"Iwona, księżniczka Burgunda", napisana została w 1938 roku i jest jedną z najsłynniejszych sztuk Witolda Gombrowicza. Mimo upływu lat, jest cały czas aktualna. Spektakl po 30 latach powraca na deski Teatru Ateneum, oczywiście w nowej odsłonie. Za reżyserię odpowiada Anna Augustynowicz. W tytułowej roli będziemy oglądać Karolinę Charkiewicz.
O najnowszej premierze stołecznego teatru rozmawiamy z odtwórcą roli Cypriana, młodym i zdolnym aktorem Ateneum Pawłem Gasztoldem-Wierzbickim.
Zaczniemy tak nietypowo...jak odbierasz upływający czas? Czy dla Was młodych ma to jakieś znaczenie, czy o tym się myśli dopiero w starszym wieku? Mam tu na myśli, że kilka miesięcy temu rozmawialiśmy o premierze "Mój syn chodzi, tylko trochę wolniej", a wydaje się jak to by było chwilę temu...I już kolejna premiera.
Chyba nie ma co zanadto rozmyślać o tym upływającym czasie, bo i tak nie mamy na niego wpływu. Za to podzielę się ciekawostką, skoro o minionym czasie mowa. Przeanalizowałem nie tak dawno te przeszłe lata i zauważyłem, że co cztery lata w moim życiu wydarza się jakiś mały przełom. W 2014 roku dostałem się do LO do którego bardzo chciałem się dostać, w 2018 zdałem na studia aktorskie do Akademii Teatralnej w Warszawie o których marzyłem, w 2022 otrzymałem propozycję debiutu w "To wiem na pewno", i zaraz po premierze zostałem przyjęty na etat do teatru Ateneum. Przez ostatnie dwanaście lat, cykl się powtarza. Mamy rok 2026 i moment - jaki mógłbym zdefiniować jako przełomowy, chyba jeszcze nie nadszedł - ale jeszcze nie mamy połowy roku, więc z ciekawością czekam na to, co się wydarzy – dzieli się z nami Paweł Gasztold-Wierzbicki.
Staram się nie liczyć czasu, który mija. Myślę, że jeszcze wiele - mam nadzieję - przede mną i dlatego staram się nie myśleć o tym, że on upływa – kończy myśl aktor.
Masz w sobie spokój...
Chyba tak, póki co spełniam się zawodowo i to mnie cieszy. Mogę z czystym sumieniem i radością powiedzieć, że ten etap kariery, w którym obecnie jestem - choć może nie jest jeszcze tym, co mi się marzy - jest czymś, co na ten moment zapewnia mi spokój i satysfakcję. W ogóle warto czasem poddać się takiej autorefleksji, w chwilach, kiedy przychodzi diabełek, który gdzieś z tyłu głowy każe nam zazdrośnie spoglądać na to, co inni zdążyli już osiągnąć i posiąść. Zamiast zamartwiać się tym, że jeżdżę Skodą Fabią, wolę się cieszyć, że nie muszę już jeździć rowerem miejskim. Wielu kolegów po tych studiach nie miało nawet szansy zaistnieć w zawodzie, więc i tak jestem uprzywilejowany.
Szczęście jest potrzebne, chociaż odrobina...
Chyba większość rzeczy, które nam się przytrafiają w życiu są zależne od tego, czy nam się poszczęści, czy nie. Oczywiście, szczęściu trzeba pomóc, ale zdecydowanie tak - szczęście jest bardzo ważne w życiu.
Pracowałeś już w swojej krótkiej karierze nad tekstem Witolda Gombrowicza?
To moje pierwsze zetknięcie w pracy zawodowej z tym autorem, do tej pory Gombrowicza czytałem. Kolejna ciekawostka - gdy pisałem maturę z języka polskiego, rozszerzoną - to tematem rozprawki była groteska i powołałem się wtedy właśnie na Witolda Gombrowicza. Można powiedzieć, że do mnie wrócił. Jego twórczość cechuje świetne poczucie humoru, ale jednocześnie bardzo trudny język. Nie chodzi tylko o to, że jego słownictwo jest wysublimowane, tylko właśnie o tę wspomnianą już groteskę, którą się posługuje. Nawet w obrębie tej niedużej roli, którą mam w spektaklu, są takie kwestie, których powiedzenie prawdziwie jest bardzo trudne.
Na czym to polega?
Przykładowo, w obrębie jednej kwestii powtarzam dane słowo kilka razy, nie wiadomo właściwie dlaczego. Jestem jednak pewny, że Gombrowicz miał w tym jakiś zamysł. I to mi się pierwsze rzuca w oczy jak go czytam, że nie ma tu przypadków. Nawet jeśli ja czegoś nie rozumiem, to wolę wyjść z założenia, że to nie jest błąd autora, tylko to jest kwestia tego, że ja jeszcze do tego nie doszedłem. Nie jest to łatwa twórczość. Interpretacja tej sztuki może być różna, od dramatu po komedię z morałem. Myślę, że tych momentów lekkości u nas będzie sporo, będą one krążyły w obrębie tematów znajdujących swoje odbicie w rzeczywistości, które lekkie nie są, ale też na tym polega ta groteska Gombrowicza, na tych kontrastach.
