Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Teatr Narodowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Teatr Narodowy. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 stycznia 2026

Paweł Brzeszcz o najnowszej premierze w Teatrze Narodowym

David Foster Wallace i jego przełomowe dzieło amerykańskiej literatury lat 90. XX wieku "Niewyczerpany żart" w reżyserii Kamila Białaszka na Scenie przy Wierzbowej kończył rok w Teatrze Narodowym w Warszawie.



Kamil Białaszek, młody reżyser, któremu już teatralny świat wróży wspaniałą karierę, jest jeszcze studentem V roku Reżyserii warszawskiej Akademii Teatralnej. W debiucie na Scenie Narodowej spotkał się z legendą postmodernizmu – Davidem Fosterem Wallace’em. Ten niepokojąco aktualny, ponad 1000-stronicowy utwór stawia pytania o to, dokąd prowadzą bezrefleksyjna pogoń za rozrywką oraz rozmaite formy uzależnienia.

O najnowszej premierze rozmawiamy z Pawłem Brzeszczem, aktorem młodego pokolenia Teatru Narodowego.

- Mamy do czynienia z człowiekiem bardzo młodym, 11-latkiem, który już odczuwa depresję, wypalenie zawodowe. Scena na bieżni obrazuje nam jak zaczyna się jeden z głównych problemów opisywanych w spektaklu. Odpowiedzi, które Lamont Chu dostaje od swojego guru sprawiają, że jego świat się sypie. Dziecko nie ma argumentów, żeby obronić się przed brutalną rzeczywistością, która do niego dociera. To jest troszeczkę taki skrót, opisujący, jak zaczyna się w człowieku uzależnienie. Mamy nagle rozpad jakiegoś naszego świata, naszych poglądów, na ból istnienia zaczynamy szukać czegoś, co nam to złagodzi. Jest to start do wszelkiego rodzaju uzależnień – mówi nam Paweł Brzeszcz.

Brutalna rzeczywistość, niezdrowe ambicje, oczekiwania, walka o sukces i życie na "świeczniku" – to nie dotyczy tylko sportowców, aktorów, celebrytów, ale dotyka także zwykłych ludzi. Nie każdy sobie z tym radzi. Jak to wygląda w przypadku postaci, którą grasz?

Użyliśmy zabiegu łączącego dwie postaci, wobec czego, w pewnym momencie, może trochę groteskowo, ale jest pokazana przyszłość tego chłopaka. Może nawet nie przyszłość, ale wizja jakiegoś prawdopodobieństwa. Co będzie, jeśli on zrezygnuje, i jak potoczy się jego droga po załamaniu. Pokazujemy akurat przykład drogi stoczenia się, chłopak staje się alkoholikiem. Moje zadanie polega na tym, że pokazuję tego człowieka na początku i końcu jego drogi z uzależnieniem. Na początku jest w akademii tenisowej, która łączy się z innym miejscem akcji czyli ośrodkiem odwykowym. Połączenie tych dwóch miejsc to jest właśnie ta równia pochyła.

To była bardzo ważna powieść dla Ameryki w latach 90., ale jest również ważna dla nas wszystkich w czasach obecnych.

My tu pokazujemy używanie multimediów jako przekazu, ale chcemy też pokazać, że multimedia, Instagram i te socjale, które nas bombardują na co dzień, one też powodują to, co się dzieje z tym chłopcem. Wallace był świetnym diagnostą kultury amerykańskiej i już dostrzegał problem niezdrowej ambicji i oczekiwań. Zarówno oczekiwań jednostki wobec siebie, jak i oczekiwań kapitalizmu wobec jednostki, oczekiwań rodziny wobec dziecka, wszelkiego rodzaju oczekiwań i ambicji, które prowadzą nas do ucieczki. Bo wszystkich ambicji nie da się spełnić.

Te rzeczy, które nas tak nakręcają, bombardują, wypaczają to co jest ważne...

Tak, na drodze wyimaginowanego szczęścia tracimy gdzieś perspektywę tego prawdziwego szczęścia...

Jak się pracowało z tak młodym reżyserem jakim jest Kamil Białaszek?

Musieliśmy się siebie nauczyć i sobie zaufać. Jest to osoba bardzo inspirująca i odważna w swoich decyzjach. A co przyniesie odbiór, to zobaczymy.

Wspaniale jest patrzeć jak się rozwijasz, jak z każdym nowym wyzwaniem na scenie rośnie twój talent teatralny...
Czym jest dla Ciebie teatr?


Teatr przede wszystkim jest dla mnie opowiadaniem historii, sporo czasu spędzam w teatrze, trudno jednoznacznie odpowiedzieć, bo z roku na rok jest dla mnie czymś innym. Odkrywam go nieustanie, powiększam doświadczenie i czekam...co będzie dalej.



Rozmawiała Małgorzata Gotowiec

Teatr Narodowy w Warszawie
"Niewyczerpany żart" – reżyseria i adaptacja Kamil Białaszek
Paweł Brzeszcz, foto Karolina Jóźwiak
Najbliższe spektakle od 11 do 15 lutego

poniedziałek, 7 lipca 2025

Justyna Kowalska o najnowszej premierze w Teatrze Narodowym

Spektakl "Zaćmienie w dwóch aktach" pióra Pabla Remona w reżyserii Grzegorza Małeckiego zakończył bogaty sezon artystyczny w Teatrze Narodowym w Warszawie. Zobaczymy przenikliwy portret artystów – często tragikomiczny. Życiowe drogi artystów, ich marzenia, pragnienia, rozczarowania i wszystko to, co towarzyszy artyście w jego trudnej artystycznej drodze. O polskiej prapremierze rozmawiamy z młodą aktorką Sceny Narodowej i jedną z bohaterek ostatniej sztuki Justyną Kowalską.



Wydaje się, że ludzie teatru są chyba szczęśliwi, jeśli się do niego dostaną?

To bardzo dobre pytanie. Zawsze nam się wydaje, że jak się coś wydarzy dobrego, jak coś osiągnę, będę kimś, to nam to przyniesie szczęście, będę spełniona, spokojna. Dość rzadko się tak dzieje – mówi nam Justyna Kowalska.
Ta sztuka jest wspaniale napisana, bo ona mówi właśnie o ludziach teatru, w pełnym spektrum marzeń, porażek, których doświadczają. Czyli możemy spojrzeć nie tylko na aktorów, ale też na reżyserów, scenarzystów, producentów, ogólnie ludzi tworzących także zza kulis. I widzimy, ile tu jest marzeń, ile tu jest nadziei i wiary, ile jest chęci, takiej niemal terapeutycznej pracy nad sobą.

Ale i smutnych chwil...

Właśnie, też widzimy ile jest gorzkich porażek, ile jest trudnych spotkań, marzeń niespełnionych, ile jest sukcesów, które nie przynoszą nam tego spokoju, o którym marzyliśmy. Dlatego myślę, że wspaniałym wydźwiękiem tej sztuki jest to, że po prostu jesteśmy pełni. Jesteśmy pełni różnych emocji, nie wszystkie są łatwe, i nie wszystkie są takie piękne na pierwszy rzut oka. Jedno jest pewne - wszystkie są bardzo potrzebne. I nie mówię tylko o teatrze, ale po prostu o nas, jako o ludziach.

Będzie w sztuce odpowiedź na to pytanie jak sobie radzić z tymi emocjami?

Myślę, że odpowiedzi nie będzie. Natomiast na pewno będą tego typu pytania. Będziemy widzieć bohaterów, którzy będą sobie różnie potrafili z tym radzić w różnych sytuacjach. Myślę, że będzie bez pouczania, ale na pewno będzie okazja, żeby się gdzieś przejrzeć.

Kolejna sztuka współczesna i Twoja druga współpraca z Grzegorzem Małeckim.

Tak, jest to całkiem nowy dramat. Moja druga sztuka po "Tchnieniu". I również gram w niej z Mateuszem Rusinem. Wspaniale nam się razem pracuje. To dla mnie ogromna radość i frajda.
Rozumiemy się w lot z chłopakami. Uwielbiam pracować i z Mateuszem i z Grzesiem, teraz jeszcze mamy Oskara i Anię, co sprawia, że to doświadczenie jest jeszcze piękniejsze. Sama praca była bardzo intymna, bardzo kameralna, dużo rozmawialiśmy. Jesteśmy w małej grupie, więc mieliśmy przestrzeń na to, żeby te głębokie rozmowy ze sobą prowadzić. Mam ogromną nadzieję, że to się przeniesie na scenę, że widzowie będą mogli odnaleźć cząstkę siebie. Może się trochę zaśmiać, trochę zasmucić, wzruszyć - bardzo na to liczę – to będzie dla nas aktorów największą satysfakcją, jak się to uda osiągnąć.

Każdy z was gra po kilka postaci, to wyzwanie.

Tak, szczególnie dla Ani Lobedan i Oskara Hamerskiego jest to wyzwanie. My z Mateuszem mamy troszkę łatwiej, bo tych postaci mamy mniej. Natomiast tak, jest to bardzo współczesny tekst. Są takie impresje, tu się wszystko przemazuje, widzimy takie krótkie sceny i każda jest taką plamą ze świata sztuki, ze świata pracy w sztuce. Sama jestem ciekawa, jak to wyjdzie, i jak sztuka zostanie odebrana przez widzów. Zapraszamy do teatru – dodaje Justyna Kowalska.



Rozmawiała Małgorzata Gotowiec

Teatr Narodowy w Warszawie
"Zaćmienie w dwóch aktach", reż. Grzegorz Małecki
Justyna Kowalska, foto Marta Ankiersztejn

Najbliższe spektakle – 26, 27, 28 września
Sztukę widziała 25 czerwca Małgosia

wtorek, 6 maja 2025

Mateusz Kmiecik o premierze Hamleta w "Teatrze Narodowym"

Jan Englert wieńczy dwadzieścia osiem sezonów swojej pracy artystycznej w Teatrze Narodowym przedstawieniem "Hamleta" - arcydramatu, z którym mierzył się w ostatnim półwieczu parokrotnie, zarówno jako aktor, jak i reżyser.



Można sobie zadać pytanie, co jest większym wydarzeniem - ostatni spektakl w reżyserii pana Jana w 28. roku pracy w Teatrze Narodowym w Warszawie czy wielkie dzieło Szekspira – "Hamlet"?

Chyba trzeba to połączyć, bo jakby to rozdzielić, to nie będzie już miało tak dużej wartości – mówi w rozmowie z nami aktor Sceny Narodowej Mateusz Kmiecik.

