Spektakl muzyczny "Charków! Charków!" to prapremierowa realizacja sztuki Serhija Żadana, która powstała na zamówienie Teatru Polskiego w Warszawie. Od 22 marca możemy oglądać ten spektakl na deskach stołecznego teatru.
Spektakl w musicalowej formie opowiada historię inspirowaną losami awangardowego teatru Berezil i jego twórcy – reżysera i reformatora Łesia Kurbasa, który działał w Charkowie w latach 1925-1933. Opowiada ona historię konfliktów pomiędzy miastem i teatrem, dyrektorem teatru i reżyserem, reżyserem i widzami, reżyserem i aktorami... Losy Kurbasa stają się metaforą losów każdego twórcy – a może każdego z nas – "Everymana" walczącego o ideały – napisano na stronie Teatru Polskiego.
W naszym przedstawieniu Łeś Kurbas nie zostanie rozstrzelany, ale zrobi wielką karierę na Zachodzie. Otrzyma Oscara – powiedziała reżyser spektaklu Svitlana Oleshko.
Zrobiliśmy spektakl muzyczny. Nasz kompozytor Noam Zylberberg podkreśla jednak, że musical jest formą widowiska i nie musi być rozrywką – dodała reżyser przedstawienia.
Kim był Łeś Kurbas?
Łeś Kurbas był jednym z pierwszych reżyserów, który posłużył się filmem w teatrze. Jako pierwszy wystawił w Charkowie musical jazzowy. Eksperymentował z aktorami i z ruchem. W 1921 roku napisał, że współczesny ukraiński teatr jest jak "niedomyślona myśl, niedociągnięty gest i niedoniesiona tonacja". Chciał zbudować inny teatr i to robił. I jak mówił, że właśnie w Charkowie z teatrem Berezil zrobił swoje najlepsze spektakle.
Co jest istotą tego spektaklu?
To powieść o tragedii ukraińskich artystów w Charkowie, tzw. "rozstrzelanego pokolenia". Ale też widzimy tu historię uniwersalną, dla każdego. Mamy opowieść o mieście, o teatrze, o miłości, o zdradzie – czyli samo życie. Nasz bohater Kurbas był wielkim reformatorem teatru ukraińskiego, a jego wiedza i umiejętności były uniwersalne – powiedziała Svitlana Oleshko.
Scenografia w spektaklu odwołuje się do konstruktywizmu i futuryzmu. Składa się z m.in. z metalowych schodów i podestów, które mogą także kojarzyć się z więziennymi korytarzami. Autorką jest Katarzyna Zawistowska, którą reżyserka poznała już w Warszawie. Obu paniom zależało, aby scenografia zachowała w sobie aurę tragizmu.
Małgorzata Gotowiec
"Charków! Charków!", Teatr Polski w Warszawie
Przekład - Adam Pomorski, reżyseria - Svitlana Oleshko, scenografię i kostiumy zaprojektowała Katarzyna Zawistowska, muzykę skomponował Noam Zylberberg
Występują: Dorota Bzdyla (Aktorka, Sekretarka, Klapserka, Ludzie na dworcu, Ludzie z miotłami), Jakub Kordas (Aktor pierwszy, Szef działu promocji, Ludzie na dworcu, Ludzie z miotłami), Michał Kurek (Aktor drugi, Księgowy, Ludzie na dworcu, Ludzie z miotłami) i Modest Ruciński (Reżyser, Korespondent)
Najbliższe spektakle 18, 19 i 21 maja
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Teatr Polski. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Teatr Polski. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 15 kwietnia 2024
środa, 22 marca 2023
Hanna Skarga o premierze „Przygody Koziołka Matołka” w Teatrze Polskim
"Przygody Koziołka Matołka"... Czy jest ktoś, kto nie zna przygód polskiego koziołka opisanych piórem niezapomnianego Kornela Makuszyńskiego? Jeśli ktoś taki jest, niech się do tego nie przyznaje, tylko sięgnie po tę książkę. To czasy dzieciństwa: piękne czasy, które zostają z nami do końca życia, dlatego najnowszy spektakl w Teatrze Polskim jest dla każdego – dla młodego i starszego, po prostu dla całej rodziny.
Niestrudzony, nieustępliwy, uparty, ale i naiwny, taki jest Koziołek Matołek. Zapraszamy na pełną niezwykłych perypetii, niebezpieczeństw oraz nieoczekiwanych zwrotów akcji historię dzielnego podróżnika, który gotów jest przemierzyć morza i oceany, gorące piaski afrykańskiej pustyni, zakamarki azjatyckich miast i amerykańskie bezdroża, by dotrzeć do mitycznego Pacanowa.
O najnowszej premierze rozmawiamy z odtwórczynią jednej z ról, aktorką Teatru Polskiego w Warszawie Hanną Skargą.
Bardzo przyjemna praca, ale i trudna, zagrać dla dzieci...
Dla dzieci zagrać jest najtrudniej, bo to najbardziej wymagający widz. Rozmawialiśmy o tym, że aby zrobić dobre przedstawienie dla dzieci, trzeba je zrobić mądrze. Tak jak dla dorosłych, tylko mądrzej. Z większą odpowiedzialnością, za to o czym mówimy, jak opowiadamy historię. Staramy się traktować naszych młodych widzów poważnie, jak partnerów, przede wszystkim pragniemy uciec od ich infantylizowania. Dodatkowo atmosfera, jaką udało nam się wytworzyć podczas prób, jest wspaniała i jesteśmy niezwykle szczęśliwi, że udało nam się wspólnymi siłami stworzyć to przedstawienie. To duża zbiorowa praca wielu osób, które działały w zgodzie, jak dobrze naoliwiona maszyna. Mamy nadzieję, że ta radość i energia, której doświadczyliśmy i którą wspólnie zbudowaliśmy, przeniesie się na wszystkich widzów, młodych i dorosłych.
Jakim tropem dzielnego Koziołka idziecie?
Opowiadamy dwie historie równolegle. W spektaklu jesteśmy grupą wędrownych kuglarzy maszerujących przez świat, którzy w swoim repertuarze mają historię przygód Koziołka Matołka. Opowiadamy zatem o dzielnym koźle, ale też o aktorskim losie, o ludziach którzy poświęcają życie by iść i nieść historię. Istotny jest tu motyw drogi. Zmierzamy ku celowi, ale to nie on jest najważniejszy, bo istotą wędrówki są doświadczenia, które zbieramy po drodze. To metafora życia, którą mamy nadzieję przekazać dzieciom, a dorosłym przypomnieć o tej prawdzie, by mogli w niej odnaleźć nadzieję także dla siebie.
Opowiedz o przygotowywaniu przedstawienia...
Maksymilian Rogacki, reżyser, który jest też jednym z aktorów w przedstawieniu, zrobił adaptację tekstu Kornela Makuszyńskiego i wybrał przygody Koziołka, które chciałby opowiedzieć w spektaklu. Chodziło o to, żebyśmy tkali tę historię jako tacy zakurzeni aktorzy, niemalże wyciągnięci z najdalszej półki magazynu kostiumów. Ogromną rolę w tej pracy od samego początku odgrywała grupa, to, że jesteśmy zespołem i to, że żywo dyskutowaliśmy o różnych rozwiązaniach jakie chcielibyśmy zastosować. Przed rozpoczęciem pracy wszyscy na nowo obejrzeliśmy "La stradę" Federico Felliniego, która ugruntowała w naszym podejściu do pracy motyw drogi, z którego czerpiemy. Ogromną rolę odegrała tu wyobraźnia Diany Marszałek, która jest scenografką i autorką kostiumów. Stworzyła niebywały świat, który w połączeniu z magicznymi światłami wyczarowanymi przez Pawła Śmiałka tworzy spójną i zachwycającą całość; który jest plastyczny i wzruszający, bo odwołuje się do przeróżnych cytatów kultury. Jestem pewna, że dorośli odnajdą tu znajome tropy, które przypomną im dzieciństwo. Zapraszamy wszystkich, żeby przyszli i zobaczyli to na własne oczy… ja sama za każdym razem kiedy staję na scenie, czuje tę niebywałą magię. To światy zamknięte w naszych małych walizkach i serca, które każdy z nas zostawia na scenie.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Polski w Warszawie, "Przygody Koziołka Matołka" w reżyserii i adaptacji Maksymiliana Rogackiego.
Hanna Skarga, foto Karolina Jóźwiak
Najbliższe spektakle 21-27 kwietnia
Bardzo przyjemna praca, ale i trudna, zagrać dla dzieci...
Dla dzieci zagrać jest najtrudniej, bo to najbardziej wymagający widz. Rozmawialiśmy o tym, że aby zrobić dobre przedstawienie dla dzieci, trzeba je zrobić mądrze. Tak jak dla dorosłych, tylko mądrzej. Z większą odpowiedzialnością, za to o czym mówimy, jak opowiadamy historię. Staramy się traktować naszych młodych widzów poważnie, jak partnerów, przede wszystkim pragniemy uciec od ich infantylizowania. Dodatkowo atmosfera, jaką udało nam się wytworzyć podczas prób, jest wspaniała i jesteśmy niezwykle szczęśliwi, że udało nam się wspólnymi siłami stworzyć to przedstawienie. To duża zbiorowa praca wielu osób, które działały w zgodzie, jak dobrze naoliwiona maszyna. Mamy nadzieję, że ta radość i energia, której doświadczyliśmy i którą wspólnie zbudowaliśmy, przeniesie się na wszystkich widzów, młodych i dorosłych.
Jakim tropem dzielnego Koziołka idziecie?
Opowiadamy dwie historie równolegle. W spektaklu jesteśmy grupą wędrownych kuglarzy maszerujących przez świat, którzy w swoim repertuarze mają historię przygód Koziołka Matołka. Opowiadamy zatem o dzielnym koźle, ale też o aktorskim losie, o ludziach którzy poświęcają życie by iść i nieść historię. Istotny jest tu motyw drogi. Zmierzamy ku celowi, ale to nie on jest najważniejszy, bo istotą wędrówki są doświadczenia, które zbieramy po drodze. To metafora życia, którą mamy nadzieję przekazać dzieciom, a dorosłym przypomnieć o tej prawdzie, by mogli w niej odnaleźć nadzieję także dla siebie.
Opowiedz o przygotowywaniu przedstawienia...
Maksymilian Rogacki, reżyser, który jest też jednym z aktorów w przedstawieniu, zrobił adaptację tekstu Kornela Makuszyńskiego i wybrał przygody Koziołka, które chciałby opowiedzieć w spektaklu. Chodziło o to, żebyśmy tkali tę historię jako tacy zakurzeni aktorzy, niemalże wyciągnięci z najdalszej półki magazynu kostiumów. Ogromną rolę w tej pracy od samego początku odgrywała grupa, to, że jesteśmy zespołem i to, że żywo dyskutowaliśmy o różnych rozwiązaniach jakie chcielibyśmy zastosować. Przed rozpoczęciem pracy wszyscy na nowo obejrzeliśmy "La stradę" Federico Felliniego, która ugruntowała w naszym podejściu do pracy motyw drogi, z którego czerpiemy. Ogromną rolę odegrała tu wyobraźnia Diany Marszałek, która jest scenografką i autorką kostiumów. Stworzyła niebywały świat, który w połączeniu z magicznymi światłami wyczarowanymi przez Pawła Śmiałka tworzy spójną i zachwycającą całość; który jest plastyczny i wzruszający, bo odwołuje się do przeróżnych cytatów kultury. Jestem pewna, że dorośli odnajdą tu znajome tropy, które przypomną im dzieciństwo. Zapraszamy wszystkich, żeby przyszli i zobaczyli to na własne oczy… ja sama za każdym razem kiedy staję na scenie, czuje tę niebywałą magię. To światy zamknięte w naszych małych walizkach i serca, które każdy z nas zostawia na scenie.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Polski w Warszawie, "Przygody Koziołka Matołka" w reżyserii i adaptacji Maksymiliana Rogackiego.
Hanna Skarga, foto Karolina Jóźwiak
Najbliższe spektakle 21-27 kwietnia
poniedziałek, 3 października 2022
Wojciech Czerwiński o premierze sztuki Sławomira Mrożka w Teatrze Polskim
Sezon teatralny 2022/23 Teatr Polski w Warszawie rozpoczął sztuką Sławomira Mrożka "Czekoladki dla Prezesa" w reżyserii Ewy Domańskiej i Ewy Makomaskiej. Premiera odbyła się 17 września na Scenie Kameralnej im. Sławomira Mrożka.
Prezesa zna każdy?.. O Prezesie się mówi, cytuje się go, chce naśladować i mieć z nim dobre układy. To się wiąże z różnymi działaniami, nie zawsze pozytywnymi – typu podsłuchiwanie czy donoszenie. Prezes ma na nas wpływ i jak mówią... ma zawsze rację... Sławomir Mrożek w cyklu opowiadań "Czekoladki dla prezesa" opisał perypetie członków Spółdzielni "Jasna Przyszłość", oczywiście z Prezesem w roli głównej. Abstrakcyjny mrożkowski humor, tak kochany przez czytelników i widzów i tym razem na scenie im. samego mistrza zabłyśnie i porwie nas swoją uniwersalnością i aktualnością. Słabość świata, słabość człowieka zawsze będzie na czasie. Będziemy świadkami perypetii piątki bohaterów uwikłanych w codzienność i niedostrzegających beznadziejności swego położenia.
O spektaklu rozmawiamy z odtwórcą jednej z postaci, aktorem Teatru Polskiego Wojciechem Czerwińskim.
To wielki przywilej i radość grać w sztukach takich twórców, którzy cały czas są aktualni.
Drugi raz w teatrze spotykam się z Mrożkiem. Każda praca z tego typu twórcą jest wielkim wyzwaniem. Myślę, że tak jak Witkacy, Gombrowicz, tak i Mrożek potrzebuje niebywałej precyzji, niebywałej formy. Oprócz tego, że był świetnym malarzem, był też rysownikiem, pisarzem - myślę, że był też świetnym muzykiem. Jego twórczość zawsze przyrównuje do fug Bacha. Tak tworzy zdania, że wie, gdzie jest tonika, subdominanta i dominanta, czyli jakby rozwinięcie, i to jest tak precyzyjnie u Mrożka zrobione, że jeżeli aktor rozczyta odpowiednio ten język mrożkowski, tekst będzie wtedy zrozumiały dla widza. Tu spotykamy się z opowiadaniami, i z tych opowiadań powstaje przedstawienie. Jest to dodatkowe piętro, z którym musieliśmy się zmierzyć. Zwykle dramat ma swoje funkcje, a tu były tylko opowiadania. Trzeba było połączyć je w taki sposób, aby te poszczególne opowiadania stały się głębszą opowieścią. Jednocześnie też formalną, doprowadzającą do jakiejś konkluzji. A praca była dość krótka, bo zaledwie miesięczna. Niebywale krótka praca jak na Mrożka, i uważam, że spektakl jeszcze będzie dojrzewał, trzeba być czujnym. Jak muzyk musi codziennie ćwiczyć wprawki, tak my musimy codziennie dojrzewać do tego słowa, żeby ta precyzja była mistrzowska, wtedy ten spektakl będzie lekki i czytelny.
Koleżanki z teatru - Ewa Domańska i Ewa Makomaska reżyserują spektakl. Jaka to jest sytuacja dla całego zespołu?
Pani Makomaska wcześniej reżyserowała w teatrze poezję. Pani Domańska natomiast "Babę - Dziwo". Muszę przyznać, że była to trudna współpraca, bo nie ma reżysera z zewnątrz, a jest potrzeba trzeźwego oka, aby tak z boku na to wszystko spojrzał. Koleżanki oprócz tego, że mierzyły się z reżyserią, to też grają w tym spektaklu.
Reżyser i aktor za jednym zamachem...
Nie jest to proste, to kolejna trudność. Mamy na szczęście znakomitych dyrektorów, mistrza Andrzeja Seweryna i pana Janusza Majcherka. Pan Seweryn był wczoraj na próbie, pilnuje uważnie wszystkiego co się dzieje w teatrze, więc ogląda i dzieli się bardzo trafnymi uwagami. To jest to niezbędne oko z zewnątrz. Trafne i dobre uwagi, które pomagają.
Czy obie panie były otwarte na państwa propozycje?
Do pewnego stopnia tak. Współpraca, mimo że koleżeńska, była owocna. Całość będzie dojrzewała z każdym kolejnym przedstawieniem. Serdecznie zapraszamy do Teatru Polskiego.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Polski w Warszawie
"Czekoladki dla Prezesa" Sławomira Mrożka w reżyserii Ewy Domańskiej i Ewy Makomaskiej
Wojciech Czerwiński, foto M. Ankiersztejn
Najbliższe spektakle 19 i 20 października
Prezesa zna każdy?.. O Prezesie się mówi, cytuje się go, chce naśladować i mieć z nim dobre układy. To się wiąże z różnymi działaniami, nie zawsze pozytywnymi – typu podsłuchiwanie czy donoszenie. Prezes ma na nas wpływ i jak mówią... ma zawsze rację... Sławomir Mrożek w cyklu opowiadań "Czekoladki dla prezesa" opisał perypetie członków Spółdzielni "Jasna Przyszłość", oczywiście z Prezesem w roli głównej. Abstrakcyjny mrożkowski humor, tak kochany przez czytelników i widzów i tym razem na scenie im. samego mistrza zabłyśnie i porwie nas swoją uniwersalnością i aktualnością. Słabość świata, słabość człowieka zawsze będzie na czasie. Będziemy świadkami perypetii piątki bohaterów uwikłanych w codzienność i niedostrzegających beznadziejności swego położenia.
O spektaklu rozmawiamy z odtwórcą jednej z postaci, aktorem Teatru Polskiego Wojciechem Czerwińskim.
To wielki przywilej i radość grać w sztukach takich twórców, którzy cały czas są aktualni.
Drugi raz w teatrze spotykam się z Mrożkiem. Każda praca z tego typu twórcą jest wielkim wyzwaniem. Myślę, że tak jak Witkacy, Gombrowicz, tak i Mrożek potrzebuje niebywałej precyzji, niebywałej formy. Oprócz tego, że był świetnym malarzem, był też rysownikiem, pisarzem - myślę, że był też świetnym muzykiem. Jego twórczość zawsze przyrównuje do fug Bacha. Tak tworzy zdania, że wie, gdzie jest tonika, subdominanta i dominanta, czyli jakby rozwinięcie, i to jest tak precyzyjnie u Mrożka zrobione, że jeżeli aktor rozczyta odpowiednio ten język mrożkowski, tekst będzie wtedy zrozumiały dla widza. Tu spotykamy się z opowiadaniami, i z tych opowiadań powstaje przedstawienie. Jest to dodatkowe piętro, z którym musieliśmy się zmierzyć. Zwykle dramat ma swoje funkcje, a tu były tylko opowiadania. Trzeba było połączyć je w taki sposób, aby te poszczególne opowiadania stały się głębszą opowieścią. Jednocześnie też formalną, doprowadzającą do jakiejś konkluzji. A praca była dość krótka, bo zaledwie miesięczna. Niebywale krótka praca jak na Mrożka, i uważam, że spektakl jeszcze będzie dojrzewał, trzeba być czujnym. Jak muzyk musi codziennie ćwiczyć wprawki, tak my musimy codziennie dojrzewać do tego słowa, żeby ta precyzja była mistrzowska, wtedy ten spektakl będzie lekki i czytelny.
