Mikołaj Grabowski wraca do Teatru Ateneum w Warszawie. Podjął się niezwykle trudnego zadania, jakim było wystawienie na scenie dzienników Mirona Białoszewskiego. Jednak kto, jak nie ten właśnie znakomity reżyser, mógł się za to zabrać, gwarantując doskonałe efekty we współpracy z doborowym zespołem aktorskim Ateneum?
Autorem "Chamowa" jest jeden z najwybitniejszych poetów i pisarzy współczesnych, Miron Białoszewski. W połowie 1975 roku przeprowadził się z centrum Warszawy na drugą stronę Wisły, na Saską Kępę. Ale nie tę historyczną, od przedwojnia uchodzącą za dzielnicę warszawskiej inteligencji, tylko do jednego z nowych bloków ery gierkowskiej. Starzy mieszkańcy Saskiej Kępy szybko nadali tej dobudówce z wielkiej płyty nieco pogardliwe miano Chamowa.
O najnowszym spektaklu stołecznej sceny rozmawiamy z jednym z odtwórców sztuki, aktorem najmłodszego pokolenia Janem Wieteską.
Za wami praca nad dziennikami, to trudne wyzwanie...
Jest to materia literacka bardzo trudna do pokazania na scenie, taka nieoczywista. Myślę, że reżyser - Mikołaj Grabowski - ale też wszyscy po trosze głowiliśmy się nad tym, jak to najlepiej przedstawić. Było to na pewno ciekawe zadanie, wyzwanie dla każdego. Uważam, że Mikołaj Grabowski jest do takiej formy po prostu stworzony. On to czuje znakomicie, całym swoim ciałem. Doskonale wie, jak to ma być powiedziane, i jak to wykonać, aby jak najlepiej dotrzeć do widza, chociaż zapiera się rękami i nogami, że nie zna odpowiedzi za wszystkie pytania, które pojawiają się w tekście. Wydaje mi się, że udało nam się stworzyć coś bardzo dobrze przyswajalnego przez widza, coś o każdym z nas. To jest najbardziej kluczowe w całej tej opowieści – mówi w rozmowie z nami Jan Wieteska.
Dla Ciebie jest to coś nowego. Ty poznajesz tę Warszawę znaną z opowieści, bardziej dziadków, może trochę rodziców...
Ja też mam za sobą doświadczenia płynące z życia w bloku z wielkiej płyty. Bardzo możliwe, że był to blok z podobnych lat, co blok Mirona na Lizbońskiej 2. Dorastałem w bloku na Ochocie i tam też spotkało mnie parę takich sytuacji, o których Białoszewski pisał w dziennikach. O sąsiadach, którzy słyszeli wszystko, co on robił, a on słyszał wszystko, co oni robili. U mnie było tak samo, sąsiedzi z dołu słyszeli mnie, kiedy ćwiczyłem w swoim pokoju jakieś sceny, śpiewałem, tańczyłem. Czasem zdarzało się, że pani z dołu stukała w rury, które szły przez cały pion, żeby przekazać mi, abym był ciszej. Właśnie takie jest to życie w bloku. 10 pięter, a u mnie 12... to wyjątkowa tkanka społeczna. Dla mnie to było ważne doświadczenie życiowe, można by powiedzieć, że budujące część tożsamości. Również ciekawe było dla mnie to, że bardzo wiele osób z tego bloku znałem, zawsze jakieś pytania, spotkania rano, wieczorem, rozmowy w windzie. Ludzie zagadywali do siebie nawzajem, interesując się, co się dzieje w tym najbliższym otoczeniu. O tym też Miron mówi, uważnie i czule o tych ludziach.
Przekrój społeczny, a w nim artystyczna dusza pisarza...