Bohaterka – Iwona...bardzo małomówna...Nie jest łatwo grać taką postać.
Iwona prawie nic nie mówi. Początkowo się zastanawialiśmy, jako zespół, nad tym, żeby ona nic nie mówiła, ale postanowiliśmy zachować te szczątkowe ilości słów, które jednak wypowiada.
Jak sobie przypominam swoją rolę w spektaklu "Mój syn chodzi, tylko trochę wolniej", to było to dla mnie wyjątkowo trudne, żeby jakoś tę przestrzeń milczenia zapełnić, bo jednak mój bohater w tym spektaklu jest wyjątkowo małomówny, zwłaszcza w porównaniu do osób, które go otaczają. Współczułem Karolinie na samą myśl grania takiej postaci, ale myślę, że fajnie się pokazuje w tej roli.
Jak się układała praca z reżyserką Anną Augustynowicz?
Kojarzyłem Panią reżyser z korytarzy Akademii Teatralnej, ale nie miałem wcześniej przyjemności z nią pracować. Praca z nią to dla mnie pouczająca lekcja, bo posługuje się językiem teatralnym, którego wcześniej nie używałem. I szczerze mówiąc, nie wiem, czy jest to mój ulubiony język, ale bardzo się ucieszyłem na wiadomość, że będę grał w tym spektaklu, bo wiedziałem, że mierzenie się z czymś, co na samą myśl sprawia mi jakąś niewygodę, będzie dla mnie twórcze i rozwijające. Przecież o to też chodzi, aby jak najbardziej się rozwijać i nabierać kolejnego doświadczenia.
Grasz Cypriana – kolegę księcia. Powiesz coś o swoim bohaterze?
W kontekście tego tekstu nie ma mowy o przyjaźni, dobrej znajomości. Na zamku każdy ma swój interes do ugrania. Cyprian to człowiek cyniczny, chcący skorzystać na znajomości z księciem. Tak często bywa w życiu – za ludźmi, którzy są wysoko postawieni, ciągnie się sznureczek ludzi interesownych – i to jest właśnie taki człowiek. Jak trzeba być zabawnym, to takim będzie, jak trzeba być innym, to sprosta i temu. On nie lubi siebie. Iwona w tej sztuce jest narzędziem obnażania prawdy o ludziach. Cyprian jest małym człowieczkiem, a bardzo chce być kimś. Uniwersalne przesłanie tego tekstu jest o sztuczności struktur, o maskach jakie nakładamy, o tym że często próbujemy się gdzieś dostać za wszelką cenę, co - jak się często okazuje - nie jest tego warte.
Myślę, że to jest znakomita puenta. Bardzo dziękuję za rozmowę.
Ja również i zapraszam na spektakl, aby sobie samemu wyrobić opinię.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Ateneum w Warszawie
"Iwona, księżniczka Burgunda" Witolda Gombrowicza
Paweł Gasztold-Wierzbicki, foto Krzysztof Bieliński
Spektakl widziała 21 maja Małgosia
Najbliższe przedstawienia – 11, 12, 14 czerwca
poniedziałek, 1 czerwca 2026
środa, 13 maja 2026
Justyna Kowalska o najnowszej premierze w Teatrze Narodowym
"Prowadź swój pług przez kości umarłych" to jedna z najgłośniejszych książek polskiej noblistki Olgi Tokarczuk. Jest to opowieść wielowarstwowa, sięgająca w swojej narracji zarazem do tego co przyziemne, jak i do tego, co zapisane w gwiazdach. Reżyserką spektaklu jest Ewa Platt, a premiera sztuki miała miejsce 25 kwietnia w Teatrze Narodowym na Dużej Scenie Bogusławskiego.
Janina Duszejko, główna bohaterka tej historii, to osoba o niezwykle silnej empatii, którą kieruje przede wszystkim do tych najsłabszych, którzy stają się ofiarami ludzkich działań – do zwierząt. Stojąc na krawędzi życia i śmierci, przygląda się krwawemu odwetowi na dotychczasowych oprawcach.
Moja postać ma na imię Nadzieja, inaczej mówią na nią Dobra Nowina. W książce Olgi Tokarczuk jest to drugoplanowa postać, która wspiera główną bohaterkę, Janinę Duszejko – mówi w rozmowie z nami aktorka młodego pokolenia Sceny Narodowej Justyna Kowalska.
Bohaterka, którą gram, to taki ciepły oddech i wpuszczenie świeżego powietrza, żeby Janina mogła przy kimś poczuć się lepiej. Przy kim mogłaby przez chwilę tej walki nie prowadzić, odnaleźć odrobinę wytchnienia i spokoju – kontynuuje aktorka Sceny Narodowej.
I z pewnością łatwo nie jest...
