piątek, 17 kwietnia 2026

Jan Wieteska o najnowszej sztuce w Teatrze Ateneum

Mikołaj Grabowski wraca do Teatru Ateneum w Warszawie. Podjął się niezwykle trudnego zadania, jakim było wystawienie na scenie dzienników Mirona Białoszewskiego. Jednak kto, jak nie ten właśnie znakomity reżyser, mógł się za to zabrać, gwarantując doskonałe efekty we współpracy z doborowym zespołem aktorskim Ateneum?



Autorem "Chamowa" jest jeden z najwybitniejszych poetów i pisarzy współczesnych, Miron Białoszewski. W połowie 1975 roku przeprowadził się z centrum Warszawy na drugą stronę Wisły, na Saską Kępę. Ale nie tę historyczną, od przedwojnia uchodzącą za dzielnicę warszawskiej inteligencji, tylko do jednego z nowych bloków ery gierkowskiej. Starzy mieszkańcy Saskiej Kępy szybko nadali tej dobudówce z wielkiej płyty nieco pogardliwe miano Chamowa.

O najnowszym spektaklu stołecznej sceny rozmawiamy z jednym z odtwórców sztuki, aktorem najmłodszego pokolenia Janem Wieteską.

Za wami praca nad dziennikami, to trudne wyzwanie...

Jest to materia literacka bardzo trudna do pokazania na scenie, taka nieoczywista. Myślę, że reżyser - Mikołaj Grabowski - ale też wszyscy po trosze głowiliśmy się nad tym, jak to najlepiej przedstawić. Było to na pewno ciekawe zadanie, wyzwanie dla każdego. Uważam, że Mikołaj Grabowski jest do takiej formy po prostu stworzony. On to czuje znakomicie, całym swoim ciałem. Doskonale wie, jak to ma być powiedziane, i jak to wykonać, aby jak najlepiej dotrzeć do widza, chociaż zapiera się rękami i nogami, że nie zna odpowiedzi za wszystkie pytania, które pojawiają się w tekście. Wydaje mi się, że udało nam się stworzyć coś bardzo dobrze przyswajalnego przez widza, coś o każdym z nas. To jest najbardziej kluczowe w całej tej opowieści – mówi w rozmowie z nami Jan Wieteska.

Dla Ciebie jest to coś nowego. Ty poznajesz tę Warszawę znaną z opowieści, bardziej dziadków, może trochę rodziców...

Ja też mam za sobą doświadczenia płynące z życia w bloku z wielkiej płyty. Bardzo możliwe, że był to blok z podobnych lat, co blok Mirona na Lizbońskiej 2. Dorastałem w bloku na Ochocie i tam też spotkało mnie parę takich sytuacji, o których Białoszewski pisał w dziennikach. O sąsiadach, którzy słyszeli wszystko, co on robił, a on słyszał wszystko, co oni robili. U mnie było tak samo, sąsiedzi z dołu słyszeli mnie, kiedy ćwiczyłem w swoim pokoju jakieś sceny, śpiewałem, tańczyłem. Czasem zdarzało się, że pani z dołu stukała w rury, które szły przez cały pion, żeby przekazać mi, abym był ciszej. Właśnie takie jest to życie w bloku. 10 pięter, a u mnie 12... to wyjątkowa tkanka społeczna. Dla mnie to było ważne doświadczenie życiowe, można by powiedzieć, że budujące część tożsamości. Również ciekawe było dla mnie to, że bardzo wiele osób z tego bloku znałem, zawsze jakieś pytania, spotkania rano, wieczorem, rozmowy w windzie. Ludzie zagadywali do siebie nawzajem, interesując się, co się dzieje w tym najbliższym otoczeniu. O tym też Miron mówi, uważnie i czule o tych ludziach.

Przekrój społeczny, a w nim artystyczna dusza pisarza...

Tak, to też bardzo ważny aspekt spektaklu. Myślę, że on nie przystawał - jak wielu artystów - do tego codziennego świata, i opisywał różne paradoksy, abstrakcyjne sytuacje z tym światem związane. Często opisywał je jako śmieszne, momentami dziwne, groźne czy smutne. Ja też w jakimś sensie się pod jego myśleniem podpisuję, choć nie mam, oczywiście, na myśli tego, że jestem takim artystą, jak Miron Białoszewski. Na pewno wielu chciałoby dążyć do jego pisarskiej wielkości, bo uważam, że jego wrażliwość i talent są niepodważalne, ale chodzi o to, że życie codzienne, jest czasem zupełnie różne od tego, co robimy na scenie, od tego, czym zajmujemy się w pracy, więc potrzebujemy czasem takiego okresu przejściowego zanim wrócimy do codzienności, dłuższej chwili do zaklimatyzowania się w niej. Niektórym przychodzi to łatwiej, innym trudniej. Miron określał sztukę jako swoją wielką pasję, swoje życie, ale też nieraz zakłamanie rzeczywistości. Ten dysonans jest trudny. Uważam, że w tym spektaklu wyraźnie widać tę niewygodę codzienności, i choć na początku trudno mi było się w język Mirona wdrożyć, to mam wrażenie, że wyszło coś, z czym ja się bardzo utożsamiam, i co jest mi bliskie, mimo że jest to o latach siedemdziesiątych.

Bardziej poznałeś osobę Mirona Białoszewskiego?

Zdecydowanie. Przeczytałem "Chamowo" od deski do deski, ale dopiero na scenie, przy pracy nad tym tekstem, ukazał mi się przed oczami pełen obraz. Uważam, że genialna scenografia w postaci rusztowania i mebli z epoki, a także kostiumy - to wszystko pomogło mi się jeszcze bardziej zbliżyć do tej rzeczywistości. Samo rusztowanie, moim zdaniem, dodało także grozy i obcości światu przedstawionemu w spektaklu. Miron przez ludzi, czyli pozostałe postaci tej sztuki, oswaja się powoli z obcością tego blokowiska, przygląda się mu bacznie. Znakomity Łukasz Lewandowski, idąc za wizją reżysera, również mocno przybliżył mi postać Białoszewskiego. Żył krótko, a pomyśleć, jak wiele takich dzieł mógł jeszcze napisać... Jednak warto sięgnąć do tego, co mamy i się z tym zaznajomić, bo dla wielu wciąż są to zbiory zupełnie nieznane. Zapraszam na spektakl, warto przyjść i po swojemu poznać Mirona. Dodam jeszcze, że śpiewamy. Aranżacje muzyczne są piękne, nostalgiczne, utrzymane w klimacie lat 70. i dla mnie osobiście bardzo przejmujące. A, że wiadomo nie od dziś, że muzyka zajmuje ważne miejsce w moim życiu, to tym bardziej zachęcam!

Rozmawiała Małgorzata Gotowiec



Teatr Ateneum w Warszawie
"Chamowo" Mirona Białoszewskiego, reżyseria Mikołaj Grabowski
Jan Wieteska, foto Krzysztof Bieliński
Najbliższe spektakle 23-26 kwietnia i 22-24 maja
Sztukę widziała 26 marca Małgosia

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz