ciąg dialogów. Zgodnie z tradycją francuskiej dramaturgii dialog jest najważniejszy! Jak to określił nasz reżyser - pięknie, słusznie i inspirująco - nic dodać, nic ująć. Nam aktorom, pozostaje przeprowadzić „tylko” logikę tego tekstu. I jest to w tym przypadku po prostu bardzo przyjemne – dodaje aktorka.



Czy to jest komedia?

Tak, choć z gatunku tzw. mądrych komedii. Trudno określić słowami mądrość tej sztuki. To jest trochę jak z klasyką uznaną, jak z V symfonią. Nikt nie pyta o czym ona jest, bo dla każdego jest czymś innym. Najwyższym celem naszego zespołu, naszej obsady jest nie stawiać żadnej tezy, tylko tak opowiedzieć tę historię pewnego przypadku, że stanie się dla widza lustrem. I teraz w zależności od tego, w jakim momencie swojego życia zastaje nas widz, będzie to bardziej komedia lub bardziej popłyną łzy na temat kondycji społeczeństwa.

To jest fascynujące, jak my wyglądamy w takim lustrze...

My nie opowiadamy się po żadnej ze stron, ani nie twierdzimy, że taka jest nasza rzeczywistość, delikatnie tylko podstawiamy lustro i dbamy o to, żeby ono nie było krzywe. Te hasła czy przymiotniki, które padają w scenach, można usłyszeć w mediach społecznościowych, w telewizji, w radio. Wszystkie te popularne hasła: tolerancja, równość, solidarność, jawność - ale co się pod tym kryje dla każdego z nas? Czy tylko je powtarzamy, tak jak jedna z naszych bohaterek, świetnie grana przez Marzenę Trybałę - odpowiada na pytanie „tak, ale co to znaczy?, "Tak pisali w tv". "Ale co to znaczy? Tak pisali w telewizji". To jest może taki moment, żeby się nad tym zastanowić, czy rzeczywiście uprawiam modę na jakąś postawę? Czy rzeczywiście wiem, gdzie ja ze swoją prawdą jestem?

Znakomita obsada. Myślę, że wspaniale Wam się razem pracowało...

Wspaniała obsada, z takimi artystami pracuje się wyśmienicie. Płyniemy razem, jest współpraca, zaufanie, każdy wnosi coś od siebie. A to, na czym trzeba się skupić, to logika i sens podawanego tekstu. Podstawa to przeprowadzenie tematu, i to jest naszym zadaniem, żeby widz podążał za historią i szukał w tej przypowieści swojego sensu. Tekst jest świetnie napisany, a więc wystarczy zaufać.

Lubimy francuską twórczość na scenie.

Tak, francuskie pisanie jest ciekawe dla grania, gdyż ono stawia na słowo, tak ważna jest właśnie logika tekstu. Oni lubią mówić. Francuzi dużo mówią, mówią smacznie, jak się ich słucha, to od razu chce się coś smacznego zjeść lub coś wypić, i tu analogicznie: Ta sztuka jest po prostu smaczna jak nasza ulubiona potrawa, którą robimy, kiedy mamy gości, bo wiemy, że zawsze wyjdzie. Zapraszam serdecznie na spektakl – puentuje Emilia.



Rozmawiała Małgorzata Gotowiec

Teatr Ateneum w Warszawie, "Napis" w reżyserii Artura Tyszkiewicza
Emilia Komarnicka-Klynstra, foto Krzysztof Bieliński
Spektakl widziała 2 marca Małgosia
Najbliższe przedstawienia 4-7 kwietnia

piątek, 2 lutego 2024

Łukasz Lewandowski w monodramie w Ateneum

Znakomitego aktora Łukasza Lewandowskiego możemy słuchać i oglądać na Scenie 61 tak bardzo lubianego stołecznego Teatru Ateneum. "Historia Jakuba" Tadeusza Słobodzianka – to opowieść inspirowana faktami. Bohaterem jest ksiądz i filozof, który pewnego dnia dowiaduje się, że wcale nie jest tym, kim jest.



- Mój bohater chce poznać swoją prawdziwą tożsamość, a to nie jest łatwe. Pragnie poznać swoje korzenie, wiarę, narodowość i pochodzenie, a nade wszystko logiczne połączenie tego wszystkiego z dotychczasowym życiem. Będzie nieco strasznie, trochę śmiesznie – mówi w rozmowie z nami aktor Teatru Ateneum Łukasz Lewandowski.

Zgadza się pan z tym, że monodram jest czymś najtrudniejszym dla aktora, zwłaszcza wtedy, gdy gra się kilka postaci?..