"Hamlet" sam w sobie jest dużym wydarzeniem, ale - umówmy się - nie wiadomo, czy nie jest to w ogóle ostatni spektakl reżyserowany przez Jana Englerta, nie tylko w Teatrze Narodowym - bo nie wiemy, co się wydarzy. To połączenie dwóch wątków jest dość gigantycznym przedsięwzięciem. Zarówno w głosie dyrektora, jak próbuje to reżyserować, czy jak rozmawia z nami, to jednak czuć, że coś się kończy. Jest to koniec Jego ery, Jego prywatne zakończenie czegoś wielkiego, co robił przez lata, dlatego traktuje to bardzo osobiście.  

Na planie pracy miał swoich najbliższych. Jak to odebraliście?

Powiem szczerze, że byłem bardzo zaskoczony, jak ta informacja do mnie doszła, że ja w tym "Hamlecie" będę, i że będzie taki a nie inny skład. Oczywiście było z "kilometra" czuć, że zapowiada się mała afera... ale ja też dyrektorowi powiedziałem na jednej z prób, gdy się wylewały echa tej sprawy, że ja nie chcę się tym zajmować. Przyszedłem tu zrobić spektakl, wykonać swoją pracę, i może skupmy się na artystycznej części, a inne mnie nie interesują.  

Ma do tego prawo...

Też tak uważam. Jest dyrektorem TN, może zatrudnić kogo chce, nikt mu nie zabroni, i jak powtarzam, nie są to moje kompetencje, ja przyjmuję fakt i pracuję. Wchodzę na scenę i chcę zagrać swoją rolę najlepiej jak umiem. 

Jaki będzie ten "Hamlet"?

Młody. Nie tylko tytułowy "Hamlet", ale cała obsada jest bardzo młoda. Gram Klaudiusza, który ma 34 lata, i nie jestem tu najmłodszym Klaudiuszem w historii, a na scenie w naszym spektaklu będę jednym ze starszych aktorów. 



Jak przebiegała praca?

Dość trudno, bo to jest taki dramat, w którym, tak naprawdę na jednym monologu można zagrać trzy różne kompletnie od siebie oddalone emocje. Trzeba było się zdecydować na te emocje, a faktycznie bardzo często mieliśmy różne wersje i różne poglądy na dane monologi. Jednak dyrektor kierował nas w tę stronę, w którą on sam chciał, żeby ten spektakl podążał, by było to po jego myśli. Faktycznie było tak, że tych wersji było sporo, i praca była pioruńsko trudna, ale wydaje mi się, że doszliśmy do jakiegoś konsensusu i każdy "ugrał" swoje. 

Cieszysz się, że grasz w "Hamlecie"?

Ja się chyba najbardziej cieszę z tego, że gram w ostatnim spektaklu dyrektora. Gdy do mnie przyszedł z tą propozycją, to bez względu, co to miałoby być, gram w jego ostatnim przedstawieniu reżyserowanym w Teatrze Narodowym. "Hamlet" kończy Jego erę i jest to dla mnie prywatnie dość istotne, bo dyrektor mnie uczył, przyjął mnie do szkoły, robił ze mną dyplom, reżyserował, gram z nim. Dlatego cieszę się, że docenił tę moją wieloletnią pracę, umiejętności i uznał, że ja na Klaudiusza będę się najlepiej nadawał. Staram się wypełniać to jak najlepiej. Za kilka, kilkadziesiąt lat będę mógł powiedzieć, że byłem w tym "Hamlecie", który kończył wieloletnią, ponad dwudziestoletnią dyrekturę Jana Englerta w Teatrze Narodowym... mam ciarki...to jest historia, która dzieje się tu i teraz...Zapraszam serdecznie na przedstawienie.

Rozmawiała Małgorzata Gotowiec 



Teatr Narodowy w Warszawie – William Shakespeare "Hamlet" w reżyserii Jana Englerta
Mateusz Kmiecik, foto Marta Ankiersztejn

Najbliższe spektakle – 7, 8, 9 maja i 4, 5, 25 i 26 czerwca

piątek, 10 stycznia 2025

Justyna Kowalska o najnowszej premierze Sceny Narodowej

Teatr Narodowy kończy rok premierą spektaklu "Inne rozkosze" pióra Jerzego Pilcha w reżyserii Jacka Głomba. Jacek Głomb debiutuje w pracy reżysera na Scenie Narodowej.

Bardzo kochliwy weterynarz musi poradzić sobie z niezwykle trudną sytuacją. Pewnego dnia w drzwiach domu, gdzie mieszka wraz z żoną, rodzicami i babką – tradycyjną ewangelicką rodziną – staje kochanka, która przybyła, aby "zostać z nim na zawsze". Przerażony próbuje zażegnać nieuniknioną katastrofę... Kunsztowną frazą Pilch opowiada zwyczajną historię nadzwyczajnej miłości, która uderza w bohatera z dramatyczną i teatralną siłą. O przedstawieniu rozmawiamy z młodą aktorką Teatru Narodowego w Warszawie Justyną Kowalską.



- Wiele osób współtworzących spektakl "Inne Rozkosze" miało okazję poznać Jerzego Pilcha. Z ich relacji wnoszę, że był piekielnie inteligentny, złośliwy, jadowity, autoironiczny – mówi w rozmowie z nami Justyna Kowalska.

Kobiety zajmowały szczególne miejsce w jego życiu...

Podobno uwielbiał kobiety, miał do nich wielką słabość. Słyszałam od kolegów i koleżanek wiele ciekawych anegdot i wspomnień dotyczących Jerzego Pilcha i jego fascynacji kobietami. Wolę nie wypowiadać się na temat prywatnego życia pisarza, ale przyglądając się jego tekstom, np. "innym rozkoszom", widzę ten zachwyt i podziw wobec kobiet, o którym tyle słyszałam. Trudno jednak nie wspomnieć, że obok uwielbienia dostrzegam też niezwykle gorzką i smutną wizję niemocy utrzymania satysfakcjonującej relacji.
Cieszę się, że mogłam popracować z tym tekstem i że mogliśmy podczas tworzenia spektaklu skonfrontować między sobą nasze poglądy dotyczące relacji i ról społecznych.

Myślisz, że to sztuka aktualna?

Myślę, że na wielu płaszczyznach - tak. Niestety.

Niektórzy mówią, że dobrze by było poczekać parę lat i wystawić tę sztukę za jakiś czas...

Ciekawe podejście. To, że spróbowaliśmy pochylić się nad tym tekstem teraz, nie wyklucza pomysłu sięgnięcia po niego za jakiś czas. Mam nadzieję, że jako społeczeństwo z czasem zminimalizujemy stereotypy i uprzedzenia towarzyszące wielu aspektom naszego życia.

Dużo jest śmiechu przez łzy?..

Tak. To chyba dość charakterystyczna cecha twórczości Pilcha.
Nie chcę zbyt wiele zdradzać, bo oczywiście w imieniu zespołu zapraszam serdecznie na spektakl pt. "Inne Rozkosze".

Jak się pracowało?

Dwa miesiące prób. Bardzo szybko nam ten czas upłynął. Gram aktualną kobietę głównego bohatera Pawła Kohoutka - cieszę się, że mogłam współpracować z Oskarem Hamerskim wcielającym się w główną postać. Tak na marginesie, to jest ciekawe, że Pilch nazwał tę bohaterkę - Aktualna Kobietą - to bardzo wymowne.
Praca była intensywna i pełna emocji. Ciekawa jestem odbioru sztuki przez widownię - dopiero wtedy spektakl zaczyna żyć i oddychać.

Rozmawiała Małgorzata Gotowiec



Teatr Narodowy w Warszawie
"Inne rozkosze" Jerzego Pilcha, reżyser Jacek Głomb
Justyna Kowalska, fot. Marta Ankiersztejn


Najbliższe spektakle 7, 8, 9 lutego 2025

poniedziałek, 25 listopada 2024

Mateusz Kmiecik o najnowszej premierze Sceny Narodowej

"Faust" to oparta na dawnej legendzie historia uczonego, który tak bardzo marzył o choćby najmniejszej chwili szczęścia, że zawarł w tym celu pakt z diabłem.
To także namysł nad różnymi fazami ludzkiego życia – Johann Wolfgang Goethe pisał dzieło od młodości po późną starość. Jest to lustro podstawione całej europejskiej kulturze i jedno z jej największych arcydzieł. Reżyserem spektaklu jest Wojciech Faruga.



Kolejne pokolenia przeglądają się w tym lustrze od dwustu lat. Co widzą w nim dzisiejsi twórcy, wychowani na przełomie wieków i z bagażem własnych doświadczeń stający naprzeciw przyszłości?

O nowej sztuce rozmawiamy z aktorem Teatru Narodowego Mateuszem Kmiecikiem.

- W spektaklu gram jednego z pięciu Mefistofelesów. Mój Mefistofeles wciela się w postać Charliego Chaplina. Sporo materiałów obejrzałem pod kątem humoru Chaplina i jego podejścia do pracy. Kilka jego "gagów" tu umieściłem i przerobiłem, żeby były trochę bardziej enigmatyczne i ciekawsze dla widza – mówi nam Mateusz Kmiecik.

Za wami bardzo ciężka praca...

Bardzo ciężka. To dzieło, które pisał całe życie - ogrom materiału. W pewnym momencie, gdy zaczęliśmy pracować nad "Faustem", mieliśmy około 120 stron scenariusza, co w przypadku sceny oznacza pięciogodzinny spektakl. W efekcie skróciliśmy materiał, ale to i tak będzie spektakl niespełna czterogodzinny. Taki jest ten materiał i nie da się go okroić na tyle, żeby nie opowiedzieć tej historii w całości. Należało tak go przełożyć na deski teatralne, żeby można było z bohaterem Faustem przejść przez całe jego życie.



Trafi do ludzi?..

Myślę, że tak. Człowiek ma dwie drogi i musi wybrać, którą będzie szedł przez życie – dobra lub ta gorsza, w której jest kuszenie. To jest aktualne w dzisiejszym świecie. Taki problem będzie aktualny zawsze. Natomiast język, który jest w "Fauście" zawarty, czasami nie pomaga, ale trzeba go w taką stronę obracać, żeby nam pomagał w XXI wieku.

Znasz doskonale pracę z reżyserem Wojciechem Farugą.

To jest moja trzecia produkcja z Wojtkiem. Mam wrażenie, że jak przychodzi na pierwsza próbę i robi nam wykład - który trwa 2, czasem 3 godziny - to nie wszystko można zrozumieć, bo Wojtek to wielki intelektualista. Jednak takich wybitnych ludzi nie zawsze od razu się rozumie. Przy "Fauście" miał wszystko pokładane. Zawsze są niuanse do poprawienia, ale kompozycja i plan był tak świetnie przedstawiony, że 80% tego, co przekazał nam w maju na pierwszym spotkaniu, zostało zrealizowane. Atmosfera na próbach był rewelacyjna, ale to jest cecha pracy z Wojtkiem. Gdy nie ma napięć i obowiązuje kulturalna rozmowa na próbach - to nie może być inaczej.