Koleżanki z teatru - Ewa Domańska i Ewa Makomaska reżyserują spektakl. Jaka to jest sytuacja dla całego zespołu?
Pani Makomaska wcześniej reżyserowała w teatrze poezję. Pani Domańska natomiast "Babę - Dziwo". Muszę przyznać, że była to trudna współpraca, bo nie ma reżysera z zewnątrz, a jest potrzeba trzeźwego oka, aby tak z boku na to wszystko spojrzał. Koleżanki oprócz tego, że mierzyły się z reżyserią, to też grają w tym spektaklu.
Reżyser i aktor za jednym zamachem...
Nie jest to proste, to kolejna trudność. Mamy na szczęście znakomitych dyrektorów, mistrza Andrzeja Seweryna i pana Janusza Majcherka. Pan Seweryn był wczoraj na próbie, pilnuje uważnie wszystkiego co się dzieje w teatrze, więc ogląda i dzieli się bardzo trafnymi uwagami. To jest to niezbędne oko z zewnątrz. Trafne i dobre uwagi, które pomagają.
Czy obie panie były otwarte na państwa propozycje?
Do pewnego stopnia tak. Współpraca, mimo że koleżeńska, była owocna. Całość będzie dojrzewała z każdym kolejnym przedstawieniem. Serdecznie zapraszamy do Teatru Polskiego.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Polski w Warszawie
"Czekoladki dla Prezesa" Sławomira Mrożka w reżyserii Ewy Domańskiej i Ewy Makomaskiej
Wojciech Czerwiński, foto M. Ankiersztejn
Najbliższe spektakle 19 i 20 października
środa, 18 maja 2022
"Don Juan" w Teatrze Polskim
Premiera "Don Juana" odbyła się w 400. rocznicę urodzin Moliera i 109. rocznicę otwarcia Teatru Polskiego w Warszawie. Spektakl wyreżyserował Piotr Kurzawa, a w roli tytułowej oglądamy Krzysztofa Kwiatkowskiego.
"Don Juan" w mojej interpretacji jest historią młodego człowieka, który żyje w czasach niezliczonych odpowiedzi na pytania o sens życia i otrzymał wolność ich wyboru. Mógłbym go nazwać – dzieckiem naszych czasów. Słucha tylko własnych pragnień, buntuje się przeciwko społecznemu porządkowi, sam dla siebie stanowi prawo, wierzy w nieistnienie Boga. Jest w tym autentyczny, uczciwy i nieustępliwy. Trudność w ocenie jego postawy polega na tym, że niełatwo odmówić mu racji. Powstaje przy tym paradoks; to nie obecność Don Juana destabilizuje ustalony porządek, ale jego śmierć – tak o swoim "Don Juanie" powiedział reżyser Piotr Kurzawa.
Molier, właściwie Jean Baptiste Poquelin urodził się 15 stycznia 1622, zmarł 17 lutego 1673 w Paryżu.
Dlaczego warto przyjść na Moliera? Czym w dzisiejszych czasach broni się geniusz pióra XVII wieku?
Molier w swoim geniuszu zbudował tak fantastyczne postaci, które są aktualne w każdej epoce. 400 lat temu mówiły do nas ze sceny rzeczy niezwykle ważne, i tak samo jest dziś – mówi w rozmowie z nami Krzysztof Kwiatkowski.
Są to niezwykle ważne rzeczy, dotyczące sensu życia, pytania o istnienie Boga, jak postępować w życiu. To pytania fundamentalne, które stawiamy sobie każdego dnia. Pytania ubrane w piękny język, we wspaniałą literaturę. Wszystko niezwykle efektownie podkreślone pięknymi strojami, wspaniałym kostiumem, aby widz zobaczył epokę, którą Molier reprezentuje – dodaje odtwórca Don Juana.
Nie tak dawno widziałam wersję bardziej uwspółcześnioną. Jaka jest wasza inscenizacja?
Oczywiście można to było zrobić współcześnie, z komórką, w koszulce, w garniturach, ale my to robimy prawdziwie, oddając konwencję i estetykę epoki. Bardzo nam na tym zależało, aby to było wierne mistrzowi z Paryża. Don Juan jest postacią kontrowersyjną. Nie chciałem budować granego przeze mnie bohatera jako formy przeszłej, zamkniętej. On jest całkowicie współczesny, ma problemy jak każdy człowiek. Wiemy, że jest kobieciarzem, uwodzicielem, kochankiem, ale co jest pod spodem, pod skórą tego człowieka? Don Juan zadaje sobie pytania o istnienie Boga. Nie boi się przekraczać granic. On musi łamać zasady, badać, dotykać, iść tam, gdzie inni nie doszli. Inni żyją bezpiecznie, on nie, on lubi ryzyko i to, co niebezpieczne.
Jest to niezwykle pojemny dramat. Chcemy w nim pokazać rzeczywiste problemy. Jesteśmy wierni tekstowi, uczciwie przekazujemy tekst widzowi i trudne pytania Moliera, na które nie ma jednej konkretnej odpowiedzi.
Jak się do tej roli przygotowywałeś?
Skupiałem się na tekście, bardzo głęboko go czytałem, analizowałem.
Obejrzałem dostępne materiały, na przykład na youtube, który jest skarbnicą wiedzy, różne realizacje z Francji, w tym spektakl z panem dyrektorem Andrzejem Sewerynem. Jednak to były tylko prace pomocnicze, chciałem stworzyć swojego Don Juana, takiego, który będzie mi najbliższy, mnie dotykający, mojego rozumienia i wyrażenia tej postaci na scenie.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
"Don Juan", Teatr Polski w Warszawie,
reżyseria Piotr Kurzawa, w roli Don Juana – Krzysztof Kwiatkowski
Spektakl obejrzała 18 marca Małgosia
Kolejne spektakle w nowym sezonie od września
"Don Juan" w mojej interpretacji jest historią młodego człowieka, który żyje w czasach niezliczonych odpowiedzi na pytania o sens życia i otrzymał wolność ich wyboru. Mógłbym go nazwać – dzieckiem naszych czasów. Słucha tylko własnych pragnień, buntuje się przeciwko społecznemu porządkowi, sam dla siebie stanowi prawo, wierzy w nieistnienie Boga. Jest w tym autentyczny, uczciwy i nieustępliwy. Trudność w ocenie jego postawy polega na tym, że niełatwo odmówić mu racji. Powstaje przy tym paradoks; to nie obecność Don Juana destabilizuje ustalony porządek, ale jego śmierć – tak o swoim "Don Juanie" powiedział reżyser Piotr Kurzawa.
Molier, właściwie Jean Baptiste Poquelin urodził się 15 stycznia 1622, zmarł 17 lutego 1673 w Paryżu.
Dlaczego warto przyjść na Moliera? Czym w dzisiejszych czasach broni się geniusz pióra XVII wieku?
Molier w swoim geniuszu zbudował tak fantastyczne postaci, które są aktualne w każdej epoce. 400 lat temu mówiły do nas ze sceny rzeczy niezwykle ważne, i tak samo jest dziś – mówi w rozmowie z nami Krzysztof Kwiatkowski.
Są to niezwykle ważne rzeczy, dotyczące sensu życia, pytania o istnienie Boga, jak postępować w życiu. To pytania fundamentalne, które stawiamy sobie każdego dnia. Pytania ubrane w piękny język, we wspaniałą literaturę. Wszystko niezwykle efektownie podkreślone pięknymi strojami, wspaniałym kostiumem, aby widz zobaczył epokę, którą Molier reprezentuje – dodaje odtwórca Don Juana.
Nie tak dawno widziałam wersję bardziej uwspółcześnioną. Jaka jest wasza inscenizacja?
Oczywiście można to było zrobić współcześnie, z komórką, w koszulce, w garniturach, ale my to robimy prawdziwie, oddając konwencję i estetykę epoki. Bardzo nam na tym zależało, aby to było wierne mistrzowi z Paryża. Don Juan jest postacią kontrowersyjną. Nie chciałem budować granego przeze mnie bohatera jako formy przeszłej, zamkniętej. On jest całkowicie współczesny, ma problemy jak każdy człowiek. Wiemy, że jest kobieciarzem, uwodzicielem, kochankiem, ale co jest pod spodem, pod skórą tego człowieka? Don Juan zadaje sobie pytania o istnienie Boga. Nie boi się przekraczać granic. On musi łamać zasady, badać, dotykać, iść tam, gdzie inni nie doszli. Inni żyją bezpiecznie, on nie, on lubi ryzyko i to, co niebezpieczne.
Jest to niezwykle pojemny dramat. Chcemy w nim pokazać rzeczywiste problemy. Jesteśmy wierni tekstowi, uczciwie przekazujemy tekst widzowi i trudne pytania Moliera, na które nie ma jednej konkretnej odpowiedzi.
Jak się do tej roli przygotowywałeś?
Skupiałem się na tekście, bardzo głęboko go czytałem, analizowałem.
Obejrzałem dostępne materiały, na przykład na youtube, który jest skarbnicą wiedzy, różne realizacje z Francji, w tym spektakl z panem dyrektorem Andrzejem Sewerynem. Jednak to były tylko prace pomocnicze, chciałem stworzyć swojego Don Juana, takiego, który będzie mi najbliższy, mnie dotykający, mojego rozumienia i wyrażenia tej postaci na scenie.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
"Don Juan", Teatr Polski w Warszawie,
reżyseria Piotr Kurzawa, w roli Don Juana – Krzysztof Kwiatkowski
Spektakl obejrzała 18 marca Małgosia
Kolejne spektakle w nowym sezonie od września
poniedziałek, 3 grudnia 2018
Krzysztof Kwiatkowski: „Nasz spektakl ma szansę porwać widownię”
Saturnin Mazurkiewicz – stateczny mecenas z Radomia, wdowiec na wydaniu, założyciel i prezes Towarzystwa Krzewienia Dobrych Obyczajów i Walki z Zarazą Moralną oraz jego syn Kazio – początkujący dramaturg, afrykanista hobbysta ruszają w podróż do stolicy, gdzie teatrzyk Arkadia wystawia debiutancką sztukę Kazia pt. „Żołnierz królowej Madagaskaru”. Można się rozmarzyć... Warszawa międzywojenna, urokliwa i szalona. Piękne panie, kabarety, nocne życie. I słynne powiedzenie – Bój się Boga, Mazurkiewicz!
W nagraniu muzyki do spektaklu udział wzięła Orkiestra Sinfonia Viva.
W postać Kazia wcielił się aktor Teatru Polskiego – Krzysztof Kwiatkowski, z którym rozmawiamy o najnowszej premierze Teatru Polskiego w Warszawie – „Żołnierz królowej Madagaskaru”.
Siła i moc sprawcza teatru jest wielka – można się przenieść w te cudowne czasy. Zapowiada się wyśmienita zabawa. Wspaniała choreografia, scenografia, przepiękne kostiumy...
Nic dodać, nic ująć - dużo czaru i uroku, i z wielką przyjemnością wchodzi się w tamtą epokę i w tę przestrzeń. Słynne powiedzenie autora naszej sztuki Juliana Tuwima - Bój się Boga, Mazurkiewicz! – cały czas bawi. To dowcipne powiedzenie zna prawie każdy z nas, mimo że nie każdy wie, skąd ono pochodzi. Znałem to zdanie od małego, ale nie wiedziałem, o co chodzi, kto je wypowiada. Nasz spektakl jest drugą wersją oryginału [XIX-wieczną farsę Stanisława Dobrzańskiego w latach 30. XX wieku Julian Tuwim opracował w formie śpiewogry – przyp. MG] - bardzo fajną, cenną, puentującą i zabawną. Praca nad tym przedstawieniem to była przyjemność – rozpoczął rozmowę z nami Krzysztof Kwiatkowski.
Jak zachęcić, przyciągnąć młodego widza, jak podejść do tego, aby pokazać co w tym przedstawieniu jest najlepsze i najbardziej wartościowe?
To jest komedia muzyczna, oparta na przedwojennym wodewilu. Najważniejszą sprawą jest tu - oprócz zabawnych scenek, czy wesołych perypetii bohaterów - warstwa muzyczna i choreograficzna. W naszym przypadku Krzysztof Herdzin troszeczkę przearanżował te utwory. Są kanonami, jeśli chodzi o polskie szlagiery. Słyszeliśmy te piosenki, gdzieś to się każdemu obiło o uszy. Tango „Pantera”, czy „Madagaskar”, to takie piosenki, które każdy gdzieś w swoim życiu słyszał. Krzysztof Herdzin bardziej je uwspółcześnił. Dodał niektórym utworom feelingu swingowo-jazzowego, który by bardziej pasował do kabaretu, teatrzyku kameralnego z taką muzyką. Wydaje mi się, że jest to bardzo duży plus, właśnie to uwspółcześnienie muzyki. Do tego świetna choreografia, a dziewczyny fantastycznie tańczą. Wierzę, że to wszystko ma szansę porwać widza w każdym wieku. To jest bardzo pozytywna krotochwila, akurat na jesienno-zimowe wieczory.
Niezwykle miło się na was patrzy, to też jest ważne, żeby mieć przyjemność ze słuchania i z patrzenia. Całość tak ładnie wygląda.
To jest przede wszystkim, jak powiedzieliśmy - lekkie, łatwe i przyjemne. Może nie tak łatwe, bo sama historia miłosna jest dosyć dramatyczna. Fabuła jest fredrowska, nawet jest momentami farsowo. Oczywiście nie brakuje fragmentów, gdzie jest poważniej i tak ma być. Ale są sceny napisane stricte farsowo, właśnie tak po fredrowsku. My w to idziemy, nie boimy się, i mamy nadzieję, że to zda egzamin.
Mamy do czynienia z renesansem przedstawień muzycznych. Długo nic w tej dziedzinie się nie działo, a obecnie jest w czym wybierać. Wiele teatrów ma coś muzycznego w swoich repertuarach.
Mnie się wydaje, że mamy dosyć trudnego repertuaru, ciężkiego kalibru. Czasami każdy z nas ma ochotę rozerwać się, posłuchać dobrej muzyki, obejrzeć dobrą choreografię. Popatrzeć na piękne panie, piękne tancerki, i nawet obejrzeć kankana, świetnie wyreżyserowanego przez Agnieszkę Brańską w naszym spektaklu. Wydaje mi się, że jest to pozycja typowo rozrywkowa, która będzie bawiła widza.
Łatwiej zagrać komedię czy tragedię?
Dla mnie komedia jest zdecydowanie trudniejsza. Aktor ma świadomość, że widz nie wybacza błędów. Trzeba mieć ucho komediowe, wyłapywać tempo, rytmy, podawać puenty. To jest bardzo trudny element warsztatu, który jest tu niebywale ważny. Tego też trzeba się nauczyć. A nie każdy umie śpiewać, nie każdy umie tańczyć.
Zawsze można zagrać, że się śpiewa - to jest nasz aktorski sposób na śpiewanie - granie, że się śpiewa – z uśmiechem mówi Krzysztof Kwiatkowski. – I oczywiście zapraszam na spektakl do Teatru Polskiego – szybko dodaje.
Rozmawiała: Małgorzata Gotowiec
Teatr Polski w Warszawie, „Żołnierz królowej Madagaskaru”, reż. Krzysztof Jasiński
Najbliższe spektakle – 9, 10, 11, 12, 13 stycznia 2019 roku
niedziela, 8 lipca 2018
Krzysztof Kwiatkowski o nowej sztuce „Król” Szczepana Twardocha
Głośna powieść „Król” Szczepana Twardocha została przeniesiona na deski teatralne. Od maja możemy ją oglądać na Dużej Scenie Teatru Polskiego w Warszawie. Opowieść o targanej konfliktami narodowymi, politycznymi i społecznymi Warszawie u progu drugiej wojny światowej. Socjaliści dzień w dzień stawiają czoła falangistom, agresja i przemoc rządzą na ulicach, spolaryzowane media podsycają konflikt – mit zjednoczonej Polski zaczyna upadać...
Znakomity duet Monika Strzępka i Paweł Demirski przenoszą na scenę tę głośną powieść.
O nowej sztuce i pracy nad nią rozmawiamy z Krzysztofem Kwiatkowskim, aktorem Teatru Polskiego grającym Andrzeja Ziembińskiego, boksera Legii Warszawa.
Powieść nie jest łatwa, porusza trudne tematy, ale cały czas bardzo aktualne.
Temat jest bardzo aktualny. Dotyczy nie tylko Polski w przeddzień II wojny światowej, ale także podziałów, jakie tworzyły się wtedy między Polakami. Te spory i napięcia są bardzo podobne do tych, jakie mamy aktualnie. Można śmiało zadać tutaj pytanie, czy historia znów zatacza koło? Może nie dzieje się to na taką skalę, w takim stopniu, jak było wtedy. Nasze społeczeństwo i cała
ludzkość jest przecież bogatsza o doświadczenia II wojny światowej. Mamy świadomość niebezpieczeństwa, wiemy do czego takie konflikty mogą doprowadzić.
Chciałbyś żyć w tamtych czasach? Odnalazłbyś się w nich?
Nigdy poważnie się nad tym nie zastanawiałem. One są w jakiś sposób pociągające. My mamy taki nieco idylliczny obraz czasów Polski przedwojennej i dwudziestolecia międzywojennego. A to wcale tak pięknie nie było, na każdej płaszczyźnie, w każdej sferze. Musimy pamiętać, że mówiąc o pięknej Warszawie, cudownej urbanistyce, architekturze itp, - nie wolno nam zapomnieć, że była tam także dzielnica żydowska, zamieszkała przez mniejszości żydowskie, które żyły w znacznie gorszych warunkach, przeważnie w biedzie. To była Warszawa społecznie podzielona. W przypadku Twardocha, udało mu się w książce pokazać jednocześnie jedno i drugie. Zachęcam wszystkich do przeczytania tej powieści.
Grany przez Ciebie bohater jest bokserem.
Tak, gram Andrzeja Ziembińskiego, boksera Legii Warszawa. Jest on również członkiem Ruchu Narodowo-Radykalnego „Falanga”, pod przywództwem Bolesława Piaseckiego. Ziembiński jest studentem, pochodzi z dobrego domu. Jego ojciec jest prokuratorem. Pomimo tych szlachetnych korzeni – on jest również takim chłopcem z ulicy, lubi się bić, jest zaczepny, lubi tłumy, manifestacje. W „Królu” jest przeciwstawieniem postaci Jakuba Szapiro, głównego bohatera, też boksera. Panowie rywalizują na ringu i w życiu. Ziembiński jest postacią dosyć wyrazistą, o fundamentalnych poglądach. Spokojnie można by go było przenieść w dzisiejsze czasy. Mógłby być młodym politykiem jakiejś prężnie działającej partii, która może sporo namieszać w życiu politycznym.
Powiedz, dlaczego to zło tak przyciąga? Imponuje...
W przypadku Ziembińskiego są to postawy wyniesione z domu. W domu Ziembińskich funkcjonuje silna tradycja narodowej demokracji z mocnymi akcentami antysemickimi. Jego zachowanie i poglądy pochodzą od ojca – wpływowego prokuratora Ziembińskiego. W pewnym momencie stanowisko ojca, jego inicjatywy o podłożu narodowo-radykalnym stają się bardzo popularne w Warszawie. Im bardziej wypływają na powierzchnię, tym bardziej gorliwym wyznawcą tych idei staje się młody Ziembiński. Młodość, to gorąca krew, porywczość, i Andrzej wyrywa się do walki. Jest zapalonym działaczem, bezkompromisowy, nie idzie na ustępstwa. Ma jasno wytyczoną ścieżkę, i jej się trzyma. Takie zaślepienie ideami i bezkompromisowość prowadzą do tragedii.