Pewnie tak, i nie ma co z tym dyskutować, ale to nie znaczy, że gdy gramy spektakle z partnerami, to one są łatwiejsze. Wiele zależy od tematyki, ale też od moich predyspozycji. Próba ucieleśnienia czegoś, co jest bliskie człowiekowi, jego lekturą, czym się kształtował, co go ukształtowało. Wtedy nawet takie trudne tematy wydają się trudne obiektywnie. Czasami te rzeczy, które są bardzo bliskie aktorom, są bardzo trudne, bo ta intymność często nie polega na nagości, tylko na tematach, które są bolesne - wtedy ciężko to się gra. Czasami tematy dla kogoś trudne są łatwe i proste dla innej osoby. To wymaga techniki. Pewnie 15 lat temu kosztowałoby mnie to zawał serca, a dziś może trochę mniej.

A jak wpadliście na pomysł wystawienia "Historii Jakuba" w Ateneum? Miałam to szczęście widzieć ten spektakl w Teatrze Dramatycznym.

To jest to dobro, które otrzymałem od Tadeusza Słobodzianka. Nasze rozstanie z Teatrem Dramatycznym było jakie było, nie chcę o tym mówić, wracać do tego. I spektakl i teatr to jest tak ulotna rzecz, i tak znikająca, że ten tekst - okazuje się - jest cały czas tak aktualny i po co ma leżeć w szufladzie i się marnować. Bardzo się cieszę, że dajemy nowe życie temu spektaklowi. To jest szlachetny gest, jaki wykonał wobec mnie Tadeusz Słobodzianek. Był plan, żeby to wieloobsadowe przedstawienie ze Sceny Na Woli Teatru Dramatycznego przenieść - z różnych powodów ciągle nie było na to czasu, pojawiały się różne problemy. Natomiast dyrekcja Teatru Ateneum była na tyle otwarta i wspaniała, że przyjęła naszą propozycję z radością - i nie ukrywam, że z olbrzymią atencją wobec mnie i wobec Tadeusza Słobodzianka. I zrobiliśmy to. Wielka radość.



Kim jest Pana bohater?

Mój bohater przede wszystkim jest Polakiem. Jest księdzem i filozofem, a potem w dojrzałym wieku dowiaduje się, że jest Żydem. Myślę, że los obdarzył go skrajnymi okolicznościami i w swoim życiu nie tylko musi, ale nade wszystko chce się z nimi mierzyć. To jest opowieść o tym, jak po tylu doświadczeniach pozostać wspaniałym człowiekiem. I to cały czas człowiekiem otwartym, pogodzonym, szukającym innych ludzi, szukającym światła. Zapraszam do teatru – dodaje na koniec aktor.

Rozmawiała Małgorzata Gotowiec

Za kreację Mariana/Jakuba w spektaklu wystawionym w 2017 r. na Scenie Na Woli Teatru Dramatycznego Łukasz Lewandowski otrzymał nagrodę dla najlepszego aktora XVIII Ogólnopolskiego Festiwalu Dramaturgii Współczesnej "Rzeczywistość przedstawiona" w Zabrzu oraz wyróżnienie aktorskie na 58. Kaliskich Spotkaniach Teatralnych.

Teatr Ateneum w Warszawie
"Historia Jakuba" – autor tekstu Tadeusz Słobodzianek
Reżyseria - Aldona Figura
Scenografia i kostiumy - Joanna Zemanek
Łukasz Lewandowski, foto Karolina Jóźwiak
Najbliższe spektakle – 9, 10 i 11 lutego

czwartek, 2 listopada 2023

Grzegorz Damięcki o premierze w Teatrze Ateneum

21 października na tak bardzo lubianej przez aktorów i widzów Scenie 61 w Teatrze Ateneum odbyła się premiera „Wariacji enigmatycznych” pióra Erica-Emmanuela Schmitta. Spektakl wyreżyserował Artur Tyszkiewicz. Na scenie znakomity duet – Grzegorz Damięcki i Krzysztof Tyniec.

W samotnej willi na pustej wyspie pod kołem podbiegunowym mieszka zgorzkniały dziwak, wybitny pisarz, laureat nagrody Nobla. Pewnego dnia na wyspie zjawia się dziennikarz chcący zrobić z nim wywiad. W niewidocznym tle coraz gorętszej rozmowy pojawia się porzucona kobieta, która bohaterów zarazem dzieli i łączy.

Jan Nowak, tłumacz sztuki zaprasza "idźcie zobaczyć ten spektakl, nie dlatego, że jestem tłumaczem, idźcie zobaczyć aktorów, idźcie odkryć ten temat, bo to jest coś niesamowitego."



