Mamy czerwiec 1992 roku. W centrum Warszawy następuje otwarcie pierwszej polskiej restauracji popularnej sieci fastfood. Wstęgę przecina minister pracy, wśród gości są politycy, artyści i celebryci. Otwarciu towarzyszą tłumy. Dostajemy coś, co było znane tylko z opowieści. Zachód wkracza do Polski, a Polska przyjmuje go głodna, ładnie ubrana i pełna nadziei. I przez tę krótką chwilę, na skrzyżowaniu Świętokrzyskiej i Marszałkowskiej, jest tak, jakby otworzyły się wszystkie szanse świata. Dokument stopniowo przeradza się w fantazję, postaci historyczne mieszają się z fikcyjnymi.
"Podwójny z frytkami" – to najnowsza i ostatnia premiera kończącego się sezonu teatralnego w Teatrze Dramatycznym w Warszawie. Spektakl reżyseruje Piotr Pacześniak, a za tekst i dramaturgię odpowiada Jan Czapliński. O przedstawieniu rozmawiamy z młodą aktorką stołecznej Sceny Agatą Różycką.
- Zajmujemy się czasami, których faktycznie nie pamiętam. Wszystko się zaczęło rok przed moimi narodzinami. Jest to zatem taki moment historii, bardzo ważny, wyjątkowy a jednocześnie kuszący i niezwykle inspirujący by zrobić o tych latach spektakl. – mówi w rozmowie z nami Agata Różycka.
Lekcja historii...
Tak. My młodzi, chociaż już nie tacy młodzi ale jednak urodzeni po 92 roku mamy do tego lekki dystans - może to nie jest najodpowiedniejsze słowo, ale tak jest. Jesteśmy częścią tej historii, ale kompletnie tego nie pamiętamy. Punktem wyjścia nie było opowiadanie o kapitalizmie w kontekście historycznym, chcieliśmy raczej zajrzeć głębiej, czym ten kapitalizm był dla ludzi. Kim byli ci ludzie, jakie mieli pragnienia, cele, obsesje i marzenia. Za czym tęsknili, do czego dążyli, gdzie biegli, co chcieli złapać. Kim chcieli być. Przyglądamy się tej historii z naszej perspektywy, jak my, trzydziestolatkowie rozumiemy i rozpracowujemy ten kapitalizm. Postaci które gramy są mocno charakterystyczne, są to figury naszego społeczeństwa, odzwierciedlają emocje społeczeństwa, emocje, które wszystkim wówczas towarzyszyły.
Czy prześmiewcze?
Myślę że na to odpowie sobie widz. Nasz język teatralny i narracja którą proponujemy ma za zadanie bardziej podkreślić to o czym opowiadamy. Z mojej perspektywy to też wygląda tak, że lata dziewięćdziesiąte były nieco przejaskrawione, gdy zachód do nas przyszedł.
Zachłysnęliśmy się nowinkami...
Właśnie. To wszystko było takie pierwsze, wyjątkowe, ekscytujące, takie świeże, takie wow! Wtedy wydawało się to pewnie idealne. Świat naszych marzeń. Jeansy Levisy, guma do żucia, napoje, wszystkie rzeczy nieosiągalne latami. Dziś się z tego śmiejemy, ale wtedy to było na serio. Jednak teraz gdy to wszystko mamy, lubimy wracać do filmów z lat dziewięćdziesiątych, do czasów, gdy to wszystko było tylko na ekranie. Dlatego wpuszczamy w nasz spektakl różne gatunki, bawimy się tymi gatunkami, bawimy się konwencjami. Tym kolorem, tym przejaskrawieniem, delikatnym kiczem. Jest to bardzo smaczny kicz - tak jak wtedy te burgery i frytki - pachnące i smakujące zachodem i wielkimi zmianami. Oczywiście wpuszczamy trochę dowcipu, będzie trochę śmiechu , ale też odrobina gorzkiej opowieści o nas samych.
Praca nad spektaklem była wspólna?
Dla mnie niezwykle istotne jest współtworzenie i poczucie że jestem ważną cześcią, ważnym elementem tego procesu. Wydaje mi się, że wszyscy byliśmy tu razem. Czuć było, że jesteśmy w tej naszej wspólnej drodze bardzo "obecni". Jesteśmy twórcami, a nie tylko odtwórcami. Zaczynaliśmy ten proces od wielu rozmów, poszukiwań, wymiany inspiracji i myśli, od wielu improwizacji. Tekst, scenariusz powstawał na bieżąco. Zebrało się tu dużo wspaniałych osób, twórczych z pięknymi umysłami i sercami. Jednym słowem, bardzo udana praca za nami. Nawet bym powiedziała, że dla mnie za krótka...
Jak myślisz, do kogo ten spektakl bardziej trafi?
Nie chciałabym tego dzielić na takie kategorie, bo starsi widzowie potraktują to z ogromnym sentymentem, gdyż to lata ich młodości, a dla młodych może to być lekcja historii, opakowana w bardzo ciekawą formę. Opowiadana innym, oryginalnym językiem. To jest bardzo uniwersalna opowieść. Nam się marzy, aby każdy znalazł coś nad czym się pochyli i powspomina, co go poruszy. Zapraszamy na spektakle.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
"Podwójny z frytkami", Teatr Dramatyczny w Warszawie
Reżyseria Piotr Pacześniak, tekst i dramaturgia Jan Czapliński
Agata Różycka, foto Karolina Jóźwiak.
Najbliższe spektakle – 15, 16, 17 września
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Teatr Dramatyczny w Warszawie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Teatr Dramatyczny w Warszawie. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 17 lipca 2023
piątek, 11 lutego 2022
Modest Ruciński o „Sztuce intonacji” w Teatrze Dramatycznym
Małe mieszkania, kawiarniane stoliki, czarna herbata, kawa po turecku, wódka, wino – to wszystko otoczone papierosowym dymem, który jak mgła wypełnia pomieszczenia. W takiej aurze toczą się rozmowy o istocie teatru. Za nami premiera spektaklu "Sztuka intonacji" na małej scenie Teatru Dramatycznego w Warszawie. W sztuce tej Tadeusz Słobodzianek zagląda głęboko za kulisy i czerpie inspiracje z historii teatru, aby opowiedzieć o geniuszu i tworzeniu się wielkich idei, ale też o słabościach ludzkich i prozie życia. Widzowie będą mogli bawić się odkrywaniem najważniejszych postaci teatru XX wieku, z którym konfrontuje się i z którego czerpie teatr do czasów obecnych.
O nowej sztuce, pracy nad nią i teatrze rozmawiamy z aktorem Sceny Dramatycznej, Modestem Rucińskim.
Spektakl składa się z dwóch dramatów...
Tak, "Sztuki intonacji" i "Powrotu Orfeusza". Dramaty przeplatają się ze sobą. Opowiadają o trzech różnych okresach z życia Jerzego Grotowskiego. Na podstawie jego kariery opowiedziany jest - tak naprawdę - rozwój polskiego teatru. W tych dwóch sztukach występują ikony, prawdziwe filary polskiego teatru – mówi w rozmowie z nami Modest Ruciński.
Postacie są prawdziwe...
Bohaterowie są prawdziwi. Natomiast same spotkania są już pewnego rodzaju fikcją stworzoną przez Tadeusza Słobodzianka. Oczywiście wiadomo, że Jerzy Grotowski studiował w Moskwie, tam musiał się spotkać z Jurijem Zawadzkim, przez którego został subtelnie ze studiów relegowany. W "Powrocie Orfeusza" - drugim po "Sztuce intonacji" dramacie i jednocześnie drugim akcie spektaklu – oglądamy spotkanie w 1959 w Krakowie, przy jednym kawiarnianym stoliku, Jerzego Grotowskiego, Ludwika Flaszena i Tadeusza Kantora – i to jest spotkanie fikcyjne, opowiadające o początkach tworzenia Teatru 13 rzędów w Opolu. Akt trzeci to akt, w którym Grotowski wraca do swojego mistrza Zawadzkiego do Moskwy, jako dojrzały ukształtowany artysta, w dodatku znany na całym świecie.
Istotą jest teatr. Co jest takiego fenomenalnego w tym tworze, że żyje i żyć będzie?
Zadano mi ostatnio pytanie: czym jest dla mnie teatr? Uznałem, że odpowiem na nie dopiero, gdy skończę pracować nad Kantorem, ponieważ wszelkie nasuwające mi się odpowiedzi zbytnio kojarzyły mi się z jego poglądami dotyczącymi teatru. Postanowiłem poszukać własnej odpowiedzi. Przypomniały mi się słowa mojej pani profesor, Barbary Lasockiej, która zawsze powtarzała, że teatr jest wieczny jak trawa, że nigdy istnieć nie przestanie, że przetrwa wszystko. Dzięki najnowszym sztukom Tadeusza Słobodzianka możemy w dosyć syntetycznej formie – choć nie zawsze łatwej – poznać kulisy tworzenia teatru poprzez spotkania ich twórców. Poznać atmosferę, ten rodzaj pasji, wrażliwości i miłości, dzięki której dochodzi potem do spotkania z widzem, by ofiarować mu coś, co go wzruszy, rozbawi, a być może zmieni jego życie.
Jak teatr się zmieniał na przestrzeni lat?
Tak, jak zmieniał się świat. Czasami odwrotnie – to teatr zmieniał świat; niestety znacznie rzadziej, ale i tak się zdarzało. Tadeusz Kantor, niemal jak Miles Davis w jazzie, mimo własnego wyrazistego stylu, zmieniał i wciąż szukał nowych środków oddziaływania i przekazu, zarówno w teatrze, jak i w malarstwie. Mówił: "do ostatniej chwili nie wchodziłem do tego Panteonu Wielkich, po to, aby pozostawać w progu, ponieważ czułem, że za każdym razem mam coś jeszcze do zrobienia". To bardzo inspirujące i uświadamiające, że teatr jest i musi być wciąż żywy, a my – jego twórcy – musimy być gotowi na zmiany, wciąż doskonaląc swoje rzemiosło. Gotowi na spotkanie z widzem, z którym, zamknięci w jednej przestrzeni, przeżyjemy jakiś fragment życia. Ten sam czas nam upłynie. Wszystko może się wydarzyć i paradoksalnie, choć na scenie tworzymy fikcję, wszystko musi nosić znamiona prawdy. Dzięki temu może być ciekawie, mądrze, wzruszająco i zabawnie. Widzowie tego potrzebują, my tego potrzebujemy. Teatr tradycyjny, awangardowy, oparty na sztuce intonacji czy abstrakcji – to nie ma znaczenia. Chodzi o uczciwość. Nie ma miejsca na "ściemę". Ja na przykład w teatrze nie lubię przekonywać przekonanych, a zwykle tak dzieje się w przypadku teatru ideologicznego. Jeśli mi się uda, wolę wzruszyć lub rozśmieszyć. Widz sobie z tego wyciągnie to, czego mu potrzeba.
Wciela się pan w postać Tadeusza...
Otrzymałem postać o imieniu Tadeusz. Treść drugiego aktu "Sztuki intonacji" nie pozostawia wątpliwości, że autor sztuki miał na myśli Kantora. Ten Artysta stał się na nowo moim idolem, jak tylko zacząłem pracę nad rolą. Wgłębiłem się w jego twórczość i w jego widzenie teatru. Research, jaki sobie zrobiłem w Krakowie, był bardzo owocny. Kantor to niesamowita postać; mistrz, który nie poprzestawał na własnym geniuszu, ale postanowił edukować poprzez to co i jak tworzył. Jego pasja, poświęcenie, bezkompromisowość, są dla mnie bardzo inspirujące. Był gotów oddać życie za własną ideę. To cechuje wielkich artystów. Nam trzeba się od nich uczyć, uczyć o nich – po to, by iść naprzód, na czym samemu Kantorowi bardzo zależało.
Posiada pan znakomity głos. Możemy się o tym przekonać wybierając się na bardzo dobry musical Teatru Dramatycznego – "Człowiek z La Manchy".
Śpiewam od dziecka. Bardzo to lubię. Kto nie śpiewa, jest człowiekiem nieszczęśliwym! Polecam, nawet pod prysznicem. Podczas pracy nad "Człowiekiem z La Manchy" mieliśmy treningi wokalne z Jackiem Laszczkowskim, polskim śpiewakiem operowym. Wprowadził nas – a ja w to wszedłem naprawdę głęboko – w tajniki śpiewania operowego. Bardzo mnie to zafascynowało. Tu także nie ma miejsca na "ściemę". Wymagające rzemiosło.
Nie było zakusów na spróbowanie sił w śpiewie operowym?
Do tej pory nie. Nigdy nie myślałem, że śpiew operowy będzie w jakikolwiek sposób częścią mojej drogi aktorskiej. Ten zawód zaskakuje! Przy Don Kichocie zatliła się we mnie myśl, że może mógłbym to robić? To daleka i trudna droga, ale jako aktor mógłbym chyba zapytać: na kiedy?
Teatr Dramatyczny w Warszawie ma to szczęście, że posiada wspaniały zespół, który pięknie śpiewa, to wielki dar dla teatru.
Poczucie rytmu, umiejętność śpiewu, muzykalność – to nigdy nie powinno szufladkować aktora w kategorii, powiedzmy, aktora musicalowego. To błędne myślenie, które pokutuje w naszym środowisku. Wręcz przeciwnie, to wszystko podnosi wartość aktora dramatycznego. Wystarczy przyjść do teatru, żeby się przekonać.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Dramatyczny w Warszawie, "Sztuka intonacji" Tadeusza Słobodzianka, w reżyserii Anny Wieczur. Modest Ruciński jako Tadeusz Kantor. Zdjęcia K. Bieliński
7 stycznia próbę generalną obejrzała – Małgosia
Najbliższe spektakle – 19 i 20 lutego oraz 18, 19 i 20 marca
O nowej sztuce, pracy nad nią i teatrze rozmawiamy z aktorem Sceny Dramatycznej, Modestem Rucińskim.
Spektakl składa się z dwóch dramatów...
Tak, "Sztuki intonacji" i "Powrotu Orfeusza". Dramaty przeplatają się ze sobą. Opowiadają o trzech różnych okresach z życia Jerzego Grotowskiego. Na podstawie jego kariery opowiedziany jest - tak naprawdę - rozwój polskiego teatru. W tych dwóch sztukach występują ikony, prawdziwe filary polskiego teatru – mówi w rozmowie z nami Modest Ruciński.
Postacie są prawdziwe...
Bohaterowie są prawdziwi. Natomiast same spotkania są już pewnego rodzaju fikcją stworzoną przez Tadeusza Słobodzianka. Oczywiście wiadomo, że Jerzy Grotowski studiował w Moskwie, tam musiał się spotkać z Jurijem Zawadzkim, przez którego został subtelnie ze studiów relegowany. W "Powrocie Orfeusza" - drugim po "Sztuce intonacji" dramacie i jednocześnie drugim akcie spektaklu – oglądamy spotkanie w 1959 w Krakowie, przy jednym kawiarnianym stoliku, Jerzego Grotowskiego, Ludwika Flaszena i Tadeusza Kantora – i to jest spotkanie fikcyjne, opowiadające o początkach tworzenia Teatru 13 rzędów w Opolu. Akt trzeci to akt, w którym Grotowski wraca do swojego mistrza Zawadzkiego do Moskwy, jako dojrzały ukształtowany artysta, w dodatku znany na całym świecie.
Istotą jest teatr. Co jest takiego fenomenalnego w tym tworze, że żyje i żyć będzie?
Zadano mi ostatnio pytanie: czym jest dla mnie teatr? Uznałem, że odpowiem na nie dopiero, gdy skończę pracować nad Kantorem, ponieważ wszelkie nasuwające mi się odpowiedzi zbytnio kojarzyły mi się z jego poglądami dotyczącymi teatru. Postanowiłem poszukać własnej odpowiedzi. Przypomniały mi się słowa mojej pani profesor, Barbary Lasockiej, która zawsze powtarzała, że teatr jest wieczny jak trawa, że nigdy istnieć nie przestanie, że przetrwa wszystko. Dzięki najnowszym sztukom Tadeusza Słobodzianka możemy w dosyć syntetycznej formie – choć nie zawsze łatwej – poznać kulisy tworzenia teatru poprzez spotkania ich twórców. Poznać atmosferę, ten rodzaj pasji, wrażliwości i miłości, dzięki której dochodzi potem do spotkania z widzem, by ofiarować mu coś, co go wzruszy, rozbawi, a być może zmieni jego życie.
Jak teatr się zmieniał na przestrzeni lat?