Zapraszamy na spektakl, aby sobie każdy mógł wyrobić własną opinię i aby móc przemyśleć gdzie ten świat idzie...

Rozmawiała Małgorzata Gotowiec



Teatr Narodowy w Warszawie
"Faust" - Autor: Johann Wolfgang Goethe
Reżyseria: Wojciech Faruga
Mateusz Kmiecik, foto Marta Ankiersztejn

Najbliższe spektakle – 10, 11 i 12 grudnia

czwartek, 27 czerwca 2024

Anna Grycewicz o ostatniej premierze sezonu w Teatrze Narodowym

Teatr Narodowy w Warszawie kończy sezon premierą spektaklu "Feblik" według dramatu Małgorzaty Maciejewskiej w reżyserii Leny Frankiewicz. Dramat został wyróżniony Nagrodą Dramaturgiczną im. Tadeusza Różewicza w pierwszej edycji tego konkursu.



Swojski przednówek, ale licho nie śpi. Zimno tak, że powietrze trzeba rąbać siekierą. Babci przy piecu dobrze, choć coś od niej odpada, a na wiosnę ma przecież wypuścić korzenie. W magicznym niby-wiejskim świecie, w nieokreślonej epoce tajemniczy feblik dopada dorastającą Manię. Towarzyszymy bohaterce w jej lękach i zdziwieniu światem, w rozpaczy i w walce o niezależność – czytamy na stronie teatru.

To jest niesamowite, że tak młoda dziewczyna napisała w dzisiejszych czasach taki tekst. Jak pierwszy raz przeczytałam scenariusz, to zobaczyłam, że jest on specyficznym językiem napisany. Ani to jest dialekt, a jednak gdzieś, mamy wrażenie, że mówimy jakimś dialektem folklorystycznym, że gdzieś ze wsi ten tekst pochodzi. Byłam pod ogromnym wrażeniem tego tekstu, bo jest na prawdę świetnie napisany. Małgosia Maciejewska dostała liczne nagrody, i jest to pierwsza część trylogii. Nie czytałam dwóch pozostałych, ale jestem ciekawa co dalej będzie się działo – mówi w rozmowie z nami aktorka Teatru Narodowego Anna Grycewicz.

Lena Frankiewicz reżyseruje już w Teatrze Narodowym trzecią sztukę.

Miałam to szczęście pracować z Leną Frankiewicz przy spektaklu "Piknik pod Wiszącą Skałą". To sama przyjemność, pracuje się z nią fantastycznie. Mieliśmy znakomity zespół – Barbara Hanicka stworzyła nam piękną scenografię, Michał Dracz kostiumy, Agnieszka Kryst choreografię. Całe grono wspaniałych ludzi. Bawiliśmy się wspaniale przy tym, a jednocześnie mieliśmy zagwozdkę, jak to przekazać, żeby powaga sytuacji nas nie poniosła, żeby nie zrobić z tego jakiegoś przesadnego humoru. Zależało nam, żeby wyszła uniwersalność z tego tekstu. I nie można zapomnieć o wspaniałej muzyce, jaka nam towarzyszy.

Co jest w tekście najważniejsze?

Najważniejsze w tym tekście jest to, że różnice pokoleniowe są zawsze. Ja z perspektywy swojej postaci - matki głównej bohaterki - może mi się wydawać, że jestem już nowoczesna, rozumiem córkę, ale nie - bo jednak wychowałam się w innych czasach. Jestem już uwiązana przez jakieś schematy, które wyniosłam z domu rodzinnego. Tego się niestety nie da uniknąć. Każde pokolenie się z tym zmaga i zawsze ci najmłodsi się buntują przeciwko temu światu, bo jakżeby inaczej, każdy z nas się buntował. Wydaje mi się, że widz może w tej wspólnocie ludzi żyjących w określonym miejscu i czasie odnaleźć swoje wspólne cechy, nawet jak nie pochodzi z tego miejsca co bohaterowie spektaklu.

Feblik... cóż to za przypadłość?

Zaczerpnięte to zostało z "Lalki" Bolesława Prusa. Jest to nic innego jak "poczuć do kogoś miętę", w dzisiejszym języku - młodzież by powiedziała, że czuje z kimś "flow". To jest nasz feblik.

Może będzie kontynuacja trylogii?

Zobaczymy, czy będziemy robić kolejne części. Myślę, że to zależy od tego, jak widzowie przyjmą pierwszą część. Zapraszamy na spektakl. Jak ktoś nie zdąży w czerwcu, to już we wrześniu – dodaje Anna Grycewicz.



Rozmawiała Małgorzata Gotowiec

Teatr Narodowy w Warszawie, Scena Studio.
"Feblik" w reżyserii Leny Frankiewicz, Anna Grycewicz, foto Marta Ankiersztejn

Najbliższe spektakle – 17, 18, 19 września

wtorek, 28 marca 2023

„Alicji Kraina Czarów” z muzyką Jakuba Gawlika w Teatrze Narodowym

"Alicji Kraina Czarów" to najnowsza premiera Teatru Narodowego w Warszawie. Muzyczne przedstawienie powstało na motywach słynnych powieści Lewisa Carrolla. Wraz z Synem Alicji wyruszamy w podróż po labiryncie pamięci. Piosenki z tekstami Sławomira Narlocha do muzyki Jakuba Gawlika wykonuje na żywo Orkiestra Szalonych Kapeluszników. A my mamy tę radość, że możemy porozmawiać z twórcą muzyki do najnowszego spektaklu Sceny Narodowej.



Muzyka wpisana jest w Twoje życie od najmłodszych lat...

Zgadza się. Skończyłem Szkołę Muzyczną drugiego stopnia przy ulicy Bednarskiej w Warszawie w klasie akordeonu. Mam zatem zawodowe wykształcenie muzyczne – mówi w rozmowie z nami Jakub Gawlik. Po maturze dostałem się do Akademii Teatralnej na kierunek aktorstwo. Trzeba było podjąć decyzję... Postanowiłem, że nie będę kontynuował nauki w wyższej uczelni muzycznej, nie miałem na to czasu. Wybrałem aktorstwo; szkoły teatralnej nie da się z niczym połączyć. Przez trzy lata jesteśmy na uczelni od rana do wieczora, w tym okresie niektórzy znajomi zapomnieli nawet o moim istnieniu... tak to wygląda, choć bardzo ciepło wspominam studiowanie w murach przy ulicy Miodowej – dodaje młody aktor Sceny Narodowej.

Jak do tego doszło, że napisałeś muzykę do "Alicji Krainy Czarów"?

Zawsze zaczyna się od reżysera. Przyszedł do mnie Sławek Narloch, a nie jest to nasz pierwszy wspólny projekt, zatem znamy się dobrze. Tym razem powiedział, że w moim Teatrze będziemy wystawiać "Alicji Krainę Czarów", z muzyką na żywo. Udało nam się wynegocjować, że do tego przedsięwzięcia zostanie zatrudnionych aż pięciu dodatkowych muzyków. Oprócz tego jest piątka nas, aktorów, którzy również grają na instrumentach. W Orkiestrze Szalonych Kapeluszników występuje więc dziesięć osób. W spektaklu staramy się uwidocznić wiele rozmaitych talentów; moi koledzy mogą się więc sprawdzić także w innej roli – nie tylko aktorsko, ale także muzycznie.

Macie ogromne szczęście, że taki zdolny jest ten zespół Teatru Narodowego.

Tak, to prawda. Im dłużej tu jestem, tym bardziej to odkrywam. Współpraca z moimi kolegami jest fantastyczna. Nie mogłem sobie lepiej tego wymarzyć. Kiedy przynosiłem utwory, aktorzy od razu je śpiewali. A czasami były to naprawdę bardzo trudne rzeczy, jednak oni momentalnie byli w stanie podjąć wyzwanie, co więcej – świetnie im to wychodziło.

To wielka radość pracować z takim zespołem. A w dzisiejszym świecie jest duże zapotrzebowanie na tego typu sztukę, na muzykę.

Sławek stara się używać określenia teatr muzyczny, akcentując tym samym, że nie jest to musical, ale gatunek z pogranicza. Myślę, że to bardzo trafne sformułowanie. Spektakl jest wypełniony muzyką. Napisałem dziesięć piosenek do pięknych tekstów Sławka, który wywiódł je z powieści Carrolla "Alicja w Krainie Czarów" i "Alicja po drugiej stronie lustra". Ponadto skomponowałem muzykę instrumentalną, która nadaje koloryt poszczególnym scenom.

Czy autorem pomysłu na stworzenie spektaklu "Alicji Kraina Czarów" jest Sławomir Narloch?

Tak, to pomysł reżysera. Ja zostałem postawiony przed faktem: robimy "Alicję". Podczas realizacji nigdy do końca nie wiadomo, co z początkowego pomysłu wyniknie, takie przewidywania zazwyczaj są trudne, tutaj okazały się szczególnie skomplikowane, bowiem chodziło o wypełnione absurdem powieści Carrolla. Wyszliśmy z założenia, że nie chcemy koncentrować się jedynie na tym, co dziwaczne, ale przede wszystkim na tym, co ludzkie i nam najbliższe. Zazwyczaj kiedy współpracuję ze Sławkiem, staram się pisać dość różnorodną muzykę. W przypadku tego przedstawienia każda z piosenek ma trochę inny klimat. Każda odzwierciedla spotkanie Alicji z inną sceniczną postacią. Można powiedzieć, że swoje odrębne gatunki muzyczne mają Jelonek, Rycerz, Królowa Kier, Kapelusznik... Ponadto jest sporo muzyki chóralnej, rozpisanej na głosy i wykonywanej przez wszystkich aktorów, także tych, którzy w spektaklu występują gościnnie. Każdy wykonuje tu na żywo wspaniałą pracę! A niektóre partie są naprawdę bardzo trudne, jednak ten zespół aktorów dramatycznych doskonale potrafi im sprostać.

Dla kogo jest ten spektakl? Do jakiej widowni chcecie trafić?

Mówimy, że przygotowujemy spektakl dla wszystkich. Scenografia jest bardzo bogata, kolorowa, na scenie bardzo dużo się dzieje – wykorzystujemy praktycznie wszystkie możliwości sceny Teatru Narodowego. Mam nadzieję, że dzieci będą zachwycone, nie tylko stroną wizualną, ale także właśnie muzyką. Zresztą jesteśmy bardzo ciekawi reakcji młodej widowni. Sceny, które dla dorosłych są na przykład wzruszające, dla dzieci mogą okazać się śmieszne – i na odwrót. Zależy nam na tym, żeby to był spektakl familijny w dobrym tego słowa znaczeniu, dla dzieci – mniejszych, większych i tych... dorosłych. Zapraszamy serdecznie do Teatru.