Wiele osób czeka na takie sztuki, to jest taki prawdziwy teatr, bez efektów specjalnych, tylko... rozmowa dwóch osób, emocje i znakomity kunszt aktorski...
Jeśli chodzi o kunszt, to ja dziękuję. Na to nie zasługuję, przede mną jeszcze dużo nauki – mówi w rozmowie z nami Grzegorz Damięcki.
Gustaw Holoubek mawiał, że na początku było słowo, i od słowa wszystko się zaczęło. Ludzie mówili, „nienawidzę cię”, „kocham cię”. Wymieniali emocje przy pomocy słów. To jest taki teatr, w którym dwie osoby ze sobą rozmawiają na różne tematy. Starają się udowodnić swoją rację, bo to są dwa przeciwstawne punkty widzenia, dwie różne filozofie życia, filozofie bycia, dwa różne nazywania tego samego zjawiska – na przykład, jakim jest miłość albo przyzwoitość.

Kameralny teatr wielkiego skupienia...
Tak. Pod tym względem bardzo dobrze, że jest to teatr, który odbywa się w takim skupieniu, w takiej kameralności, na takiej małej scenie. Tak naprawdę bardzo dużo będzie zależało od ludzi, którzy przyjdą do nas w danym dniu i będą rozumieli miejsce, w którym się znaleźli. Jeśli ktoś czeka na Jana Sebastiana Bacha, nie idzie do Country Clubu. Oczywiście nie wartościujemy tego, co jest lepsze, a co gorsze - Johnny Cash jest kapitalnym artystą, a Bach jest wielkim trójwymiarowym mistrzem. Pod tym względem bardzo liczę, że będziemy zyskiwali taki rodzaj skupienia, bo dla mnie teatr to jest laboratorium, to jest miejsce, w którym ciągle się mogę uczyć nowych rzeczy… na przykład rozmawiania z drugim człowiekiem.



Czyli każdego dnia może być ten spektakl inny?
Dokładnie tak. Może być inny każdego dnia, i sztuka rezygnacji polega na tym, że tekst ten jest na tyle nośny, i na tyle dopełniony samym sobą, że trzeba mu po prostu uwierzyć. Artur Tyszkiewicz pięknie nam to wbijał do głowy, żeby uwierzyć w ten tekst, że nie trzeba całej masy rzeczy tu opowiadać, bo ten tekst się sam opowiada. Ludzie w kontekście tego wydarzenia sami się jakby opowiadają, sami określają. Na tym polega według mnie najlepszej próby sztuka.

Tak jest w wielu dziedzinach...
Jak najbardziej. Bez względu na to, czy jest to malarstwo, czy sztuka, na osiągnięciu pewnego rodzaju minimum, a nie maksimum. Są wirtuozi gitary, a Jimi Hendrix wirtuozem gitary nie był - może się teraz komuś strasznie narażę - mimo to jego osobowość i jego sztuka przetrwały i trwają, a cała masa wirtuozów odeszła w niepamięć. To samo jest z malarstwem, to samo jest z teatrem. Gdy ogląda się dawnych mistrzów na scenie, to wybijają się Ci wszyscy którzy są szalenie nowocześni, a sztuka z lat 20, 30 jest dla nas dzisiaj bardzo trudna w percepcji. Jest tego za dużo, „ten tort jest za słodki”. Dlatego moja główna praca polegała na tym, aby się ograniczać i jeszcze raz ograniczać - to bardzo trudne.

Lubisz tę Scenę 61.
Bardzo chętnie na tej scenie gram. Mam z nią związane bardzo dobre wspomnienia, tu są bardzo dobre duchy, dla mnie przyjacielskie, które nie chcą dla mnie źle.



Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Ateneum w Warszawie
„Wariacje enigmatyczne”, reżyser Artur Tyszkiewicz, grają: Grzegorz Damięcki i Krzysztof Tyniec
Foto Krzysztof Bieliński
Najbliższe spektakle – 11 i 12 listopada, 6, 7, 8, 9, 10 grudnia

środa, 31 maja 2023

Katarzyna Ucherska o nowej premierze w Teatrze Ateneum

22 kwietnia miała miejsce kolejna premiera w Teatrze Ateneum w Warszawie. "Zesłanie, czyli anty-tragedia syberyjska" – to adaptacja XIX-wiecznych wspomnień z syberyjskiego zesłania pewnego polskiego szlachcica, Konstantego Wolickiego. Wolicki, trzy lata po stłumieniu Powstania Listopadowego, w konsekwencji kolejnego nieudanego zrywu niepodległościowego został przypadkowo wplątany w polityczne tryby carskiej Rosji. Na Syberii spędził 7 lat, co obrazowo i z polotem opisał we "Wspomnieniach" wydanych w 1876 roku.

Autorem adaptacji i reżyserem najnowszej sztuki Ateneum jest Mikołaj Grabowski, twórca osobnego, własnego stylu teatralnego. O nowej sztuce rozmawiamy z młodą aktorką teatru z Powiśla, ale już mającą spory bagaż teatralnego doświadczenia Katarzyną Ucherską.



Czym dla Ciebie jest teatr? Jesteś z młodego pokolenia, dla którego - jak obserwuję - teatr jest czymś najważniejszym.