Tak, jak zmieniał się świat. Czasami odwrotnie – to teatr zmieniał świat; niestety znacznie rzadziej, ale i tak się zdarzało. Tadeusz Kantor, niemal jak Miles Davis w jazzie, mimo własnego wyrazistego stylu, zmieniał i wciąż szukał nowych środków oddziaływania i przekazu, zarówno w teatrze, jak i w malarstwie. Mówił: "do ostatniej chwili nie wchodziłem do tego Panteonu Wielkich, po to, aby pozostawać w progu, ponieważ czułem, że za każdym razem mam coś jeszcze do zrobienia". To bardzo inspirujące i uświadamiające, że teatr jest i musi być wciąż żywy, a my – jego twórcy – musimy być gotowi na zmiany, wciąż doskonaląc swoje rzemiosło. Gotowi na spotkanie z widzem, z którym, zamknięci w jednej przestrzeni, przeżyjemy jakiś fragment życia. Ten sam czas nam upłynie. Wszystko może się wydarzyć i paradoksalnie, choć na scenie tworzymy fikcję, wszystko musi nosić znamiona prawdy. Dzięki temu może być ciekawie, mądrze, wzruszająco i zabawnie. Widzowie tego potrzebują, my tego potrzebujemy. Teatr tradycyjny, awangardowy, oparty na sztuce intonacji czy abstrakcji – to nie ma znaczenia. Chodzi o uczciwość. Nie ma miejsca na "ściemę". Ja na przykład w teatrze nie lubię przekonywać przekonanych, a zwykle tak dzieje się w przypadku teatru ideologicznego. Jeśli mi się uda, wolę wzruszyć lub rozśmieszyć. Widz sobie z tego wyciągnie to, czego mu potrzeba.
Wciela się pan w postać Tadeusza...
Otrzymałem postać o imieniu Tadeusz. Treść drugiego aktu "Sztuki intonacji" nie pozostawia wątpliwości, że autor sztuki miał na myśli Kantora. Ten Artysta stał się na nowo moim idolem, jak tylko zacząłem pracę nad rolą. Wgłębiłem się w jego twórczość i w jego widzenie teatru. Research, jaki sobie zrobiłem w Krakowie, był bardzo owocny. Kantor to niesamowita postać; mistrz, który nie poprzestawał na własnym geniuszu, ale postanowił edukować poprzez to co i jak tworzył. Jego pasja, poświęcenie, bezkompromisowość, są dla mnie bardzo inspirujące. Był gotów oddać życie za własną ideę. To cechuje wielkich artystów. Nam trzeba się od nich uczyć, uczyć o nich – po to, by iść naprzód, na czym samemu Kantorowi bardzo zależało.
Posiada pan znakomity głos. Możemy się o tym przekonać wybierając się na bardzo dobry musical Teatru Dramatycznego – "Człowiek z La Manchy".
Śpiewam od dziecka. Bardzo to lubię. Kto nie śpiewa, jest człowiekiem nieszczęśliwym! Polecam, nawet pod prysznicem. Podczas pracy nad "Człowiekiem z La Manchy" mieliśmy treningi wokalne z Jackiem Laszczkowskim, polskim śpiewakiem operowym. Wprowadził nas – a ja w to wszedłem naprawdę głęboko – w tajniki śpiewania operowego. Bardzo mnie to zafascynowało. Tu także nie ma miejsca na "ściemę". Wymagające rzemiosło.
Nie było zakusów na spróbowanie sił w śpiewie operowym?
Do tej pory nie. Nigdy nie myślałem, że śpiew operowy będzie w jakikolwiek sposób częścią mojej drogi aktorskiej. Ten zawód zaskakuje! Przy Don Kichocie zatliła się we mnie myśl, że może mógłbym to robić? To daleka i trudna droga, ale jako aktor mógłbym chyba zapytać: na kiedy?
Teatr Dramatyczny w Warszawie ma to szczęście, że posiada wspaniały zespół, który pięknie śpiewa, to wielki dar dla teatru.
Poczucie rytmu, umiejętność śpiewu, muzykalność – to nigdy nie powinno szufladkować aktora w kategorii, powiedzmy, aktora musicalowego. To błędne myślenie, które pokutuje w naszym środowisku. Wręcz przeciwnie, to wszystko podnosi wartość aktora dramatycznego. Wystarczy przyjść do teatru, żeby się przekonać.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Dramatyczny w Warszawie, "Sztuka intonacji" Tadeusza Słobodzianka, w reżyserii Anny Wieczur. Modest Ruciński jako Tadeusz Kantor. Zdjęcia K. Bieliński
7 stycznia próbę generalną obejrzała – Małgosia
Najbliższe spektakle – 19 i 20 lutego oraz 18, 19 i 20 marca
czwartek, 27 lutego 2020
Mateusz Weber o premierze musicalu "Człowiek z La Manchy"
31 stycznia na deskach Teatru Dramatycznego, Sceny im. Gustawa Holoubka odbyła się premiera musicalu "Człowiek z La Manchy". Tak teatr zachęca do obejrzenia nowego spektaklu: „Piękna i ponadczasowa opowieść o sile słowa, która przemienia marzenia w rzeczywistość. Kto nie lubi baśni? Kto nie lubi wracać do lat dzieciństwa? Czy szaleńcem jest ten, który walczy z wiatrakami i pragnie naprawiać krzywdy, czy ten, który uznaje świat za niezmienny i oczywisty? W historii o nieustraszonym Don Kichocie sprawy głębokie i dotkliwe stykają się z rubasznością i dowcipem, a czułość przeplata się z brutalnością. Człowiek z La Manchy to pełen rozmachu musical. W broadwayowskim hicie zainspirowanym powieścią Miguela de Cervantesa nie zabraknie historii miłosnej, wartkich dialogów i dużej dawki humoru.”
O premierze Teatru Dramatycznego rozmawiamy z Mateuszem Weberem, który wciela się w postać Padre.
Zapowiada się gorąco...
Tak, oglądałem kawałek próby z pierwszego balkonu i wygląda to niesamowicie. Ten hiszpański duch, i aranżacja Adama Sztaby jest porywająca. To jak wspaniale Adam z nami pracował, miło na to było patrzeć i w tym uczestniczyć – mówi nam Mateusz Weber.
- Po raz kolejny udało nam się zbudować ciekawy zespół, który świetnie ze sobą współgra – cieszy się Mateusz.
To chyba nie było aż takie trudne? Zespół macie znakomity.
Dziękuje. To prawda, zgadzam się z tym całkowicie. Mamy dobrany zespół w Teatrze Dramatycznym. To nie pierwsze nasze przedstawienie na taką skalę. Reżyser Anna Wieczur-Bluszcz wprowadziła nas w bajkowy świat. Scenografia jest ręcznie malowana, fantastycznie to z całością się komponuje. Opowiadamy historię, która jest piękną legendą. Ktoś mnie ostatnio zapytał - po co się robi dziś Don Kichota? A ja odpowiadam, że porusza podstawowe z najważniejszych kwestii: wiarę i lepszy świat. I chce urzeczywistnić marzenia. Pokazuje, jak ważne są rzeczywistość i marzenia, i to, by żyć po prostu w zgodzie z samym sobą i być dobrym dla innych. Tego brakuje nam w codziennym, dzisiejszym życiu, dlatego uważam, że to przedstawienie jest ważne. A dodatkowo, w jakiej wersji jest pokazane - bardzo klasycznie. Są także wplecione pewne elementy współczesności, zupełnie świadomie, i dobrze, niech będą. Ania Wieczur-Bluszcz jest perfekcjonistką w każdym calu.
Powiedz coś o swoim bohaterze...
Gram Padre, człowieka, który przyjaźni się z Kichaną. Myślę, że też jest marzycielem, w swoim patrzeniu na świat. Kiedy Kichana znika, razem ruszają w poszukiwania dwóch światów: wiary i nauki. Te dwa światy się gdzieś ze sobą ścierają. Mam nadzieję, że udało nam się wypracować jakiś ciekawy konflikt. Pojawia się też wątek miłosny. Jest zakochany, ale nie zdradzajmy wszystkiego…
Czy jak w powieści pojawia się wątek więzienny?
Będą sceny więzienne. Nie chcę za dużo mówić, żeby widz sam przyszedł i się przekonał, jak nam się udało przedstawić całą tę historię.
Dodam tylko, że więzienie jest zupełnie innym światem, jest nieco uwspółcześnione. Jest to świat stworzony przez Don Kichota. Na tym się przede wszystkim historia opiera. Akcja jest dość wartka. Wszystkie sceny rozgrywają się w niesamowitym tempie.
Trzy musicale z najwyższej półki w repertuarze. Jest się czym pochwalić.
Musimy pamiętać, że jesteśmy teatrem dramatycznym, ale repertuar musicalowy, którym się zajmujemy, daje nam ogromne możliwości. Chodzi o granie dramatyczne, i na szczęście dobrze się w nim czujemy. Mamy wszechstronny zespół, który potrafi na równi śpiewać i grać dramatyczne role. Szczególnie udowadnia to praca z dziesięcioosobową orkiestrą i dyrygentem. Praca pod batutą jest czymś zupełnie innym, to jest dla mnie nowe doświadczenie. No i znakomity zespół Adama Sztaby... Bardzo się cieszę, że biorę udział w tym projekcie, muzyka towarzyszy nam praktycznie cały czas. Zapraszamy w progi naszego teatru!
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
"Człowiek z La Manchy" D. Wasserman, M. Leigh, J. Darion
Teatr Dramatyczny w Warszawie, Scena im. G. Holoubka
reżyseria Anna Wieczur-Bluszcz
PREMIERA 31 stycznia 2020 r.
Mateusz Weber w roli Padre
Foto Krzysztof Bieliński
Najbliższe spektakle – 28 i 29 lutego, 1, 28, 29 marca
O premierze Teatru Dramatycznego rozmawiamy z Mateuszem Weberem, który wciela się w postać Padre.
Zapowiada się gorąco...
Tak, oglądałem kawałek próby z pierwszego balkonu i wygląda to niesamowicie. Ten hiszpański duch, i aranżacja Adama Sztaby jest porywająca. To jak wspaniale Adam z nami pracował, miło na to było patrzeć i w tym uczestniczyć – mówi nam Mateusz Weber.
- Po raz kolejny udało nam się zbudować ciekawy zespół, który świetnie ze sobą współgra – cieszy się Mateusz.
To chyba nie było aż takie trudne? Zespół macie znakomity.
Dziękuje. To prawda, zgadzam się z tym całkowicie. Mamy dobrany zespół w Teatrze Dramatycznym. To nie pierwsze nasze przedstawienie na taką skalę. Reżyser Anna Wieczur-Bluszcz wprowadziła nas w bajkowy świat. Scenografia jest ręcznie malowana, fantastycznie to z całością się komponuje. Opowiadamy historię, która jest piękną legendą. Ktoś mnie ostatnio zapytał - po co się robi dziś Don Kichota? A ja odpowiadam, że porusza podstawowe z najważniejszych kwestii: wiarę i lepszy świat. I chce urzeczywistnić marzenia. Pokazuje, jak ważne są rzeczywistość i marzenia, i to, by żyć po prostu w zgodzie z samym sobą i być dobrym dla innych. Tego brakuje nam w codziennym, dzisiejszym życiu, dlatego uważam, że to przedstawienie jest ważne. A dodatkowo, w jakiej wersji jest pokazane - bardzo klasycznie. Są także wplecione pewne elementy współczesności, zupełnie świadomie, i dobrze, niech będą. Ania Wieczur-Bluszcz jest perfekcjonistką w każdym calu.
Powiedz coś o swoim bohaterze...
Gram Padre, człowieka, który przyjaźni się z Kichaną. Myślę, że też jest marzycielem, w swoim patrzeniu na świat. Kiedy Kichana znika, razem ruszają w poszukiwania dwóch światów: wiary i nauki. Te dwa światy się gdzieś ze sobą ścierają. Mam nadzieję, że udało nam się wypracować jakiś ciekawy konflikt. Pojawia się też wątek miłosny. Jest zakochany, ale nie zdradzajmy wszystkiego…
Czy jak w powieści pojawia się wątek więzienny?
Będą sceny więzienne. Nie chcę za dużo mówić, żeby widz sam przyszedł i się przekonał, jak nam się udało przedstawić całą tę historię.
Dodam tylko, że więzienie jest zupełnie innym światem, jest nieco uwspółcześnione. Jest to świat stworzony przez Don Kichota. Na tym się przede wszystkim historia opiera. Akcja jest dość wartka. Wszystkie sceny rozgrywają się w niesamowitym tempie.
Trzy musicale z najwyższej półki w repertuarze. Jest się czym pochwalić.
Musimy pamiętać, że jesteśmy teatrem dramatycznym, ale repertuar musicalowy, którym się zajmujemy, daje nam ogromne możliwości. Chodzi o granie dramatyczne, i na szczęście dobrze się w nim czujemy. Mamy wszechstronny zespół, który potrafi na równi śpiewać i grać dramatyczne role. Szczególnie udowadnia to praca z dziesięcioosobową orkiestrą i dyrygentem. Praca pod batutą jest czymś zupełnie innym, to jest dla mnie nowe doświadczenie. No i znakomity zespół Adama Sztaby... Bardzo się cieszę, że biorę udział w tym projekcie, muzyka towarzyszy nam praktycznie cały czas. Zapraszamy w progi naszego teatru!
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
"Człowiek z La Manchy" D. Wasserman, M. Leigh, J. Darion
Teatr Dramatyczny w Warszawie, Scena im. G. Holoubka
reżyseria Anna Wieczur-Bluszcz
PREMIERA 31 stycznia 2020 r.
Mateusz Weber w roli Padre
Foto Krzysztof Bieliński
Najbliższe spektakle – 28 i 29 lutego, 1, 28, 29 marca
czwartek, 16 stycznia 2020
Maja Komorowska w wyśmienitej formie
- Gramy już 25 lat. Serdecznie dziękujemy, że są państwo z nami i życzymy dobrej nocy - tymi słowami Mai Komorowskiej zakończył się kolejny spektakl "Szczęśliwych dni", który miał miejsce w niedzielę 12 stycznia na Scenie Haliny Mikołajskiej Teatru Dramatycznego w Warszawie.
Spektakl "Szczęśliwe dni" na podstawie sztuki Samuela Becketta miał swoją premierę w Teatrze Dramatycznym w 1995 roku. To znakomita adaptacja Becketta w wykonaniu mistrza Antoniego Libery - tłumacza oraz wybitnego znawcy jego twórczości, ale również popis gry i talentu Mai Komorowskiej. Kobiecie nie zagląda się w papiery, ale muszę podkreślić, że forma wspaniałej polskiej aktorki jest po prostu wyśmienita. Pani profesor przykuwa widza do teatralnego krzesła, sprawia, że skupiamy się na niełatwym i dość ponurym w nastroju tekście od pierwszych wypowiedzianych słów. Energia Mai Komorowskiej w tym czarnym humorze Becketta sprawia, że mamy do czynienia z wybitną kreacją aktorską.
"Szczęśliwe dni" to głównie monolog, ale dzięki znakomitej grze aktorskiej obserwujemy przebieg wydarzeń z zainteresowaniem. Możemy się pośmiać, pomyśleć. Wykonanie zmusza do refleksji nad sensem życia i nad tym, co życie niesie ze sobą - starzenie się, trudy funkcjonowania, samotność, brak komunikacji między ludźmi i powolne umieranie, czyli o wszystkim, co nieuchronne. Taki już jest ten człowieczy los.
Każdy kolejny przeżyty przez bohaterkę sztuki dzień jest taki sam, wypełniony absurdalnymi zdarzeniami, codziennymi rytuałami, które wypełniają jej życie. Optymistycznym akcentem w tej pesymistycznej wizji jest postrzeganie pozytywnych, drobnych zdarzeń i rzeczy jako szczęście. Dzieje się tak za sprawą miłości, którą bohaterka darzy męża, chyba z wzajemnością... Niewiele słów wypowiedzianych przez męża, ale znaczące istnienie tej postaci. W tej roli znakomity aktor Teatru Dramatycznego Adam Ferency.
Nie mogłam dotrzeć na to przedstawienie. A gdy wreszcie dotarłam, zrozumiałam, dlaczego sztuka grana jest tak długo, a sala jest zawsze pełna. Cieszę się ogromnie, że w końcu zawitałam na to wysokie piętro w Pałacu Kultury i Nauki. Oj, warto było. Jeśli ktoś jeszcze przez ćwierć wieku nie dotarł na "Szczęśliwe dni", niech szybko skieruje tam swoje kroki.
Małgorzata Gotowiec
Kolejne spektakle – 22 i 23 lutego
Spektakl "Szczęśliwe dni" na podstawie sztuki Samuela Becketta miał swoją premierę w Teatrze Dramatycznym w 1995 roku. To znakomita adaptacja Becketta w wykonaniu mistrza Antoniego Libery - tłumacza oraz wybitnego znawcy jego twórczości, ale również popis gry i talentu Mai Komorowskiej. Kobiecie nie zagląda się w papiery, ale muszę podkreślić, że forma wspaniałej polskiej aktorki jest po prostu wyśmienita. Pani profesor przykuwa widza do teatralnego krzesła, sprawia, że skupiamy się na niełatwym i dość ponurym w nastroju tekście od pierwszych wypowiedzianych słów. Energia Mai Komorowskiej w tym czarnym humorze Becketta sprawia, że mamy do czynienia z wybitną kreacją aktorską.