Rozmawiała Małgorzata Gotowiec

Teatr Narodowy w Warszawie, Scena Bogusławskiego - "Alicji Kraina Czarów"
adaptacja, teksty piosenek, reżyseria: Sławomir Narloch
scenografia, kostiumy: Martyna Kander
muzyka: Jakub Gawlik
choreografia: Anna Hop
przygotowanie wokalne: Magdalena Czuba
reżyseria światła: Karolina Gębska
foto Marta Ankiersztejn/Archiwum Artystyczne Teatru Narodowego

Najbliższe spektakle 13, 14, 15 i 16 kwietnia

wtorek, 14 lutego 2023

Siła dramatu „Mizantrop” – rozmowa z Hubertem Paszkiewiczem

Premiera dramatu "Mizantrop" miała miejsce w 1666 roku. Sztuka była odbierana jako satyra na ówczesne paryskie salony, a zatem ich snobizm i zakłamanie. Jednak Molier zawarł w utworze uniwersalne pytanie o sens postawy tytułowego bohatera. Czym jest mizantropia głównego bohatera Alcesta – czy jest bezkompromisowym przywiązaniem do prawdy, czy też skazanym na porażkę buntem przeciwko społecznym konwencjom? I odwieczne pytanie - czy miłość może mizantropię uleczyć?

Premiera "Mizantropa" w Teatrze Narodowym w Warszawie, na Scenie Studio miała miejsce w grudniu ubiegłego roku. "Uważam, że każdy widz znajdzie w tym przedstawieniu coś, z czym się będzie identyfikował, i coś, z czym się nie będzie zgadzał. Mówię tu o ludzkich postawach" – powiedział w rozmowie z PAP reżyser spektaklu Jan Englert. I dodał - "Dla mnie praca nad tym spektaklem to była dodatkowa frajda, bo to jest dramat napisany fantastycznie w stylu i formie. Mam takie uczucie, że po tym, co obecnie króluje w kulturze, czyli naszej 'golonce z chrzanem', ja mogę wreszcie zjeść ptysia" – dodał reżyser.



W czym tkwi siła dramatu "Mizantrop"?

Wydaje mi się, że siła tego dramatu, pomimo, że jego premiera odbyła się w 1666 roku, tkwi w sięganiu po ten tekst również w dzisiejszych czasach. Znaczy to, że bez względu na czasy, w których żyjemy, "Mizantrop" jest permanentnie współczesny – mówi aktor Sceny Narodowej Hubert Paszkiewicz.

O czym jest dramat Moliera: o nas, ludziach, o społeczeństwie?

Z mojej perspektywy wydaje się być procesem usadawiania się w społeczeństwie. Pytaniem o autorytety, o wakaty tych autorytetów. Jest "rozkrokiem między szlachetnością, a interesownością, pychą a skromnością, miedzy wyrzutami sumienia a własną korzyścią". Chcielibyśmy coś zrobić, zmienić, postanowić, ale się boimy.

Molier był wspaniałym obserwatorem ludzkich charakterów. Niezwykle trafnie pokazuje ludzkie wady...to czyni go tak cały czas aktualnym...

Jak mówi nasz reżyser Jan Englert, "Mizantrop" Moliera "to tekst inteligentny, więc warto go wystawić dla niego samego". Zasadne jest w tym momencie podkreślić również znakomite tłumaczenie utworu przez Jerzego Radziwiłowicza. Wiersz, którym się posługujemy, pozwala nam na zabiegi, które w tekście pisanym prozą mogłyby wydawać się pretensjonalne. Przez formę wiersza możemy sobie pozwolić na wiele więcej. Na ukazanie tych niekoniecznie najlepszych cech charakteru, na obserwacje i podglądanie.

Michał Mizera powiedział, że "Mizantrop" jest takim zwieńczeniem - po "Tartuffe" i "Don Juanie" - trylogii hipokryzji, finałowym jej akcentem....zgodzisz się z tym?

Oczywiście. To jest bardzo trafne podsumowanie. Potrzeba bycia kimś więcej niż tylko zjadaczem chleba towarzyszy nam każdego dnia. Jasne jest, że zmieniają się nam okoliczności i narzędzia. Nie zmienia się natomiast chęć bycia lepszym od innych, walki o własne racje, ciągłej rywalizacji, czy to instagramowej - z lajkami i serduszkami, czy listownej - z pieczęcią i zapachem perfum na papierze. Niczym się nie różnimy od XVII-wiecznego Paryża. Wtedy i teraz jesteśmy tylko ludźmi. Ze wszystkimi swoimi słabostkami i małostkami. Tak było, jest i będzie...



Rozmawiała Małgorzata Gotowiec

"Mizantrop", Teatr Narodowy w Warszawie, Scena Studio
Reżyseria - Jan Englert
Scenografia i kostiumy - Martyna Kander
Muzyka - Paweł Paprocki
Reżyseria światła - Karolina Gębska
Foto - Marta Ankiersztejn
Występują: Grzegorz Małecki (Alcest), Paweł Paprocki (Filint), Przemysław Stippa (Oront), Justyna Kowalska (Celimena), Edyta Olszówka (Elianta), Beata Ścibakówna (Arsinoe), Robert Jarociński (Akast), Hubert Paszkiewicz (Klitander), Robert Czerwiński (Drewniak), gościnnie: Damian Mirga (Bask) i Mariusz Urbaniec (Gwardzista).
Najbliższe spektakle 24, 25, 26 lutego

wtorek, 18 października 2022

Mateusz Kmiecik o premierze „Dekalogu” w Teatrze Narodowym

Wojciech Faruga już po raz drugi reżyseruje spektakl w Teatrze Narodowym w Warszawie. Po "Matce Joannie od Aniołów" sięga teraz po ikoniczne dzieło polskiego filmu, ponownie przemyślane po trzydziestu pięciu latach od powstania – Dekalog - Krzysztofa Kieślowskiego i Krzysztofa Piesiewicza. Dziesięć przykazań – drogowskaz, a zarazem trudne życiowe zadanie. O nowej sztuce sceny narodowej rozmawiamy z odtwórcą jednej z ról, aktorem młodej generacji Mateuszem Kmiecikiem.



Dekalog – jak to dziś z nim jest?

Powiem szczerze, że w warstwie scenariuszowej trochę się zmienił. Jednak w warstwie emocjonalnej, ludzkiej, społecznej, to jest w dalszym ciągu - niestety – bardzo aktualne. Cały czas rodzice zostawiają swoje dzieci, cały czas są niesprawiedliwe wyroki, świat jest zaburzony i nie widzimy w tym wszystkim tego co jest najważniejsze – człowieka – mówi w rozmowie z nami aktor Teatru Narodowego Mateusz Kmiecik. - Funkcjonuje taki system, który nas - za przeproszeniem - dojeżdża. Przeglądając każde przykazanie widzimy w nich samych siebie i nie wygląda to dobrze. Oby ten Dekalog przedstawiony przez nas, otworzył nam wszystkim oczy, może po obejrzeniu stwierdzimy, że czasem warto zrobić krok do tyłu i spojrzeć na to wszystko z innej perspektywy – kończy myśl Mateusz.

Przenieść scenariusz filmowy na scenę pewnie nie było łatwo?

Wojtek Faruga z Julią Holewińską starali się oddać w pełni "Dekalog" Kieślowskiego. Mówię o wszystkich częściach 10 przykazań, ale rzecz jasna, trzeba było wybrać najistotniejsze wątki z każdego filmu i przełożyć je na język teatralny. W teatrze nie da się opowiadać językiem czysto filmowym. Trzeba dodać trochę abstrakcji, czasem formy, ale jest dużo realizmu, który się nadaje typowo pod kamerę, bo ten tekst tak jest skrojony. Polega na wielu emocjach, które w nas się kłębią. Jest pod kamerę fenomenalny, ale uważam, że zrobiliśmy tu kawałek dobrej roboty i na deskach teatru to się będzie dobrze czytało.

Ciekawe co by pan Kieślowski powiedział o Waszej pracy?

Rozmawialiśmy o tym. Zastanawialiśmy się, czy by się na nas obraził, czy też stwierdził, że zrobiliśmy coś wartościowego. Krótka anegdota mi się przypomina. Kiedyś robiliśmy czytanie "Pana Tadeusza" - w pełni bez skreślenia - przyszedł Andrzej Wajda do teatru Narodowego i powiedział, że gdyby wiedział, że ten tekst jest tak zabawny, to by zrobił inny film. Dlatego jest wielce prawdopodobne, że gdyby dziś śp. pan Kieślowski przyszedł do nas, to może też powiedziałby podobne słowa.

Jak przebiegała Wasza praca? Czy reżyser był otwarty na propozycje?

W tym zespołem mieliśmy już okazję pracować z Wojtkiem Farugą przy "Matce Joannie od Aniołów" na podstawie Iwaszkiewicza. Znamy się z Wojtkiem świetnie. Bardzo inteligentny reżyser, z szeroko otwartym umysłem na nasze propozycje, na propozycje całego swojego zespołu. Dlatego praca była fenomenalna, bez żadnych nerwów i merytoryczna. Staraliśmy się oddać ducha tego tekstu i przełożyć na deski teatralne. Wydaje mi się, że zarówno nasza strona aktorów i realizatorów, jak strona widzów będzie zadowolona..., ale oczywiście to zostawiam pod ocenę tym, którzy przyjdą obejrzeć spektakl.

Widać, że dobrze się czujesz w teatrze.

Tak. Z mojego roku kilka osób miało tę radość, że trafiliśmy do zespołu Teatru Narodowego. Zespół jest fantastyczny, jest się od kogo uczyć. Przychodzą pracować z nami świetni reżyserzy, jest tu wszystko, o czym może marzyć człowiek w pięciu pierwszych latach po skończeniu studiów. Doceniam tę szansę, którą otrzymałem. Dużo gram, to wielka radość.



Rozmawiała Małgorzata Gotowiec

"Dekalog"
Teatr Narodowy w Warszawie, Scena przy Wierzbowej
Reżyseria - Wojciech Faruga
Asystent reżysera i aktor - Mateusz Kmiecik
Foto Natalia Kabanow

Najbliższe spektakle 15, 16 i 17 listopada

środa, 12 stycznia 2022

"Wieczór Trzech Króli albo Co chcecie" w Teatrze Narodowym

Teatr Narodowy w Warszawie Nowy Rok 2022 powitał Szekspirowskim "Wieczorem Trzech Króli albo Co chcecie" w reżyserii Piotra Cieplaka. To znakomicie muzycznie podane i żywiołowo zinscenizowane skomplikowane intrygi miłosne. Piotr Cieplak w swojej interpretacji podkreśla muzyczność jednej z najważniejszych komedii Williama Shakespeare’a.
Premiera przedstawienia odbyła się 4 grudnia na scenie głównej, w sali Bogusławskiego.