Teatr jest moim drugim domem. Jak wchodzę do teatru Ateneum, to mam ochotę krzyknąć "kochani, wróciłam". Przypomniała mi się moja pani profesor z czasów podstawówki, która zaszczepiła we mnie miłość do teatru, do aktorstwa. Przypomniała mi, że ja kiedyś podobno, jako dziecko powiedziałam, że mogę robić cokolwiek - stać nieruchomo na scenie, mogę być drzewem, piętnastym planem, byle na tej scenie stać. To mi zostało, z tą różnicą, że samo stanie nie wystarcza, chcę czegoś więcej... grać jak najbliżej widza. Jest to niewątpliwie szczególne miejsce spotkań z widownią, wymiany energii, wymiany emocji. Teatr jest emocją, jeśli nie ma przepływu emocji, nie ma sensu wychodzić na scenę, nie ma sensu się spotykać, a spotykamy się po to, aby te emocje wymieniać – mówi nam Kasia Ucherska.

Jesteś bardzo emocjonalna, nie ma dla Ciebie problemu, żeby zapłakać, żeby się zaśmiać...

To jest i dar i przekleństwo. Mam te emocje tak wygimnastykowane przez wyobraźnię, że w pracy to bardzo pomaga, ale w życiu już nie zawsze. Muszę sobie wiele rzeczy sama tłumaczyć, żeby tak emocjonalnie do wielu spraw nie podchodzić. To bardzo trudne...

Grasz bardzo dużo, a wiadomo jak to jest ważne dla młodego aktora...

Mam wielkie szczęście. Zaczynałam, będąc na czwartym roku Akademii Teatralnej w Warszawie, w serialu "Dziewczyny ze Lwowa" główną rolą, potem teatr Ateneum, wymarzony start dla tak młodej aktorki. Mamy mały zespół, ale bardzo mocny. Mam się od kogo uczyć, i dzięki tym mistrzom dawać z siebie wszystko, żeby im dorównywać, krok po kroku dochodzić do ich poziomu. Gram u pana Mikołaja Grabowskiego drugi raz – jakiś czas temu ten pierwszy to był "Don Juan". W bieżącym sezonie to moja druga premiera, więc sporo się dzieje. Dlatego właściwie bez przerwy jestem w teatrze, z czego bardzo się cieszę.

Powiedz coś o nowej sztuce...

Sztuka oparta jest na zapiskach, a zatem dokumentach historycznych. Jest w nich trochę opisu obyczajów, jakie panowały na Syberii w XIX wieku. Konstanty Wolicki, artysta, zostaje zesłany po upadku Powstania Listopadowego na Syberię. Cała nasza opowieść jest jego opowieścią o absurdach, jakie panowały, o przeróżnych charakterach ludzkich, z jakimi miał kontakt. Jak udało mu się przeżyć te siedem lat zsyłki. Przetrwać i przeżyć, nie zwariować i wrócić jako człowiek nieskażony. Uratowało go to, że był muzykiem, i zwolniło się miejsce w orkiestrze gdzie mógł pracować. Zyskał przez to posadę, która go chroniła. W naszej opowieści oprócz tego absurdalnie tragicznego losu zesłańca, jest dużo poezji, bo jednak był to artysta, który w piękny sposób opisał swoje wspomnienia. Nie da się również uciec od tego, że jednak opowiadamy o Rosji. Przytaczamy wiele faktów, że system w Rosji jest samowładny, składający się z jednego cara, któremu wszyscy są podporządkowani. Nie ma w Rosji nauki historii innych narodów, a historia powszechna jest manipulowana i przemielona przez władze.

Debiutujesz również w roli asystentki reżysera...czy ma to związek z dodatkową nauką?

Nie kończę żadnego dodatkowego kierunku. Lubimy się po prostu z reżyserem. Jest on osobą tak bardzo samodzielną, że czasami mi wstyd, że wykonuje wszystko sam, co mógłby zlecić mnie. Moim zasadniczym zadaniem było skompletowanie planu kalendarzowego i umawianie prób, zbieranie wiadomości o innych zajęciach od aktorów, czyli taka najczarniejsza robota. Niewiele więcej mogłam zrobić, bo też jestem w obsadzie i najważniejsze dla mnie jest aktorstwo i moje podstawowe aktorskie zadania. Jednak z pewnością to też pewne kolejne i inne doświadczenie. Serdecznie zapraszam na spektakl.