"Szczęśliwe dni" to głównie monolog, ale dzięki znakomitej grze aktorskiej obserwujemy przebieg wydarzeń z zainteresowaniem. Możemy się pośmiać, pomyśleć. Wykonanie zmusza do refleksji nad sensem życia i nad tym, co życie niesie ze sobą - starzenie się, trudy funkcjonowania, samotność, brak komunikacji między ludźmi i powolne umieranie, czyli o wszystkim, co nieuchronne. Taki już jest ten człowieczy los.
Każdy kolejny przeżyty przez bohaterkę sztuki dzień jest taki sam, wypełniony absurdalnymi zdarzeniami, codziennymi rytuałami, które wypełniają jej życie. Optymistycznym akcentem w tej pesymistycznej wizji jest postrzeganie pozytywnych, drobnych zdarzeń i rzeczy jako szczęście. Dzieje się tak za sprawą miłości, którą bohaterka darzy męża, chyba z wzajemnością... Niewiele słów wypowiedzianych przez męża, ale znaczące istnienie tej postaci. W tej roli znakomity aktor Teatru Dramatycznego Adam Ferency.
Nie mogłam dotrzeć na to przedstawienie. A gdy wreszcie dotarłam, zrozumiałam, dlaczego sztuka grana jest tak długo, a sala jest zawsze pełna. Cieszę się ogromnie, że w końcu zawitałam na to wysokie piętro w Pałacu Kultury i Nauki. Oj, warto było. Jeśli ktoś jeszcze przez ćwierć wieku nie dotarł na "Szczęśliwe dni", niech szybko skieruje tam swoje kroki.
Małgorzata Gotowiec
Kolejne spektakle – 22 i 23 lutego
poniedziałek, 30 grudnia 2019
Martyna Kowalik o sztuce „Biesy” i miłości do klasyki
Skandale towarzyskie, popełnione w przeszłości zbrodnie, spiski polityczne i plany rewolucji – taki jest świat Fiodora Dostojewskiego. Pisarz wyprzedził swoją epokę i dziś przeglądamy się w jego arcydziele jak w krzywym zwierciadle. Szaleństwo tekstu, żarliwość dialogów pokazują świat pijany od idei.
"Biesy", najnowszy spektakl Teatru Dramatycznego, Sceny na Woli im. Tadeusza Łomnickiego w Warszawie, w ślad za wieloznacznością utworów pisarza nie ocenia i nie wskazuje, gdzie jest racja. Przedstawienie powstało w koprodukcji Teatru Dramatycznego z Teatrem Provisorium, jednym z najważniejszych teatrów alternatywnych, który od zawsze poszukiwał inspiracji w wybitnych tekstach polskiej i światowej literatury.
- Trzeba podkreślić, że nie robimy sztuki kostiumowej z dosłowną scenografią z epoki. Będzie dużo metafizyki i symbolizmu – mówi w rozmowie z nami aktorka młodego pokolenia Martyna Kowalik, wcielająca się w postać Lizy.
Będzie mrocznie...
Jak najbardziej, będzie to spektakl mroczny, jak to u Dostojewskiego. Nie zabraknie namiętności. Jest tu wszystko: miłość, śmierć, obłęd. Jestem miłośniczką "Braci Karamazow", zresztą to była moja sztuka dyplomowa. To właśnie w nich są przepiękne role dla kobiet, co się bardzo rzadko zdarza w dramatach. Nie oszukujmy się - kobiety bardzo często są pomijane, a mężczyźni grają pierwsze skrzypce.
Tekst pełen namiętności to skarb dla aktora.
Zdecydowanie. Namiętności, intrygi, emocje to środowisko, w którym aktor może się wykazać. Jest miejsce, aby się pośmiać, popłakać, poszaleć. Twórczość Fiodora Dostojewskiego daje duże możliwości.
Jest to literatura pełna największych wyzwań dla aktora...
Tak, jest to wyzwanie, bo nie da się tego tekstu grać na chłodno, markować. Absolutnie trzeba dać z siebie wszystko, trzeba przeżywać, wczuć się w postać, poobijać. Przyznaję, że po próbach mam już odrobinę zmęczone ciało. Niestety na tym etapie nie można odpuszczać. Trzeba dać z siebie wszystko.
Dużo grasz, i z każdym przedstawieniem nabierasz doświadczenia. Jak odbierasz siebie na przestrzeni tych ostatnich lat?
W Teatrze Dramatycznym jestem na etacie od pięciu lat. Teatralnie dosyć wcześnie wystartowałam, bo już na trzecim roku debiutowałam w Teatrze Komedia. Potem jako wolny strzelec współpracowałam z Teatrem Polskim, Ateneum, teatrem w Częstochowie i Płocku. Czuję, że jestem na etapie zdecydowanie większej pewności siebie. Jest we mnie mniej wstydu, mniej się zastanawiam, czy coś wypada, czy nie. W szkole dostajemy podstawowy warsztat, a potem zaczyna się prawdziwe granie. Uczymy się od kolegów, głównie od starszych. W moim obecnym teatrze takimi nauczycielami są dla mnie Adam Ferency i Łukasz Lewandowski. Często podglądam ich na próbach i jeśli czegoś nie wiem, albo nie jestem pewna, to proszę ich o radę w jakim kierunku powinnam iść, czy to co proponuję jest dobre, i co zrobić, by było jeszcze lepsze. Trafił mi się w teatrze wspaniały zespół świetnych aktorów, od których bardzo wiele mogę się nauczyć. To jest dar, który trzeba wykorzystać.
Kiedy dojrzałaś do twórczości Dostojewskiego, czy rozumiałaś go w pełni już od dawna?
Twórczość Dostojewskiego jest tak złożona i bogata, że trudno mówić o pełnym jej zrozumieniu. Za każdym razem, gdy sięgasz po jego dzieło, odkrywasz coś nowego. Inaczej interpretujesz, dostrzegasz nowe wątki, patrzysz przez pryzmat swoich doświadczeń życiowych, które z biegiem czasu się zmieniają.
"Biesy" dopiero odkrywam, myślę, że im dłużej będziemy to grać, tym bardziej się z tym spektaklem zżyję. Z biegiem czasu ta postać będzie we mnie ewoluowała, co zapewne przełoży się na sposób, w jaki będę grała ją na scenie.
Chyba tak jest z każdym spektaklem... Każdy jest inny, to jest cudowne w teatrze...
Na pewno tak. To jest właśnie magia teatru. Nie ma drugiego takiego samego przedstawienia. Muszę przyznać, że lubię klasykę. Bardzo dobrze odnajduję się w dziełach Szekspira oraz Dostojewskiego, który jest u nas ciągle odkrywany. Oczywiście czekam na wyzwania, które stawia przed aktorami współczesna dramaturgia. Mam nadzieję, że przede mną jeszcze wiele ciekawych i wymagających ról.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
"Biesy"
Teatr Dramatyczny w Warszawie
Adaptacja i reżyseria Janusz Opryński
Martyna Kowalik jako Liza Drozdow
foto Krzysztof Bieliński
Spektakl obejrzała 12 grudnia Małgosia
Kolejne przedstawienia – 1, 2 i 4 lutego w 2020 roku.
"Biesy", najnowszy spektakl Teatru Dramatycznego, Sceny na Woli im. Tadeusza Łomnickiego w Warszawie, w ślad za wieloznacznością utworów pisarza nie ocenia i nie wskazuje, gdzie jest racja. Przedstawienie powstało w koprodukcji Teatru Dramatycznego z Teatrem Provisorium, jednym z najważniejszych teatrów alternatywnych, który od zawsze poszukiwał inspiracji w wybitnych tekstach polskiej i światowej literatury.
- Trzeba podkreślić, że nie robimy sztuki kostiumowej z dosłowną scenografią z epoki. Będzie dużo metafizyki i symbolizmu – mówi w rozmowie z nami aktorka młodego pokolenia Martyna Kowalik, wcielająca się w postać Lizy.
Będzie mrocznie...
Jak najbardziej, będzie to spektakl mroczny, jak to u Dostojewskiego. Nie zabraknie namiętności. Jest tu wszystko: miłość, śmierć, obłęd. Jestem miłośniczką "Braci Karamazow", zresztą to była moja sztuka dyplomowa. To właśnie w nich są przepiękne role dla kobiet, co się bardzo rzadko zdarza w dramatach. Nie oszukujmy się - kobiety bardzo często są pomijane, a mężczyźni grają pierwsze skrzypce.
Tekst pełen namiętności to skarb dla aktora.
Zdecydowanie. Namiętności, intrygi, emocje to środowisko, w którym aktor może się wykazać. Jest miejsce, aby się pośmiać, popłakać, poszaleć. Twórczość Fiodora Dostojewskiego daje duże możliwości.
Jest to literatura pełna największych wyzwań dla aktora...