Tak. Niestety w tym świecie, który my tu tworzymy wspólnie z reżyserką i twórcami, ten świat jest - nie mówię, że jest tej miłości pozbawiony - ale jest tak, że te postaci które miały dawać to wytchnienie, jest w nich też dużo bólu i cierpienia. Każda z tych postaci zmaga się ze swoją traumą, każda na swój sposób.
Dużo jest tej tematyki walki ekologicznej, ochrony zwierząt...czy ta tematyka nie staje się już nużąca, męcząca...
Taki jest dzisiejszy świat. Jest to nieodłączny element tego całego procesu, pewien rodzaj frustracji, bezradności, nawet furii, nie bałabym się też powiedzieć, że i właśnie nudy. Jest to wpisane w strukturę jakiejś długotrwałej walki o cokolwiek. Myślę, że akurat w przypadku książki, jak i u nas w spektaklu, jest wpisana bardzo skomplikowana emocjonalność głównej bohaterki - odgrywanej przez wspaniałą Dominikę Kluźniak. W tym procesie walki o coś, pojawia się ten element zmęczenia, wypalenia. Czytałam ostatnio "Szczeliny istnienia" Jolanty Brach-Czainy - kilka takich esejów filozoficznych na temat tortur - i czym się różni ból człowieczy od bólu np. szczurzego, to jest bardzo ciekawe, warte spojrzenia na te rzeczy z innej strony.
To kolejny już spektakl tego sezonu z młodą reżyserką. Jakie wrażenia wam towarzyszą?
Wspaniałe. Ewa Platt w trakcie całego procesu twórczego była otwarta, bardzo partnersko podchodziła do wszystkich współpracowników. Była bardzo ciekawa naszego zdania, otwarta na dialog, na nasze propozycje. Mam poczucie, że ten efekt ostateczny jest naszym wspólnym dziełem - oczywiście Ewa była głównodowodzącą. Bardzo przyjemnie było spotkać się z nową energią, kimś fajnie rozwijającym się. Bardzo, bardzo dobrze czułam się w tej pracy.
Pierwszy sezon bez Mistrza Jana Englerta dobiega końca... Jaki był?
Trudno już dziś o tym mówić. Na ten moment to jeszcze zbyt wcześnie. Jednak jak sam dyrektor Jan Klata mówi, chciałby, aby to była raczej sztafeta, przekazywanie, a nie jakiś nagły zwrot w działaniu teatru. Nazwiska, z którymi się w tym sezonie spotykam, są nowe, inne, jest to na pewno inna energia. Nie mam poczucia jakiegoś przewrotu, być może te zmiany będą bardziej płynnie przebiegały, to jeszcze czas pokaże.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Narodowy w Warszawie
"Prowadź swój pług przez kości umarłych" Olgi Tokarczuk, reż. Ewa Platt
Justyna Kowalska, foto Przemysław Jendroska
Najbliższe spektakle 15, 16, 17 maja, 20, 21, 23, 24 czerwca
16 maja spektakl oglądała Małgosia
Janina Duszejko, główna bohaterka tej historii, to osoba o niezwykle silnej empatii, którą kieruje przede wszystkim do tych najsłabszych, którzy stają się ofiarami ludzkich działań – do zwierząt. Stojąc na krawędzi życia i śmierci, przygląda się krwawemu odwetowi na dotychczasowych oprawcach.
Moja postać ma na imię Nadzieja, inaczej mówią na nią Dobra Nowina. W książce Olgi Tokarczuk jest to drugoplanowa postać, która wspiera główną bohaterkę, Janinę Duszejko – mówi w rozmowie z nami aktorka młodego pokolenia Sceny Narodowej Justyna Kowalska.
Bohaterka, którą gram, to taki ciepły oddech i wpuszczenie świeżego powietrza, żeby Janina mogła przy kimś poczuć się lepiej. Przy kim mogłaby przez chwilę tej walki nie prowadzić, odnaleźć odrobinę wytchnienia i spokoju – kontynuuje aktorka Sceny Narodowej.
I z pewnością łatwo nie jest...
Tak. Niestety w tym świecie, który my tu tworzymy wspólnie z reżyserką i twórcami, ten świat jest - nie mówię, że jest tej miłości pozbawiony - ale jest tak, że te postaci które miały dawać to wytchnienie, jest w nich też dużo bólu i cierpienia. Każda z tych postaci zmaga się ze swoją traumą, każda na swój sposób.
Dużo jest tej tematyki walki ekologicznej, ochrony zwierząt...czy ta tematyka nie staje się już nużąca, męcząca...
Taki jest dzisiejszy świat. Jest to nieodłączny element tego całego procesu, pewien rodzaj frustracji, bezradności, nawet furii, nie bałabym się też powiedzieć, że i właśnie nudy. Jest to wpisane w strukturę jakiejś długotrwałej walki o cokolwiek. Myślę, że akurat w przypadku książki, jak i u nas w spektaklu, jest wpisana bardzo skomplikowana emocjonalność głównej bohaterki - odgrywanej przez wspaniałą Dominikę Kluźniak. W tym procesie walki o coś, pojawia się ten element zmęczenia, wypalenia. Czytałam ostatnio "Szczeliny istnienia" Jolanty Brach-Czainy - kilka takich esejów filozoficznych na temat tortur - i czym się różni ból człowieczy od bólu np. szczurzego, to jest bardzo ciekawe, warte spojrzenia na te rzeczy z innej strony.