Rozmawiała Małgorzata Gotowiec



Teatr Ateneum w Warszawie
"Zesłanie, czyli anty-tragedia syberyjska" – premiera 22 kwietnia
"Wspomnienia" Konstantego Wolickiego
Reżyseria i adaptacja Mikołaj Grabowski
Katarzyna Ucherska
Foto Krzysztof Bieliński
Najbliższe spektakle 1 i 2 lipca
26 maja spektakl oglądała Małgosia

czwartek, 9 marca 2023

Paweł Gasztold-Wierzbicki o nowej sztuce w Teatrze Ateneum

Teatr Ateneum w Warszawie zaprasza na nowy spektakl - "Wzrusz moje serce" - izraelskiego dramatopisarza i reżysera teatralnego Hanocha Levina.
Sztukę wyreżyserował Artur Tyszkiewicz, znany w świecie teatralnym jako "specjalista od Levina", twórca kilku znakomitych spektakli opartych na jego sztukach (m.in. w Ateneum wyreżyserował w 2011 r. "Shitza"). W głównych rolach najnowszego spektaklu zobaczymy Łukasza Simlata, Julię Kijowską i Grzegorza Damięckiego, a partnerują im bardzo zdolni młodzi adepci Akademii Teatralnej, będący na progu teatralnej drogi – Paweł Gasztold-Wierzbicki, Jan Wieteska i Jakub Pruski.
"Wzrusz moje serce", to sztuka mało jeszcze znana w naszym kraju, ale jej autor, nieżyjący już dramatopisarz, od pewnego czasu jest coraz bardziej u nas popularny. Hanoch Levin był wspaniałym obserwatorem i znakomicie przelewał te swoje obserwacje i spostrzeżenia na papier.
Paweł Gasztold-Wierzbicki jest bohaterem naszego najnowszego materiału teatralnego, w którym rozmawiamy o najnowszej sztuce tak lubianego teatru ze stołecznego Powiśla.



Wyglądacie jak z broadwayowskiego musicalu - taki był zamysł?

Tak, chcieliśmy nadać spektaklowi nieco hollywoodzkiego blichtru, tak żeby nasza obecność - moja, Janka i Kuby – aby ona była całkowicie odrealniona od tego otaczającego nas scenicznego świata. Dlatego te kostiumy, które mamy na sobie, rzucają się w oczy, to ma zwrócić na nas uwagę. Nasze zadanie na scenie w tym spektaklu jest czysto choreograficzne, nie znaczy to, że jest pozbawione jakiegoś czaru i uroku, ale ta choreografia podbija ten efekt pełnego oderwania od rzeczywistości. Jesteśmy w całkowitej kontrze do głównych bohaterów – mówi w rozmowie z nami najmłodszy aktor Teatru Ateneum, Paweł Gasztold-Wierzbicki.

Powiedz coś więcej o Waszych bohaterach?

Postaci, które gramy ja, Kuba i Janek, są to postaci bardzo równorzędne, pełnimy tę samą funkcję. Bardzo często jesteśmy równocześnie na scenie, mamy jakieś wspólne zadanie, trudno tu powiedzieć o charakterze, o jakimś profilu psychologicznym tych postaci, dlatego, że tego nie ma. Zadanie naszej trójki było zupełnie inne na ten spektakl. Nie mieliśmy budować żadnych charakterów, ani charakterystyczności - nic z tych rzeczy. Ciężko nawet nazwać nasze postaci ludźmi, choć oczywiście funkcjonujemy w tym spektaklu i rzeczywiście jesteśmy kochankami bohaterki granej przez Julię Kijowską. Nasz dyrektor i reżyser Artur Tyszkiewicz podczas prób lubił nazywać nas fantomami. My w tej historii bardziej jesteśmy niż żyjemy. Natomiast charakter, jaki razem kreujemy, ma stwarzać coś na wzór tajemniczości, ma być bardziej enigmatyczny niż realny, nasza obecność ma być odrealniona. Dlatego, kiedy wychodzimy na scenę, jesteśmy w sztywnych ramach, mamy konkretne ruchy, precyzyjnie ustawione i wyreżyserowane przez reżysera i naszą choreografkę. To wszystko ma sprawić, że nikt nie będzie patrzył na nas jak na ludzi, ale bardziej jak na element dekoracji. Może to brzmi nieco wyszukanie, ale inaczej nie da się tego nazwać. Jakbym miał powiedzieć komuś, kto kompletnie nic nie wie o tym spektaklu, jaka jest moja rola, to najprościej - gramy kochanków - jednak tylko powiedzieć, że gramy kochanków, to jest za mało. Nasze zadanie jak już wspomniałem jest choreograficzne, z kolegami gramy ze wspólnym wyrazem twarzy, jesteśmy multiplikacją jednego człowieka.

To pewnie jest Twoje pierwsze spotkanie z twórczością Levina?

Jako grającego na scenie w spektaklu – tak. Natomiast jako autor nie jest mi tak obcy – zapoznawałem się z jego twórczością jako widz. Widziałem "Kruma", a teraz dotykam twórczości Levina osobiście, pracując, poznając – to jest dla mnie nowe doświadczenie, jak taki powiew świeżości.

Hanoch Levin był wspaniałym obserwatorem...