Tak, jest to wyzwanie, bo nie da się tego tekstu grać na chłodno, markować. Absolutnie trzeba dać z siebie wszystko, trzeba przeżywać, wczuć się w postać, poobijać. Przyznaję, że po próbach mam już odrobinę zmęczone ciało. Niestety na tym etapie nie można odpuszczać. Trzeba dać z siebie wszystko.
Dużo grasz, i z każdym przedstawieniem nabierasz doświadczenia. Jak odbierasz siebie na przestrzeni tych ostatnich lat?
W Teatrze Dramatycznym jestem na etacie od pięciu lat. Teatralnie dosyć wcześnie wystartowałam, bo już na trzecim roku debiutowałam w Teatrze Komedia. Potem jako wolny strzelec współpracowałam z Teatrem Polskim, Ateneum, teatrem w Częstochowie i Płocku. Czuję, że jestem na etapie zdecydowanie większej pewności siebie. Jest we mnie mniej wstydu, mniej się zastanawiam, czy coś wypada, czy nie. W szkole dostajemy podstawowy warsztat, a potem zaczyna się prawdziwe granie. Uczymy się od kolegów, głównie od starszych. W moim obecnym teatrze takimi nauczycielami są dla mnie Adam Ferency i Łukasz Lewandowski. Często podglądam ich na próbach i jeśli czegoś nie wiem, albo nie jestem pewna, to proszę ich o radę w jakim kierunku powinnam iść, czy to co proponuję jest dobre, i co zrobić, by było jeszcze lepsze. Trafił mi się w teatrze wspaniały zespół świetnych aktorów, od których bardzo wiele mogę się nauczyć. To jest dar, który trzeba wykorzystać.
Kiedy dojrzałaś do twórczości Dostojewskiego, czy rozumiałaś go w pełni już od dawna?
Twórczość Dostojewskiego jest tak złożona i bogata, że trudno mówić o pełnym jej zrozumieniu. Za każdym razem, gdy sięgasz po jego dzieło, odkrywasz coś nowego. Inaczej interpretujesz, dostrzegasz nowe wątki, patrzysz przez pryzmat swoich doświadczeń życiowych, które z biegiem czasu się zmieniają.
"Biesy" dopiero odkrywam, myślę, że im dłużej będziemy to grać, tym bardziej się z tym spektaklem zżyję. Z biegiem czasu ta postać będzie we mnie ewoluowała, co zapewne przełoży się na sposób, w jaki będę grała ją na scenie.
Chyba tak jest z każdym spektaklem... Każdy jest inny, to jest cudowne w teatrze...
Na pewno tak. To jest właśnie magia teatru. Nie ma drugiego takiego samego przedstawienia. Muszę przyznać, że lubię klasykę. Bardzo dobrze odnajduję się w dziełach Szekspira oraz Dostojewskiego, który jest u nas ciągle odkrywany. Oczywiście czekam na wyzwania, które stawia przed aktorami współczesna dramaturgia. Mam nadzieję, że przede mną jeszcze wiele ciekawych i wymagających ról.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
"Biesy"
Teatr Dramatyczny w Warszawie
Adaptacja i reżyseria Janusz Opryński
Martyna Kowalik jako Liza Drozdow
foto Krzysztof Bieliński
Spektakl obejrzała 12 grudnia Małgosia
Kolejne przedstawienia – 1, 2 i 4 lutego w 2020 roku.
poniedziałek, 25 listopada 2019
Mateusz Weber o "Księżniczce Turandot"
Premiera "Księżniczki Turandot" w Teatrze Dramatycznym w Warszawie miała miejsce pod koniec września. Spektakl oparty na baśni chińskiej, w którym reżyser Ondrej Spišák mistrzowsko bawi się konwencjami teatralnymi, nawiązuje do commedii dell’arte, a nawet do form cyrkowych. Tekst w przekładzie poety Jarosława Mikołajewskiego dość dobrze oddaje siłę słowa Carlo Gozziego, a improwizacje z humorem odnoszą się do współczesności. Mówi o odwiecznej walce płci, która ukazuje człowieka jako pełnego sprzeczności i nie zawsze spełniającego romantyczne wizje miłości.
- Praca nad spektaklem przebiegała dwuetapowo. W maju i czerwcu udało nam się stworzyć szkic przedstawienia. W lipcu koncentrowaliśmy się na Letnim Przeglądzie Teatralnym w Teatrze Dramatycznym, a od początku września bardzo intensywnie pracowaliśmy już całościowo na scenie. Do dyspozycji mieliśmy zaledwie trzy tygodnie, ale finalnie udało nam się wszystko dopiąć i stworzyć zadowalający efekt – powiedział w rozmowie z nami aktor Teatru Dramatycznego Mateusz Weber.
- Od samego początku pracowaliśmy na tekście Carlo Gozziego, czyli commedii dell’arte. Z operą Giacomo Pucciniego wspólna jest historia i bohaterowie, ale śpiewania w naszym przedstawieniu brak. W ramach ukłonu dla tej wielkiej opery, reżyser w zabawny sposób postanowił wykorzystać krótki fragment najsłynniejszej arii "Nessun dorma" – dodaje Mateusz.
Niezwykle ciekawy jest motyw powracających na scenę klaunów...
Stworzyliśmy przedstawienie, w którym od samego początku puszczamy do widza "oko". Klauni są połączeniem między publicznością, a aktorami - łamiemy czwartą ścianę, dajemy jasny sygnał - Tak! Jesteśmy w teatrze, jesteśmy aktorami, i zaraz zobaczycie Państwo historię, którą grają aktorzy Teatru Dramatycznego. Czy skończy się dobrze? czy źle? Autor napisał, że dobrze, ale jesteśmy w teatrze, a tu może wydarzyć się wszystko…
Pracowałeś już wcześniej z Ondrejem Spišákiem?
Z Ondrejem Spišákiem spotkałem się po raz pierwszy. Bardzo podoba mi się jego myślenie o teatrze. Przyszedł z dobrym, konkretnym pomysłem, który miał ożywić tekst - nie oszukujmy się – już nie pierwszej "świeżości". Jest otwarty na propozycje, słucha, co aktorzy mają do powiedzenia, dzieli się spostrzeżeniami. A do tego, jest po prostu fajnym człowiekiem z dużym poczuciem humoru, więc współpraca była bardzo przyjemna.
Bawicie się nieźle podczas spektakli...
To nie jest moje pierwsze spotkanie z commedią dell’arte w tym teatrze, i myślę, że całkiem nieźle odnajduję się w tej formie. Lubię role, które dają możliwość pewnego przerysowania postaci, które tak naprawdę nie są do końca realne. Tworzenie takiego bohatera daje niesamowitą frajdę.
Tak naprawdę – to my dopiero zaczynamy się bawić. Przedstawienie z każdym kolejnym spektaklem ewoluuje. Czujemy się coraz bardziej swobodnie. Dyrektor Tadeusz Słobodzianek, który jest autorem naszych intermediów, przysłuchuje się im i proponuje różne aktualizacje, odnosząc się do coraz to ciekawszych i nowszych wydarzeń w życiu publicznym... Kto wie... może za rok intermedia będą zupełnie inne...
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Dramatyczny w Warszawie, Scena im. G. Holoubka, "Księżniczka Turandot"
reżyseria Ondrej Spišák
Mateusz Weber jako Truffaldino, foto K.Bieliński
Spektakl widziała 26 września Małgosia
Najbliższe przedstawienia – 28, 29 i 31 grudnia
- Praca nad spektaklem przebiegała dwuetapowo. W maju i czerwcu udało nam się stworzyć szkic przedstawienia. W lipcu koncentrowaliśmy się na Letnim Przeglądzie Teatralnym w Teatrze Dramatycznym, a od początku września bardzo intensywnie pracowaliśmy już całościowo na scenie. Do dyspozycji mieliśmy zaledwie trzy tygodnie, ale finalnie udało nam się wszystko dopiąć i stworzyć zadowalający efekt – powiedział w rozmowie z nami aktor Teatru Dramatycznego Mateusz Weber.
- Od samego początku pracowaliśmy na tekście Carlo Gozziego, czyli commedii dell’arte. Z operą Giacomo Pucciniego wspólna jest historia i bohaterowie, ale śpiewania w naszym przedstawieniu brak. W ramach ukłonu dla tej wielkiej opery, reżyser w zabawny sposób postanowił wykorzystać krótki fragment najsłynniejszej arii "Nessun dorma" – dodaje Mateusz.
Niezwykle ciekawy jest motyw powracających na scenę klaunów...