To kolejny już spektakl tego sezonu z młodą reżyserką. Jakie wrażenia wam towarzyszą?
Wspaniałe. Ewa Platt w trakcie całego procesu twórczego była otwarta, bardzo partnersko podchodziła do wszystkich współpracowników. Była bardzo ciekawa naszego zdania, otwarta na dialog, na nasze propozycje. Mam poczucie, że ten efekt ostateczny jest naszym wspólnym dziełem - oczywiście Ewa była głównodowodzącą. Bardzo przyjemnie było spotkać się z nową energią, kimś fajnie rozwijającym się. Bardzo, bardzo dobrze czułam się w tej pracy.
Pierwszy sezon bez Mistrza Jana Englerta dobiega końca... Jaki był?
Trudno już dziś o tym mówić. Na ten moment to jeszcze zbyt wcześnie. Jednak jak sam dyrektor Jan Klata mówi, chciałby, aby to była raczej sztafeta, przekazywanie, a nie jakiś nagły zwrot w działaniu teatru. Nazwiska, z którymi się w tym sezonie spotykam, są nowe, inne, jest to na pewno inna energia. Nie mam poczucia jakiegoś przewrotu, być może te zmiany będą bardziej płynnie przebiegały, to jeszcze czas pokaże.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Narodowy w Warszawie
"Prowadź swój pług przez kości umarłych" Olgi Tokarczuk, reż. Ewa Platt
Justyna Kowalska, foto Przemysław Jendroska
Najbliższe spektakle 15, 16, 17 maja, 20, 21, 23, 24 czerwca
16 maja spektakl oglądała Małgosia
piątek, 17 kwietnia 2026
Jan Wieteska o najnowszej sztuce w Teatrze Ateneum
Mikołaj Grabowski wraca do Teatru Ateneum w Warszawie. Podjął się niezwykle trudnego zadania, jakim było wystawienie na scenie dzienników Mirona Białoszewskiego. Jednak kto, jak nie ten właśnie znakomity reżyser, mógł się za to zabrać, gwarantując doskonałe efekty we współpracy z doborowym zespołem aktorskim Ateneum?
Autorem "Chamowa" jest jeden z najwybitniejszych poetów i pisarzy współczesnych, Miron Białoszewski. W połowie 1975 roku przeprowadził się z centrum Warszawy na drugą stronę Wisły, na Saską Kępę. Ale nie tę historyczną, od przedwojnia uchodzącą za dzielnicę warszawskiej inteligencji, tylko do jednego z nowych bloków ery gierkowskiej. Starzy mieszkańcy Saskiej Kępy szybko nadali tej dobudówce z wielkiej płyty nieco pogardliwe miano Chamowa.
O najnowszym spektaklu stołecznej sceny rozmawiamy z jednym z odtwórców sztuki, aktorem najmłodszego pokolenia Janem Wieteską.
Za wami praca nad dziennikami, to trudne wyzwanie...
Jest to materia literacka bardzo trudna do pokazania na scenie, taka nieoczywista. Myślę, że reżyser - Mikołaj Grabowski - ale też wszyscy po trosze głowiliśmy się nad tym, jak to najlepiej przedstawić. Było to na pewno ciekawe zadanie, wyzwanie dla każdego. Uważam, że Mikołaj Grabowski jest do takiej formy po prostu stworzony. On to czuje znakomicie, całym swoim ciałem. Doskonale wie, jak to ma być powiedziane, i jak to wykonać, aby jak najlepiej dotrzeć do widza, chociaż zapiera się rękami i nogami, że nie zna odpowiedzi za wszystkie pytania, które pojawiają się w tekście. Wydaje mi się, że udało nam się stworzyć coś bardzo dobrze przyswajalnego przez widza, coś o każdym z nas. To jest najbardziej kluczowe w całej tej opowieści – mówi w rozmowie z nami Jan Wieteska.
Dla Ciebie jest to coś nowego. Ty poznajesz tę Warszawę znaną z opowieści, bardziej dziadków, może trochę rodziców...
Ja też mam za sobą doświadczenia płynące z życia w bloku z wielkiej płyty. Bardzo możliwe, że był to blok z podobnych lat, co blok Mirona na Lizbońskiej 2. Dorastałem w bloku na Ochocie i tam też spotkało mnie parę takich sytuacji, o których Białoszewski pisał w dziennikach. O sąsiadach, którzy słyszeli wszystko, co on robił, a on słyszał wszystko, co oni robili. U mnie było tak samo, sąsiedzi z dołu słyszeli mnie, kiedy ćwiczyłem w swoim pokoju jakieś sceny, śpiewałem, tańczyłem. Czasem zdarzało się, że pani z dołu stukała w rury, które szły przez cały pion, żeby przekazać mi, abym był ciszej. Właśnie takie jest to życie w bloku. 10 pięter, a u mnie 12... to wyjątkowa tkanka społeczna. Dla mnie to było ważne doświadczenie życiowe, można by powiedzieć, że budujące część tożsamości. Również ciekawe było dla mnie to, że bardzo wiele osób z tego bloku znałem, zawsze jakieś pytania, spotkania rano, wieczorem, rozmowy w windzie. Ludzie zagadywali do siebie nawzajem, interesując się, co się dzieje w tym najbliższym otoczeniu. O tym też Miron mówi, uważnie i czule o tych ludziach.