O sztuce i pracy z reżyserem rozmawiamy z aktorem młodego pokolenia Teatru Narodowego - Hubertem Paszkiewiczem.

Praca z Piotrem Cieplakiem to niezapomniane chwile, jest po prostu wspaniała. Cieszę się, że po raz trzeci zaufał mi i zaprosił do swojego świata – mówi nam Hubert Paszkiewicz.

Docenia Ciebie. Masz ulubioną sztukę w reżyserii Piotra Cieplaka, w której grasz?

Traktuje to zawsze jako ogromne wyróżnienie. Tak, najcieplej zawsze będę wspominał "UŁANÓW" Rymkiewicza, ponieważ było to nasze pierwsze i wyjątkowe spotkanie. Bardzo dużo się wtedy nauczyłem. Piotr jest zawsze otwarty na nasze propozycje. Bardzo cenię w tej wspólnej pracy to, że z jednej strony chętnie czerpie z pomysłów aktorów, a z drugiej wie, czego chce. To jest konkretna robota.

Wasz spektakl jest jakby "skrojony" na te trudne czasy.

Wydaje mi się, że potrzeba lekkiej muzycznej formy, tak znakomitej komedii Shakespeare'a była paląca. W ciężkich pandemicznych czasach sam, jako widz, wolę oglądać spektakle, które są roztańczone, rozśpiewane, dają nadzieję, że jeszcze będzie pięknie, jeszcze będzie "normalnie". Wspaniałe jest również to, że publiczność od razu to wyczuwa, a fala zwrotna jest nieprawdopodobnie krzepiąca.

A to widać - jak znakomicie się bawicie, a publiczność zostaje zaproszona do tej zabawy i z niej korzysta od pierwszych scen. 

To jest coś wspaniałego. Bawić zaczęliśmy się pod koniec prób, ponieważ materiał muzyczny, który napisał Jan Duszyński (kompozytor), wymagał od nas dużej pracy. Teraz wydaje mi się to bardzo proste i przyjemne, ale doskonale pamiętam pierwsze próby. Dla większości z nas, mających różne doświadczenia muzyczne, powinny być proste. Okazały się walką z materią, ale dzięki temu stały się doskonałą szansą na rozwój muzyczny. 

I muzyka na żywo...

Muzyka na żywo zawsze mnie wzrusza. Jestem szalenie dumny z tego, że mam szansę grać w przedstawieniach muzycznych ("WIECZÓR TRZECH KRÓLI", czy "ZEMSTA NIETOPERZA"). Przyszło mi pracować ze wspaniałymi muzykami, profesjonalistami, którzy, mam nadzieję, bawią się przynajmniej tak dobrze jak my! 

Doświadczyliście jeszcze niesamowitej przygody... Reżyser w ostatniej chwili zastąpił jednego z bohaterów sztuki, który musiał udać się na kwarantannę. Niesamowicie odważna decyzja.

Mieliśmy jedną próbę na to zastępstwo, tego samego dnia przed przedstawieniem. Ogromne ukłony dla Piotra, że zdecydował się na taki skok. Pełen szacunek! Widzowie też to docenili. Owacje były na stojąco. I to jest cudowne w teatrze – wszystko odbywa się na żywo i nigdy nie jest takie samo. Każdy spektakl jest inny. Zapraszam wszystkich na to przedstawienie.

Rozmawiała Małgorzata Gotowiec

Teatr Narodowy w Warszawie - „Wieczór Trzech Króli albo Co chcecie”, reżyseria Piotr Cieplak.
Fotografia zbiorowa – Krzysztof Bieliński
Premiera 4 grudnia 2021

30 grudnia 2021 obejrzała – Małgosia
Najbliższe spektakle – 29 i 30 stycznia i 1 lutego

wtorek, 28 kwietnia 2020

Grzegorz Kwiecień o ostatniej premierze Teatru Narodowego

Cały świat przeżywa obecnie bardzo trudny okres z powodu szalejącej pandemii koronawirusa. Życie się zatrzymało, a kiedy wrócimy do jakiejś normalności? – trudno dziś odpowiedzieć na to pytanie. Ludzie sztuki, artyści, ale i my widzowie, mamy nadzieję, że we wrześniu będzie nam dane oglądanie przedstawień teatralnych na żywo, ale czy tak się stanie...tego nie wie nikt. Ostatnią premierą Sceny Narodowej w Warszawie był "Woyzeck" Georga Büchnera w reżyserii Piotra Cieplaka.
W garnizonie dochodzi do morderstwa. Prosty żołnierz zabija narzeczoną.
Z czego wynika jego zbrodnia? Czyn ten przeraża czy może budzi współczucie? Kto jest zbrodniarzem, a kto ofiarą? Gdzie kończy się ciało, a gdzie zaczyna się dusza?
Arcydzieło europejskiego romantyzmu, dramat Georga Büchnera "Woyzeck" w reżyserii Piotra Cieplaka 15 lutego miał premierę w Teatrze Narodowym w Warszawie.



O ostatniej premierze rozmawiamy z aktorem Sceny Narodowej, Grzegorzem Kwietniem.

Miłość, śmierć, to są tematy, które zawsze będą towarzyszyć ludziom. Jaki jest wasz dramat?

Przede wszystkim jest to dramat smutny. Jest też stosunkowo krótki, dodatkowo zaznaczona będzie dominująca historia jednostki. Na pewno uwikłanej w nieswoje sprawy. Z tego wychodzi dramat tej jednostki przekładający się na szerszą sprawę. Poczucie smutku - i mam nadzieję - kibicowania przez widza bohaterowi, będzie sprawiało - mam nadzieję - pobudzenie do refleksji nad tym losem. Także co powoduje ten dramat jednostki, która niczemu nie jest winna, a przynajmniej na początku na nic złego nie zasługuje. To jest klucz sprawy.

Jak to jest z karą śmierci w przedstawieniu?

Nie chciałbym za dużo zdradzać, bo nasz reżyser znany jest z tego, że operuje metaforą, i nie męczy widza takim epatowaniem kawy na ławę, że ja sądzę tak, i proszę się z tym pogodzić. Raczej otwiera temat, tym bardziej dosmacza pewne sprawy, żeby otworzyć szerszy kontekst, aby pootwierać jak najwięcej ścieżek, żeby widz mógł sam po swojemu spojrzeć na pewne rzeczy. Temat jest trudny - oko za oko, ząb za ząb - zrezygnowaliśmy z tego systemu. Jako zachodnia cywilizacja, uważamy że słusznie. Ale można mieć oczywiście odmienne zdanie.

Dramat, jak pan powiedział, jest trudny, nieskończony przez autora...

Zakończenie jest na pewno nieoczywiste. Potraktowane wprost, tak jak jest w dramacie. Jestem przekonany, że nie odbywa się żaden "gwałt" na autorze, a tak jak wcześniej powiedziałem, jest to raczej kwestia otwarcia tematu, i pogłębienia go na tyle, na ile jest to możliwe.

Lubicie pracować z Piotrem Cieplakiem.

Zdecydowanie tak. Z Piotrem nam się super pracuje. Nie pierwszy raz się spotykamy, to jest nasz reżyser, my go kochamy i jestem pewien, że z wzajemnością. Grupa, która została dobrana do spektaklu, jest też taką grupą, która się zna, przyjaźni, której ze sobą się dobrze pracuje. Natomiast sama praca była ciężka. Było bardzo ciężko, mimo tego, że przedstawienie jest krótkie, to mamy wiele scen zbiorowych, gdzie musieliśmy się porządnie urobić. Mamy też kostiumy w scenie jarmarku, w których jest mało wygodnie i komfortowo. Jest to jednak scena bardzo nieoczywista. Jestem ciekaw, jak widzowie na nią zareagują, ponieważ jest to wymysł na temat, w ramach sprawy, której de facto postaci nie ma w sztuce.

Dawno nikt nie sięgał po ten dramat.

Poniekąd dlatego, że uchodzi za dramat trudny, długi i straszący, że może być nudno. Ale my się nie boimy.

Proszę nieco zdradzić, jaka jest pana rola?

Ja pracuję w zbiorowości, jestem - jak wielu – żołnierzem w smutnym garnizonie, smutnego małego miasteczka. Mam też solówkę pijanego czeladnika, który pijany wstaje i opowiada jak to po pijanemu w nocy podczas męskich rozmów opowiada ni głupio, ni mądrze - po gombrowiczowsku. Piotr pracuje poezją w dużej mierze, i ta jego poezja, ta metafora, to pozostawienie w takim pięknym, ale dominującym określeniu, to siła rozgrzebywania tych spraw o których będzie w spektaklu. Ja się zawsze zastanawiam, jak on to robi. Pracujemy przez bardzo długi czas na takich plamach - plamy myśli, plamy scen. I potem nie wiadomo jak, to wszystko wychodzi i widzimy całość. Jesteśmy świadkami tematu, który trzeba najpierw przedyskutować, nie można zatrzymywać się na samej fabule, bo byłaby bardzo licha.

Rozmawiała Małgorzata Gotowiec

Teatr Narodowy w Warszawie, "Woyzeck" Georga Büchnera, reżyseria Piotr Cieplak.
Grzegorz Kwiecień – Żołnierz, Kaznodzieja, Koń.
Fot. Krzysztof Bieliński

środa, 27 listopada 2019

Anna Gryszkówna o najnowszej premierze „Letników” i pracy z Maciejem Prusem

Dramat "Letnicy" pióra Maksima Gorkiego powstał około sto lat temu, ale nic nie stracił na aktualności. Przedstawia głównie inteligencję i jej konfrontację z trudną politycznie przełomową sytuacją swego kraju, stojącego w obliczu historycznych przemian. Zadaje pytanie o rolę inteligencji w społeczeństwie, o misję ludzi światłych w walce o sprawiedliwość społeczną – o człowieka. Takie same pytania możemy zadawać sobie i dziś.

"Letnicy" to pierwsza premiera w nowym sezonie Teatru Narodowego w Warszawie. O sztuce i pracy nad nią rozmawiamy z Anną Gryszkówną – aktorką Sceny Narodowej i asystentką reżysera spektaklu Macieja Prusa.


- Bardzo mnie ucieszyła perspektywa współpracy z panem Maciejem Prusem. Praca z nim to wyróżnienie i ogromna przyjemność. Jest on ostatnim reżyserem z pokolenia, które pracowało jeszcze z Kazimierzem Dejmkiem, z Konradem Swinarskim, Erwinem Axerem - dlatego obcowanie z nim wywiera szczególne wrażenie, jest to wielka nagroda. Pracując z nim, mam do czynienia z takim teatrem, którego już nie ma - szlachetnym, pięknym i mądrym, kochającym słowo, szanującym autora, dlatego z wielką radością pełnię rolę asystentki, pana Macieja – powiedziała w rozmowie z nami Anna Gryszkówna.