Myślisz, że traficie tym spektaklem do szerokiej publiczności? Biletów na spektakl od dawna brak.
Nie jest łatwo odpowiedzieć na to pytanie, czas pokaże... Bardzo bym chciał, abyśmy z naszym spektaklem trafili do jak najszerszej publiczności. Powieść Szczepana Twardocha jest
fantastycznym materiałem do przeniesienia na scenę. Nie chcę mówić, czy nam się udało, czy nie.
Sam jestem bardzo ciekaw jaki będzie odbiór tej sztuki. Pracowało nam się wspaniale. To moja pierwsza współpraca z Moniką Strzępką i Pawłem Demirskim i jestem tą pracą zachwycony.
Monika daje kreacyjną wolność aktorowi, słucha bardzo uważnie, współpracuje i jest otwarta na wszelkie sugestie i uwagi. Sama też ma masę pomysłów, które nam podrzuca. Niczego nie narzuca,
w niczym też się nie upiera. Jeśli ktoś z aktorów ma ciekawy pomysł, to jest to twórczo wykorzystywane. Zapraszam serdecznie na ten spektakl do Teatru Polskiego.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Znakomity duet Monika Strzępka i Paweł Demirski przenoszą na scenę tę głośną powieść.
O nowej sztuce i pracy nad nią rozmawiamy z Krzysztofem Kwiatkowskim, aktorem Teatru Polskiego grającym Andrzeja Ziembińskiego, boksera Legii Warszawa.
Powieść nie jest łatwa, porusza trudne tematy, ale cały czas bardzo aktualne.
Temat jest bardzo aktualny. Dotyczy nie tylko Polski w przeddzień II wojny światowej, ale także podziałów, jakie tworzyły się wtedy między Polakami. Te spory i napięcia są bardzo podobne do tych, jakie mamy aktualnie. Można śmiało zadać tutaj pytanie, czy historia znów zatacza koło? Może nie dzieje się to na taką skalę, w takim stopniu, jak było wtedy. Nasze społeczeństwo i cała
ludzkość jest przecież bogatsza o doświadczenia II wojny światowej. Mamy świadomość niebezpieczeństwa, wiemy do czego takie konflikty mogą doprowadzić.
Chciałbyś żyć w tamtych czasach? Odnalazłbyś się w nich?
Nigdy poważnie się nad tym nie zastanawiałem. One są w jakiś sposób pociągające. My mamy taki nieco idylliczny obraz czasów Polski przedwojennej i dwudziestolecia międzywojennego. A to wcale tak pięknie nie było, na każdej płaszczyźnie, w każdej sferze. Musimy pamiętać, że mówiąc o pięknej Warszawie, cudownej urbanistyce, architekturze itp, - nie wolno nam zapomnieć, że była tam także dzielnica żydowska, zamieszkała przez mniejszości żydowskie, które żyły w znacznie gorszych warunkach, przeważnie w biedzie. To była Warszawa społecznie podzielona. W przypadku Twardocha, udało mu się w książce pokazać jednocześnie jedno i drugie. Zachęcam wszystkich do przeczytania tej powieści.
Grany przez Ciebie bohater jest bokserem.
Tak, gram Andrzeja Ziembińskiego, boksera Legii Warszawa. Jest on również członkiem Ruchu Narodowo-Radykalnego „Falanga”, pod przywództwem Bolesława Piaseckiego. Ziembiński jest studentem, pochodzi z dobrego domu. Jego ojciec jest prokuratorem. Pomimo tych szlachetnych korzeni – on jest również takim chłopcem z ulicy, lubi się bić, jest zaczepny, lubi tłumy, manifestacje. W „Królu” jest przeciwstawieniem postaci Jakuba Szapiro, głównego bohatera, też boksera. Panowie rywalizują na ringu i w życiu. Ziembiński jest postacią dosyć wyrazistą, o fundamentalnych poglądach. Spokojnie można by go było przenieść w dzisiejsze czasy. Mógłby być młodym politykiem jakiejś prężnie działającej partii, która może sporo namieszać w życiu politycznym.
Powiedz, dlaczego to zło tak przyciąga? Imponuje...
W przypadku Ziembińskiego są to postawy wyniesione z domu. W domu Ziembińskich funkcjonuje silna tradycja narodowej demokracji z mocnymi akcentami antysemickimi. Jego zachowanie i poglądy pochodzą od ojca – wpływowego prokuratora Ziembińskiego. W pewnym momencie stanowisko ojca, jego inicjatywy o podłożu narodowo-radykalnym stają się bardzo popularne w Warszawie. Im bardziej wypływają na powierzchnię, tym bardziej gorliwym wyznawcą tych idei staje się młody Ziembiński. Młodość, to gorąca krew, porywczość, i Andrzej wyrywa się do walki. Jest zapalonym działaczem, bezkompromisowy, nie idzie na ustępstwa. Ma jasno wytyczoną ścieżkę, i jej się trzyma. Takie zaślepienie ideami i bezkompromisowość prowadzą do tragedii.
Myślisz, że traficie tym spektaklem do szerokiej publiczności? Biletów na spektakl od dawna brak.
Nie jest łatwo odpowiedzieć na to pytanie, czas pokaże... Bardzo bym chciał, abyśmy z naszym spektaklem trafili do jak najszerszej publiczności. Powieść Szczepana Twardocha jest
fantastycznym materiałem do przeniesienia na scenę. Nie chcę mówić, czy nam się udało, czy nie.
Sam jestem bardzo ciekaw jaki będzie odbiór tej sztuki. Pracowało nam się wspaniale. To moja pierwsza współpraca z Moniką Strzępką i Pawłem Demirskim i jestem tą pracą zachwycony.
Monika daje kreacyjną wolność aktorowi, słucha bardzo uważnie, współpracuje i jest otwarta na wszelkie sugestie i uwagi. Sama też ma masę pomysłów, które nam podrzuca. Niczego nie narzuca,
w niczym też się nie upiera. Jeśli ktoś z aktorów ma ciekawy pomysł, to jest to twórczo wykorzystywane. Zapraszam serdecznie na ten spektakl do Teatru Polskiego.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
wtorek, 13 lutego 2018
Joanna Halinowska: „Jesteśmy cały czas na początku…”
„Miny polskie” według scenariusza Tadeusza Nyczka i Mikołaja Grabowskiego to kolejna premiera Teatru Polskiego w Warszawie. Spektakl możemy od lutego oglądać na Dużej Scenie tego popularnego i lubianego stołecznego teatru. Scenariusz oparty jest na „Wyzwoleniu” i „Legionie” Stanisława Wyspiańskiego, „Opisie obyczajów za panowania Augusta III” Jędrzeja Kitowicza, „Pamiątkach Soplicy” Henryka Rzewuskiego, utworach Witolda Gombrowicza: „Dziennikach”, „Ferdydurke”, „Operetce”, „Ślubie” oraz „Mimice” – XIX-wiecznym podręczniku dla aktorów autorstwa Wojciecha Bogusławskiego.
„Miny polskie” są próbą rozpoznania i opisania schematów, które organizują życie narodowe. Gesty, miny, pozy – gombrowiczowskie gęby, które przyprawiamy innym lub za którymi sami się chcemy ukryć. Życie narodu – społeczne, polityczne, artystyczne – od wieków w pętach obyczaju i konwenansu. Polska dawna i współczesna, wzajemnie się w sobie przeglądająca.
O nowym przedstawieniu rozmawiamy z aktorką Teatru Polskiego, grającą postać Muzy – Joanną Halinowską.
Jak to jest z tymi polskimi minami, pozami?
Jest to chyba trochę przerażające, że dzieło „Wyzwolenie”, które zostało napisane ponad sto lat temu, jest nadal tak aktualne. Oczywiście mieliśmy dużo zabawy przy tym, ale jak się przyjrzeć, wgłębić w tekst, to właściwie nie wiadomo… śmiać się, czy płakać. Niczego człowiek się nie uczy, i ciągle jesteśmy na początku jakiejś drogi.
Czy to nie jest nasza polska słabostka, że nie potrafimy wyciągać wniosków, i popełniamy wciąż te same błędy?
To już chyba trzeba zostawić widzom, niech sami ocenią. Myślę, że każdy znajdzie w tym spektaklu, w tym tekście coś dla siebie. I ilu widzów, tyle interpretacji. Myślę, że jedyne słowo, właściwe to takie – że jest to aktualne.
Do jakiej publiczności byście chcieli dotrzeć?
Na pewno do takiej, która będzie chciała przyjść i oglądać. Jest to spektakl, który nawiązuje bardzo do polityki, do naszej mentalności, do społeczeństwa. Jest o nas i każdego, kto będzie chciał zawitać w nasze progi, wejść w dialog z nami…zapraszamy. Nie wiem, ilu ludzi zastanawia się nad tym, jakie tamten tekst ma przełożenie na dzisiejsze czasy. A jeśli się nie zastanawia, to kiedy przyjdzie do teatru, może to będzie ten przełomowy moment na analizę, rozmyślania i pewne wnioski.
Co możesz powiedzieć o swojej postaci?
Gram Muzę Wyspiańskiego, natchnienie pisarza. Jak pracowałam nad rolą - myślałam- Muza/Aktorka. Jestem i Muzą i Aktorką. W „Wyzwoleniu” Muza jest natchnieniem Wyspiańskiego, tak samo jest w naszym spektaklu. Jest osobą bardzo prężną, przemawia przez nią sztuka. Ona bez sztuki nie potrafi funkcjonować. Sztuka jest silniejsza niż śmierć. Są to zasady, które wyznaje. Ma swojego Konrada w postaci Wyspiańskiego. My Konrada też mamy, a ona lawiruje gdzieś pomiędzy tymi postaciami. Sztuka jest nieśmiertelna, jest wszystkim i ona tylko w niej się spełnia. Jak artysta spełnia się w sztuce, tak Muza w sztuce się spełni, ma do tego swojego Wyspiańskiego, który jej potrzebuje, a ona potrzebuje jego. Te dwie postaci uzupełniają się. Gdzie sztuka tam i Muza. Nawet odnajduje gdzieś swoje poglądy w samym Konradzie. Nie mówię o polityce, chociaż trochę wyglądam, jakbym wyszła z „czarnego marszu”. U nas na pewno Muza broni kobiet. Bardzo chcę podkreślić, że największą wartością dla niej jest sztuka, i to jest dobre według mnie.
Wasze stroje są bardzo urozmaicone, od klasyki po współczesność.
Stroje w naszym przedstawieniu są bardzo ważne. Wersji mojego ubioru było kilka. Pierwotną była suknia. Suknia z trenem - długa i czarna - wyglądałam w niej jak posągowa Muza. I jak uwielbiam kostiumy, tak uważam, że dla tej postaci ubiór współczesny, taki niedookreślony, daje więcej możliwości. To jest postać, która potrafi wejść na „pstryk” w kolejną emocję, w następny stan. Paradoksalnie kostium, który dziś prezentuję, całkowicie współczesny - daje mi więcej możliwości, a suknia mnie ograniczała. Wspólnie do tego doszliśmy. Na początku się kłóciłam, bo bardzo chciałam grać w sukni. Koniec końców odpuściłam, i jestem w spodniach i koszuli. „Miny polskie” to spektakl, w którym występują trzy grupy.
Grupa Wyspiańskiego - Wyspiański, Gombrowicz, Muza i Konrad oraz Kaznodzieja, Kardynał – postaci związane z Wyspiańskim. Druga grupa Kitowicza związana ze szlachtą i grupa Bogusławskiego, czyli Mozartowskie środowisko. Mamy zatem niezłe pomieszanie, i to także przedstawia się w kostiumach. A najciekawsze jest, jak to się wszystko ze sobą przeplata. Jak się te grupy spotykają ze sobą na scenie. I czy wyczuwa się różnice między nimi? Ale to już niech widz oceni. Serdecznie zapraszam do Teatru Polskiego.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Polski w Warszawie, „Miny polskie”, Joanna Halinowska, foto Kasia Chmura.
Najbliższe spektakle „Min polskich” – 13, 14, 15 marca
„Miny polskie” są próbą rozpoznania i opisania schematów, które organizują życie narodowe. Gesty, miny, pozy – gombrowiczowskie gęby, które przyprawiamy innym lub za którymi sami się chcemy ukryć. Życie narodu – społeczne, polityczne, artystyczne – od wieków w pętach obyczaju i konwenansu. Polska dawna i współczesna, wzajemnie się w sobie przeglądająca.
O nowym przedstawieniu rozmawiamy z aktorką Teatru Polskiego, grającą postać Muzy – Joanną Halinowską.
Jak to jest z tymi polskimi minami, pozami?
Jest to chyba trochę przerażające, że dzieło „Wyzwolenie”, które zostało napisane ponad sto lat temu, jest nadal tak aktualne. Oczywiście mieliśmy dużo zabawy przy tym, ale jak się przyjrzeć, wgłębić w tekst, to właściwie nie wiadomo… śmiać się, czy płakać. Niczego człowiek się nie uczy, i ciągle jesteśmy na początku jakiejś drogi.
Czy to nie jest nasza polska słabostka, że nie potrafimy wyciągać wniosków, i popełniamy wciąż te same błędy?
To już chyba trzeba zostawić widzom, niech sami ocenią. Myślę, że każdy znajdzie w tym spektaklu, w tym tekście coś dla siebie. I ilu widzów, tyle interpretacji. Myślę, że jedyne słowo, właściwe to takie – że jest to aktualne.
Do jakiej publiczności byście chcieli dotrzeć?
Na pewno do takiej, która będzie chciała przyjść i oglądać. Jest to spektakl, który nawiązuje bardzo do polityki, do naszej mentalności, do społeczeństwa. Jest o nas i każdego, kto będzie chciał zawitać w nasze progi, wejść w dialog z nami…zapraszamy. Nie wiem, ilu ludzi zastanawia się nad tym, jakie tamten tekst ma przełożenie na dzisiejsze czasy. A jeśli się nie zastanawia, to kiedy przyjdzie do teatru, może to będzie ten przełomowy moment na analizę, rozmyślania i pewne wnioski.
Co możesz powiedzieć o swojej postaci?
Gram Muzę Wyspiańskiego, natchnienie pisarza. Jak pracowałam nad rolą - myślałam- Muza/Aktorka. Jestem i Muzą i Aktorką. W „Wyzwoleniu” Muza jest natchnieniem Wyspiańskiego, tak samo jest w naszym spektaklu. Jest osobą bardzo prężną, przemawia przez nią sztuka. Ona bez sztuki nie potrafi funkcjonować. Sztuka jest silniejsza niż śmierć. Są to zasady, które wyznaje. Ma swojego Konrada w postaci Wyspiańskiego. My Konrada też mamy, a ona lawiruje gdzieś pomiędzy tymi postaciami. Sztuka jest nieśmiertelna, jest wszystkim i ona tylko w niej się spełnia. Jak artysta spełnia się w sztuce, tak Muza w sztuce się spełni, ma do tego swojego Wyspiańskiego, który jej potrzebuje, a ona potrzebuje jego. Te dwie postaci uzupełniają się. Gdzie sztuka tam i Muza. Nawet odnajduje gdzieś swoje poglądy w samym Konradzie. Nie mówię o polityce, chociaż trochę wyglądam, jakbym wyszła z „czarnego marszu”. U nas na pewno Muza broni kobiet. Bardzo chcę podkreślić, że największą wartością dla niej jest sztuka, i to jest dobre według mnie.
Wasze stroje są bardzo urozmaicone, od klasyki po współczesność.
Stroje w naszym przedstawieniu są bardzo ważne. Wersji mojego ubioru było kilka. Pierwotną była suknia. Suknia z trenem - długa i czarna - wyglądałam w niej jak posągowa Muza. I jak uwielbiam kostiumy, tak uważam, że dla tej postaci ubiór współczesny, taki niedookreślony, daje więcej możliwości. To jest postać, która potrafi wejść na „pstryk” w kolejną emocję, w następny stan. Paradoksalnie kostium, który dziś prezentuję, całkowicie współczesny - daje mi więcej możliwości, a suknia mnie ograniczała. Wspólnie do tego doszliśmy. Na początku się kłóciłam, bo bardzo chciałam grać w sukni. Koniec końców odpuściłam, i jestem w spodniach i koszuli. „Miny polskie” to spektakl, w którym występują trzy grupy.
Grupa Wyspiańskiego - Wyspiański, Gombrowicz, Muza i Konrad oraz Kaznodzieja, Kardynał – postaci związane z Wyspiańskim. Druga grupa Kitowicza związana ze szlachtą i grupa Bogusławskiego, czyli Mozartowskie środowisko. Mamy zatem niezłe pomieszanie, i to także przedstawia się w kostiumach. A najciekawsze jest, jak to się wszystko ze sobą przeplata. Jak się te grupy spotykają ze sobą na scenie. I czy wyczuwa się różnice między nimi? Ale to już niech widz oceni. Serdecznie zapraszam do Teatru Polskiego.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Polski w Warszawie, „Miny polskie”, Joanna Halinowska, foto Kasia Chmura.
Najbliższe spektakle „Min polskich” – 13, 14, 15 marca
niedziela, 21 stycznia 2018
Szymon Kuśmider: „Popełniamy te same błędy”
„Wujaszek Wania” Antoniego Czechowa w tłumaczeniu Jarosława Iwaszkiewicza bez skreśleń. Słowo po słowie. Reżyser spektaklu Ivan Wyrypajew pozwala, by sam Czechow przemówił do nas. Od początku do końca, traktując tekst jak nienaruszalną partyturę, opowiada historię, która zdarzyła się w wiejskiej posiadłości Wojnickich, między przybyciem, a wyjazdem profesora Sieriebriakowa i jego pięknej żony Heleny.
Między słowami ukryta jest drobiazgowo zbudowana opowieść o epoce, która przeminęła, o ludziach, których już nie ma..., ale język teatru pozostał.
Premiera „Wujaszka Wani” na deskach Teatru Polskiego w Warszawie odbyła się 9 grudnia. O pracy nad przedstawieniem, realiach, przeszłości i rosyjskiej literaturze opowiada nam Szymon Kuśmider, który wcielił się w postać Ilji Telegina.
- Pracowało się fantastycznie. Pierwsze spotkanie z Iwanem Wyrypajewem już nas uświadomiło, że reżyser wpycha nas w pewne rzeczy. W szkole uczyli mnie zupełnie odwrotnie, tzn. o pewnym graniu, o takich psychologicznych rzeczach. Natomiast Iwan mówi nam kompletnie coś innego. Dał nam do zrozumienia, że jego to kompletnie nie interesuje, co my myślimy na temat postaci. To brzmi trochę szokująco, ale to jest urocze, bo on mówi o takich rzeczach, niezwykle ciekawych, które stanowią wyzwanie dla aktora. Mówi, że nie interesuje go, jak my sobie wyobrażamy te postaci, tylko jak Czechow te postaci napisał. W związku z tym, zachęca nas - jeśli tak można to ująć – do grania, do czegoś, co jest bardziej zbliżone do audiobooka. Dlatego, że tekst leci cały czas, ze sceny pauzy padają tylko tam, gdzie Czechow chciał, żeby padały. Dzięki temu sztuka jest szalenie śmieszna. Trochę sobie myślę, że to jest komedia, że my się śmiejemy z sytuacji i tekstów, które padają na scenie. Nie z samego dialogu, ale z tego, co dzieje się pomiędzy wypowiedziami. Jest to szalenie zabawne i szalenie współczesne – mówi nam Szymon Kuśmider.