Przekrój społeczny, a w nim artystyczna dusza pisarza...
Tak, to też bardzo ważny aspekt spektaklu. Myślę, że on nie przystawał - jak wielu artystów - do tego codziennego świata, i opisywał różne paradoksy, abstrakcyjne sytuacje z tym światem związane. Często opisywał je jako śmieszne, momentami dziwne, groźne czy smutne. Ja też w jakimś sensie się pod jego myśleniem podpisuję, choć nie mam, oczywiście, na myśli tego, że jestem takim artystą, jak Miron Białoszewski. Na pewno wielu chciałoby dążyć do jego pisarskiej wielkości, bo uważam, że jego wrażliwość i talent są niepodważalne, ale chodzi o to, że życie codzienne, jest czasem zupełnie różne od tego, co robimy na scenie, od tego, czym zajmujemy się w pracy, więc potrzebujemy czasem takiego okresu przejściowego zanim wrócimy do codzienności, dłuższej chwili do zaklimatyzowania się w niej. Niektórym przychodzi to łatwiej, innym trudniej. Miron określał sztukę jako swoją wielką pasję, swoje życie, ale też nieraz zakłamanie rzeczywistości. Ten dysonans jest trudny. Uważam, że w tym spektaklu wyraźnie widać tę niewygodę codzienności, i choć na początku trudno mi było się w język Mirona wdrożyć, to mam wrażenie, że wyszło coś, z czym ja się bardzo utożsamiam, i co jest mi bliskie, mimo że jest to o latach siedemdziesiątych.
Bardziej poznałeś osobę Mirona Białoszewskiego?
Zdecydowanie. Przeczytałem "Chamowo" od deski do deski, ale dopiero na scenie, przy pracy nad tym tekstem, ukazał mi się przed oczami pełen obraz. Uważam, że genialna scenografia w postaci rusztowania i mebli z epoki, a także kostiumy - to wszystko pomogło mi się jeszcze bardziej zbliżyć do tej rzeczywistości. Samo rusztowanie, moim zdaniem, dodało także grozy i obcości światu przedstawionemu w spektaklu. Miron przez ludzi, czyli pozostałe postaci tej sztuki, oswaja się powoli z obcością tego blokowiska, przygląda się mu bacznie. Znakomity Łukasz Lewandowski, idąc za wizją reżysera, również mocno przybliżył mi postać Białoszewskiego. Żył krótko, a pomyśleć, jak wiele takich dzieł mógł jeszcze napisać... Jednak warto sięgnąć do tego, co mamy i się z tym zaznajomić, bo dla wielu wciąż są to zbiory zupełnie nieznane. Zapraszam na spektakl, warto przyjść i po swojemu poznać Mirona. Dodam jeszcze, że śpiewamy. Aranżacje muzyczne są piękne, nostalgiczne, utrzymane w klimacie lat 70. i dla mnie osobiście bardzo przejmujące. A, że wiadomo nie od dziś, że muzyka zajmuje ważne miejsce w moim życiu, to tym bardziej zachęcam!
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Ateneum w Warszawie
"Chamowo" Mirona Białoszewskiego, reżyseria Mikołaj Grabowski
Jan Wieteska, foto Krzysztof Bieliński
Najbliższe spektakle 23-26 kwietnia i 22-24 maja
Sztukę widziała 26 marca Małgosia
Autorem "Chamowa" jest jeden z najwybitniejszych poetów i pisarzy współczesnych, Miron Białoszewski. W połowie 1975 roku przeprowadził się z centrum Warszawy na drugą stronę Wisły, na Saską Kępę. Ale nie tę historyczną, od przedwojnia uchodzącą za dzielnicę warszawskiej inteligencji, tylko do jednego z nowych bloków ery gierkowskiej. Starzy mieszkańcy Saskiej Kępy szybko nadali tej dobudówce z wielkiej płyty nieco pogardliwe miano Chamowa.
O najnowszym spektaklu stołecznej sceny rozmawiamy z jednym z odtwórców sztuki, aktorem najmłodszego pokolenia Janem Wieteską.
Za wami praca nad dziennikami, to trudne wyzwanie...