Bardzo dobry obserwator, dobry słuchacz, to jest bardzo cenne. Od pierwszego czytania tekstu, zobaczyłem, że jest w porządku, wiem o co mu chodziło. Dobry język, dobre tłumaczenie, spostrzeżenia człowieka. Wszystko to jest dla mnie jasne i przekonujące. Akademia Teatralna to czas na odkrywanie i poznawanie – po to też są te studia. Wtedy zacząłem go odkrywać. Teraz mam pierwszą styczność - może skromną - ale od czegoś trzeba zacząć.

Za Tobą i kolegami pierwsze miesiące pracy w teatrze, jak je opiszesz?

Zacznę od tego, że zostaliśmy wszyscy, cała nasza trójka bardzo ciepło przyjęci do teatru Ateneum, za co jestem niesamowicie wdzięczny. Od razu łatwiej się wchodzi, nabiera pewności siebie. A ta pewność siebie na scenie jest niesamowicie przydatna, a nawet konieczna. Jesteśmy też młodszymi członkami zespołu od całej reszty i nie stanowimy dla naszych kolegów, koleżanek jakiejś, nazwijmy to konkurencji. I dzięki temu wiemy, że zespół nie postrzega nas jako pewnego rodzaju zagrożenie. Pan Grzegorz Damięcki przez cały czas trwania prób odnosił się do nas ze szczególną sympatią, z czego bardzo się cieszymy. To jest niezwykle miłe, ale i na początku drogi teatralnej bardzo potrzebne, aby uwierzyć, że to co robię ma sens i jest zauważone….dobre. Reszta przyjdzie z czasem…

Rozmawiała Małgorzata Gotowiec



Teatr Ateneum w Warszawie
"Wzrusz moje serce" Hanocha Levina w reżyserii Artura Tyszkiewicza
1. zdjęcie (na czerwonym tle): Pix and Me, 2. zdjęcie: Krzysztof Bieliński
Najbliższe spektakle – 22, 23, 24 marca

piątek, 18 listopada 2022

Olga Sarzyńska o "Alicji w Krainie Snów"

5 listopada 2022 roku na Scenie Głównej Teatru Ateneum premierę miała „Alicja w Krainie Snów” - specjalnie napisana dla ATENEUM sztuka dwojga autorów: dramatopisarki Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk i reżysera Wawrzyńca Kostrzewskiego, zainspirowanych słynną „Alicją w Krainie Czarów” Lewisa Carrolla. W roli Alicji będziemy oglądać Katarzynę Ucherską.

Z dwuczęściowej powieści autorzy pozostawili główny wątek - przygody dziewczynki w wyimaginowanym świecie ludzi i zwierząt zaludniających fantazję nadwrażliwego dziecka. Spektakl dla nastolatków, ich rodziców i wychowawców, którzy stęsknili się za Alicją, jest zaproszeniem do wspólnej podróży po podziemnym świecie Białego Królika, Kota z Cheshire, Kapelusznika, Myszy, Gąsienicy, Króla, Królowej i Księżnej.



O nowym spektaklu rozmawiamy z Olgą Sarzyńską, która wciela się w postać Królowej Kier.

Jaka to będzie Alicja?

Zupełnie odmienna, o innym spojrzeniu. Scenariusz został napisany specjalnie na zamówienie naszego teatru przez Małgorzatę Sikorską-Miszczuk i Wawrzyńca Kostrzewskiego. Jest to nowa odsłona „Alicji w Krainie Czarów”. Oczywiście jest bardzo dużo wątków i postaci, są żywcem zaczerpnięte z tej fantastycznej książki. Natomiast spektakl kierujemy do widza nastoletniego, ale jest również - moim zdaniem - dla dorosłych. Sam spektakl jest bardzo wielowymiarowy i dotyka wielu aspektów naszego życia, naszego dorastania, a przede wszystkim dzieciństwa.

Co jest w tym najważniejsze?

Takim najważniejszym motywem jest pudełko z dzieciństwa. To, co każdy z nas chował w swoim pudełku z dzieciństwa: wspomnienia, gałązka, zasuszony motyl, którego trzymaliśmy, gdy byliśmy mali. To są także ludzie, o których pamiętamy, sytuacje, obrazy, które pozostają w nas przez całe życie. Nie są dopełnione historiami, są to bardziej zdjęcia, które byśmy zrobili i one z nami zostały. Czy dobre czy złe, chowamy to w pudełku. Spektakl stawia takie pytanie, czy warto z tymi wspomnieniami iść w dorosłe życie i rozgrzebywać je na nowo, otwierając to pudełko, czy jednak warto zakończyć, zamknąć je i schować pod łóżko i iść do przodu.

I znaleźliście odpowiedź?

Myślę, że każdy będzie mógł sobie po tym spektaklu odpowiedzieć na to pytanie. Spektakl jest o dorastaniu, o spotykaniu różnych ludzi, o tych, którzy chcą nam pomóc, ale i o tych, którzy chcą nam przeszkodzić. Niektórzy sami są straszliwie sfrustrowani i tę frustrację przerzucają na nas. Dotyczy także tych wszystkich naszych pierwszych razów, pierwszej miłości, pierwszych spotkań z różnymi osobami. Alicja poznaje tu miłość, i to, co za sobą niesie. Czy jest trwała i na zawsze, czy jest tylko mgnieniem, a nam się wydaje, że jest w tym momencie całym światem. Wielu aspektów ten spektakl dotyka i jest bardzo osobisty dla twórców, czyli dla Wawrzyńca i dla Małgosi, którzy też kilka wątków zaczerpnęli ze swojego życia. To wszystko przybliża nas do takiej prawdy, a wiadomo, że jest to niebywale trudne w takiej sztuce jak „Alicja…”, gdzie wszystko jest absurdem. My, aktorzy, szukaliśmy tych postaci, żeby były bardzo blisko człowieka, bliskie nam. Sama Alicja grana przez Kasię Ucherską jest młodą dziewczyną, jeszcze nastolatką, ale nie jest słodką blondynką, i taka która wszystkiemu się dziwi, tylko rozmawia z tymi postaciami, które spotyka, i denerwuje się, dlaczego oni są tacy. Dlaczego są sfrustrowani i dlaczego są nieszczęśliwi.

Czy to jest spektakl dla ludzi o dużej wyobraźni i wrażliwości?

Spektakl jest multimedialny i pozwala nam tę wyobraźnię wyzwolić. Mamy tutaj ogromną machinę projekcji, wizualizacji, więc pomaga nam to uruchomić wyobraźnię, ale myślę, że każdy gdzieś w którymś z tych wątków znajdzie coś, co go wzruszy.

Jak długo pracowaliście nad spektaklem?

Dwa miesiące. Na bieżąco dokonywaliśmy poprawek. Ja gram Królową Kier i moja scena była rozpisywana chyba pięć razy, bo ciągle coś nie grało. My też coś dokładaliśmy od siebie, postaci przeszły przez nas. Wawrzyniec, pisząc tę sztukę, miał przed oczami już konkretnych aktorów. Role napisane są specjalnie dla każdego z tych aktorów. To jest ogromnie miłe wiedzieć, że ktoś dla nas pisze rolę. Spektakl będzie cały czas dojrzewał, w miarę grania. Ja też coraz bardziej poznaję ten świat Alicji, swoją postać. Czytam tę książkę mojej 5-letniej córce, która jest powieścią zachwycona. Zapraszam serdecznie na spektakl – dodaje Olga Sarzyńska.



Rozmawiała Małgorzata Gotowiec

Teatr Ateneum w Warszawie
„Alicja w Krainie Snów”, scenariusz Małgorzata Sikorska-Miszczuk, Wawrzyniec Kostrzewski, reżyseria Wawrzyniec Kostrzewski
Olga Sarzyńska, foto Krzysztof Bieliński

W obsadzie: Katarzyna Ucherska, Olga Sarzyńska, Emilia Komarnicka-Klynstra, Maria Ciunelis, Dorota Nowakowska, Wojciech Brzeziński, Bartłomiej Nowosielski, Dariusz Wnuk i Przemysław Bluszcz.

Spektakl widziała 9 listopada Małgosia
Najbliższe spektakle – 6, 7, 8, 10 i 11 grudnia

piątek, 3 czerwca 2022

Zdolna młodzież w Teatrze Ateneum

Warszawski Teatr Ateneum kończy sezon bardzo mocnym akcentem. Premiera goni premierę, na nudę absolutnie nie można narzekać. Scena 20 zaprasza na spektakl "To wiem na pewno". Andrew Bovell jest Australijczykiem, a jego sztukę niezwykle uniwersalną można wystawiać wszędzie, bo w każdym zakątku taka historia może się wydarzyć. Iwona Kempa opracowała i wyreżyserowała ten spektakl, a na deskach Ateneum – Agata Kulesza, Przemysław Bluszcz, Paulina Gałązka i bardzo zdolna młodzież, kończąca w tym roku warszawską Akademię Teatralną – Waleria Gorobets, Paweł Gasztold-Wierzbicki i Jan Wieteska.



Małżeństwo w średnim wieku, czwórka dorosłych dzieci. Prowadzą zwykłe życie, tylko młodsza córka nadal mieszka z rodzicami. Jak to często bywa, coś powolutku zaczyna się rozłazić w ich życiu. Ktoś postanawia wyprowadzić się z własnej rodziny, drugi odkrywa, że nie mieści się w skórze swojej płci, a jeszcze ktoś nie może znieść własnej bezradności po utracie pracy. Samo życie... O nowym spektaklu rozmawiamy z trójką najmłodszych aktorów, którzy dopiero kończą Akademię Teatralną w Warszawie.