Tak, to też bardzo ważny aspekt spektaklu. Myślę, że on nie przystawał - jak wielu artystów - do tego codziennego świata, i opisywał różne paradoksy, abstrakcyjne sytuacje z tym światem związane. Często opisywał je jako śmieszne, momentami dziwne, groźne czy smutne. Ja też w jakimś sensie się pod jego myśleniem podpisuję, choć nie mam, oczywiście, na myśli tego, że jestem takim artystą, jak Miron Białoszewski. Na pewno wielu chciałoby dążyć do jego pisarskiej wielkości, bo uważam, że jego wrażliwość i talent są niepodważalne, ale chodzi o to, że życie codzienne, jest czasem zupełnie różne od tego, co robimy na scenie, od tego, czym zajmujemy się w pracy, więc potrzebujemy czasem takiego okresu przejściowego zanim wrócimy do codzienności, dłuższej chwili do zaklimatyzowania się w niej. Niektórym przychodzi to łatwiej, innym trudniej. Miron określał sztukę jako swoją wielką pasję, swoje życie, ale też nieraz zakłamanie rzeczywistości. Ten dysonans jest trudny. Uważam, że w tym spektaklu wyraźnie widać tę niewygodę codzienności, i choć na początku trudno mi było się w język Mirona wdrożyć, to mam wrażenie, że wyszło coś, z czym ja się bardzo utożsamiam, i co jest mi bliskie, mimo że jest to o latach siedemdziesiątych.
Bardziej poznałeś osobę Mirona Białoszewskiego?
Zdecydowanie. Przeczytałem "Chamowo" od deski do deski, ale dopiero na scenie, przy pracy nad tym tekstem, ukazał mi się przed oczami pełen obraz. Uważam, że genialna scenografia w postaci rusztowania i mebli z epoki, a także kostiumy - to wszystko pomogło mi się jeszcze bardziej zbliżyć do tej rzeczywistości. Samo rusztowanie, moim zdaniem, dodało także grozy i obcości światu przedstawionemu w spektaklu. Miron przez ludzi, czyli pozostałe postaci tej sztuki, oswaja się powoli z obcością tego blokowiska, przygląda się mu bacznie. Znakomity Łukasz Lewandowski, idąc za wizją reżysera, również mocno przybliżył mi postać Białoszewskiego. Żył krótko, a pomyśleć, jak wiele takich dzieł mógł jeszcze napisać... Jednak warto sięgnąć do tego, co mamy i się z tym zaznajomić, bo dla wielu wciąż są to zbiory zupełnie nieznane. Zapraszam na spektakl, warto przyjść i po swojemu poznać Mirona. Dodam jeszcze, że śpiewamy. Aranżacje muzyczne są piękne, nostalgiczne, utrzymane w klimacie lat 70. i dla mnie osobiście bardzo przejmujące. A, że wiadomo nie od dziś, że muzyka zajmuje ważne miejsce w moim życiu, to tym bardziej zachęcam!
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Ateneum w Warszawie
"Chamowo" Mirona Białoszewskiego, reżyseria Mikołaj Grabowski
Jan Wieteska, foto Krzysztof Bieliński
Najbliższe spektakle 23-26 kwietnia i 22-24 maja
Sztukę widziała 26 marca Małgosia
piątek, 17 kwietnia 2026
wtorek, 20 stycznia 2026
Paweł Brzeszcz o najnowszej premierze w Teatrze Narodowym
David Foster Wallace i jego przełomowe dzieło amerykańskiej literatury lat 90. XX wieku "Niewyczerpany żart" w reżyserii Kamila Białaszka na Scenie przy Wierzbowej kończył rok w Teatrze Narodowym w Warszawie.
Kamil Białaszek, młody reżyser, któremu już teatralny świat wróży wspaniałą karierę, jest jeszcze studentem V roku Reżyserii warszawskiej Akademii Teatralnej. W debiucie na Scenie Narodowej spotkał się z legendą postmodernizmu – Davidem Fosterem Wallace’em. Ten niepokojąco aktualny, ponad 1000-stronicowy utwór stawia pytania o to, dokąd prowadzą bezrefleksyjna pogoń za rozrywką oraz rozmaite formy uzależnienia.
O najnowszej premierze rozmawiamy z Pawłem Brzeszczem, aktorem młodego pokolenia Teatru Narodowego.