Jest to materia literacka bardzo trudna do pokazania na scenie, taka nieoczywista. Myślę, że reżyser - Mikołaj Grabowski - ale też wszyscy po trosze głowiliśmy się nad tym, jak to najlepiej przedstawić. Było to na pewno ciekawe zadanie, wyzwanie dla każdego. Uważam, że Mikołaj Grabowski jest do takiej formy po prostu stworzony. On to czuje znakomicie, całym swoim ciałem. Doskonale wie, jak to ma być powiedziane, i jak to wykonać, aby jak najlepiej dotrzeć do widza, chociaż zapiera się rękami i nogami, że nie zna odpowiedzi za wszystkie pytania, które pojawiają się w tekście. Wydaje mi się, że udało nam się stworzyć coś bardzo dobrze przyswajalnego przez widza, coś o każdym z nas. To jest najbardziej kluczowe w całej tej opowieści – mówi w rozmowie z nami Jan Wieteska.
Dla Ciebie jest to coś nowego. Ty poznajesz tę Warszawę znaną z opowieści, bardziej dziadków, może trochę rodziców...
Ja też mam za sobą doświadczenia płynące z życia w bloku z wielkiej płyty. Bardzo możliwe, że był to blok z podobnych lat, co blok Mirona na Lizbońskiej 2. Dorastałem w bloku na Ochocie i tam też spotkało mnie parę takich sytuacji, o których Białoszewski pisał w dziennikach. O sąsiadach, którzy słyszeli wszystko, co on robił, a on słyszał wszystko, co oni robili. U mnie było tak samo, sąsiedzi z dołu słyszeli mnie, kiedy ćwiczyłem w swoim pokoju jakieś sceny, śpiewałem, tańczyłem. Czasem zdarzało się, że pani z dołu stukała w rury, które szły przez cały pion, żeby przekazać mi, abym był ciszej. Właśnie takie jest to życie w bloku. 10 pięter, a u mnie 12... to wyjątkowa tkanka społeczna. Dla mnie to było ważne doświadczenie życiowe, można by powiedzieć, że budujące część tożsamości. Również ciekawe było dla mnie to, że bardzo wiele osób z tego bloku znałem, zawsze jakieś pytania, spotkania rano, wieczorem, rozmowy w windzie. Ludzie zagadywali do siebie nawzajem, interesując się, co się dzieje w tym najbliższym otoczeniu. O tym też Miron mówi, uważnie i czule o tych ludziach.
Przekrój społeczny, a w nim artystyczna dusza pisarza...
Tak, to też bardzo ważny aspekt spektaklu. Myślę, że on nie przystawał - jak wielu artystów - do tego codziennego świata, i opisywał różne paradoksy, abstrakcyjne sytuacje z tym światem związane. Często opisywał je jako śmieszne, momentami dziwne, groźne czy smutne. Ja też w jakimś sensie się pod jego myśleniem podpisuję, choć nie mam, oczywiście, na myśli tego, że jestem takim artystą, jak Miron Białoszewski. Na pewno wielu chciałoby dążyć do jego pisarskiej wielkości, bo uważam, że jego wrażliwość i talent są niepodważalne, ale chodzi o to, że życie codzienne, jest czasem zupełnie różne od tego, co robimy na scenie, od tego, czym zajmujemy się w pracy, więc potrzebujemy czasem takiego okresu przejściowego zanim wrócimy do codzienności, dłuższej chwili do zaklimatyzowania się w niej. Niektórym przychodzi to łatwiej, innym trudniej. Miron określał sztukę jako swoją wielką pasję, swoje życie, ale też nieraz zakłamanie rzeczywistości. Ten dysonans jest trudny. Uważam, że w tym spektaklu wyraźnie widać tę niewygodę codzienności, i choć na początku trudno mi było się w język Mirona wdrożyć, to mam wrażenie, że wyszło coś, z czym ja się bardzo utożsamiam, i co jest mi bliskie, mimo że jest to o latach siedemdziesiątych.
Bardziej poznałeś osobę Mirona Białoszewskiego?
Zdecydowanie. Przeczytałem "Chamowo" od deski do deski, ale dopiero na scenie, przy pracy nad tym tekstem, ukazał mi się przed oczami pełen obraz. Uważam, że genialna scenografia w postaci rusztowania i mebli z epoki, a także kostiumy - to wszystko pomogło mi się jeszcze bardziej zbliżyć do tej rzeczywistości. Samo rusztowanie, moim zdaniem, dodało także grozy i obcości światu przedstawionemu w spektaklu. Miron przez ludzi, czyli pozostałe postaci tej sztuki, oswaja się powoli z obcością tego blokowiska, przygląda się mu bacznie. Znakomity Łukasz Lewandowski, idąc za wizją reżysera, również mocno przybliżył mi postać Białoszewskiego. Żył krótko, a pomyśleć, jak wiele takich dzieł mógł jeszcze napisać... Jednak warto sięgnąć do tego, co mamy i się z tym zaznajomić, bo dla wielu wciąż są to zbiory zupełnie nieznane. Zapraszam na spektakl, warto przyjść i po swojemu poznać Mirona. Dodam jeszcze, że śpiewamy. Aranżacje muzyczne są piękne, nostalgiczne, utrzymane w klimacie lat 70. i dla mnie osobiście bardzo przejmujące. A, że wiadomo nie od dziś, że muzyka zajmuje ważne miejsce w moim życiu, to tym bardziej zachęcam!