Ma to wpływ, że dusza rosyjska pracowała z wami nad rosyjskim tekstem? Czy nie Rosjanin zrobiłby to lepiej?
- Myślę, że jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że robimy to tak po polsku z tymi dużymi pauzami, przeżywaniem itd. Oglądałem wiele przedstawień „Wujaszka Wani” w swoim życiu i wszystkie były takie wzruszające, ciężkie i długie. A to przedstawienie bez żadnego skrótu trwa dwie godziny. Zasuwa ten tekst po prostu tam i z powrotem. I opowiada o ludziach, których już nie ma, o ludziach z tamtej epoki. O ludziach wspaniałych, wielkich, którzy się wygenerowali poprzez nieróbstwo. Wygenerowali się, ponieważ wszyscy wokół nich są winni, tylko nie oni. Mają pretensje do wszystkich, poza sobą. Największe pretensje do Serebriakowa i do Heleny, że przyjechali i zamącili nam w głowie. To ich wina, że my nic nie robimy, że jest tak źle. Winą obarczają ich i inne warunki zewnętrzne. To wszystko jest bardzo ciekawe, ponieważ nigdy nie wystawialiśmy tej sztuki w ten sposób w Polsce. Iwan daje naprawdę fantastyczne wyzwanie, podnosi poprzeczkę. Mówienie tekstu praktycznie bez pauz, bez jakiegokolwiek grania intencji w środku – bo te intencje są oczywiście w graniu poza tekstem – czyli w relacjach między postaciami. Tu nikt nikogo nie słucha. Tu każdy ma swoją wizję i wie najlepiej jak to trzeba załatwić. Przeglądamy się w tym tekście jacy jesteśmy tu dziś – jest to poczucie humoru Iwana, ale dla mnie takie Tarantinowskie nieco.
Treść, jej przesłanie się nie zestarzało…
- Nic, a nic się ta literatura nie zestarzała przez te lata. Czujemy to na scenie, że teksty są tak aktualnie współczesne. Sam reżyser to podkreśla i wrzuca to w tamtą epokę. Wszyscy jesteśmy nastawieni na ja, bufonowaci, nie widzimy nic poza czubkiem własnego nosa. Może postać Telegina, którą mam zaszczyt przedstawiać jest człowiekiem, który próbuje wszystko uspokoić, ale poniekąd z lęku, że straci to co miał. Jest to jedyna taka postać, która próbuje wszystko łagodzić. Natomiast panuje tam wieczny konflikt o wszystko, ale też o wartości, bo jak patrzę np. na Helenę, która opiera swoją postać na wartościach, to widzę, że trzyma się mocno tego, co człowiek powinien robić w życiu. Zakochany w niej wujaszek, i Helena świadoma tego, co może, a co nie przystoi. Jednak czy jest szczęśliwa, to już inna sprawa… trochę groteskowa. Świadczy to o tym, że są zdegenerowani ludzie, ale nie pośledni. I o tym braku zrozumienia, o tej pustce, o tym, że wszystko dookoła dąży do katastrofy. To jego zasługa, Iwana i Czechowa oczywiście, który genialnie to przedstawił. Staramy się tego nie zepsuć.
Lubi pan literaturę rosyjską?
- Tak. To cudowna rzecz. Lubię Bułhakowa, zawsze kiedy mogę wracam do „Mistrza i Małgorzaty”. Lubię Tołstoja. Rosyjska literatura daje taki oddech, jest inna i po prostu świetna. Porusza sprawy ludzkie. To jest coś, co jest nam potrzebne w dzisiejszej dobie.
Wcześniej grał pan w spektaklach Czechowa?
- Tak, w Krakowie grałem w „Wiśniowym Sadzie”, następnie był „Płatonow”, „Wujaszek Wania” – wersja zupełnie inna. Dotknęliśmy trochę tej rosyjskiej literatury. W szkole teatralnej też pracowaliśmy nad „Wujaszkiem Wanią”. A powrót do tego z zupełnie innego punktu widzenia, jak sugeruje Iwan jest bardzo ciekawe. I jak powiedziałem, jest wyzwaniem. Jest nam bardzo trudno, ale staramy się sprostać wymaganiom reżysera, które są bardzo wygórowane. Wszystko jest wystawione absolutnie wiernie, to jest w całym przedsięwzięciu niebywale istotne.
Jest pan zwolennikiem, żeby klasykę przedstawiać tradycyjnie, czy nowatorsko?
- Myślę, że ustawienie przedstawień w realiach, w których zostały one napisane, wbrew pozorom więcej nam mówi o współczesności niż przerzucenie tego we współczesny już nawet nie kostium, ale ubranie. Jest moim zdaniem traktowaniem publiczności trochę jak kogoś niedouczonego, kto nie rozumie i nie czytał. A przecież ludzie inteligentni czytają, i im bardziej to oddalone w czasie, tym bardziej popularne. Widząc to, co opisywał autor w przeszłości, widzimy jakie błędy popełniali ludzie wtedy, a my robimy dokładnie to samo, nie wyciągamy wniosków z tej nauki.
Do kogo bardziej przemówi ta wersja „Wujaszka Wani”?
- Uważam, że spektakl trafi zwłaszcza do młodych. Muzyka jest absolutnie współczesna i świetna, a scenografia bajkowa. Myślę, że jak kurtyna się podniesie, to będzie wielkie WOW! Ale oczywiście do Teatru Polskiego zapraszamy wszystkich.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Najbliższe spektakle 3,4,6,7,8 lutego
Między słowami ukryta jest drobiazgowo zbudowana opowieść o epoce, która przeminęła, o ludziach, których już nie ma..., ale język teatru pozostał.
Premiera „Wujaszka Wani” na deskach Teatru Polskiego w Warszawie odbyła się 9 grudnia. O pracy nad przedstawieniem, realiach, przeszłości i rosyjskiej literaturze opowiada nam Szymon Kuśmider, który wcielił się w postać Ilji Telegina.
- Pracowało się fantastycznie. Pierwsze spotkanie z Iwanem Wyrypajewem już nas uświadomiło, że reżyser wpycha nas w pewne rzeczy. W szkole uczyli mnie zupełnie odwrotnie, tzn. o pewnym graniu, o takich psychologicznych rzeczach. Natomiast Iwan mówi nam kompletnie coś innego. Dał nam do zrozumienia, że jego to kompletnie nie interesuje, co my myślimy na temat postaci. To brzmi trochę szokująco, ale to jest urocze, bo on mówi o takich rzeczach, niezwykle ciekawych, które stanowią wyzwanie dla aktora. Mówi, że nie interesuje go, jak my sobie wyobrażamy te postaci, tylko jak Czechow te postaci napisał. W związku z tym, zachęca nas - jeśli tak można to ująć – do grania, do czegoś, co jest bardziej zbliżone do audiobooka. Dlatego, że tekst leci cały czas, ze sceny pauzy padają tylko tam, gdzie Czechow chciał, żeby padały. Dzięki temu sztuka jest szalenie śmieszna. Trochę sobie myślę, że to jest komedia, że my się śmiejemy z sytuacji i tekstów, które padają na scenie. Nie z samego dialogu, ale z tego, co dzieje się pomiędzy wypowiedziami. Jest to szalenie zabawne i szalenie współczesne – mówi nam Szymon Kuśmider.
Ma to wpływ, że dusza rosyjska pracowała z wami nad rosyjskim tekstem? Czy nie Rosjanin zrobiłby to lepiej?
- Myślę, że jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że robimy to tak po polsku z tymi dużymi pauzami, przeżywaniem itd. Oglądałem wiele przedstawień „Wujaszka Wani” w swoim życiu i wszystkie były takie wzruszające, ciężkie i długie. A to przedstawienie bez żadnego skrótu trwa dwie godziny. Zasuwa ten tekst po prostu tam i z powrotem. I opowiada o ludziach, których już nie ma, o ludziach z tamtej epoki. O ludziach wspaniałych, wielkich, którzy się wygenerowali poprzez nieróbstwo. Wygenerowali się, ponieważ wszyscy wokół nich są winni, tylko nie oni. Mają pretensje do wszystkich, poza sobą. Największe pretensje do Serebriakowa i do Heleny, że przyjechali i zamącili nam w głowie. To ich wina, że my nic nie robimy, że jest tak źle. Winą obarczają ich i inne warunki zewnętrzne. To wszystko jest bardzo ciekawe, ponieważ nigdy nie wystawialiśmy tej sztuki w ten sposób w Polsce. Iwan daje naprawdę fantastyczne wyzwanie, podnosi poprzeczkę. Mówienie tekstu praktycznie bez pauz, bez jakiegokolwiek grania intencji w środku – bo te intencje są oczywiście w graniu poza tekstem – czyli w relacjach między postaciami. Tu nikt nikogo nie słucha. Tu każdy ma swoją wizję i wie najlepiej jak to trzeba załatwić. Przeglądamy się w tym tekście jacy jesteśmy tu dziś – jest to poczucie humoru Iwana, ale dla mnie takie Tarantinowskie nieco.
Treść, jej przesłanie się nie zestarzało…
- Nic, a nic się ta literatura nie zestarzała przez te lata. Czujemy to na scenie, że teksty są tak aktualnie współczesne. Sam reżyser to podkreśla i wrzuca to w tamtą epokę. Wszyscy jesteśmy nastawieni na ja, bufonowaci, nie widzimy nic poza czubkiem własnego nosa. Może postać Telegina, którą mam zaszczyt przedstawiać jest człowiekiem, który próbuje wszystko uspokoić, ale poniekąd z lęku, że straci to co miał. Jest to jedyna taka postać, która próbuje wszystko łagodzić. Natomiast panuje tam wieczny konflikt o wszystko, ale też o wartości, bo jak patrzę np. na Helenę, która opiera swoją postać na wartościach, to widzę, że trzyma się mocno tego, co człowiek powinien robić w życiu. Zakochany w niej wujaszek, i Helena świadoma tego, co może, a co nie przystoi. Jednak czy jest szczęśliwa, to już inna sprawa… trochę groteskowa. Świadczy to o tym, że są zdegenerowani ludzie, ale nie pośledni. I o tym braku zrozumienia, o tej pustce, o tym, że wszystko dookoła dąży do katastrofy. To jego zasługa, Iwana i Czechowa oczywiście, który genialnie to przedstawił. Staramy się tego nie zepsuć.
Lubi pan literaturę rosyjską?
- Tak. To cudowna rzecz. Lubię Bułhakowa, zawsze kiedy mogę wracam do „Mistrza i Małgorzaty”. Lubię Tołstoja. Rosyjska literatura daje taki oddech, jest inna i po prostu świetna. Porusza sprawy ludzkie. To jest coś, co jest nam potrzebne w dzisiejszej dobie.
Wcześniej grał pan w spektaklach Czechowa?
- Tak, w Krakowie grałem w „Wiśniowym Sadzie”, następnie był „Płatonow”, „Wujaszek Wania” – wersja zupełnie inna. Dotknęliśmy trochę tej rosyjskiej literatury. W szkole teatralnej też pracowaliśmy nad „Wujaszkiem Wanią”. A powrót do tego z zupełnie innego punktu widzenia, jak sugeruje Iwan jest bardzo ciekawe. I jak powiedziałem, jest wyzwaniem. Jest nam bardzo trudno, ale staramy się sprostać wymaganiom reżysera, które są bardzo wygórowane. Wszystko jest wystawione absolutnie wiernie, to jest w całym przedsięwzięciu niebywale istotne.
Jest pan zwolennikiem, żeby klasykę przedstawiać tradycyjnie, czy nowatorsko?
- Myślę, że ustawienie przedstawień w realiach, w których zostały one napisane, wbrew pozorom więcej nam mówi o współczesności niż przerzucenie tego we współczesny już nawet nie kostium, ale ubranie. Jest moim zdaniem traktowaniem publiczności trochę jak kogoś niedouczonego, kto nie rozumie i nie czytał. A przecież ludzie inteligentni czytają, i im bardziej to oddalone w czasie, tym bardziej popularne. Widząc to, co opisywał autor w przeszłości, widzimy jakie błędy popełniali ludzie wtedy, a my robimy dokładnie to samo, nie wyciągamy wniosków z tej nauki.
Do kogo bardziej przemówi ta wersja „Wujaszka Wani”?
- Uważam, że spektakl trafi zwłaszcza do młodych. Muzyka jest absolutnie współczesna i świetna, a scenografia bajkowa. Myślę, że jak kurtyna się podniesie, to będzie wielkie WOW! Ale oczywiście do Teatru Polskiego zapraszamy wszystkich.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Najbliższe spektakle 3,4,6,7,8 lutego
środa, 29 listopada 2017
Grażyna Barszczewska: „Czuję się potrzebna, a to wielkie szczęście”
Dzień, w którym poznałam Panią Grażynę Barszczewską uważam za jeden z tych, który zapamiętam do końca życia. Jestem pewna, że nie tylko w moich oczach ta znakomita aktorka ma wszystko, co cechuje ludzi wielkich, wybitnych, czyli – talent, pracowitość, ogromną pokorę do zawodu i szacunek dla każdego człowieka, a do tego jest kobietą niezwykłej urody. Czy można chcieć więcej?
Aktorka Teatru Polskiego w Warszawie, znana przez szeroką, kilku pokoleniową publiczność ze wspaniałych ról filmowych, telewizyjnych, teatralnych, a także słuchowisk radiowych, w ubiegłym sezonie wspaniałą premierą „Niezatańczonego tanga” – świętowała jubileusz 70. urodzin. Jak sama mówi, energii ma dużo, pomysłów również, gorzej może być tylko z ilością czasu, który byłby potrzebny, chociażby do czytania, które tak lubi.
O jubileuszowym przedstawieniu, pomysłach na sztuki, życiowych doświadczeniach i obserwacjach rozmawiamy z Grażyną Barszczewską.
Za Panią niezwykle pracowity sezon, w którym obchodziła Pani jubileusz spektaklem „Niezatańczone tango” – skąd pomysł na ten spektakl?
- Od wielu lat uważnie śledzę twórczość Wiesława Myśliwskiego. Pomysł, żeby na podstawie kilku powieści tego wybitnego prozaika, laureata wielu prestiżowych nagród napisać monodram, chodził mi po głowie już od kilku lat. "Niezatańczone tango” od początku pisałam z myślą o dwu postaciach: Matce i Synu. Rzeczywiście, przypadek sprawił, że premiera „Niezatańczonego tanga” zbiegła się z moją okrągłą datą urodzin i było to dla mnie i ważne i radosne przeżycie, także ze względu na obecność Autora i Jego przychylność. Natomiast pomysł, żeby Dominik Łoś był moim synem na scenie - nie był przypadkowy. Między główną bohaterką - Matką i Synem musi istnieć jakaś - poza aktorska- wewnętrzna dobra energia, jakaś chemia, która sprawia, że relacje między tym dwojgiem są prawdziwe, przekonujące.
Posiada Pani znakomity dar wybierania wspaniałych tekstów do adaptacji na scenę, które są mało znane, można powiedzieć niszowe, a zawsze trafione. Świetnym przykładem są grane od 2011 roku w Teatrze Ateneum „Sceny niemalże małżeńskie Stefanii Grodzieńskiej”. Teraz doszło „Niezatańczone tango”. Musi Pani dużo czytać i mieć znakomitą intuicję, że to będzie dobre i przyciągnie widza…a to nie jest proste.
- Rzeczywiście - zdarza mi się słyszeć, że "mam nosa”! Wybór takiego, a nie innego materiału literackiego jest dla mnie oczywisty i dość prosty. Szkoda mi czasu na marną, trzeciorzędną literaturę czy grafomańskie wytwory pióra - wiadomo, dzisiaj…„każdy pisać może, trochę lepiej lub trochę gorzej” itd. - parafrazując znaną prześmiewczą piosenkę… Moją uwagę skupiam na literaturze z wyższej półki, na wartościowych pozycjach. Pierwszym sygnałem jest tzw. pierwsze wrażenie, intuicja, emocje, które wychwytują moje rozgrzane policzki. Jeśli płoną, czuję w nich temperaturę, wiem, że to właśnie TO. I zwykle ten „mój nos” mnie nie zawodzi. Podobnie było z wyborem tekstów Stefanii Grodzieńskiej i Jerzego Jurandota. „Sceny niemalże małżeńskie Stefanii Grodzieńskiej” - które gramy już 7 rok! - napisałam w proteście przeciwko marnej, często żenującej rozrywce, nie śmiesznym - w moim odczuciu- amatorskim programom, którymi żywią nas media, często traktujące odbiorców jak bezmyślny, niewybredny tłum.
Oczywiście są wyjątki, ale te można zliczyć do.. trzech...
A mnie ciągle cieszą i śmieszą piosenki Kabaretu Starszych Panów, teksty Stefanii Grodzieńskiej, abstrakcyjne żarty, groteska, zabawa słowem. I można wtedy nawet odważnie świntuszyć, ale w pięknej formie, smacznie, z klasą. Okazało się, że moje poczucie humoru jest na szczęście zbieżne z chęcią dobrej zabawy sporej części naszego społeczeństwa - i stąd też jak myślę nasze powodzenie.
Pyta pani o moje lektury… tak, rzeczywiście czytam sporo, choć uważam, że ciągle i tak za mało. Codzienna wieczorna lektura jest zwieńczeniem każdego mojego dnia, piękną nagrodą, która czeka na mojej szafce nocnej.
Cały czas ma Pani ogromną energię, siłę do kolejnych wyzwań i głowę pełną pomysłów.
Z czego to się bierze?
- Z tego, że jestem bardzo młoda! ( śmiech ), a tak na serio…?.. wciąż czuję, że jest na mnie „zapotrzebowanie” i w rodzinie i w zawodzie. To wielkie szczęście - na które trzeba oczywiście cały czas pracować, a ja lubię to robić, więc… co tu marudzić.
Dlaczego nie zdecydowała się Pani na samodzielną reżyserię „Niezatańczonego tanga”?
- To taka niepisana teatralna zasada, że kiedy gra się główną rolę i jest się cały czas na scenie - jak ja w „Niezatańczonym tangu” - to konieczne jest to „trzecie oko” na widowni, czyli reżyser, to bardzo ważna osoba. Oczywiście najchętniej taki reżyser, do którego ma się zaufanie, który potrafi przejść z analizy do syntezy, zaproponuje formę, potrafi skierować na główne tory akcję, jeśli ta zaczyna gdzieś zbaczać. Słowem: twórczy, inteligentny, wrażliwy, przygotowany i… jak jest jeszcze fajnym, mądrym, przyjaznym człowiekiem… to wielka frajda i pracuje się wtedy fantastycznie.
Dobór partnerów na scenę wspaniały. Jest Pani znakomitym obserwatorem ludzkich charakterów – jak Pani dobiera partnerów scenicznych, czym się Pani kieruje?
- Myślę, że wszyscy aktorzy są takimi domorosłymi psychologami, obserwatorami życia, ludzi, świata. Sama czasem łapię się na podglądaniu ludzi na ulicy, w teatrze, urzędzie. Podpatruję ich zachowania, reakcje, przywary, które potem wykorzystuję budując jakąś postać na scenie czy przed kamerą. To skażenie zawodowe.