Stworzyliśmy przedstawienie, w którym od samego początku puszczamy do widza "oko". Klauni są połączeniem między publicznością, a aktorami - łamiemy czwartą ścianę, dajemy jasny sygnał - Tak! Jesteśmy w teatrze, jesteśmy aktorami, i zaraz zobaczycie Państwo historię, którą grają aktorzy Teatru Dramatycznego. Czy skończy się dobrze? czy źle? Autor napisał, że dobrze, ale jesteśmy w teatrze, a tu może wydarzyć się wszystko…
Pracowałeś już wcześniej z Ondrejem Spišákiem?
Z Ondrejem Spišákiem spotkałem się po raz pierwszy. Bardzo podoba mi się jego myślenie o teatrze. Przyszedł z dobrym, konkretnym pomysłem, który miał ożywić tekst - nie oszukujmy się – już nie pierwszej "świeżości". Jest otwarty na propozycje, słucha, co aktorzy mają do powiedzenia, dzieli się spostrzeżeniami. A do tego, jest po prostu fajnym człowiekiem z dużym poczuciem humoru, więc współpraca była bardzo przyjemna.
Bawicie się nieźle podczas spektakli...
To nie jest moje pierwsze spotkanie z commedią dell’arte w tym teatrze, i myślę, że całkiem nieźle odnajduję się w tej formie. Lubię role, które dają możliwość pewnego przerysowania postaci, które tak naprawdę nie są do końca realne. Tworzenie takiego bohatera daje niesamowitą frajdę.
Tak naprawdę – to my dopiero zaczynamy się bawić. Przedstawienie z każdym kolejnym spektaklem ewoluuje. Czujemy się coraz bardziej swobodnie. Dyrektor Tadeusz Słobodzianek, który jest autorem naszych intermediów, przysłuchuje się im i proponuje różne aktualizacje, odnosząc się do coraz to ciekawszych i nowszych wydarzeń w życiu publicznym... Kto wie... może za rok intermedia będą zupełnie inne...
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Dramatyczny w Warszawie, Scena im. G. Holoubka, "Księżniczka Turandot"
reżyseria Ondrej Spišák
Mateusz Weber jako Truffaldino, foto K.Bieliński
Spektakl widziała 26 września Małgosia
Najbliższe przedstawienia – 28, 29 i 31 grudnia
czwartek, 21 lutego 2019
Mateusz Weber: "Twórczość Szekspira jest ponadczasowa, cały czas aktualna"
Szekspirowska historia księcia Hamleta, który musi zmierzyć się z nagłą i tajemniczą śmiercią ojca, to jeden z najważniejszych światowych dramatów. "Hamlet" w reżyserii Tadeusza Bradeckiego opowiedziany jest w konwencji ponadczasowej, tak jak ponadczasowa jest spirala zła, która otacza młodego księcia. To pełna intryg, spisków i walki o tron opowieść o tragiczności ludzkiej historii, w której pokój zapada tylko po to, by mogła zacząć się kolejna wojna. Teatr Dramatyczny w Warszawie jako pierwszy w Polsce wystawia "Hamleta" w nowym tłumaczeniu Piotra Kamińskiego.
O sztuce, fenomenie wielkości Williama Szekspira i pracy nad "Hamletem" rozmawiamy z aktorem Teatru Dramatycznego, Mateuszem Weberem, który wciela się w postać Horacego.
Wieki przemijają, a Szekspir trwa i ma się cały czas znakomicie.
Pewnie znajdą się tacy, którzy za twórczością Szekspira nie przepadają, ale tych pewnie jest zdecydowanie mniej niż jego miłośników. Jedno jest pewne - Szekspir jest dziś nadal aktualny. Jego twórczość jest ponadczasowa, znakomita – mówi w rozmowie z nami Mateusz Weber.
- Często się zdarza, że mówimy, że sztuka grana w teatrze jest aktualna, cały czas na czasie. Szekspir i jego thrillery i intrygi są niby proste, ale jakże wciągające. Cały czas to są bardzo aktualne rzeczy: morderstwa, zabójstwa, krew przelana, często zupełnie niepotrzebnie, ale mająca odzwierciedlenie w naszym realnym świecie. Podobnie rzecz się miała z "Miarką za miarkę", gdzie rzecz się dzieje w Sejmie. W piątym akcie reakcje i szaleństwo publiczności było dobitne, a my dolewaliśmy jeszcze oliwy do ognia – współgraliśmy z widownią. To dotyka, daje do myślenia, powoduje jakieś reakcje, i mam nadzieję, że nasz "Hamlet" też taki będzie. Mimo, że nie mamy jakiegoś super przekazu, wspaniałej inscenizacji, a raczej staramy się to zrobić "po bożemu", w tradycyjny sposób. Historia jest historią i wierzę, że uda nam się ją jak najlepiej opowiedzieć.
Pierwszy raz widzowie zobaczą "Hamleta" w nowym tłumaczeniu.
Tak, jest całkiem nowe tłumaczenie, nie "Hamlet" Barańczaka – jakiego chyba najlepiej znamy - a Kamińskiego. Uważam, że bardzo fajnie się go czyta. Jest bardzo dostępny. Jak go czytaliśmy pierwszy raz, byliśmy zachwyceni, doszliśmy do wniosku, że każde słowo jakie pada, jest zrozumiałe dla widza. Całość podana jest do odbioru w dość prosty sposób. Jest w tym siła naszego spektaklu. Spektakl mimo, że zrobiony „po bożemu”, dobrze znany, a i tak spowoduje, że przyjdziemy do teatru i spędzimy z tą historią znakomity wieczór. Nie silimy się na coś nowego. Robimy "Hamleta" w taki sposób, jak go napisał William Szekspir. Główny bohater ma w sobie ból, emocje, tak samo jak inne postaci, i przeżywa swój dramat.
Lubisz swoją postać – Horacego? - to bardzo pozytywny bohater.
Dużo o niej rozmawialiśmy i doszliśmy do wniosku, że to jest taki troszeczkę Szekspir. Obserwuje sytuację, mało mówi, w całej sztuce - z tym miałem na początku kłopoty - bo bycie na scenie też jest trudne. W końcu chyba udało nam się znaleźć tego najwierniejszego, oddanego człowieka. Stworzyliśmy troszeczkę inne zakończenie niż zazwyczaj - i to jest ta jedyna zmiana, na jaką sobie pozwoliliśmy – ale nie chcę zdradzać…trzeba przyjść i zobaczyć i wyrobić sobie swoją ocenę. Myślę, że jest zaskakujące. Nasze zakończenie pokazuje aktualność tekstu – ono dotyka… Horacy, to trudna postać. Cały czas jej dotykam, uczę się jej i z biegiem przedstawień będzie ona dojrzewała - to jest taki Szekspir obserwator, który chce przekazać potem tę historię, który służy zawsze radą, trwa u boku Hamleta. Myślę, że są momenty, kiedy on mówi: "Boże kochany, co ty robisz, przyjacielu?!" Jednak szacunek, jaki ma do Hamleta, do jego mądrości, pozycji, nie pozwala mu nic powiedzieć, nic poradzić, sprzeciwić mu się. On ma swoje zdanie, Horacy nie zawsze go popiera, ale milczy, trwa przy nim i wspiera. Na tym polega przyjaźń.
"Hamlet", to zawsze wielkie wydarzenie teatralne. Niektóre sztuki przechodzą bez echa. A ten dramat należy do takich, o których się mówi, który każdy chce zobaczyć.
Mam nadzieję, że właśnie tak to zostanie odebrane. Jako ważne teatralne wydarzenie. Wielka sztuka na 70-lecie Teatru Dramatycznego. Jest to czwarty "Hamlet" w tym teatrze. Sami wielcy go grali, z Gustawem Holoubkiem na czele. Niestety nie zostało ono zarejestrowane. Każdy z nas indywidualnie oglądał jakieś inscenizacje nagrane, też te hollywoodzkie i brytyjskie. Ja osobiście, nie jestem fanem szukania i podglądania, jak ktoś inny zagrał moją rolę. Wolę sam wypracować swoją postać, dojść do czegoś, wyciągnąć wnioski…ale każdy ma swoje metody. Serdecznie zapraszamy na tę najbardziej znaną sztukę świata do Teatru Dramatycznego.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Dramatyczny w Warszawie, "Hamlet", reżyseria Tadeusz Bradecki, przekład Piotr Kamiński
Mateusz Weber, foto: Katarzyna Chmura
Najbliższe spektakle – 14, 15, 16 marca
O sztuce, fenomenie wielkości Williama Szekspira i pracy nad "Hamletem" rozmawiamy z aktorem Teatru Dramatycznego, Mateuszem Weberem, który wciela się w postać Horacego.