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Ateneum w Warszawie
"Chamowo" Mirona Białoszewskiego, reżyseria Mikołaj Grabowski
Jan Wieteska, foto Krzysztof Bieliński
Najbliższe spektakle 23-26 kwietnia i 22-24 maja
Sztukę widziała 26 marca Małgosia
wtorek, 20 stycznia 2026
Paweł Brzeszcz o najnowszej premierze w Teatrze Narodowym
David Foster Wallace i jego przełomowe dzieło amerykańskiej literatury lat 90. XX wieku "Niewyczerpany żart" w reżyserii Kamila Białaszka na Scenie przy Wierzbowej kończył rok w Teatrze Narodowym w Warszawie.
Kamil Białaszek, młody reżyser, któremu już teatralny świat wróży wspaniałą karierę, jest jeszcze studentem V roku Reżyserii warszawskiej Akademii Teatralnej. W debiucie na Scenie Narodowej spotkał się z legendą postmodernizmu – Davidem Fosterem Wallace’em. Ten niepokojąco aktualny, ponad 1000-stronicowy utwór stawia pytania o to, dokąd prowadzą bezrefleksyjna pogoń za rozrywką oraz rozmaite formy uzależnienia.
O najnowszej premierze rozmawiamy z Pawłem Brzeszczem, aktorem młodego pokolenia Teatru Narodowego.
- Mamy do czynienia z człowiekiem bardzo młodym, 11-latkiem, który już odczuwa depresję, wypalenie zawodowe. Scena na bieżni obrazuje nam jak zaczyna się jeden z głównych problemów opisywanych w spektaklu. Odpowiedzi, które Lamont Chu dostaje od swojego guru sprawiają, że jego świat się sypie. Dziecko nie ma argumentów, żeby obronić się przed brutalną rzeczywistością, która do niego dociera. To jest troszeczkę taki skrót, opisujący, jak zaczyna się w człowieku uzależnienie. Mamy nagle rozpad jakiegoś naszego świata, naszych poglądów, na ból istnienia zaczynamy szukać czegoś, co nam to złagodzi. Jest to start do wszelkiego rodzaju uzależnień – mówi nam Paweł Brzeszcz.
Brutalna rzeczywistość, niezdrowe ambicje, oczekiwania, walka o sukces i życie na "świeczniku" – to nie dotyczy tylko sportowców, aktorów, celebrytów, ale dotyka także zwykłych ludzi. Nie każdy sobie z tym radzi. Jak to wygląda w przypadku postaci, którą grasz?
Użyliśmy zabiegu łączącego dwie postaci, wobec czego, w pewnym momencie, może trochę groteskowo, ale jest pokazana przyszłość tego chłopaka. Może nawet nie przyszłość, ale wizja jakiegoś prawdopodobieństwa. Co będzie, jeśli on zrezygnuje, i jak potoczy się jego droga po załamaniu. Pokazujemy akurat przykład drogi stoczenia się, chłopak staje się alkoholikiem. Moje zadanie polega na tym, że pokazuję tego człowieka na początku i końcu jego drogi z uzależnieniem. Na początku jest w akademii tenisowej, która łączy się z innym miejscem akcji czyli ośrodkiem odwykowym. Połączenie tych dwóch miejsc to jest właśnie ta równia pochyła.
To była bardzo ważna powieść dla Ameryki w latach 90., ale jest również ważna dla nas wszystkich w czasach obecnych.
My tu pokazujemy używanie multimediów jako przekazu, ale chcemy też pokazać, że multimedia, Instagram i te socjale, które nas bombardują na co dzień, one też powodują to, co się dzieje z tym chłopcem. Wallace był świetnym diagnostą kultury amerykańskiej i już dostrzegał problem niezdrowej ambicji i oczekiwań. Zarówno oczekiwań jednostki wobec siebie, jak i oczekiwań kapitalizmu wobec jednostki, oczekiwań rodziny wobec dziecka, wszelkiego rodzaju oczekiwań i ambicji, które prowadzą nas do ucieczki. Bo wszystkich ambicji nie da się spełnić.
Te rzeczy, które nas tak nakręcają, bombardują, wypaczają to co jest ważne...
Tak, na drodze wyimaginowanego szczęścia tracimy gdzieś perspektywę tego prawdziwego szczęścia...
Jak się pracowało z tak młodym reżyserem jakim jest Kamil Białaszek?
Musieliśmy się siebie nauczyć i sobie zaufać. Jest to osoba bardzo inspirująca i odważna w swoich decyzjach. A co przyniesie odbiór, to zobaczymy.
Wspaniale jest patrzeć jak się rozwijasz, jak z każdym nowym wyzwaniem na scenie rośnie twój talent teatralny...
Czym jest dla Ciebie teatr?