Jak Pani odpoczywa? Co Panią najlepiej uspokaja w tym stresującym zawodzie?
- Cisza, i najchętniej na jakimś odludziu z bliskimi, z książką, dobrą muzyką, jakimś dobrym filmem...
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Aktorka Teatru Polskiego w Warszawie, znana przez szeroką, kilku pokoleniową publiczność ze wspaniałych ról filmowych, telewizyjnych, teatralnych, a także słuchowisk radiowych, w ubiegłym sezonie wspaniałą premierą „Niezatańczonego tanga” – świętowała jubileusz 70. urodzin. Jak sama mówi, energii ma dużo, pomysłów również, gorzej może być tylko z ilością czasu, który byłby potrzebny, chociażby do czytania, które tak lubi.
O jubileuszowym przedstawieniu, pomysłach na sztuki, życiowych doświadczeniach i obserwacjach rozmawiamy z Grażyną Barszczewską.
Za Panią niezwykle pracowity sezon, w którym obchodziła Pani jubileusz spektaklem „Niezatańczone tango” – skąd pomysł na ten spektakl?
- Od wielu lat uważnie śledzę twórczość Wiesława Myśliwskiego. Pomysł, żeby na podstawie kilku powieści tego wybitnego prozaika, laureata wielu prestiżowych nagród napisać monodram, chodził mi po głowie już od kilku lat. "Niezatańczone tango” od początku pisałam z myślą o dwu postaciach: Matce i Synu. Rzeczywiście, przypadek sprawił, że premiera „Niezatańczonego tanga” zbiegła się z moją okrągłą datą urodzin i było to dla mnie i ważne i radosne przeżycie, także ze względu na obecność Autora i Jego przychylność. Natomiast pomysł, żeby Dominik Łoś był moim synem na scenie - nie był przypadkowy. Między główną bohaterką - Matką i Synem musi istnieć jakaś - poza aktorska- wewnętrzna dobra energia, jakaś chemia, która sprawia, że relacje między tym dwojgiem są prawdziwe, przekonujące.
Posiada Pani znakomity dar wybierania wspaniałych tekstów do adaptacji na scenę, które są mało znane, można powiedzieć niszowe, a zawsze trafione. Świetnym przykładem są grane od 2011 roku w Teatrze Ateneum „Sceny niemalże małżeńskie Stefanii Grodzieńskiej”. Teraz doszło „Niezatańczone tango”. Musi Pani dużo czytać i mieć znakomitą intuicję, że to będzie dobre i przyciągnie widza…a to nie jest proste.
- Rzeczywiście - zdarza mi się słyszeć, że "mam nosa”! Wybór takiego, a nie innego materiału literackiego jest dla mnie oczywisty i dość prosty. Szkoda mi czasu na marną, trzeciorzędną literaturę czy grafomańskie wytwory pióra - wiadomo, dzisiaj…„każdy pisać może, trochę lepiej lub trochę gorzej” itd. - parafrazując znaną prześmiewczą piosenkę… Moją uwagę skupiam na literaturze z wyższej półki, na wartościowych pozycjach. Pierwszym sygnałem jest tzw. pierwsze wrażenie, intuicja, emocje, które wychwytują moje rozgrzane policzki. Jeśli płoną, czuję w nich temperaturę, wiem, że to właśnie TO. I zwykle ten „mój nos” mnie nie zawodzi. Podobnie było z wyborem tekstów Stefanii Grodzieńskiej i Jerzego Jurandota. „Sceny niemalże małżeńskie Stefanii Grodzieńskiej” - które gramy już 7 rok! - napisałam w proteście przeciwko marnej, często żenującej rozrywce, nie śmiesznym - w moim odczuciu- amatorskim programom, którymi żywią nas media, często traktujące odbiorców jak bezmyślny, niewybredny tłum.
Oczywiście są wyjątki, ale te można zliczyć do.. trzech...
A mnie ciągle cieszą i śmieszą piosenki Kabaretu Starszych Panów, teksty Stefanii Grodzieńskiej, abstrakcyjne żarty, groteska, zabawa słowem. I można wtedy nawet odważnie świntuszyć, ale w pięknej formie, smacznie, z klasą. Okazało się, że moje poczucie humoru jest na szczęście zbieżne z chęcią dobrej zabawy sporej części naszego społeczeństwa - i stąd też jak myślę nasze powodzenie.
Pyta pani o moje lektury… tak, rzeczywiście czytam sporo, choć uważam, że ciągle i tak za mało. Codzienna wieczorna lektura jest zwieńczeniem każdego mojego dnia, piękną nagrodą, która czeka na mojej szafce nocnej.
Cały czas ma Pani ogromną energię, siłę do kolejnych wyzwań i głowę pełną pomysłów.
Z czego to się bierze?
- Z tego, że jestem bardzo młoda! ( śmiech ), a tak na serio…?.. wciąż czuję, że jest na mnie „zapotrzebowanie” i w rodzinie i w zawodzie. To wielkie szczęście - na które trzeba oczywiście cały czas pracować, a ja lubię to robić, więc… co tu marudzić.
Dlaczego nie zdecydowała się Pani na samodzielną reżyserię „Niezatańczonego tanga”?
- To taka niepisana teatralna zasada, że kiedy gra się główną rolę i jest się cały czas na scenie - jak ja w „Niezatańczonym tangu” - to konieczne jest to „trzecie oko” na widowni, czyli reżyser, to bardzo ważna osoba. Oczywiście najchętniej taki reżyser, do którego ma się zaufanie, który potrafi przejść z analizy do syntezy, zaproponuje formę, potrafi skierować na główne tory akcję, jeśli ta zaczyna gdzieś zbaczać. Słowem: twórczy, inteligentny, wrażliwy, przygotowany i… jak jest jeszcze fajnym, mądrym, przyjaznym człowiekiem… to wielka frajda i pracuje się wtedy fantastycznie.
Dobór partnerów na scenę wspaniały. Jest Pani znakomitym obserwatorem ludzkich charakterów – jak Pani dobiera partnerów scenicznych, czym się Pani kieruje?
- Myślę, że wszyscy aktorzy są takimi domorosłymi psychologami, obserwatorami życia, ludzi, świata. Sama czasem łapię się na podglądaniu ludzi na ulicy, w teatrze, urzędzie. Podpatruję ich zachowania, reakcje, przywary, które potem wykorzystuję budując jakąś postać na scenie czy przed kamerą. To skażenie zawodowe.
Jak Pani odpoczywa? Co Panią najlepiej uspokaja w tym stresującym zawodzie?
- Cisza, i najchętniej na jakimś odludziu z bliskimi, z książką, dobrą muzyką, jakimś dobrym filmem...
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Najbliższe spektakle: „Niezatańczone tango” – 29 listopada
„Marlena. Ostatni koncert” – 8, 9, 10 grudnia
piątek, 3 listopada 2017
Piotr Bajtlik: „Ibsen – podróż w głąb siebie”
Teatr Polski w Warszawie zainaugurował sezon sztuką norweskiego dramatopisarza „Dom lalki”, czy inaczej „Nora”. To jeden z najsłynniejszych i często wystawianych na deskach teatralnych całego świata dzieł. Żyjący w latach 1828-1906 dramatopisarz był znany z ogromnego zaangażowania w walkę o prawa kobiet, o czym między innymi mówi najnowszy spektakl. Do jego najsłynniejszych utworów należą m.in. "Dzika kaczka", "Podpory społeczeństwa" oraz właśnie "Dom lalki" (inaczej "Nora"). Premiera na Scenie Kameralnej im. Sławomira Mrożka odbyła się w październiku.
Dramat opowiada historię Nory Helmer, żony i matki trójki dzieci, próbującej w tajemnicy przed mężem Torvaldem, spłacić dług, który - chcąc ratować jego zdrowie - zaciągnęła jakiś czas temu u jego przyjaciela Krogstada. W chwili przybycia do miasta swojej przyjaciółki Krystyny Linde, która - za wstawiennictwem męża Nory - zatrudniona ma zostać w banku, a tym samym przyczynić się do zwolnienia Krogstada, wierzyciel głównej bohaterki zaczyna ją szantażować. Jeśli ktoś nie czytał i nie zna dramatu, to będzie mógł go poznać wybierając się do Teatru Polskiego.
O sztuce, pracy nad nią, nowym wyzwaniu, rozmawiamy z odtwórcą roli Krogstada – Piotrem Bajtlikiem.
Bardzo się cieszę, że ktoś w końcu sięgnął po Ibsena. Od dawna widzowie w Warszawie nie mieli przyjemności obcowania z jego twórczością.
- Tak, to są teksty oparte na głębokiej analizie ludzkiej psychologii, przez co wiecznie aktualne. Jest to moja pierwsza na scenie przygoda z dorobkiem Henrika Ibsena. Niezwykle się cieszę, że stanęło przede mną takie wyzwanie – mówi w rozmowie z nami, aktor Teatru Polskiego Piotr Bajtlik.
- Niedawno skończyliśmy pracę nad sztuką Aleksandra Fredry „Mąż i żona”, a tu nagle taki przeskok. To fantastyczne, że w Teatrze Polskim możemy obcować z tak różnym repertuarem. Tym razem jest to Ibsen – fantastyczna przygoda, podróż w głąb siebie… Cieszę się, że biorę udział w tym projekcie – dodaje aktor.
Czytając „Dom lalki”, na samym początku odnosimy wrażenie, że Pana postać jest tą negatywną. Jednak im dalej zgłębiamy tekst, ta opinia się zmienia.
- Faktycznie, po pierwszym czytaniu, można odnieść wrażenie, że jest to typowy szwarccharakter. Jednak gdy wczytać się głębiej, to jest to facet, który walczy o swoją rodzinę, walczy o przetrwanie, o dzieci. To jest niesamowite, jakie tam się kryje drugie dno. Sporo rozmawialiśmy z reżyserką spektaklu, Agnieszką Lipiec-Wróblewską o Krogstadzie. Jej zdaniem to najnowocześniejsza postać w tym dramacie. I rzeczywiście coś w tym jest. Jest otwarty na to, co przyniesie kolejny dzień. Nic go już nie zaskoczy. Albo prawie nic. Samotny ojciec, facet po przejściach, wychowujący gromadkę dzieci… jakoś musi sobie radzić w tym życiu. Chwyta się różnych sposobów, nie zawsze najlepszych. Nie chcemy, żeby w naszej inscenizacji wyszło na to, że szantażowanie Nory łatwo mu przychodzi. On jest do tego zmuszony - właśnie przez życie, przez okoliczności od niego niezależne i być może w tym momencie po prostu inaczej tym przeciwnościom sprostać nie umie. Jest to niewątpliwie ważna postać dla sztuki i niezwykle ciekawa.
Życie zmusza nas do różnych posunięć, do różnych działań...
- Jak najbardziej. On chce się później z tego wycofać i właściwie się wycofuje. Kiedy odnajduje pewien rodzaj szczęścia, spokoju wewnętrznego dotyczący swojej rodziny, najbliższych - wycofuje się z tych wszystkich ciemnych, trudnych i niebezpiecznych posunięć. Nie chcę za dużo zdradzać. Trzeba przyjść, obejrzeć sztukę i samemu wyrobić sobie zdanie o niej i o jej bohaterach.
Wiadomo, że Ibsen walczył o prawa kobiet. Najskuteczniej mógł to robić właśnie piórem.
- Tego przykładem jest właśnie postać Nory, która odnajduje swoje powołanie, szuka swojej osobowości, szuka co to znaczy być sobą, jak być szczęśliwą. Co to w ogóle znaczy być szczęśliwym. Zwłaszcza w jej świecie. Świecie zdominowanym przez mężczyzn i ich „zasady”. Ci mężczyźni także są tacy troszkę zagubieni. W relacjach z kobietami i generalnie w relacjach w społeczeństwie. Trzymają się pewnych stereotypów społecznych, dziwnych, dziś dla nas niezrozumiałych, nie potrafią się otworzyć na drugą osobę. I to zarówno na kobietę, jak i na drugiego mężczyznę. Generalnie bohaterowie tej sztuki skupiają się głównie na sobie. Swoich problemach. Trzymają się tylko fasadowych, powierzchownych relacji. Takim wielkim otwarciem jest właśnie decyzja Nory. Być może kontrowersyjna, ale jest z pewnością takim jej wyzwoleniem. Ona musiała dojść do granicy psychicznej wytrzymałości, aby zrozumieć gdzie jest jej miejsce i co jest jej potrzebne do szczęścia. By zacząć widzieć, rozumieć i naprawdę rozmawiać chociażby ze swoim mężem.
Jak się pracowało nad sztuką?
- To była sinusoida emocji. Był czas śmiechu i czas łez. To było zderzenie silnych charakterów. Ale stopniowo odnaleźliśmy w tej wspólnej pracy harmonię. Chemia między twórcami jest bardzo ważna. Jestem przekonany, że to także przenosi się na widza.
Lubi Pan swoją postać?
- Jeszcze mi się chyba nie zdarzyło nie lubić postaci, którą gram. Owszem, może się zdarzyć, że praca nad rolą jest z jakichś przyczyn trudna. Ale choć bywały spektakle, których nie kochałem, to granych przez siebie bohaterów chyba zawsze obdarzałem… co najmniej sympatią. Nawet w największych skurczybykach można znaleźć coś fajnego dla siebie. Żaden człowiek nie jest tylko czarny albo biały. Dlatego ja tego mojego Krogstada bardzo lubię.
Można chyba powiedzieć, że Teatr Polski jest Pana drugim domem?
- Jak najbardziej. Jestem w zespole Teatru Polskiego właściwie niemal od momentu ukończenia Akademii Teatralnej. To już prawie 12 lat. Praca w teatrze daje mi ogromną radość i stawia przede mną kolejne ciekawe wyzwania. Wiadomo, czasami trudno połączyć życie prywatne z rozbudowanym życiem zawodowym. Dzielimy nasz czas na teatr, film, radio, dubbing itd.., czego nie potrafią pojąć nasi koledzy z Europy zachodniej. Cóż. Takie mamy czasy. Jednak teatr jest dla nas rdzeniem, i tym, co nam daje bazę warsztatową do innych działań, bo tu się najwięcej uczymy i tu się rozwijamy. I to właśnie tutaj prawdopodobieństwo wzięcia udziału w przedsięwzięciu o wybitnych walorach artystycznych jest największe.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Spektakl oglądała Małgosia – 5 października
Najbliższe przedstawienia – 1, 2, 3, 5, 28, 29, 30 grudnia
Dramat opowiada historię Nory Helmer, żony i matki trójki dzieci, próbującej w tajemnicy przed mężem Torvaldem, spłacić dług, który - chcąc ratować jego zdrowie - zaciągnęła jakiś czas temu u jego przyjaciela Krogstada. W chwili przybycia do miasta swojej przyjaciółki Krystyny Linde, która - za wstawiennictwem męża Nory - zatrudniona ma zostać w banku, a tym samym przyczynić się do zwolnienia Krogstada, wierzyciel głównej bohaterki zaczyna ją szantażować. Jeśli ktoś nie czytał i nie zna dramatu, to będzie mógł go poznać wybierając się do Teatru Polskiego.
O sztuce, pracy nad nią, nowym wyzwaniu, rozmawiamy z odtwórcą roli Krogstada – Piotrem Bajtlikiem.
Bardzo się cieszę, że ktoś w końcu sięgnął po Ibsena. Od dawna widzowie w Warszawie nie mieli przyjemności obcowania z jego twórczością.
- Tak, to są teksty oparte na głębokiej analizie ludzkiej psychologii, przez co wiecznie aktualne. Jest to moja pierwsza na scenie przygoda z dorobkiem Henrika Ibsena. Niezwykle się cieszę, że stanęło przede mną takie wyzwanie – mówi w rozmowie z nami, aktor Teatru Polskiego Piotr Bajtlik.
- Niedawno skończyliśmy pracę nad sztuką Aleksandra Fredry „Mąż i żona”, a tu nagle taki przeskok. To fantastyczne, że w Teatrze Polskim możemy obcować z tak różnym repertuarem. Tym razem jest to Ibsen – fantastyczna przygoda, podróż w głąb siebie… Cieszę się, że biorę udział w tym projekcie – dodaje aktor.
Czytając „Dom lalki”, na samym początku odnosimy wrażenie, że Pana postać jest tą negatywną. Jednak im dalej zgłębiamy tekst, ta opinia się zmienia.
- Faktycznie, po pierwszym czytaniu, można odnieść wrażenie, że jest to typowy szwarccharakter. Jednak gdy wczytać się głębiej, to jest to facet, który walczy o swoją rodzinę, walczy o przetrwanie, o dzieci. To jest niesamowite, jakie tam się kryje drugie dno. Sporo rozmawialiśmy z reżyserką spektaklu, Agnieszką Lipiec-Wróblewską o Krogstadzie. Jej zdaniem to najnowocześniejsza postać w tym dramacie. I rzeczywiście coś w tym jest. Jest otwarty na to, co przyniesie kolejny dzień. Nic go już nie zaskoczy. Albo prawie nic. Samotny ojciec, facet po przejściach, wychowujący gromadkę dzieci… jakoś musi sobie radzić w tym życiu. Chwyta się różnych sposobów, nie zawsze najlepszych. Nie chcemy, żeby w naszej inscenizacji wyszło na to, że szantażowanie Nory łatwo mu przychodzi. On jest do tego zmuszony - właśnie przez życie, przez okoliczności od niego niezależne i być może w tym momencie po prostu inaczej tym przeciwnościom sprostać nie umie. Jest to niewątpliwie ważna postać dla sztuki i niezwykle ciekawa.
Życie zmusza nas do różnych posunięć, do różnych działań...
- Jak najbardziej. On chce się później z tego wycofać i właściwie się wycofuje. Kiedy odnajduje pewien rodzaj szczęścia, spokoju wewnętrznego dotyczący swojej rodziny, najbliższych - wycofuje się z tych wszystkich ciemnych, trudnych i niebezpiecznych posunięć. Nie chcę za dużo zdradzać. Trzeba przyjść, obejrzeć sztukę i samemu wyrobić sobie zdanie o niej i o jej bohaterach.
Wiadomo, że Ibsen walczył o prawa kobiet. Najskuteczniej mógł to robić właśnie piórem.
- Tego przykładem jest właśnie postać Nory, która odnajduje swoje powołanie, szuka swojej osobowości, szuka co to znaczy być sobą, jak być szczęśliwą. Co to w ogóle znaczy być szczęśliwym. Zwłaszcza w jej świecie. Świecie zdominowanym przez mężczyzn i ich „zasady”. Ci mężczyźni także są tacy troszkę zagubieni. W relacjach z kobietami i generalnie w relacjach w społeczeństwie. Trzymają się pewnych stereotypów społecznych, dziwnych, dziś dla nas niezrozumiałych, nie potrafią się otworzyć na drugą osobę. I to zarówno na kobietę, jak i na drugiego mężczyznę. Generalnie bohaterowie tej sztuki skupiają się głównie na sobie. Swoich problemach. Trzymają się tylko fasadowych, powierzchownych relacji. Takim wielkim otwarciem jest właśnie decyzja Nory. Być może kontrowersyjna, ale jest z pewnością takim jej wyzwoleniem. Ona musiała dojść do granicy psychicznej wytrzymałości, aby zrozumieć gdzie jest jej miejsce i co jest jej potrzebne do szczęścia. By zacząć widzieć, rozumieć i naprawdę rozmawiać chociażby ze swoim mężem.