Obserwuję panią od tej strony reżyserskiej, i widzę, jak się pani wspaniale rozwija w tym kierunku. Czy to jest to, co panią pociąga w teatrze?

Myślę, że to będzie moja droga. W tym spektaklu występuję w podwójnej roli, jako aktorka i jako asystentka reżysera. Jest to oficjalna, uczciwa asystentura z mojej strony. Dlatego mając do czynienia z obydwoma punktami widzenia - to wiem, że perspektywa tamtej strony, strony reżysera jest tym, co mnie magnetycznie pociąga i już nie umiem z niej zrezygnować. Myślę, że w tym jest moje serce.

Jak długo ten pomysł kiełkował w pani głowie?

Zagrałam w spektaklu w Teatrze Dramatycznym "Nasza Klasa" - Rachelkę Mariankę - była to dla mnie piękna podróż i przygoda. Moja bohaterka jest cały czas na scenie od młodości do śmierci. Dostałam wielkie wyzwanie, z którym się zmierzyłam, które mi sprawiło mnóstwo satysfakcji i zobaczyłam, że niewiele jest takich ról. Jest tyle zdolnych aktorek, a tak mało ciekawych propozycji dla nich, że czekanie na ponowne wyzwanie jest po prostu stratą czasu. A zawsze miałam inklinację do tego, żeby zamiast jednej roli, móc w głowie przejść wszystkie, żeby mieć wpływ na świat stwarzany na scenie, na scenografię, kostiumy, na muzykę. Ten teatr, który rodzi się w głowie - siedząc w domu w fotelu, czy podczas snu - to jest to miejsce, w którym chciałabym być.

Reżyser tak naprawdę pracuje 24 godziny na dobę...

Zdaję sobie sprawę z tego, że jest to praca na okrągło, i jest się w niej bardzo samotnym. Bo przy finalnym efekcie aktorzy mają wsparcie reżysera, są ze sobą, rozmawiają, coś od nich jeszcze zależy. Reżyser musi wiedzieć, czy to, co zrobił jest dobre, czy złe. Nikt mu o tym nie powie, musi to czuć i musi to wiedzieć.

Proszę coś powiedzieć o samym spektaklu, bo wielkość autora poznaje się po tym, że jego już nie ma z nami, a jego dzieła są, i to są ciągle aktualne.

Tak, zmieniają się czasy, zmieniają się kostiumy, a tematy, problemy, wątpliwości są te same. Ten spektakl jest o inteligencji. O jej próbie odnalezienia się we współczesnym świecie, w świecie w którym jej znaczenie jest coraz mniejsze, kiedy trudno jej ocalić swoją intensywność, swoją wagę. Pogubieni inteligenci, którzy cały czas żyją w matni, niemocy, a jednocześnie towarzyszą im wielkie potrzeby i tęsknoty. Jest to smutne, gorzkie, a jednocześnie z nutą nadziei, na to, że mimo wszystko walczy, szuka, swojej drogi, swojej ścieżki.

Jak ważna jest ta inteligencja?

Jest istotą, ideą, o której opowiada autor. Ci ludzie próbują nazwać siebie na nowo. Wyznaczyć sobie cel. To jest bardzo ważne, szukanie innej formy, dla tego, czym ma być obecnie.

Jaki jest pan Maciej Prus?

Praca z nim jest niesamowita. Jest całkowicie oddany słowu i autorowi. Kocha i szanuje aktora. Pełen czułości, dla niego, dla jego pomysłu, jego wrażliwości. Nie było ani razu awantury, nie było ani razu żadnych napięć, sytuacji nieprzyjemnych. Aktorzy oddają mu to samo - mam wrażenie. Świetnie nam się razem pracowało, mamy cudowny zespół, wspaniałą ekipę, każdy z radością szedł na próbę, chciał pracować i dawać siebie. I to jest bardzo miłe. Zapraszamy na efekt naszej wspólnej pracy – dodaje Anna Gryszkówna.

Rozmawiała Małgorzata Gotowiec


Teatr Narodowy w Warszawie, "Letnicy", reż. Maciej Prus
Anna Gryszkówna jako Kaleria, siostra Basowa i asystentka reżysera
foto Krzysztof Bieliński.

Najbliższe spektakle 7 i 8 grudnia

piątek, 1 lutego 2019

Anna Grycewicz o „Zemście nietoperza” w Teatrze Narodowym

Ekskluzywne imprezy, przebieranki, salonowe intrygi – wykroczenia, występki, małżeńskie zdrady. Służące aspirują do gwiazdorskiej kariery, a ekscentryczni milionerzy idą do więzienia jak na bal. Tak się bawi, tak się bawi Warszawa!

"Zemsta nietoperza" Johanna Straussa syna, to porywająca operetka wszech czasów. Jej premiera miała miejsce 5 kwietnia 1874 roku w Wiedniu. Reżyser Michał Zadara wystawia ją w Warszawie na dużej scenie Teatru Narodowego.

- "Zemsta nietoperza", jest wielkim wydarzeniem. My, granicząc z Teatrem Wielkim, porywamy się na operetkowe przedsięwzięcie i tworzymy spektakl typowo śpiewany i próbujemy sił jako śpiewacy. Ale mamy taką przewagę, że też gramy tę operetkę. Potraktowaliśmy ją bardzo poważnie aktorsko, a nie brakuje nam wokalnie bardzo uzdolnionych aktorów, którzy świetnie sobie radzą z takimi wyzwaniami – mówi w rozmowie z nami aktorka Sceny Narodowej Anna Grycewicz, wcielająca się w postać Minni.

Pracowaliście na oryginalnej partyturze, zatem dokładnie takiej, jaką napisał Johann Strauss.


Tak, wszystko jak w oryginale, a dodatkowo śpiewamy takie nutki, które zazwyczaj w przedstawieniach tej operetki są pomijane. Jak "Marianka", która u nas zabrzmi ze sceny.

Kto wpadł na taki pomysł wystawienia "Zemsty nietoperza"?


Sam reżyser Michał Zadara. Mamy nowe tłumaczenie i nowe libretto. Nowe tłumaczenie, bo chcieliśmy być jak najbliżej oryginału niemieckiego. A jak wyszło, każdy musi sam przyjść i ocenić.

Akcja przedstawienia jest przeniesiona z Wiednia do Warszawy..?

Dokładnie tak. Bawimy się tutaj, i wszystko się dzieje w naszych polskich realiach.

Kto was wokalnie przygotowywał?

Justyna Skoczek. Gra na fortepianie, dyryguje nami i orkiestrą. Zebrała specjalny zespół muzyków, którzy nam akompaniują. Jest wspaniałą osobą. Z Justyną same partie śpiewane ćwiczyliśmy od pół roku. Spotykaliśmy się co jakiś czas. Każdy był "w innych próbach", w innym rytmie pracy. Natomiast wszystko składaliśmy i pracowaliśmy nad resztą od dwóch miesięcy.

Operetka to jest słowo i śpiew, i jak wspominałaś, macie aktorską przewagę nad profesjonalnymi śpiewakami. Jednak jak z poziomem samego śpiewu?

Zgadza się, jednak nie możemy udawać, że mamy wykształcone głosy. Wokalnie nie jesteśmy śpiewakami operowymi. Pamiętajmy też, że jest to jednak operetka, nie opera. W tym upatrujemy, że może się uda wokalnie - prawie dorównać.

Chyba nadeszła pora na zapotrzebowanie różnego rodzaju muzycznych występów, sztuk śpiewanych. Był moment, że nie było takich spektakli, a teraz jest ich całkiem sporo na wielu scenach teatralnych w Polsce.

Myślę, że po prostu po ciężkim repertuarze potrzebujemy czegoś innego, żeby przyjść i po ludzku się rozerwać i miło spędzić wieczór w teatrze, odpocząć i nie myśleć za dużo. My oczywiście próbujemy w treści przedstawić prawdziwe realia, tu też są ludzkie dramaty, o których próbujemy opowiedzieć. Sztuka jest o małżeństwie, w którym coś się wypaliło. Na szczęście okazuje się, że wcale się nie wypaliło tak do końca i potrzeba tylko odrobinę „tego pieprzu” w życiu, innego spojrzenia na siebie, żeby się sobą na nowo zauroczyć.

Bawiliście się dobrze, mimo ciężkiej pracy.


Tak, była to bardzo ciężka praca fizyczna, bo mamy też sporo układów tanecznych - poza śpiewem. Jestem jednak pewna, że będziemy to z wielką przyjemnością grać. I bardzo byśmy chcieli dać radość widzom. Serdecznie zapraszamy na naszą operetkę w gościnne progi Teatru Narodowego.


Rozmawiała Małgorzata Gotowiec

Teatr Narodowy w Warszawie, "Zemsta nietoperza" Johanna Straussa syna,
Reżyseria Michał Zadara.
Anna Grycewicz, foto K. Bieliński.

Najbliższe spektakle – 5, 6 lutego, 12 i 13 marca.

czwartek, 13 grudnia 2018

Anna Grycewicz o sztuce „Kilka dziewczyn” w Teatrze Narodowym

Najnowsza premiera Teatru Narodowego w Warszawie jest o miłości, manipulacjach i zawiedzionych nadziejach. „Kilka dziewczyn” pióra Neila LaBute’a w tłumaczeniu Jacka Kaduczaka reżyseruje Bożena Suchocka.


Cztery kobiety, z którymi kiedyś związał się bohater. Erotyczny bilans? Szukanie ideału? Próby odwetu? Zmyślne intrygi czy prawdziwe wyznania? O spektaklu rozmawiamy z aktorką Sceny Narodowej Anną Grycewicz, która wciela się w jedną z tytułowych kobiet imieniem Sam.

Wszystko brzmi niezwykle intrygująco i ciekawie. Opowieść o czterech kobietach, które łączyło coś z jednym mężczyzną...


Mężczyzna zaprasza je nagle po latach, na spotkanie w pokoju hotelowym. Każda z nich decyduje się jednak na nie przyjść. Pewnie każda z innych względów, zapewne dlatego, że ów mężczyzna był dla nich ważny na pewnym etapie życia. To jest punkt wyjściowy tej sztuki.

Czy rozmowy w takiej sytuacji między tymi kobietami mogą być szczere?