Teatr przede wszystkim jest dla mnie opowiadaniem historii, sporo czasu spędzam w teatrze, trudno jednoznacznie odpowiedzieć, bo z roku na rok jest dla mnie czymś innym. Odkrywam go nieustanie, powiększam doświadczenie i czekam...co będzie dalej.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Narodowy w Warszawie
"Niewyczerpany żart" – reżyseria i adaptacja Kamil Białaszek
Paweł Brzeszcz, foto Karolina Jóźwiak
Najbliższe spektakle od 11 do 15 lutego
Kamil Białaszek, młody reżyser, któremu już teatralny świat wróży wspaniałą karierę, jest jeszcze studentem V roku Reżyserii warszawskiej Akademii Teatralnej. W debiucie na Scenie Narodowej spotkał się z legendą postmodernizmu – Davidem Fosterem Wallace’em. Ten niepokojąco aktualny, ponad 1000-stronicowy utwór stawia pytania o to, dokąd prowadzą bezrefleksyjna pogoń za rozrywką oraz rozmaite formy uzależnienia.
O najnowszej premierze rozmawiamy z Pawłem Brzeszczem, aktorem młodego pokolenia Teatru Narodowego.
- Mamy do czynienia z człowiekiem bardzo młodym, 11-latkiem, który już odczuwa depresję, wypalenie zawodowe. Scena na bieżni obrazuje nam jak zaczyna się jeden z głównych problemów opisywanych w spektaklu. Odpowiedzi, które Lamont Chu dostaje od swojego guru sprawiają, że jego świat się sypie. Dziecko nie ma argumentów, żeby obronić się przed brutalną rzeczywistością, która do niego dociera. To jest troszeczkę taki skrót, opisujący, jak zaczyna się w człowieku uzależnienie. Mamy nagle rozpad jakiegoś naszego świata, naszych poglądów, na ból istnienia zaczynamy szukać czegoś, co nam to złagodzi. Jest to start do wszelkiego rodzaju uzależnień – mówi nam Paweł Brzeszcz.
Brutalna rzeczywistość, niezdrowe ambicje, oczekiwania, walka o sukces i życie na "świeczniku" – to nie dotyczy tylko sportowców, aktorów, celebrytów, ale dotyka także zwykłych ludzi. Nie każdy sobie z tym radzi. Jak to wygląda w przypadku postaci, którą grasz?
Użyliśmy zabiegu łączącego dwie postaci, wobec czego, w pewnym momencie, może trochę groteskowo, ale jest pokazana przyszłość tego chłopaka. Może nawet nie przyszłość, ale wizja jakiegoś prawdopodobieństwa. Co będzie, jeśli on zrezygnuje, i jak potoczy się jego droga po załamaniu. Pokazujemy akurat przykład drogi stoczenia się, chłopak staje się alkoholikiem. Moje zadanie polega na tym, że pokazuję tego człowieka na początku i końcu jego drogi z uzależnieniem. Na początku jest w akademii tenisowej, która łączy się z innym miejscem akcji czyli ośrodkiem odwykowym. Połączenie tych dwóch miejsc to jest właśnie ta równia pochyła.
To była bardzo ważna powieść dla Ameryki w latach 90., ale jest również ważna dla nas wszystkich w czasach obecnych.
My tu pokazujemy używanie multimediów jako przekazu, ale chcemy też pokazać, że multimedia, Instagram i te socjale, które nas bombardują na co dzień, one też powodują to, co się dzieje z tym chłopcem. Wallace był świetnym diagnostą kultury amerykańskiej i już dostrzegał problem niezdrowej ambicji i oczekiwań. Zarówno oczekiwań jednostki wobec siebie, jak i oczekiwań kapitalizmu wobec jednostki, oczekiwań rodziny wobec dziecka, wszelkiego rodzaju oczekiwań i ambicji, które prowadzą nas do ucieczki. Bo wszystkich ambicji nie da się spełnić.
Te rzeczy, które nas tak nakręcają, bombardują, wypaczają to co jest ważne...
Tak, na drodze wyimaginowanego szczęścia tracimy gdzieś perspektywę tego prawdziwego szczęścia...
Jak się pracowało z tak młodym reżyserem jakim jest Kamil Białaszek?
Musieliśmy się siebie nauczyć i sobie zaufać. Jest to osoba bardzo inspirująca i odważna w swoich decyzjach. A co przyniesie odbiór, to zobaczymy.
Wspaniale jest patrzeć jak się rozwijasz, jak z każdym nowym wyzwaniem na scenie rośnie twój talent teatralny...
Czym jest dla Ciebie teatr?
Teatr przede wszystkim jest dla mnie opowiadaniem historii, sporo czasu spędzam w teatrze, trudno jednoznacznie odpowiedzieć, bo z roku na rok jest dla mnie czymś innym. Odkrywam go nieustanie, powiększam doświadczenie i czekam...co będzie dalej.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Narodowy w Warszawie
"Niewyczerpany żart" – reżyseria i adaptacja Kamil Białaszek
Paweł Brzeszcz, foto Karolina Jóźwiak
Najbliższe spektakle od 11 do 15 lutego
Subskrybuj:
Posty (Atom)