Jak się pracowało nad sztuką?
- To była sinusoida emocji. Był czas śmiechu i czas łez. To było zderzenie silnych charakterów. Ale stopniowo odnaleźliśmy w tej wspólnej pracy harmonię. Chemia między twórcami jest bardzo ważna. Jestem przekonany, że to także przenosi się na widza.
Lubi Pan swoją postać?
- Jeszcze mi się chyba nie zdarzyło nie lubić postaci, którą gram. Owszem, może się zdarzyć, że praca nad rolą jest z jakichś przyczyn trudna. Ale choć bywały spektakle, których nie kochałem, to granych przez siebie bohaterów chyba zawsze obdarzałem… co najmniej sympatią. Nawet w największych skurczybykach można znaleźć coś fajnego dla siebie. Żaden człowiek nie jest tylko czarny albo biały. Dlatego ja tego mojego Krogstada bardzo lubię.
Można chyba powiedzieć, że Teatr Polski jest Pana drugim domem?
- Jak najbardziej. Jestem w zespole Teatru Polskiego właściwie niemal od momentu ukończenia Akademii Teatralnej. To już prawie 12 lat. Praca w teatrze daje mi ogromną radość i stawia przede mną kolejne ciekawe wyzwania. Wiadomo, czasami trudno połączyć życie prywatne z rozbudowanym życiem zawodowym. Dzielimy nasz czas na teatr, film, radio, dubbing itd.., czego nie potrafią pojąć nasi koledzy z Europy zachodniej. Cóż. Takie mamy czasy. Jednak teatr jest dla nas rdzeniem, i tym, co nam daje bazę warsztatową do innych działań, bo tu się najwięcej uczymy i tu się rozwijamy. I to właśnie tutaj prawdopodobieństwo wzięcia udziału w przedsięwzięciu o wybitnych walorach artystycznych jest największe.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Spektakl oglądała Małgosia – 5 października
Najbliższe przedstawienia – 1, 2, 3, 5, 28, 29, 30 grudnia
piątek, 27 października 2017
Hubert Paszkiewicz: „Mam wymarzony start”
"Nikt” – ironiczna i gorzka rozprawa o międzyludzkich relacjach. Sztukę izraelskiego pisarza Hanocha Levina od 21 października możemy oglądać w Teatrze Narodowym, na Scenie przy Wierzbowej. Przedstawienie reżyseruje Artur Tyszkiewicz. W roli głównej Chefeca, tytułowego Nikta znakomity aktor Mariusz Benoit. Na deskach Teatru Narodowego możemy też oglądać inne przedstawienie pióra Levina – „Udręka życia”.
O spektaklu i początkach pracy teatralnej rozmawiamy z młodym aktorem Hubertem Paszkiewiczem.
Hubert Paszkiewicz jest jeszcze studentem V roku Wydziału Aktorskiego Akademii Teatralnej w Warszawie, a już od 2017 roku należy do zespołu Teatru Narodowego. W ostatnich dwóch sezonach teatralnych współpracował z Teatrem Polskim w Warszawie, grając w sztuce Stanisławy Przybyszewskiej „Thermidor”. W najnowszej prapremierze Teatru Narodowego, w spektaklu „Nikt” Hanocha Levina, wciela się w postać Warszawiaka, narzeczonego Fogry.
Co jest tak intrygującego i ciekawego w twórczości Hanocha Levina, że jego sztuki dość często są wystawiane?
Faktycznie, jest coś intrygującego w jego dziełach. Wydaje mi się, że absurd jest tym czymś, co tak bardzo pociąga w sztukach Levina. Jego teksty są przepełnione absurdem. Gram postać Warszawiaka i jest to bohater odklejony od całości. Całkiem różniący się od innych. Pochodzi spoza tego środowiska – jak imię wskazuje – chłopak jest z Warszawy. On nie ma zielonego pojęcia, co się dzieje w tym domu. Ma zamiar ożenić się z Fogrą, nie zdając sobie do końca sprawy z tego, na co się pisze. Dopiero kiedy przychodzą do rodziców Fogry, na początku spektaklu, to coś mu się wyjaśnia, ale zawsze jest w tym wszystkim o krok za Fogrą. Ona jest tak szybka w podejmowaniu decyzji, że on po prostu za nią nie nadąża. Fogra rozstawia wszystkich po kątach, wszystkimi kieruje, w niektórych scenach widać to bardzo dobitnie. Warszawiak w pewnym momencie przechodzi na stronę Fogry i następuje jego destrukcja i demoralizacja. Nie chciałbym zdradzać jak to wszystko się kończy…po prostu zapraszam do teatru. Reżyser Artur Tyszkiewicz powiedział, że ta sztuka jest napisana w stylu Levinowskim i trudno jednoznacznie nazwać ją dramatem, komedią, czy komediodramatem. Nawet nie starałbym się rozpatrywać jej w takich kategoriach. Każdy sam może wyrobić sobie na ten temat zdanie…i wydaje mi się, że o to w tym spektaklu właśnie chodzi.
Jesteś bardzo młodym człowiekiem, na początku swojej aktorskiej drogi. A praca z takimi wybitnymi aktorami, z którymi się spotkałeś przy tworzeniu sztuki jest z pewnością sporym przeżyciem.
Obsada jest bardzo zacna. Praca z takimi aktorami to wielka przyjemność, ale również wyzwanie. My z Lidką jesteśmy z jednego roku, graliśmy razem w spektaklu dyplomowym „Pelikan/Zabawa z ogniem” w reżyserii Jana Englerta w Akademii Teatralnej. Jest to dla nas początek wielkiej przygody, spełniają się marzenia. Nikt nie mówił, że będzie łatwo, i że droga będzie przyjemna i usłana różami, ale wydaje mi się, że to wszystko jest warte ciężkiej pracy, poświęcenia i doświadczenia, które nas po drodze spotyka. Ogromną szansą jest to, że od razu, po szkole, trafiłem do teatru. Zawdzięczam to przede wszystkim profesorowi Janowi Englertowi, ponieważ to on z nami pracował, miał okazję nas obserwować i poznawać. Prowadził z nami zajęcia na pierwszym i trzecim roku. Pracował również przy dyplomie i zna nas od „podszewki”.
Opowiedz o kulisach przejścia do Teatru Narodowego.
Zaczęło się od tego, że Marcin Hycnar zaprosił mnie do „Opowieści Zimowej”, i po tym przedstawieniu dyrektor Jan Englert zaproponował mi udział w przedstawieniu „Nikt”. Dostałem propozycję dołączenia do zespołu. Dopiero zaczynam swoją drogę i wiem doskonale, ile przede mną pracy, ale jestem szczęśliwy, że póki co wszystko idzie tak jak bym sobie tego życzył.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Role Huberta Paszkiewicza w Teatrze Narodowym:
ROLE (do 31 sierpnia 2017 gościnnie), Soplicowo – owocilpoS. Suplement, Piotr Cieplak, reż. Piotr Cieplak, 2016 rok
WIELMOŻA CZESKI; SATYR (do 31 sierpnia 2017 gościnnie), Opowieść zimowa, William Shakespeare, reż. Marcin Hycnar, 2017 rok
Teatr Polski: „Thermidor”
"Thermidor" opowiada o wydarzeniach historycznych, ale zarazem jest sztuką współczesną – przedstawia mechanizmy polityczne, które działają nie tylko w momentach wielkich przełomów. Stanisławę Przybyszewską fascynowała Wielka Rewolucja Francuska; spośród jej działaczy upodobała sobie Robespierre`a, czyniąc zeń męża opatrznościowego. W "Thermidorze" ukazała kluczowy moment rządów jakobińskich, gdy zastosowany jako narzędzie naprawiania świata terror przekracza wszelką miarę, a Robespierre zaczyna być postrzegany jako doktryner, który zmierza do dyktatury. W najbliższym otoczeniu Robespierre`a zawiązuje się spisek na jego życie.
O spektaklu i początkach pracy teatralnej rozmawiamy z młodym aktorem Hubertem Paszkiewiczem.
Hubert Paszkiewicz jest jeszcze studentem V roku Wydziału Aktorskiego Akademii Teatralnej w Warszawie, a już od 2017 roku należy do zespołu Teatru Narodowego. W ostatnich dwóch sezonach teatralnych współpracował z Teatrem Polskim w Warszawie, grając w sztuce Stanisławy Przybyszewskiej „Thermidor”. W najnowszej prapremierze Teatru Narodowego, w spektaklu „Nikt” Hanocha Levina, wciela się w postać Warszawiaka, narzeczonego Fogry.
Co jest tak intrygującego i ciekawego w twórczości Hanocha Levina, że jego sztuki dość często są wystawiane?
Faktycznie, jest coś intrygującego w jego dziełach. Wydaje mi się, że absurd jest tym czymś, co tak bardzo pociąga w sztukach Levina. Jego teksty są przepełnione absurdem. Gram postać Warszawiaka i jest to bohater odklejony od całości. Całkiem różniący się od innych. Pochodzi spoza tego środowiska – jak imię wskazuje – chłopak jest z Warszawy. On nie ma zielonego pojęcia, co się dzieje w tym domu. Ma zamiar ożenić się z Fogrą, nie zdając sobie do końca sprawy z tego, na co się pisze. Dopiero kiedy przychodzą do rodziców Fogry, na początku spektaklu, to coś mu się wyjaśnia, ale zawsze jest w tym wszystkim o krok za Fogrą. Ona jest tak szybka w podejmowaniu decyzji, że on po prostu za nią nie nadąża. Fogra rozstawia wszystkich po kątach, wszystkimi kieruje, w niektórych scenach widać to bardzo dobitnie. Warszawiak w pewnym momencie przechodzi na stronę Fogry i następuje jego destrukcja i demoralizacja. Nie chciałbym zdradzać jak to wszystko się kończy…po prostu zapraszam do teatru. Reżyser Artur Tyszkiewicz powiedział, że ta sztuka jest napisana w stylu Levinowskim i trudno jednoznacznie nazwać ją dramatem, komedią, czy komediodramatem. Nawet nie starałbym się rozpatrywać jej w takich kategoriach. Każdy sam może wyrobić sobie na ten temat zdanie…i wydaje mi się, że o to w tym spektaklu właśnie chodzi.
Jesteś bardzo młodym człowiekiem, na początku swojej aktorskiej drogi. A praca z takimi wybitnymi aktorami, z którymi się spotkałeś przy tworzeniu sztuki jest z pewnością sporym przeżyciem.
Obsada jest bardzo zacna. Praca z takimi aktorami to wielka przyjemność, ale również wyzwanie. My z Lidką jesteśmy z jednego roku, graliśmy razem w spektaklu dyplomowym „Pelikan/Zabawa z ogniem” w reżyserii Jana Englerta w Akademii Teatralnej. Jest to dla nas początek wielkiej przygody, spełniają się marzenia. Nikt nie mówił, że będzie łatwo, i że droga będzie przyjemna i usłana różami, ale wydaje mi się, że to wszystko jest warte ciężkiej pracy, poświęcenia i doświadczenia, które nas po drodze spotyka. Ogromną szansą jest to, że od razu, po szkole, trafiłem do teatru. Zawdzięczam to przede wszystkim profesorowi Janowi Englertowi, ponieważ to on z nami pracował, miał okazję nas obserwować i poznawać. Prowadził z nami zajęcia na pierwszym i trzecim roku. Pracował również przy dyplomie i zna nas od „podszewki”.
Opowiedz o kulisach przejścia do Teatru Narodowego.
Zaczęło się od tego, że Marcin Hycnar zaprosił mnie do „Opowieści Zimowej”, i po tym przedstawieniu dyrektor Jan Englert zaproponował mi udział w przedstawieniu „Nikt”. Dostałem propozycję dołączenia do zespołu. Dopiero zaczynam swoją drogę i wiem doskonale, ile przede mną pracy, ale jestem szczęśliwy, że póki co wszystko idzie tak jak bym sobie tego życzył.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Role Huberta Paszkiewicza w Teatrze Narodowym:
ROLE (do 31 sierpnia 2017 gościnnie), Soplicowo – owocilpoS. Suplement, Piotr Cieplak, reż. Piotr Cieplak, 2016 rok
WIELMOŻA CZESKI; SATYR (do 31 sierpnia 2017 gościnnie), Opowieść zimowa, William Shakespeare, reż. Marcin Hycnar, 2017 rok
Teatr Polski: „Thermidor”
"Thermidor" opowiada o wydarzeniach historycznych, ale zarazem jest sztuką współczesną – przedstawia mechanizmy polityczne, które działają nie tylko w momentach wielkich przełomów. Stanisławę Przybyszewską fascynowała Wielka Rewolucja Francuska; spośród jej działaczy upodobała sobie Robespierre`a, czyniąc zeń męża opatrznościowego. W "Thermidorze" ukazała kluczowy moment rządów jakobińskich, gdy zastosowany jako narzędzie naprawiania świata terror przekracza wszelką miarę, a Robespierre zaczyna być postrzegany jako doktryner, który zmierza do dyktatury. W najbliższym otoczeniu Robespierre`a zawiązuje się spisek na jego życie.
wtorek, 20 czerwca 2017
Maksymilian Rogacki: Nie wyobrażam sobie życia bez teatru
Mąż, żona, on i ona. Miłosny czworokąt oszukujących i oszukiwanych, którzy sami zdradzając – szczerze się dziwią, że zostali zdradzeni. Wacław ma romans z Justyną. Justyna równolegle spotyka się z Alfredem. Alfred bywa częstym gościem u Elwiry. Elwira ukrywa podwójne życie przed Wacławem.
„Nie ludzie nami rządzą, lecz własne słabości”
Alfred
Pikantna Fredrowska komedia „Mąż i żona” przeniesiona w barwne lata trzydzieste XX wieku. W czasy, kiedy kobiety stały się bardziej wyzwolone, zaczęły nosić spodnie, palić papierosy, pracować, czyli zarabiać pieniądze, a mężczyźni oszaleli na punkcie samochodów z silnikiem V8. Nocne lokale były pełne zakochanych, obok których nie było już przyzwoitek, a Hanka Ordonówna śpiewała o tym, jak miłość pięknie tłumaczy zdradę i kłamstwo, i grzech. Przenikliwość hrabiego Fredry w podglądaniu ludzi, którzy pędzą za rozkoszą nie ma sobie równych w literaturze, a młodzi aktorzy Teatru Polskiego w Warszawie znakomicie sztukę przenieśli na Scenę Główną. - Jak ktoś z widowni podczas premiery powiedział - „Jak za spektakl bierze się Jarosław Kilian – musi być sukces” i trudno się z tym nie zgodzić.
O najnowszej premierze Teatru Polskiego w Warszawie rozmawiamy z Maksymilianem Rogackim, wcielającym się w postać Wacława.
Hrabia Aleksander Fredro, Jarosław Kilian, Dorota Kołodyńska i Wasza niezwykle zgrana grupa aktorów, to powinien być sukces.
Dziękuję bardzo za te ciepłe słowa. Bardzo wierzymy, że tak właśnie będzie. Przyznam, że współpraca z wybitnymi twórcami – mam na myśli Jarosława Kiliana, Dorotę Kołodyńską, ale i Mirosława Poznańskiego, a także moje koleżanki i kolegów, którzy są po prostu wspaniali, to czysta przyjemność. Mam nadzieję, że efekty tej współpracy, że łzami śmiechu i wzruszenia, będą mogli państwo oglądać w Teatrze Polskim.
Nie jest dziś łatwo zachować styl fredrowski, a jednocześnie tak zrobić spektakl, aby dotrzeć do jak najszerszej widowni, bo z pewnością chcecie przyciągnąć na sztukę widzów w różnym wieku. Jak to dobrze zrobić?
To jest ciekawe pytanie, trudne i proste zarazem. Wydaje mi się, że odpowiedź jest w gruncie rzeczy prosta. Jeżeli chce się jakąś prawdę odkryć w tekście, to zawsze będzie to współczesne, bez względu na to, czy będziemy chodzić po scenie w kontuszach, w surdutach, czy w jeansach. Reszta jest kwestią estetyki i pewnego stylu. Natomiast najważniejsze dla aktora jest poszukiwanie w tym wszystkim prawdy - w tekście, w myśli. Problemy nie zmieniają się z biegiem lat. Kwintesencją dobrej literatury jest to, że jest ona zawsze aktualna. Zmieniają się style mówienia, zmienia się słownictwo, czasem zmienia się wiersz, ale ludzie pozostają tacy sami ze swoimi problemami. Jest to troszkę smutne, troszkę śmieszne, ale tak już jest.
Miłosny czworokąt…nie za mocno przesadzone?
Świat przedstawiony przez Fredrę jest troszkę przerysowany, ale nie jestem przekonany, że jest to aż tak dalekie od rzeczywistości. Wręcz uważam, że taka sytuacja jest jak najbardziej prawdopodobna, ale cóż, taki jest świat i my tego nie zmienimy. Warto czasem przejrzeć się w lustrze, zajrzeć nieco głębiej w swoje wnętrze. Rządzą nami słabości – żądza i pycha, zawsze tak było.
Ciekawy projekt reżysera, który umiejscowił akcję sztuki w Warszawie w chwili wybuchu II Wojny Światowej.
Jest to bardzo ciekawy pomysł Jarosława Kiliana i jak się okazuje, ma to swój głęboki sens. To, co zawsze szanuję w pracy reżysera, to interpretacja tekstu sztuki. Sposób, w jaki interpretuje ten tekst Jarosław Kilian, jest w jakimś sensie adekwatny do teraźniejszości. Dodatkowo reżyser bierze pod uwagę nasze spostrzeżenia - i to także bardzo cenię i szanuję. Wydaje mi się, że umiejscowienie akcji w 1939 roku odkrywa w tekście Fredry nowe pokłady znaczeń.
Pozwolił Wam reżyser wykorzystać własne pomysły?
Oczywiście, współpraca z Jarosławem Kilianem polega też na tym, że on potrafi słuchać i rozmawiać. Dodam także, że zawsze jest to współpraca na najwyższym poziomie. Nigdy nie narzuca nam czegoś, czego byśmy nie zaakceptowali. Wspólnie tworzymy przedstawienie. Wszyscy czujemy się kreatorami spektaklu, i przez to bardziej jest on nasz. To jest bardzo cenne.
Gracie razem w teatrze od kilku lat. Dobrze się znacie, to też jest kluczem do stworzenia fajnego przedstawienia.
W Teatrze Polskim pracuję od 2007 roku. Dyrektor Andrzej Seweryn sześć lat temu zaczął budować zespół aktorski i efekty widzimy dziś. Budowa Zespołu jest procesem trudnym i złożonym, ale także niezwykle cennym. Najlepsze Zespoły tworzą się po kilku, kilkunastu latach. Na pewno ma to niebagatelny wpływ na jakość tworzonych przez nas przedstawień.
Jakie wartości daje teatr w tych trudnych dla tej instytucji czasach?
Dla mnie teatr jest taką wartością artystyczną, której nie sposób znaleźć gdzie indziej. Na pewno nigdy z tego nie zrezygnuję. Wyobraźnia, której można używać w teatrze, którą można budować w teatrze nie ma sobie równych, oczywiście z całą miłością do kina. Natomiast ta teatralna jest inna i cudowna w swojej prostocie. Myślę, że teatr trzeba kochać. Każdy spektakl jest inny, każdy spektakl jest świętem. Istnieje także specyficzny kontakt między widzem, a aktorem. Teatr to jest to, co się dzieje tu i teraz – wspaniałe doświadczenie.