Kobiety spotykają się po latach, przywołują różne wspomnienia z tamtych lat, z tego okresu. Ludzie w takich chwilach chcą dla siebie przede wszystkim być takimi jak kiedyś. Już na wstępie coś przed sobą udają, chcą lepiej się zaprezentować przed drugą osobą. Szczególnie kobiety zdają sobie sprawę z upływu lat, że się starzeją, że wyglądają mniej atrakcyjnie. Nagle przed sobą mają kogoś, kto osiągnął pewien sukces - został pisarzem. Bohaterkę, którą gram - postać Sam - została w małym miasteczku, nie udało jej się zrealizować wielkich celów. Nie osiągnęła sukcesu. Ona już na wstępie czuje się kimś gorszym. Rzecz jasna, nie chce tego pokazać, przyznać się do porażki. Jest to bardzo ciekawy punkt wyjścia do jej historii.

Miejsce spotkania, pokój hotelowy, wymyśla mężczyzna?

Tak, on rozsyła wiadomości do tych kobiet, a one tak na prawdę nie wiedzą, dlaczego chce się z nimi spotkać. Mają nadzieję pewnie, że zechce je przeprosić, być może za to, co się kiedyś stało. W niektórych przypadkach, mają nadzieję na to, że może zechce do nich wrócić? Może coś jeszcze się tli w jego sercu.

Czy te kobiety się znają?

Słyszały o sobie, z różnych etapów życia mężczyzny. Jednak nigdy się nie spotkały, nie widziały się. Czy będą ze sobą rozmawiać?, jak to spotkanie się potoczy? - tego nie będę zdradzać. Zapraszamy na spektakl. Sztuka bardzo współczesna, oparta na codziennych, życiowych relacjach. Dlatego cieszę się, że jest to na małej scenie, bardziej odda nastrój. Jesteśmy tu blisko z widzem, i te niuanse, myślę, że na tej scenie będą widoczne.

Jak długo się przygotowywaliście do premiery?

Próby trwały dwa miesiące. Dobrze nam się pracowało. Panią reżyser poznałam już na studiach. Jak Pani Zofia Kucówna przestała być opiekunem naszego roku, wtedy właśnie reżyser Bożena Suchocka objęła nasz rok. I od tamtej pory - a jestem już w teatrze 16 lat - nie miałyśmy okazji razem pracować. Jest to bardzo ciekawe spotkanie po latach. Cieszę się, że mnie wybrała do spektaklu. Nie oczekiwałam tego, nie liczyłam na to, a jest to bardzo miłe.

Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Narodowy w Warszawie, „Kilka dziewczyn”, reż. Bożena Suchocka
foto Tomasz Urbanek

Najbliższe spektakle – 11, 12 i 13 stycznia

wtorek, 11 września 2018

Justyna Kowalska o najnowszej premierze „Tchnienie” w Teatrze Narodowym

Teatr Narodowy w Warszawie już na inaugurację sezonu oferuje swoim widzom niezwykle interesująco zapowiadającą się premierę. Od 8 września możemy oglądać spektakl „Tchnienie” na Scenie Studio. Historia miłości dwójki młodych ludzi, czyli jak odnaleźć się we Wszechświecie. „Tchnienie” pióra Duncana Macmillana to reżyserski debiut znakomitego aktora Teatru Narodowego Grzegorza Małeckiego na zawodowej scenie.




Na pustej scenie zobaczymy Justynę Kowalską i Mateusza Rusina. – To ogromne wyzwanie dla aktora – mówi w rozmowie z nami młodziutka aktorka Sceny Narodowej Justyna Kowalska.


Akademię Teatralną skończyłaś zaledwie dwa lata temu, a grasz już w trzeciej sztuce. Wymarzony start dla młodego aktora.

To prawda. Zagrałam w „Opowieści Zimowej” Szekspira i „Idiocie” Dostojewskiego, ale gra w „Tchnieniu” jest moją pierwszą naprawdę dużą rolą. Nie ma tu rekwizytów, nie ma typowej scenografii ani kostiumów, nie ma też świateł - nie gra się łatwo w takich warunkach. To spore wyzwanie dla aktorów. Jesteśmy zdani tylko na siebie i to jest dla nas znakomita lekcja. W tym jest też coś cudownego i coś przerażającego zarazem, bo albo dotrzemy razem na szczyt, albo na dno. Trzeba mocno wysilić wyobraźnię. Ważne jest to, aby też nie „przewalić” - mówiąc kolokwialnie - w którąś ze stron. Zależy nam na tym, aby wyrażane przez nas przeżycia i emocje były pokazane bardzo prawdziwie, zagrane od siebie, bardzo naturalne. Ale jednocześnie, żeby mogły stworzyć i pokazać widzowi pełny obraz tego świata na tej czarnej, pustej scenie - to jest bardzo trudne.


Scena Studio ma coś w sobie.

Jest bardzo wdzięczna, intymna, kameralna. Nie widać też za bardzo widza, a przecież wiemy, że publiczność siedzi blisko, jest tuż, tuż. Głos nie musi być też bardzo wysilony. Powiem, że jest tak domowo.


Poznałaś wszystkie trzy sceny Teatru Narodowego, która najbardziej Ci odpowiada?

Zdecydowanie właśnie Scena Studio. Odpowiada mi jej kameralność. Jest tu takie niuansowanie, gdyż na Scenie Bogusławskiego, która jest wspaniała i niesamowita - tak jest w „Opowieści Zimowej” - działają zapadnie i widać ogromne możliwości tej sceny - ale jednocześnie trzeba mieć ogarnięty każdy jej centymetr, żeby gdzieś nie wpaść. Scena ta jest bardziej reprezentacyjna, taka do pokazania się światu, że tak powiem „na wynos”. Studio jest bardzo „przy sobie”, jest bardzo naturalnie.


Jak się pracowało z Mateuszem Rusinem oraz debiutującym w roli reżysera Grzegorzem Małeckim?

Panowie są bardzo czuli, zarówno jeden, jak i drugi. Mateusz jest wspaniałym partnerem na scenie, graliśmy już razem wcześniej i bardzo dobrze się rozumiemy. Mamy do siebie zaufanie, znamy swoją energię. Nawzajem wyczuwamy się tam, gdzie to jest konieczne, mamy wspólną chemię, to bardzo pomaga. A Grzegorz jako reżyser - może dlatego, że też jest aktorem - jest bardzo wyrozumiały, wrażliwy i otwarty na dialog. Uważnie słucha tego, co mamy do powiedzenia, z czym się dobrze czujemy. Na co dzień też jest takim człowiekiem - i to jest jego najpiękniejsza cecha. Jest jednocześnie zdecydowany, ma wizję sztuki i wie, co chce osiągnąć, ale robi to naprawdę spokojnie, nie dokłada stresu.




Sztuka jest o życiu, o dwójce młodych ludzi...

Sztuka jest o miłości. Dwoje młodych ludzi stara się o dziecko. Zastanawiają się nad tym, czy w ogóle można mieć dziecko w dzisiejszych czasach, co to za sobą niesie. Stawiają sobie bardzo dużo trudnych pytań. Grzegorz powiedział na początku, że ta sztuka to jest moralitet. Średniowieczny moralitet. Nie udziela odpowiedzi, bo odpowiedzi mogą udzielić tylko państwo z widowni po spektaklu, o ile w ogóle można jednoznacznie odpowiedzieć na takie pytania. Jest bardzo dużo o planecie, o śladzie węglowym, o dwutlenku węgla, o zmianach, jakie występują teraz na świecie. Mamy do czynienia ze zderzeniem mikrokosmosu z makrokosmosem. Z jednej strony jest planeta, Wszechświat, a z drugiej dwoje młodych ludzi, którzy się kochają, mają swój dom, i o coś się spierają, rozstają się i wracają do siebie. Jest to zderzenie moim zdaniem okrutne i cudowne zarazem. Spotkanie dwóch światów, które ze sobą korespondują i ciągle ze sobą się przeplatają.


Rozmawiała Małgorzata Gotowiec


Teatr Narodowy w Warszawie, "Tchnienie", Justyna Kowalska, foto: Zbigniew Lisiecki

piątek, 16 marca 2018

Hubert Paszkiewicz o „Ułanach”

„Ułani” pióra Jarosława Marka Rymkiewicza w reżyserii Piotra Cieplaka to najnowsza premiera Teatru Narodowego, Sceny przy Wierzbowej. Komedia serio w trzech aktach o uwikłaniu w mitach polskości. Śmieszne, a przez to okropnie smutne. O sztuce rozmawiamy z młodym aktorem Sceny Narodowej Hubertem Paszkiewiczem.


Komedia serio w trzech aktach, czyli przez śmiech po łzy…
„Ułani” zostali napisani w 1974 roku, czyli nie tak dawno, 44 lata temu, ale jest to sztuka dosyć mało znana. Z tego co wiem, była wystawiana zaledwie dwa razy. Nie jest też często czytanym dziełem. Gram Lubomira, porucznika ułanów. Do samego końca nie wiadomo, jakie są intencje mojego bohatera. Cel jest taki, że Zosia ma urodzić dziecko. Ojcem ma być Lubomir. Cała sztuka jest opowieścią o tym właśnie dziecku, o tym wyśnionym, o tym wymarzonym, na które wszyscy czekają od stuleci. Lubomir jednak woli czytać książki, niż płodzić dzieci. Dusza romantyka. Prowokator - powiedział w rozmowie z nami Hubert Paszkiewicz, wcielający się w postać porucznika Lubomira. 
Otacza was przepiękna, romantyczna, sielsko-anielska scenografia.
Scenografia Andrzeja Witkowskiego przypomina klimat „Pana Tadeusza”. Zaczyna się sielsko, wszystko piękne, urocze, jest dworek. Finał wprowadza niepokój. Pozostawia wiele pytań, niedopowiedzeń. Tekst sztuki jest dowcipny, błyskotliwy i inteligentny, ma dużo podtekstów, odniesień do Norwida, Mrożka, Różewicza, Gombrowicza. Jest to tekst zaskakująco aktualny. 
Autor bazuje na postaciach z literatury polskich wielkich twórców.
Mamy feldmarszała, jest Zosia, Ciotunia, i pokojówki Ciotuni Ania i Frania, Major, Lubomir, Jan ordynans, Widmo. Mamy cały przekrój naszych wieszczów. Myślę, że każdy znajdzie to, czego szuka, każdy sam może sobie zadawać pytania. Nie chcemy jednoznacznie wyznaczać drogi, nie stawiamy kropki nad „i”, zostawiamy to w zawieszeniu.

Pracujesz coraz więcej, to wspaniale dla młodego aktora.
Tak, też się z tego bardzo cieszę. Zdobywam nowe doświadczenia, spotykam na swojej drodze mądrych ludzi. Nie ma dla mnie nic cenniejszego, jak doskonalić się i czerpać od nich wiedzę. Zawsze można coś podpatrzeć, podpytać.
Jak radzisz sobie z tremą? Czy wiek i doświadczenie mają znaczenie w tej kwestii?
Trema jest zawsze, myślę, że byłoby bardzo źle, gdyby jej nie było. Uważam, że wiek nie ma tu dużego znaczenia. Wydaje mi się, że tym co nas ratuje w świecie jest spokój. Siedzimy sobie w cieple, mamy prąd, wodę. Jest nam dobrze. Możemy pracować.