- Mamy do czynienia z człowiekiem bardzo młodym, 11-latkiem, który już odczuwa depresję, wypalenie zawodowe. Scena na bieżni obrazuje nam jak zaczyna się jeden z głównych problemów opisywanych w spektaklu. Odpowiedzi, które Lamont Chu dostaje od swojego guru sprawiają, że jego świat się sypie. Dziecko nie ma argumentów, żeby obronić się przed brutalną rzeczywistością, która do niego dociera. To jest troszeczkę taki skrót, opisujący, jak zaczyna się w człowieku uzależnienie. Mamy nagle rozpad jakiegoś naszego świata, naszych poglądów, na ból istnienia zaczynamy szukać czegoś, co nam to złagodzi. Jest to start do wszelkiego rodzaju uzależnień – mówi nam Paweł Brzeszcz.
Brutalna rzeczywistość, niezdrowe ambicje, oczekiwania, walka o sukces i życie na "świeczniku" – to nie dotyczy tylko sportowców, aktorów, celebrytów, ale dotyka także zwykłych ludzi. Nie każdy sobie z tym radzi. Jak to wygląda w przypadku postaci, którą grasz?
Użyliśmy zabiegu łączącego dwie postaci, wobec czego, w pewnym momencie, może trochę groteskowo, ale jest pokazana przyszłość tego chłopaka. Może nawet nie przyszłość, ale wizja jakiegoś prawdopodobieństwa. Co będzie, jeśli on zrezygnuje, i jak potoczy się jego droga po załamaniu. Pokazujemy akurat przykład drogi stoczenia się, chłopak staje się alkoholikiem. Moje zadanie polega na tym, że pokazuję tego człowieka na początku i końcu jego drogi z uzależnieniem. Na początku jest w akademii tenisowej, która łączy się z innym miejscem akcji czyli ośrodkiem odwykowym. Połączenie tych dwóch miejsc to jest właśnie ta równia pochyła.
To była bardzo ważna powieść dla Ameryki w latach 90., ale jest również ważna dla nas wszystkich w czasach obecnych.
My tu pokazujemy używanie multimediów jako przekazu, ale chcemy też pokazać, że multimedia, Instagram i te socjale, które nas bombardują na co dzień, one też powodują to, co się dzieje z tym chłopcem. Wallace był świetnym diagnostą kultury amerykańskiej i już dostrzegał problem niezdrowej ambicji i oczekiwań. Zarówno oczekiwań jednostki wobec siebie, jak i oczekiwań kapitalizmu wobec jednostki, oczekiwań rodziny wobec dziecka, wszelkiego rodzaju oczekiwań i ambicji, które prowadzą nas do ucieczki. Bo wszystkich ambicji nie da się spełnić.
Te rzeczy, które nas tak nakręcają, bombardują, wypaczają to co jest ważne...
Tak, na drodze wyimaginowanego szczęścia tracimy gdzieś perspektywę tego prawdziwego szczęścia...
Jak się pracowało z tak młodym reżyserem jakim jest Kamil Białaszek?
Musieliśmy się siebie nauczyć i sobie zaufać. Jest to osoba bardzo inspirująca i odważna w swoich decyzjach. A co przyniesie odbiór, to zobaczymy.
Wspaniale jest patrzeć jak się rozwijasz, jak z każdym nowym wyzwaniem na scenie rośnie twój talent teatralny...
Czym jest dla Ciebie teatr?
Teatr przede wszystkim jest dla mnie opowiadaniem historii, sporo czasu spędzam w teatrze, trudno jednoznacznie odpowiedzieć, bo z roku na rok jest dla mnie czymś innym. Odkrywam go nieustanie, powiększam doświadczenie i czekam...co będzie dalej.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Narodowy w Warszawie
"Niewyczerpany żart" – reżyseria i adaptacja Kamil Białaszek
Paweł Brzeszcz, foto Karolina Jóźwiak
Najbliższe spektakle od 11 do 15 lutego
Kamil Białaszek, młody reżyser, któremu już teatralny świat wróży wspaniałą karierę, jest jeszcze studentem V roku Reżyserii warszawskiej Akademii Teatralnej. W debiucie na Scenie Narodowej spotkał się z legendą postmodernizmu – Davidem Fosterem Wallace’em. Ten niepokojąco aktualny, ponad 1000-stronicowy utwór stawia pytania o to, dokąd prowadzą bezrefleksyjna pogoń za rozrywką oraz rozmaite formy uzależnienia.