Dobrze się Pan czuje w klasyce.
Profil naszego teatru jest głównie nastawiony na klasykę, ale w naszym repertuarze można znaleźć też i spektakle, których interpretacja tej klasyki jest bardziej współczesna. Najlepszym przykładem jest inscenizacja sztuki „Szkoda, że jest nierządnicą” pióra Johna Forda w reżyserii Dana Jemmetta. Tekst napisany w czasach młodości Szekspira, w czasach teatru elżbietańskiego, a przeniesiony przez reżysera na czasy współczesne. Odpowiadając na Pani pytanie: tak, bardzo dobrze czuję się w klasyce i uważam, że dobrze zrobionej klasyki brakuje dziś w Polsce.
Nie jest dziś łatwo zrealizować ciekawą inscenizację Fredry. Nie ma co daleko szukać. Spektakl „Dożywocie” nie do końca trafił do publiczności. Po krótkim graniu pożegnano się już z tytułem.
To prawda. Z tym sukcesem to nie jest prosta sprawa. Przy "Mężu i żonie", jak zawsze, pracowaliśmy nad tym, żeby się udało. Myślę, że jesteśmy na bardzo dobrej drodze, żeby przedstawienie dotarło do wielu i zadowoliło różne gusta. I żebyśmy grali je długo. Bardzo na to liczymy i zapraszamy do Teatru Polskiego już w nowym sezonie.
Rozmawiała Małgosia
Aleksander Fredro "Mąż i żona", Teatr Polski w Warszawie, Maksymilian Rogacki, foto Magda Hueckel.
Na zdjęciach Piotr Bajtlik i Maksymilian Rogacki.
Oglądała 18 maja - Małgosia
Najbliższe spektakle - 13, 14, 16, 17 września
„Nie ludzie nami rządzą, lecz własne słabości”
Alfred
Pikantna Fredrowska komedia „Mąż i żona” przeniesiona w barwne lata trzydzieste XX wieku. W czasy, kiedy kobiety stały się bardziej wyzwolone, zaczęły nosić spodnie, palić papierosy, pracować, czyli zarabiać pieniądze, a mężczyźni oszaleli na punkcie samochodów z silnikiem V8. Nocne lokale były pełne zakochanych, obok których nie było już przyzwoitek, a Hanka Ordonówna śpiewała o tym, jak miłość pięknie tłumaczy zdradę i kłamstwo, i grzech. Przenikliwość hrabiego Fredry w podglądaniu ludzi, którzy pędzą za rozkoszą nie ma sobie równych w literaturze, a młodzi aktorzy Teatru Polskiego w Warszawie znakomicie sztukę przenieśli na Scenę Główną. - Jak ktoś z widowni podczas premiery powiedział - „Jak za spektakl bierze się Jarosław Kilian – musi być sukces” i trudno się z tym nie zgodzić.
O najnowszej premierze Teatru Polskiego w Warszawie rozmawiamy z Maksymilianem Rogackim, wcielającym się w postać Wacława.
Hrabia Aleksander Fredro, Jarosław Kilian, Dorota Kołodyńska i Wasza niezwykle zgrana grupa aktorów, to powinien być sukces.
Dziękuję bardzo za te ciepłe słowa. Bardzo wierzymy, że tak właśnie będzie. Przyznam, że współpraca z wybitnymi twórcami – mam na myśli Jarosława Kiliana, Dorotę Kołodyńską, ale i Mirosława Poznańskiego, a także moje koleżanki i kolegów, którzy są po prostu wspaniali, to czysta przyjemność. Mam nadzieję, że efekty tej współpracy, że łzami śmiechu i wzruszenia, będą mogli państwo oglądać w Teatrze Polskim.
Nie jest dziś łatwo zachować styl fredrowski, a jednocześnie tak zrobić spektakl, aby dotrzeć do jak najszerszej widowni, bo z pewnością chcecie przyciągnąć na sztukę widzów w różnym wieku. Jak to dobrze zrobić?
To jest ciekawe pytanie, trudne i proste zarazem. Wydaje mi się, że odpowiedź jest w gruncie rzeczy prosta. Jeżeli chce się jakąś prawdę odkryć w tekście, to zawsze będzie to współczesne, bez względu na to, czy będziemy chodzić po scenie w kontuszach, w surdutach, czy w jeansach. Reszta jest kwestią estetyki i pewnego stylu. Natomiast najważniejsze dla aktora jest poszukiwanie w tym wszystkim prawdy - w tekście, w myśli. Problemy nie zmieniają się z biegiem lat. Kwintesencją dobrej literatury jest to, że jest ona zawsze aktualna. Zmieniają się style mówienia, zmienia się słownictwo, czasem zmienia się wiersz, ale ludzie pozostają tacy sami ze swoimi problemami. Jest to troszkę smutne, troszkę śmieszne, ale tak już jest.
Miłosny czworokąt…nie za mocno przesadzone?
Świat przedstawiony przez Fredrę jest troszkę przerysowany, ale nie jestem przekonany, że jest to aż tak dalekie od rzeczywistości. Wręcz uważam, że taka sytuacja jest jak najbardziej prawdopodobna, ale cóż, taki jest świat i my tego nie zmienimy. Warto czasem przejrzeć się w lustrze, zajrzeć nieco głębiej w swoje wnętrze. Rządzą nami słabości – żądza i pycha, zawsze tak było.
Ciekawy projekt reżysera, który umiejscowił akcję sztuki w Warszawie w chwili wybuchu II Wojny Światowej.
Jest to bardzo ciekawy pomysł Jarosława Kiliana i jak się okazuje, ma to swój głęboki sens. To, co zawsze szanuję w pracy reżysera, to interpretacja tekstu sztuki. Sposób, w jaki interpretuje ten tekst Jarosław Kilian, jest w jakimś sensie adekwatny do teraźniejszości. Dodatkowo reżyser bierze pod uwagę nasze spostrzeżenia - i to także bardzo cenię i szanuję. Wydaje mi się, że umiejscowienie akcji w 1939 roku odkrywa w tekście Fredry nowe pokłady znaczeń.
Pozwolił Wam reżyser wykorzystać własne pomysły?
Oczywiście, współpraca z Jarosławem Kilianem polega też na tym, że on potrafi słuchać i rozmawiać. Dodam także, że zawsze jest to współpraca na najwyższym poziomie. Nigdy nie narzuca nam czegoś, czego byśmy nie zaakceptowali. Wspólnie tworzymy przedstawienie. Wszyscy czujemy się kreatorami spektaklu, i przez to bardziej jest on nasz. To jest bardzo cenne.
Gracie razem w teatrze od kilku lat. Dobrze się znacie, to też jest kluczem do stworzenia fajnego przedstawienia.
W Teatrze Polskim pracuję od 2007 roku. Dyrektor Andrzej Seweryn sześć lat temu zaczął budować zespół aktorski i efekty widzimy dziś. Budowa Zespołu jest procesem trudnym i złożonym, ale także niezwykle cennym. Najlepsze Zespoły tworzą się po kilku, kilkunastu latach. Na pewno ma to niebagatelny wpływ na jakość tworzonych przez nas przedstawień.
Jakie wartości daje teatr w tych trudnych dla tej instytucji czasach?
Dla mnie teatr jest taką wartością artystyczną, której nie sposób znaleźć gdzie indziej. Na pewno nigdy z tego nie zrezygnuję. Wyobraźnia, której można używać w teatrze, którą można budować w teatrze nie ma sobie równych, oczywiście z całą miłością do kina. Natomiast ta teatralna jest inna i cudowna w swojej prostocie. Myślę, że teatr trzeba kochać. Każdy spektakl jest inny, każdy spektakl jest świętem. Istnieje także specyficzny kontakt między widzem, a aktorem. Teatr to jest to, co się dzieje tu i teraz – wspaniałe doświadczenie.
Dobrze się Pan czuje w klasyce.
Profil naszego teatru jest głównie nastawiony na klasykę, ale w naszym repertuarze można znaleźć też i spektakle, których interpretacja tej klasyki jest bardziej współczesna. Najlepszym przykładem jest inscenizacja sztuki „Szkoda, że jest nierządnicą” pióra Johna Forda w reżyserii Dana Jemmetta. Tekst napisany w czasach młodości Szekspira, w czasach teatru elżbietańskiego, a przeniesiony przez reżysera na czasy współczesne. Odpowiadając na Pani pytanie: tak, bardzo dobrze czuję się w klasyce i uważam, że dobrze zrobionej klasyki brakuje dziś w Polsce.
Nie jest dziś łatwo zrealizować ciekawą inscenizację Fredry. Nie ma co daleko szukać. Spektakl „Dożywocie” nie do końca trafił do publiczności. Po krótkim graniu pożegnano się już z tytułem.
To prawda. Z tym sukcesem to nie jest prosta sprawa. Przy "Mężu i żonie", jak zawsze, pracowaliśmy nad tym, żeby się udało. Myślę, że jesteśmy na bardzo dobrej drodze, żeby przedstawienie dotarło do wielu i zadowoliło różne gusta. I żebyśmy grali je długo. Bardzo na to liczymy i zapraszamy do Teatru Polskiego już w nowym sezonie.
Rozmawiała Małgosia
Aleksander Fredro "Mąż i żona", Teatr Polski w Warszawie, Maksymilian Rogacki, foto Magda Hueckel.
Na zdjęciach Piotr Bajtlik i Maksymilian Rogacki.
Oglądała 18 maja - Małgosia
Najbliższe spektakle - 13, 14, 16, 17 września
poniedziałek, 10 kwietnia 2017
Mrożek się wyczerpał…? Absolutnie nie!
W 104. rocznicę powstania Teatru Polskiego w Warszawie odbyła się premiera trzech jednoaktówek Sławomira Mrożka. Spektakl zatytułowano „3 x Mrożek”. W latach osiemdziesiątych Teatr Polski nazywany był domem pisarza. Mrożek wszystkie powstające w tamtych latach sztuki, poza zakazanym przez cenzurę "Alfą", przekazywał do prapremierowej realizacji ówczesnemu dyrektorowi Kazimierzowi Dejmkowi. Chętnie też gościł w Polskim. Ostatni raz Sławomir Mrożek był obecny podczas jubileuszu 100-lecia istnienia Teatru Polskiego.
29 stycznia 2017 roku po premierze spektaklu „3 x Mrożek” odbyła się uroczystość nadania imienia Sławomira Mrożka Scenie Kameralnej Teatru Polskiego w Warszawie. Uroczystościom towarzyszyła obecność żony i córki dramaturga, który w Teatrze Polskim święcił swe największe triumfy w okresie dyrekcji Kazimierza Dejmka. Tego dnia, w foyer Sceny Kameralnej otwarta została również wystawa poświęcona jego twórczości.
Dla uczczenia pamięci znakomitego dramatopisarza i prozaika wyreżyserowano jego trzy jednoaktówki. Reżyserii podjęli się aktorzy Teatru Polskiego - Jerzy Schejbal wyreżyserował „Karola”, Szymon Kuśmider – „Na pełnym morzu”, a Piotr Cyrwus - „Zabawę”.
Te trzy jednoaktówki powstały w latach 1960-1962 i śmiało można powiedzieć, że nie straciły na świeżości i aktualności. Znakomite dialogi, zaskakujące zwroty akcji i Mrożkowskie poczucie humoru są wiecznie żywe, a tematyka cały czas aktualna. Mrożek dołącza do grona klasyków polskiej literatury wnosząc uniwersalne spojrzenie nie tylko na naszą przeszłość, ale też, jak się okazuje - naszą współczesność.
O pracy nad spektaklem rozmawiamy z odtwórcą roli wnuczka z jednoaktówki „Karol” – Krzysztofem Kwiatkowskim.
- Byłem bardzo szczęśliwy, że dostałem możliwość zagrania w jednej z trzech jednoaktówek Sławomira Mrożka. Jest to moje pierwsze doświadczenie i spotkanie z twórczością polskiego dramatopisarza. Pierwsza styczność z taką literaturą, wymagającą specyficznego rodzaju aktorstwa. Było to dla mnie spore wyzwanie i jednocześnie fantastyczna, intensywna praca nad doskonałym materiałem – mówi w rozmowie z nami aktor Teatru Polskiego, Krzysztof Kwiatkowski.
Myślę, że z każdym kolejnym spektaklem sztuka cały czas będzie dojrzewała, nabierała nowych znaczeń i kontekstów. Treść „Karola” jest jak „gąbka”, pochłania to wszystko, co się w rzeczywistości aktualnie dzieje i pokazuje nam świat jak w lustrzanym odbiciu. Nieco wykrzywiony, wyolbrzymiony i dzięki temu niebywale prawdziwy i bolesny. Jako widzowie nie jesteśmy w stanie uniknąć konfrontacji z tym światem wykreowanym przez Sławomira Mrożka. Podobnie jest w przypadku pozostałych jednoaktówek: „Na pełnym morzu” i „Zabawy”. Gdy pracowaliśmy nad tekstem, obawialiśmy się momentami, że coś będzie zbyt dosadne, za bardzo będzie odnosiło się do dzisiejszej rzeczywistości. Mimo to, nie modyfikowaliśmy warstwy literackiej Mrożka. Założyliśmy, że przedstawiamy całość od początku do końca, że nie boimy się wyostrzonego spojrzenia autora „Karola” na świat, na Europę, na Polskę i na kondycję współczesnego człowieka.
Przerażająca historia dwóch światów – dziadka z wnuczkiem i lekarza. Jak zachować się w sytuacji zagrażającej życiu? Co człowiek jest w stanie zrobić, aby się uratować?
Mamy tu zderzenie dwóch postaw. Z jednej strony postawa lekarza intelektualisty, uczonego, możemy powiedzieć liberała, wykształconego, oczytanego, pełnego ideałów. Z drugiej strony mamy dziadka z wnuczkiem, którzy reprezentują skrajnie odmienną postawę życiową, zupełnie inny rodzaj myślenia i spojrzenia na świat, które stanowią tak wielką opozycję dla postaci lekarza, że już od początku mamy świadomość, że nie będzie jakiegokolwiek dialogu między nimi. O ile lekarz próbuje nawiązać dialog, zderza się ze ścianą, z żelazną logiką absurdalnych kontrargumentów tandemu wnuczek i dziadek. Normalna rozmowa jest niestety niemożliwa. Ta perspektywa dziadkowo-wnuczkowa jest do głębi przerażająca. W naszej interpretacji wnuczek jest bardzo fundamentalny, wręcz „narodowy”. I z takim niepokojącym fundamentalizmem, do którego nie dociera żaden dialog i do którego nie wiadomo jak się ustosunkować mamy do czynienia. Rozpoczyna się powolna dekonstrukcja ideowa i światopoglądowa lekarza. Przypomina się „Proces” Franza Kafki i jego bohater, który również jest w beznadziejnej sytuacji bez wyjścia. W „Karolu” argumenty wnuczka są niezwykle silne, momentami piekielnie logiczne, innym razem emocjonalne lub wyrachowane. Lekarz w pewnym momencie wątpi w rzeczy, o których mówi, do których jest od zawsze przekonany, ponieważ wnuczek i dziadek ze swoją radykalną postawą są niewiarygodnie przekonywującymi postaciami.
Ciekawy jest proces, w którym człowiek się zmienia, jak trwoga zajrzy mu w oczy. Tak naprawdę nikt z nas nie wie, jakby się w sytuacji zagrażającej jego życiu zachował. Różne rzeczy mogą wtedy wyjść z człowieka…
Okazuje się, że gdy człowiek zaczyna tracić grunt pod nogami, to zachowuje się zupełnie inaczej niż zazwyczaj. Lekarz zostaje postawiony w trudnej, wręcz ekstremalnej sytuacji i ostatecznie musi walczyć o swoje życie, ponieważ ma świadomość, że „Karol” to tylko tożsamość-maska, którą można nałożyć każdemu, łącznie z nim samym. Kiedy dyskutowaliśmy na temat samej retoryki wnuka, to czuliśmy, że jest w niej coś niebywale niepokojącego, że tkwi w tym ogromna destrukcyjna siła, która powoli szuka ujścia. Ja z racji tego, że jestem, nazwijmy to w skrócie - „dzieckiem wolnej Polski” i mam szansę spotkać się z takim tekstem, to wyłącznie odczytuję to przez tę rzeczywistość i te czasy, w których aktualnie żyję. Obecna sytuacja polityczno-społeczna w Polsce stanowiła zresztą dla nas nieustanne źródło inspiracji w trakcie pracy nad spektaklem.
Młode pokolenie często mówi, że formuła teatru Mrożka się wyczerpała razem z epoką w której pisał. Ty jesteś z młodego pokolenia i w naszej rozmowie bardzo czytelnie ustosunkowałeś się do tej opinii.
W tym momencie nie wyobrażam sobie teatru bez sztuk Sławomira Mrożka. Znakomity obserwator ludzkich zachowań i komentator rzeczywistości. Był, jest i pewnie będzie aktualny. Ludzie zawsze będą sięgać po jego twórczość. Mogą oczywiście być różne interpretacje, reinterpretacje i inscenizacje sztuk, ale będą. A jak ktoś uważa, że czas Mrożka minął…zapraszam serdecznie do Teatru Polskiego…niech się każdy sam przekona jak to z tym Mrożkiem jest… - puentuje Krzysztof Kwiatkowski.
Rozmawiała Małgosia
Przedstawienie: "3 x Mrożek", Teatr Polski w Warszawie, foto Krzysztof Bieliński. Oglądała 19 marca Małgosia
najbliższe spektakle - 12, 13 i 14 maja
29 stycznia 2017 roku po premierze spektaklu „3 x Mrożek” odbyła się uroczystość nadania imienia Sławomira Mrożka Scenie Kameralnej Teatru Polskiego w Warszawie. Uroczystościom towarzyszyła obecność żony i córki dramaturga, który w Teatrze Polskim święcił swe największe triumfy w okresie dyrekcji Kazimierza Dejmka. Tego dnia, w foyer Sceny Kameralnej otwarta została również wystawa poświęcona jego twórczości.
Dla uczczenia pamięci znakomitego dramatopisarza i prozaika wyreżyserowano jego trzy jednoaktówki. Reżyserii podjęli się aktorzy Teatru Polskiego - Jerzy Schejbal wyreżyserował „Karola”, Szymon Kuśmider – „Na pełnym morzu”, a Piotr Cyrwus - „Zabawę”.
Te trzy jednoaktówki powstały w latach 1960-1962 i śmiało można powiedzieć, że nie straciły na świeżości i aktualności. Znakomite dialogi, zaskakujące zwroty akcji i Mrożkowskie poczucie humoru są wiecznie żywe, a tematyka cały czas aktualna. Mrożek dołącza do grona klasyków polskiej literatury wnosząc uniwersalne spojrzenie nie tylko na naszą przeszłość, ale też, jak się okazuje - naszą współczesność.
O pracy nad spektaklem rozmawiamy z odtwórcą roli wnuczka z jednoaktówki „Karol” – Krzysztofem Kwiatkowskim.
- Byłem bardzo szczęśliwy, że dostałem możliwość zagrania w jednej z trzech jednoaktówek Sławomira Mrożka. Jest to moje pierwsze doświadczenie i spotkanie z twórczością polskiego dramatopisarza. Pierwsza styczność z taką literaturą, wymagającą specyficznego rodzaju aktorstwa. Było to dla mnie spore wyzwanie i jednocześnie fantastyczna, intensywna praca nad doskonałym materiałem – mówi w rozmowie z nami aktor Teatru Polskiego, Krzysztof Kwiatkowski.