Serdecznie zapraszam na nasz nowy spektakl.

Rozmawiała Małgorzata Gotowiec

Teatr Narodowy w Warszawie, „Ułani”, Hubert Paszkiewicz, foto. Krzysztof Bieliński.
 Najbliższe spektakle – 20, 21, 22 kwietnia


czwartek, 14 grudnia 2017

Paulina Korthals: „To wielkie szczęście uczyć się od najlepszych”

„Elementarz” w reżyserii Piotra Cieplaka to najnowsza premiera Teatru Narodowego w Warszawie. Piotr Cieplak wyreżyserował przedstawienie na podstawie poetyckiego tekstu Barbary Klickiej. W spektaklu, w którym znajdziemy odwołania do „Elementarza” Mariana Falskiego, ale również do „Alicji w Krainie Czarów” Carrolla - główna bohaterka Ala szuka swojego kompasu, podstaw wewnętrznego alfabetu. Poszczególne litery mają jej pomóc uporządkować rzeczywistość.


W roli Ali – Edyta Olszówka. Jej koleżankę Olę gra młoda aktorka Paulina Korthals, z którą rozmawiamy o prapremierze, która odbyła się 7 grudnia na dużej Scenie Narodowego.
- „Elementarz” – niech ten tytuł nikogo nie zwiedzie, to jest spektakl dla dorosłej widowni, na pewno nie dla dzieci – mówi nam Paulina Korthals. -  Gram Olę, koleżankę Ali. Cała koncepcja spektaklu – nie chcę zdradzać za dużo – owiana jest tajemnicą. Opowieść dzieje się w głowie Ali. Jest to coś w rodzaju snu. Ola natomiast - koleżanka Ali z dzieciństwa – jest tą, która wiedziała, czego chce. Zawsze konsekwentnie realizowała swoje cele. Czasem nawet nie zważając na innych. W pewnym sensie jest autorytetem dla Ali. Może Ala ma kompleks Oli, może coś, czego nie potrafi dokonać ona sama.

„Elementarz”…przegląd literka po literce…
Z każdą literką jest związana inna historia. W wielu częściach spotyka się Ala z Olą. Ponieważ jest to sen, to czasem jestem Alą, a czasem innym pragnieniem, marzeniem, ale wszystko łączy się w jedną całość.

Drugi raz spotykasz się w pracy teatralnej z Piotrem Cieplakiem.
Tak, to moje drugie przedstawienie z reżyserem Piotrem Cieplakiem. Pierwszy spektakl, w którym pracowaliśmy razem było „Soplicowo”. To wizjoner, jest to dla mnie zaszczyt, że ponownie dane mi jest pracować z taką osobowością. Przede wszystkim on kocha aktorów, i każdy się czuje u niego „dopieszczony”. Nawet najmniejszy udział, najmniejsza rola staje się ważna. On potrafi zrobić perełkę z każdego drobiazgu. Aktor się czuje ważny i potrzebny. Nawet w przysłowiowej w naszym świecie aktorskim – wniesieniu halabardy – my czujemy, że to nie jest takie zwykłe wniesienie na scenę rekwizytu. Mam ogromne szczęście, że mogę pracować i uczyć się od najlepszych.

Długo pracowaliście nad stworzeniem spektaklu?
Zaczęliśmy próby pod koniec września. Była to praca dosyć intensywna i żmudna. Warto wspomnieć o muzyce, jest znakomita. Jestem w ogóle pełna podziwu dla naszych kolegów – Marcina Przybylskiego, Pawła Paprockiego i Jakuba Gawlika. Oni sami skomponowali muzykę, począwszy od piosenki, którą można było usłyszeć na próbie dla mediów. Oni grają jako aktorzy i stworzyli niejako ten świat spektaklu. Do tego doszły intensywne próby z Panem Leszkiem Bzdylem nad nasza tężyzną. On stworzył ruch sceniczny sztuki. Mamy się od kogo uczyć, to kolejny wielki autorytet na mojej teatralnej drodze.
Jesteś młodziutka, z pokolenia, które już nie uczyło się z „Elementarza” Mariana Falskiego…
To prawda, nie uczyłam się z tej książki, to mnie ominęło, ale chyba do niego zajrzę – śmieje się Paulina. – I oczywiście zapraszam na spektakl. Wszystkich od 16 roku życia. 

Rozmawiała Małgorzata Gotowiec

Teatr Narodowy w Warszawie, „Elementarz”, Paulina Korthals, fot. Yato Photography
Spektakl oglądała 10 grudnia – Małgosia
Najbliższe przedstawienia – 16, 17, 18 stycznia

piątek, 27 października 2017

Hubert Paszkiewicz: „Mam wymarzony start”

 "Nikt” – ironiczna i gorzka rozprawa o międzyludzkich relacjach. Sztukę izraelskiego pisarza Hanocha Levina od 21 października możemy oglądać w Teatrze Narodowym, na Scenie przy Wierzbowej. Przedstawienie reżyseruje Artur Tyszkiewicz. W roli głównej Chefeca, tytułowego Nikta znakomity aktor Mariusz Benoit. Na deskach Teatru Narodowego możemy też oglądać inne przedstawienie pióra Levina – „Udręka życia”.

O spektaklu i początkach pracy teatralnej rozmawiamy z młodym aktorem Hubertem Paszkiewiczem.


Hubert Paszkiewicz jest jeszcze studentem V roku Wydziału Aktorskiego Akademii Teatralnej w Warszawie, a już od 2017 roku należy do zespołu Teatru Narodowego. W ostatnich dwóch sezonach teatralnych współpracował z Teatrem Polskim w Warszawie, grając w sztuce Stanisławy Przybyszewskiej „Thermidor”. W najnowszej prapremierze Teatru Narodowego, w spektaklu „Nikt” Hanocha Levina, wciela się w postać Warszawiaka, narzeczonego Fogry.

Co jest tak intrygującego i ciekawego w twórczości Hanocha Levina, że jego sztuki dość często są wystawiane?

Faktycznie, jest coś intrygującego w jego dziełach. Wydaje mi się, że absurd jest tym czymś, co tak bardzo pociąga w sztukach Levina. Jego teksty są przepełnione absurdem. Gram postać Warszawiaka i jest to bohater odklejony od całości. Całkiem różniący się od innych. Pochodzi spoza tego środowiska – jak imię wskazuje – chłopak jest z Warszawy. On nie ma zielonego pojęcia, co się dzieje w tym domu. Ma zamiar ożenić się z Fogrą, nie zdając sobie do końca sprawy z tego, na co się pisze. Dopiero kiedy przychodzą do rodziców Fogry, na początku spektaklu, to coś mu się wyjaśnia, ale zawsze jest w tym wszystkim o krok za Fogrą. Ona jest tak szybka w podejmowaniu decyzji, że on po prostu za nią nie nadąża. Fogra rozstawia wszystkich po kątach, wszystkimi kieruje, w niektórych scenach widać to bardzo dobitnie. Warszawiak w pewnym momencie przechodzi na stronę Fogry i następuje jego destrukcja i demoralizacja. Nie chciałbym zdradzać jak to wszystko się kończy…po prostu zapraszam do teatru.  Reżyser Artur Tyszkiewicz powiedział, że ta sztuka jest napisana w stylu Levinowskim i trudno jednoznacznie  nazwać ją dramatem, komedią, czy komediodramatem. Nawet nie starałbym się rozpatrywać jej w takich kategoriach. Każdy sam może wyrobić sobie na ten temat zdanie…i wydaje mi się, że o to w tym spektaklu właśnie chodzi.

Jesteś bardzo młodym człowiekiem, na początku swojej aktorskiej drogi. A praca z takimi wybitnymi aktorami, z którymi się spotkałeś przy tworzeniu sztuki jest z pewnością sporym przeżyciem.

Obsada jest bardzo zacna. Praca z takimi aktorami to wielka przyjemność, ale również wyzwanie. My z Lidką jesteśmy z jednego roku, graliśmy razem w spektaklu dyplomowym „Pelikan/Zabawa z ogniem” w reżyserii Jana Englerta w Akademii Teatralnej. Jest to dla nas początek wielkiej przygody, spełniają się marzenia. Nikt nie mówił, że będzie łatwo, i że droga będzie przyjemna i usłana różami, ale wydaje mi się, że to wszystko jest warte ciężkiej pracy, poświęcenia i doświadczenia, które nas po drodze spotyka. Ogromną szansą jest to, że od razu, po szkole, trafiłem do teatru. Zawdzięczam to przede wszystkim profesorowi Janowi Englertowi, ponieważ to on z nami pracował, miał okazję nas obserwować i poznawać. Prowadził z nami zajęcia na pierwszym i trzecim roku. Pracował również przy dyplomie i zna nas od  „podszewki”.

Opowiedz o kulisach przejścia do Teatru Narodowego.

Zaczęło się od tego, że Marcin Hycnar zaprosił mnie do „Opowieści Zimowej”, i po tym przedstawieniu dyrektor Jan Englert zaproponował mi udział w  przedstawieniu „Nikt”. Dostałem propozycję dołączenia do zespołu. Dopiero zaczynam swoją drogę i wiem doskonale, ile przede mną pracy, ale jestem szczęśliwy, że póki co wszystko idzie tak jak bym sobie tego życzył.

Rozmawiała Małgorzata Gotowiec



Role Huberta Paszkiewicza w Teatrze Narodowym:
ROLE (do 31 sierpnia 2017 gościnnie), Soplicowo – owocilpoS. Suplement, Piotr Cieplak, reż. Piotr Cieplak, 2016 rok
WIELMOŻA CZESKI; SATYR (do 31 sierpnia 2017 gościnnie), Opowieść zimowa, William Shakespeare, reż. Marcin Hycnar, 2017 rok
Teatr Polski: „Thermidor”
"Thermidor" opowiada o wydarzeniach historycznych, ale zarazem jest sztuką współczesną – przedstawia mechanizmy polityczne, które działają nie tylko w momentach wielkich przełomów. Stanisławę Przybyszewską fascynowała Wielka Rewolucja Francuska; spośród jej działaczy upodobała sobie Robespierre`a, czyniąc zeń męża opatrznościowego. W "Thermidorze" ukazała kluczowy moment rządów jakobińskich, gdy zastosowany jako narzędzie naprawiania świata terror przekracza wszelką miarę, a Robespierre zaczyna być postrzegany jako doktryner, który zmierza do dyktatury. W najbliższym otoczeniu Robespierre`a zawiązuje się spisek na jego życie.