Szybko zamykacie etap studencki, a przed Wami dorosłe wyzwanie. Jak sobie z tym radzicie?

Muszę przyznać, że to jest bardzo niezwykłe. Mamy ogromne szczęście, że debiutujemy pod okiem Iwony Kempy, z którą mieliśmy już okazję wcześniej się spotkać, przy okazji spektaklu "Szklarnia" w Akademii Teatralnej. Znakomicie się bawiliśmy. Jestem niezwykle szczęśliwa, że mogłam współpracować z tak fantastyczną reżyserką, i oczywiście z tak wspaniałymi aktorami, od których możemy się wiele nauczyć. Pracować z nimi to zaszczyt - Agata Kulesza, Przemysław Bluszcz – nazwiska same mówią za siebie – powiedziała nam Waleria Gorobets.

Chyba lepszego startu nie mogliście sobie wymarzyć?

Jak najbardziej. To wymarzony debiut. Waleria pięknie to ujęła. Po raz pierwszy mierzymy się z publicznością, która nie jest złożona głównie z naszych kolegów, przyjaciół, rodziny. W Akademii Teatralnej publiczność ma jednak świadomość, że ogląda studentów, tutaj już będą oglądać aktorów. Będą od nas wymagać znacznie więcej, a my musimy sobie poradzić z tą dodatkową presją i odpowiedzialnością – mówi Paweł Gasztold-Wierzbicki.

Chyba wiem, jak trafiliście do tego spektaklu?

Iwona Kempa pracowała z nami w Akademii przy sztuce "Szklarnia" i zaprosiła nas do tego spektaklu w Ateneum. Wielka radość, satysfakcja, że nas zauważyła i dała nam szansę na taki dorosły start w teatrze – komentuje Jan Wieteska.

Za co jesteśmy jej bardzo wdzięczni – dodaje Waleria. - Jestem szczęśliwa, że robimy taki rodzaj sztuki, to mnie najbardziej interesuje. Teatr o relacjach, o ludziach, gdzie opowiadamy jakąś konkretną historię, mamy coś ważnego do przekazania. Sztuka opowiada o problemach dotykających nas obecnie na co dzień, ale jest prosta w swojej formie. Jest to coś, co ja osobiście bardzo lubię w tej pracy – mówi Waleria.

Jesteście rodziną…

Rodzina z problemami, bardzo chaotyczna, ale też mocno zżyta ze sobą, przynajmniej do jakiegoś czasu. Rodzina, która wie, co dzieje się u każdego z nas. Spotykamy się na scenie w momencie kryzysu, gdy jesteśmy nieco rozsypani, pogubieni, każdy znajduje się gdzieś indziej. W międzyczasie wychodzą na światło dzienne rzeczy, które każdy ukrywał, zatajał – mówi Jan.

To jest na pozór zwykła rodzina. Staramy się budować taki wizerunek, przynajmniej w pierwszej scenie tak to wygląda. Każdy z nas przychodzi z dość niezwykłymi problemami – mówi Paweł.

Moja bohaterka Róża jest nastolatką, która nie wie, czego chce. Z drugiej strony kocha swoją rodzinę, chciałaby zostać w niej na zawsze. Jednak życie pisze dla niej nieco inny scenariusz – dodaje Waleria.

Ty jesteś też obserwatorką w tym spektaklu i dojrzewasz w miarę trwania sztuki. Na pozór zwykła rodzina, która musi się zmierzyć z rzeczywistością. Kochający rodzice, którzy bardzo kochają swoje dzieci, i chcą dla nich jak najlepiej. Jednak ich wizja - jak najlepiej - jest inna od wizji dzieci. Nie chcemy za dużo zdradzać i serdecznie zapraszamy na spektakl – mówi Paweł.

Jak wam się pracowało? Kiedy zaczęliście próby?

Próby zaczęliśmy na początku marca – razem trwały 2,5 miesiąca. Spotykaliśmy się dość intensywnie. Na czwartym roku nie mamy już tak dużo zajęć. Trzeba było tylko zgrać nasze spektakle w Collegium Nobilium. To skutkowało tym, że próby wieczorne odbywały się często bez nas. Szczęśliwie się złożyło, że próby zaczęliśmy dokładnie trzy tygodnie po premierze naszej ostatniej sztuki dyplomowej - mówią razem nasi bohaterowie.



Rozmawiała Małgorzata Gotowiec

Teatr Ateneum w Warszawie
"To wiem na pewno", reżyseria i opracowanie Iwona Kempa
Foto Krzysztof Bieliński
Obsada: Agata Kulesza
Przemysław Bluszcz
Paulina Gałązka
Waleria Gorobets
Paweł Gasztold-Wierzbicki
Jan Wieteska

Najbliższe spektakle – 9, 10, 11 i 12 czerwca