Myślę, że z każdym kolejnym spektaklem sztuka cały czas będzie dojrzewała, nabierała nowych znaczeń i kontekstów. Treść „Karola” jest jak „gąbka”, pochłania to wszystko, co się w rzeczywistości aktualnie dzieje i pokazuje nam świat jak w lustrzanym odbiciu. Nieco wykrzywiony, wyolbrzymiony i dzięki temu niebywale prawdziwy i bolesny. Jako widzowie nie jesteśmy w stanie uniknąć konfrontacji z tym światem wykreowanym przez Sławomira Mrożka. Podobnie jest w przypadku pozostałych jednoaktówek: „Na pełnym morzu” i „Zabawy”. Gdy pracowaliśmy nad tekstem, obawialiśmy się momentami, że coś będzie zbyt dosadne, za bardzo będzie odnosiło się do dzisiejszej rzeczywistości. Mimo to, nie modyfikowaliśmy warstwy literackiej Mrożka. Założyliśmy, że przedstawiamy całość od początku do końca, że nie boimy się wyostrzonego spojrzenia autora „Karola” na świat, na Europę, na Polskę i na kondycję współczesnego człowieka.
Przerażająca historia dwóch światów – dziadka z wnuczkiem i lekarza. Jak zachować się w sytuacji zagrażającej życiu? Co człowiek jest w stanie zrobić, aby się uratować?
Mamy tu zderzenie dwóch postaw. Z jednej strony postawa lekarza intelektualisty, uczonego, możemy powiedzieć liberała, wykształconego, oczytanego, pełnego ideałów. Z drugiej strony mamy dziadka z wnuczkiem, którzy reprezentują skrajnie odmienną postawę życiową, zupełnie inny rodzaj myślenia i spojrzenia na świat, które stanowią tak wielką opozycję dla postaci lekarza, że już od początku mamy świadomość, że nie będzie jakiegokolwiek dialogu między nimi. O ile lekarz próbuje nawiązać dialog, zderza się ze ścianą, z żelazną logiką absurdalnych kontrargumentów tandemu wnuczek i dziadek. Normalna rozmowa jest niestety niemożliwa. Ta perspektywa dziadkowo-wnuczkowa jest do głębi przerażająca. W naszej interpretacji wnuczek jest bardzo fundamentalny, wręcz „narodowy”. I z takim niepokojącym fundamentalizmem, do którego nie dociera żaden dialog i do którego nie wiadomo jak się ustosunkować mamy do czynienia. Rozpoczyna się powolna dekonstrukcja ideowa i światopoglądowa lekarza. Przypomina się „Proces” Franza Kafki i jego bohater, który również jest w beznadziejnej sytuacji bez wyjścia. W „Karolu” argumenty wnuczka są niezwykle silne, momentami piekielnie logiczne, innym razem emocjonalne lub wyrachowane. Lekarz w pewnym momencie wątpi w rzeczy, o których mówi, do których jest od zawsze przekonany, ponieważ wnuczek i dziadek ze swoją radykalną postawą są niewiarygodnie przekonywującymi postaciami.
Ciekawy jest proces, w którym człowiek się zmienia, jak trwoga zajrzy mu w oczy. Tak naprawdę nikt z nas nie wie, jakby się w sytuacji zagrażającej jego życiu zachował. Różne rzeczy mogą wtedy wyjść z człowieka…
Okazuje się, że gdy człowiek zaczyna tracić grunt pod nogami, to zachowuje się zupełnie inaczej niż zazwyczaj. Lekarz zostaje postawiony w trudnej, wręcz ekstremalnej sytuacji i ostatecznie musi walczyć o swoje życie, ponieważ ma świadomość, że „Karol” to tylko tożsamość-maska, którą można nałożyć każdemu, łącznie z nim samym. Kiedy dyskutowaliśmy na temat samej retoryki wnuka, to czuliśmy, że jest w niej coś niebywale niepokojącego, że tkwi w tym ogromna destrukcyjna siła, która powoli szuka ujścia. Ja z racji tego, że jestem, nazwijmy to w skrócie - „dzieckiem wolnej Polski” i mam szansę spotkać się z takim tekstem, to wyłącznie odczytuję to przez tę rzeczywistość i te czasy, w których aktualnie żyję. Obecna sytuacja polityczno-społeczna w Polsce stanowiła zresztą dla nas nieustanne źródło inspiracji w trakcie pracy nad spektaklem.
Młode pokolenie często mówi, że formuła teatru Mrożka się wyczerpała razem z epoką w której pisał. Ty jesteś z młodego pokolenia i w naszej rozmowie bardzo czytelnie ustosunkowałeś się do tej opinii.
W tym momencie nie wyobrażam sobie teatru bez sztuk Sławomira Mrożka. Znakomity obserwator ludzkich zachowań i komentator rzeczywistości. Był, jest i pewnie będzie aktualny. Ludzie zawsze będą sięgać po jego twórczość. Mogą oczywiście być różne interpretacje, reinterpretacje i inscenizacje sztuk, ale będą. A jak ktoś uważa, że czas Mrożka minął…zapraszam serdecznie do Teatru Polskiego…niech się każdy sam przekona jak to z tym Mrożkiem jest… - puentuje Krzysztof Kwiatkowski.
Rozmawiała Małgosia
Przedstawienie: "3 x Mrożek", Teatr Polski w Warszawie, foto Krzysztof Bieliński. Oglądała 19 marca Małgosia
najbliższe spektakle - 12, 13 i 14 maja
piątek, 3 marca 2017
Piosenki Jacka Cygana w Teatrze Polskim - jak najbardziej polecamy!
Lubimy chodzić do teatru na spektakle śpiewane,a jeszcze jak są na małych, kameralnych scenach, gdzie widz ma doskonały kontakt z aktorami – wtedy odbiór jest naprawdę znakomity. Jak do tego dodamy to, co najważniejsze, czyli wspaniałe i profesjonalne wykonanie - to takie przedstawienia cieszą się dużą popularnością. Teatr Polski w Warszawie ma te wszystkie przymioty, które pozwalają na wystawianie muzycznych spektakli. Robi to doskonale i od lat pielęgnuje tradycję muzycznej-śpiewanej sceny. W bieżącym repertuarze ma pięć takich przedstawień - „Anda”, „Żarcik a propos”, „Wszędzie jest wyspa Tu”, „Natalia Sikora śpiewa Norwida” i ten aktualnie nas najbardziej interesujący „Cygan w Polskim. Życie jest piosenką”. Każde znakomite, godne polecenia i zobaczenia.
Piosenka jest dobra na wszystko – jak śpiewał niezapomniany Kabaret Starszych Panów. Nieważne ile mamy lat, gdyż muzyka wypełnia nam życie w każdym wieku. Niepoprawni romantycy zawsze lubią wracać do chwil, które im się pozytywnie kojarzą, przypominają dobre lata, młodość, czy beztroskie dzieciństwo (jeśli takie się miało), pierwsze miłosne uniesienia, ale i te smutne chwile. Bo życie to nie tylko radość i wesele, ale straty i łzy, a piosenka po prostu pomaga nam w życiu.
Spektakl stworzył Jacek Cygan. Napisał scenariusz i wyreżyserował wspaniały dwugodzinny estradowo-poetycki wieczór. Autor wielu niezapomnianych piosenek prowadzi swoje przedstawienie, śpiewa, opowiada ciekawe anegdoty o tych, których już nie ma między nami, ale pozostała ich twórczość – przytoczę tych największych - Gustaw Holoubek, Agnieszka Osiecka, Jonasz Kofta.
Autor zaprosił do swojego dzieła aktorów Teatru Polskiego – aktorów, którzy w swoich wykonaniach oddają siebie, to co czują i to, co przeżywają, śpiewając te piosenki. Śpiewane utwory dobrze znamy z innych wykonań. Jedne mogą nam bardziej przypaść do serca, inne mniej, ale wszystkie są zaśpiewane czy wyrecytowane profesjonalnie i po prostu pięknie. „Łatwopalni” w wykonaniu Andrzeja Seweryna i Jacka Cygana, „Mały Elf” w interpretacji Joanny Trzepiecińskiej, „Intymnie” wykonane w duecie przez Lidię Sadową i Szymona Kuśmidra, „Popołudnie” i „Mrok” zaśpiewane przez Krzysztofa Kwiatkowskiego – te utwory w nowych interpretacjach zapamiętamy. Można się wzruszyć, pośmiać, powspominać i przeżyć niezapomniany wieczór.
Krzysztof Kwiatkowski, fot. Marta AnkiersztejnPiosenka jest dobra na wszystko – jak śpiewał niezapomniany Kabaret Starszych Panów. Nieważne ile mamy lat, gdyż muzyka wypełnia nam życie w każdym wieku. Niepoprawni romantycy zawsze lubią wracać do chwil, które im się pozytywnie kojarzą, przypominają dobre lata, młodość, czy beztroskie dzieciństwo (jeśli takie się miało), pierwsze miłosne uniesienia, ale i te smutne chwile. Bo życie to nie tylko radość i wesele, ale straty i łzy, a piosenka po prostu pomaga nam w życiu.
Spektakl stworzył Jacek Cygan. Napisał scenariusz i wyreżyserował wspaniały dwugodzinny estradowo-poetycki wieczór. Autor wielu niezapomnianych piosenek prowadzi swoje przedstawienie, śpiewa, opowiada ciekawe anegdoty o tych, których już nie ma między nami, ale pozostała ich twórczość – przytoczę tych największych - Gustaw Holoubek, Agnieszka Osiecka, Jonasz Kofta.
Autor zaprosił do swojego dzieła aktorów Teatru Polskiego – aktorów, którzy w swoich wykonaniach oddają siebie, to co czują i to, co przeżywają, śpiewając te piosenki. Śpiewane utwory dobrze znamy z innych wykonań. Jedne mogą nam bardziej przypaść do serca, inne mniej, ale wszystkie są zaśpiewane czy wyrecytowane profesjonalnie i po prostu pięknie. „Łatwopalni” w wykonaniu Andrzeja Seweryna i Jacka Cygana, „Mały Elf” w interpretacji Joanny Trzepiecińskiej, „Intymnie” wykonane w duecie przez Lidię Sadową i Szymona Kuśmidra, „Popołudnie” i „Mrok” zaśpiewane przez Krzysztofa Kwiatkowskiego – te utwory w nowych interpretacjach zapamiętamy. Można się wzruszyć, pośmiać, powspominać i przeżyć niezapomniany wieczór.
Talent muzyczny Joanny Trzepiecińskiej dobrze znamy. Czysty, niezwykle dźwięczny i też o sporych możliwościach głos Lidii Sadowej również nie jest dla mnie zaskoczeniem, bo poznałam możliwości młodej aktorki w spektaklu „Listy na wyczerpanym papierze” Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory. Do zespołu „Cygana w Polskim” doszedł w tym sezonie Krzysztof Kwiatkowski. Ten niezwykle utalentowany aktor młodego pokolenia jest dla mnie wielkim odkryciem, jeśli idzie o scenę muzyczną. Wspaniały odtwórca roli Hamleta, Irydiona, Konrada z „Wyzwolenia” Stanisława Wyspiańskiego i wielu innych ról - zdradza widzom swoje nowe oblicze, nowy talent – tym razem wokalny.
Krzysztof Kwiatkowski opowiada nam jak trafił do obsady „Cygana” i jak ważna jest w jego życiu muzyka.
- Przed rozpoczęciem aktualnego sezonu teatralnego zadzwonił do mnie Pan Dyrektor Andrzej Seweryn z propozycją dołączenia do obsady spektaklu „Cygan w Polskim. Życie jest piosenką”. Bardzo ucieszyłem się na to wydarzenie, ponieważ zawsze chciałem zmierzyć się z tak wymagającym repertuarem. Spotkałem się również z Panem Jackiem Cyganem, aby wspólnie przedyskutować interpretację aktorską i muzyczną poszczególnych utworów – powiedział nam Krzysztof.
- Muzyka była dla mnie ważnym elementem życia już od dzieciństwa. W wieku kilkunastu lat chwyciłem gitarę i postanowiłem opanować ten instrument w jak najbardziej profesjonalny sposób. Początkowo uczyłem się sam, później lekcji udzielał mi fantastyczny basista krakowskiego zespołu Wawele - Jacek Chruściński. Po pewnym czasie odważyłem się grać i śpiewać. Często można było mnie spotkać na krakowskim rynku, śpiewającego ulubione rockowe i bluesowe kompozycje. Założyłem również zespół popowo-rockowy, z którym przez pewien czas koncertowałem. Przyszedł czas szkoły teatralnej, gdzie bardzo dużo śpiewaliśmy, nie tylko na zajęciach, ale przede wszystkim w wolnym czasie. Z kolei moim drugim profesjonalnym spektaklem, a jednocześnie debiutem na deskach Teatru STU w Krakowie była „Sonata Belzebuba” Witkacego w reżyserii Krzysztofa Jasińskiego. Miałem wielki zaszczyt śpiewać w tym muzycznym przedstawieniu piosenki wspólnie z Beatą Rybotycką, Zbigniewem Wodeckim i Agatą Myśliwiec. Wspaniale akompaniował nam również wirtuoz fortepianu - Konrad Mastyło. Dzięki tej przygodzie udało mi się zdobyć doświadczenia potrzebne w spektaklach i przedsięwzięciach muzycznych.
Wejście w już gotowy i wielokrotnie grany spektakl nigdy nie jest łatwe. Na szczęście koledzy z obsady „Cygana w Polskim” oraz wspaniali muzycy z zespołu Kameleon Quintet bardzo serdecznie przyjęli mnie do grona wykonawców. Wspierali mnie w trakcie prób i premierowego dla mnie spektaklu. Możliwość zaśpiewania tak kultowych kompozycji jak „Czas nas uczy pogody”, „Za młodzi, za starzy” czy „Popołudnie” to dla mnie wielkie przeżycie i fantastyczna przygoda – mówi nam aktor Teatru Polskiego.
- Jak czuję potrzebę zrelaksowania się, to właśnie pomaga mi w tym najlepiej muzyka. Lubię na chwilę zostawić wszystkie pilne sprawy, założyć słuchawki i przez chwilę posłuchać moich ulubionych kompozycji. W zależności od nastroju słucham też różnych gatunków - od rocka, bluesa, przez pop, swing, jazz, ale również piosenkę aktorską i poezję śpiewaną. Myślę, że bez muzyki moje życie byłoby zdecydowanie uboższe i jednowymiarowe. Mam wiele utworów, które towarzyszą mi od wielu lat, cześć z nich jest związana z różnymi istotnymi, często przełomowymi momentami w moim życiu. Jeżeli tylko mogę, jeżdżę na koncerty ulubionych artystów. Kilka lat temu byłem na koncercie Leonarda Cohena, Erica Claptona, Pata Metheny’ego, w międzyczasie na niepowtarzalnym Michale Bajorze, czy w ostatnim czasie na koncercie Grzegorza Turnaua. Muzyka towarzyszy mi w zasadzie o każdej porze dnia – podsumowuje Krzysztof Kwiatkowski.
Krzysztof Kwiatkowski opowiada nam jak trafił do obsady „Cygana” i jak ważna jest w jego życiu muzyka.
- Przed rozpoczęciem aktualnego sezonu teatralnego zadzwonił do mnie Pan Dyrektor Andrzej Seweryn z propozycją dołączenia do obsady spektaklu „Cygan w Polskim. Życie jest piosenką”. Bardzo ucieszyłem się na to wydarzenie, ponieważ zawsze chciałem zmierzyć się z tak wymagającym repertuarem. Spotkałem się również z Panem Jackiem Cyganem, aby wspólnie przedyskutować interpretację aktorską i muzyczną poszczególnych utworów – powiedział nam Krzysztof.
- Muzyka była dla mnie ważnym elementem życia już od dzieciństwa. W wieku kilkunastu lat chwyciłem gitarę i postanowiłem opanować ten instrument w jak najbardziej profesjonalny sposób. Początkowo uczyłem się sam, później lekcji udzielał mi fantastyczny basista krakowskiego zespołu Wawele - Jacek Chruściński. Po pewnym czasie odważyłem się grać i śpiewać. Często można było mnie spotkać na krakowskim rynku, śpiewającego ulubione rockowe i bluesowe kompozycje. Założyłem również zespół popowo-rockowy, z którym przez pewien czas koncertowałem. Przyszedł czas szkoły teatralnej, gdzie bardzo dużo śpiewaliśmy, nie tylko na zajęciach, ale przede wszystkim w wolnym czasie. Z kolei moim drugim profesjonalnym spektaklem, a jednocześnie debiutem na deskach Teatru STU w Krakowie była „Sonata Belzebuba” Witkacego w reżyserii Krzysztofa Jasińskiego. Miałem wielki zaszczyt śpiewać w tym muzycznym przedstawieniu piosenki wspólnie z Beatą Rybotycką, Zbigniewem Wodeckim i Agatą Myśliwiec. Wspaniale akompaniował nam również wirtuoz fortepianu - Konrad Mastyło. Dzięki tej przygodzie udało mi się zdobyć doświadczenia potrzebne w spektaklach i przedsięwzięciach muzycznych.
Wejście w już gotowy i wielokrotnie grany spektakl nigdy nie jest łatwe. Na szczęście koledzy z obsady „Cygana w Polskim” oraz wspaniali muzycy z zespołu Kameleon Quintet bardzo serdecznie przyjęli mnie do grona wykonawców. Wspierali mnie w trakcie prób i premierowego dla mnie spektaklu. Możliwość zaśpiewania tak kultowych kompozycji jak „Czas nas uczy pogody”, „Za młodzi, za starzy” czy „Popołudnie” to dla mnie wielkie przeżycie i fantastyczna przygoda – mówi nam aktor Teatru Polskiego.
- Jak czuję potrzebę zrelaksowania się, to właśnie pomaga mi w tym najlepiej muzyka. Lubię na chwilę zostawić wszystkie pilne sprawy, założyć słuchawki i przez chwilę posłuchać moich ulubionych kompozycji. W zależności od nastroju słucham też różnych gatunków - od rocka, bluesa, przez pop, swing, jazz, ale również piosenkę aktorską i poezję śpiewaną. Myślę, że bez muzyki moje życie byłoby zdecydowanie uboższe i jednowymiarowe. Mam wiele utworów, które towarzyszą mi od wielu lat, cześć z nich jest związana z różnymi istotnymi, często przełomowymi momentami w moim życiu. Jeżeli tylko mogę, jeżdżę na koncerty ulubionych artystów. Kilka lat temu byłem na koncercie Leonarda Cohena, Erica Claptona, Pata Metheny’ego, w międzyczasie na niepowtarzalnym Michale Bajorze, czy w ostatnim czasie na koncercie Grzegorza Turnaua. Muzyka towarzyszy mi w zasadzie o każdej porze dnia – podsumowuje Krzysztof Kwiatkowski.
Spektakl oglądała (4 grudnia i 15 lutego) oraz rozmawiała z Krzysztofem Kwiatkowskim - Małgosia
Najbliższe spektakle – 30 i 31 marca 2017
Cygan w Polskim. Życie jest piosenką, Teatr Polski w Warszawie
Subskrybuj:
Posty (Atom)