O najnowszej premierze rozmawiamy z Pawłem Brzeszczem, aktorem młodego pokolenia Teatru Narodowego.
- Mamy do czynienia z człowiekiem bardzo młodym, 11-latkiem, który już odczuwa depresję, wypalenie zawodowe. Scena na bieżni obrazuje nam jak zaczyna się jeden z głównych problemów opisywanych w spektaklu. Odpowiedzi, które Lamont Chu dostaje od swojego guru sprawiają, że jego świat się sypie. Dziecko nie ma argumentów, żeby obronić się przed brutalną rzeczywistością, która do niego dociera. To jest troszeczkę taki skrót, opisujący, jak zaczyna się w człowieku uzależnienie. Mamy nagle rozpad jakiegoś naszego świata, naszych poglądów, na ból istnienia zaczynamy szukać czegoś, co nam to złagodzi. Jest to start do wszelkiego rodzaju uzależnień – mówi nam Paweł Brzeszcz.
Brutalna rzeczywistość, niezdrowe ambicje, oczekiwania, walka o sukces i życie na "świeczniku" – to nie dotyczy tylko sportowców, aktorów, celebrytów, ale dotyka także zwykłych ludzi. Nie każdy sobie z tym radzi. Jak to wygląda w przypadku postaci, którą grasz?
Użyliśmy zabiegu łączącego dwie postaci, wobec czego, w pewnym momencie, może trochę groteskowo, ale jest pokazana przyszłość tego chłopaka. Może nawet nie przyszłość, ale wizja jakiegoś prawdopodobieństwa. Co będzie, jeśli on zrezygnuje, i jak potoczy się jego droga po załamaniu. Pokazujemy akurat przykład drogi stoczenia się, chłopak staje się alkoholikiem. Moje zadanie polega na tym, że pokazuję tego człowieka na początku i końcu jego drogi z uzależnieniem. Na początku jest w akademii tenisowej, która łączy się z innym miejscem akcji czyli ośrodkiem odwykowym. Połączenie tych dwóch miejsc to jest właśnie ta równia pochyła.
To była bardzo ważna powieść dla Ameryki w latach 90., ale jest również ważna dla nas wszystkich w czasach obecnych.
My tu pokazujemy używanie multimediów jako przekazu, ale chcemy też pokazać, że multimedia, Instagram i te socjale, które nas bombardują na co dzień, one też powodują to, co się dzieje z tym chłopcem. Wallace był świetnym diagnostą kultury amerykańskiej i już dostrzegał problem niezdrowej ambicji i oczekiwań. Zarówno oczekiwań jednostki wobec siebie, jak i oczekiwań kapitalizmu wobec jednostki, oczekiwań rodziny wobec dziecka, wszelkiego rodzaju oczekiwań i ambicji, które prowadzą nas do ucieczki. Bo wszystkich ambicji nie da się spełnić.
Te rzeczy, które nas tak nakręcają, bombardują, wypaczają to co jest ważne...
Tak, na drodze wyimaginowanego szczęścia tracimy gdzieś perspektywę tego prawdziwego szczęścia...
Jak się pracowało z tak młodym reżyserem jakim jest Kamil Białaszek?
Musieliśmy się siebie nauczyć i sobie zaufać. Jest to osoba bardzo inspirująca i odważna w swoich decyzjach. A co przyniesie odbiór, to zobaczymy.
Wspaniale jest patrzeć jak się rozwijasz, jak z każdym nowym wyzwaniem na scenie rośnie twój talent teatralny...
Czym jest dla Ciebie teatr?
Teatr przede wszystkim jest dla mnie opowiadaniem historii, sporo czasu spędzam w teatrze, trudno jednoznacznie odpowiedzieć, bo z roku na rok jest dla mnie czymś innym. Odkrywam go nieustanie, powiększam doświadczenie i czekam...co będzie dalej.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Narodowy w Warszawie
"Niewyczerpany żart" – reżyseria i adaptacja Kamil Białaszek
Paweł Brzeszcz, foto Karolina Jóźwiak
Najbliższe spektakle od 11 do 15 lutego
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)