Wieki przemijają, a Szekspir trwa i ma się cały czas znakomicie.
Pewnie znajdą się tacy, którzy za twórczością Szekspira nie przepadają, ale tych pewnie jest zdecydowanie mniej niż jego miłośników. Jedno jest pewne - Szekspir jest dziś nadal aktualny. Jego twórczość jest ponadczasowa, znakomita – mówi w rozmowie z nami Mateusz Weber.
- Często się zdarza, że mówimy, że sztuka grana w teatrze jest aktualna, cały czas na czasie. Szekspir i jego thrillery i intrygi są niby proste, ale jakże wciągające. Cały czas to są bardzo aktualne rzeczy: morderstwa, zabójstwa, krew przelana, często zupełnie niepotrzebnie, ale mająca odzwierciedlenie w naszym realnym świecie. Podobnie rzecz się miała z "Miarką za miarkę", gdzie rzecz się dzieje w Sejmie. W piątym akcie reakcje i szaleństwo publiczności było dobitne, a my dolewaliśmy jeszcze oliwy do ognia – współgraliśmy z widownią. To dotyka, daje do myślenia, powoduje jakieś reakcje, i mam nadzieję, że nasz "Hamlet" też taki będzie. Mimo, że nie mamy jakiegoś super przekazu, wspaniałej inscenizacji, a raczej staramy się to zrobić "po bożemu", w tradycyjny sposób. Historia jest historią i wierzę, że uda nam się ją jak najlepiej opowiedzieć.
Pierwszy raz widzowie zobaczą "Hamleta" w nowym tłumaczeniu.
Tak, jest całkiem nowe tłumaczenie, nie "Hamlet" Barańczaka – jakiego chyba najlepiej znamy - a Kamińskiego. Uważam, że bardzo fajnie się go czyta. Jest bardzo dostępny. Jak go czytaliśmy pierwszy raz, byliśmy zachwyceni, doszliśmy do wniosku, że każde słowo jakie pada, jest zrozumiałe dla widza. Całość podana jest do odbioru w dość prosty sposób. Jest w tym siła naszego spektaklu. Spektakl mimo, że zrobiony „po bożemu”, dobrze znany, a i tak spowoduje, że przyjdziemy do teatru i spędzimy z tą historią znakomity wieczór. Nie silimy się na coś nowego. Robimy "Hamleta" w taki sposób, jak go napisał William Szekspir. Główny bohater ma w sobie ból, emocje, tak samo jak inne postaci, i przeżywa swój dramat.
Lubisz swoją postać – Horacego? - to bardzo pozytywny bohater.
Dużo o niej rozmawialiśmy i doszliśmy do wniosku, że to jest taki troszeczkę Szekspir. Obserwuje sytuację, mało mówi, w całej sztuce - z tym miałem na początku kłopoty - bo bycie na scenie też jest trudne. W końcu chyba udało nam się znaleźć tego najwierniejszego, oddanego człowieka. Stworzyliśmy troszeczkę inne zakończenie niż zazwyczaj - i to jest ta jedyna zmiana, na jaką sobie pozwoliliśmy – ale nie chcę zdradzać…trzeba przyjść i zobaczyć i wyrobić sobie swoją ocenę. Myślę, że jest zaskakujące. Nasze zakończenie pokazuje aktualność tekstu – ono dotyka… Horacy, to trudna postać. Cały czas jej dotykam, uczę się jej i z biegiem przedstawień będzie ona dojrzewała - to jest taki Szekspir obserwator, który chce przekazać potem tę historię, który służy zawsze radą, trwa u boku Hamleta. Myślę, że są momenty, kiedy on mówi: "Boże kochany, co ty robisz, przyjacielu?!" Jednak szacunek, jaki ma do Hamleta, do jego mądrości, pozycji, nie pozwala mu nic powiedzieć, nic poradzić, sprzeciwić mu się. On ma swoje zdanie, Horacy nie zawsze go popiera, ale milczy, trwa przy nim i wspiera. Na tym polega przyjaźń.
"Hamlet", to zawsze wielkie wydarzenie teatralne. Niektóre sztuki przechodzą bez echa. A ten dramat należy do takich, o których się mówi, który każdy chce zobaczyć.
Mam nadzieję, że właśnie tak to zostanie odebrane. Jako ważne teatralne wydarzenie. Wielka sztuka na 70-lecie Teatru Dramatycznego. Jest to czwarty "Hamlet" w tym teatrze. Sami wielcy go grali, z Gustawem Holoubkiem na czele. Niestety nie zostało ono zarejestrowane. Każdy z nas indywidualnie oglądał jakieś inscenizacje nagrane, też te hollywoodzkie i brytyjskie. Ja osobiście, nie jestem fanem szukania i podglądania, jak ktoś inny zagrał moją rolę. Wolę sam wypracować swoją postać, dojść do czegoś, wyciągnąć wnioski…ale każdy ma swoje metody. Serdecznie zapraszamy na tę najbardziej znaną sztukę świata do Teatru Dramatycznego.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Dramatyczny w Warszawie, "Hamlet", reżyseria Tadeusz Bradecki, przekład Piotr Kamiński
Mateusz Weber, foto: Katarzyna Chmura
Najbliższe spektakle – 14, 15, 16 marca
środa, 20 lutego 2019
Krzysztof Szczepaniak: „Trzeba teraz brać się do roboty”
„Hamlet” Williama Szekspira był wystawiany w Teatrze Dramatycznym w Warszawie trzy razy – w 1962 roku spektakl wyreżyserował niezapomniany Gustaw Holoubek i zagrał również tytułową rolę. W 1979 roku Holoubek ponownie sięgnął po ten chyba najbardziej znany w świecie dramat, a rolę księcia Hamleta powierzył Piotrowi Fronczewskiemu. Kolejna adaptacja miała miejsce w 1992 roku – reżyserii podjął się wtedy Andrzej Domalik, a tytułową rolę zagrał Mariusz Bonaszewski.
Czas na nowego księcia Hamleta – od stycznia 2019 roku w tę postać wciela się aktor młodego pokolenia – Krzysztof Szczepaniak. Spektakl reżyseruje Tadeusz Bradecki. Sztuka po raz pierwszy w Polsce prezentowana jest w nowym przekładzie Piotra Kamińskiego.
Krzysztof Szczepaniak, czego się dotknie, zamienia w złoto. Wszystkie role aktora to postaci, które zapadają głęboko w pamięć, obok których nie da się przejść obojętnie. Młody, niezwykle zdolny, z dystansem do siebie i kochający to, co robi. Christopher, geniusz matematyczny ze sztuki „Dziwny przypadek psa nocną porą”, Mistrz ceremonii z „Cabaretu”, Lola/Simon z „Kinky Boots”, Lucjo z „Miarki za miarkę”, czy fantastyczny, napędzający intrygę Arlekino ze „Sługi dwóch panów”. Czas zatem na Hamleta.
O najnowszej premierze Teatru Dramatycznego w Warszawie rozmawiamy z odtwórcą tytułowej roli, Krzysztofem Szczepaniakiem.
Zastanawiałeś się, ilu już „Hamletów” zostało zagranych?
Mnóstwo... Ogromna liczba.
Jak zagrać, czym zaskoczyć? Kiedy właściwie wszystko już zostało powiedziane.
Myślę, że nie skupiać się na tym, żeby czymś zaskakiwać, bo już wszystko było: Hamlet kobieta, Hamlet pijany, Hamlet dziecko. Nie ma sensu na silenie się na coś oryginalnego. Można go wystawić na bogato, pięknie, jak w National Theatre, a można go wystawić w zupełnie skromnych warunkach, przy czarnej kotarze. Na tym polega siła tego dramatu, że nie da się zrobić inscenizacji, która będzie w pełni kompleksowa, będzie ujmowała wszystkie aspekty. Była wersja, która stawiała na jego seksualność, wersja, która stawiała na mord założycielski, na siłę śmierci, morderstwa, które wynika z morderstwa. Czy aspekt depresji. Jest tyle różnych rzeczy, że nie da się tego ująć, trzeba na coś postawić – mówi w rozmowie z nami Krzysztof Szczepaniak.
Zatem na co stawiacie?
Sądzę, że my postawimy na Hamleta jako na osobę, która demaskuje rzeczywistość, ale jej nie wytrzymuje i w związku z tym wariuje. Monologi, które służą tylko, i aż po to, żeby on sam sobie uświadomił, na którym etapie w danym momencie dramatu jest. Przeskakuje na kolejne etapy, aż mówi sam do siebie – „teraz każda myśl moja ocieka krwią” - jest kimś w rodzaju rewolucjonisty, działacza jakiegoś, maszyny, której nikt już nie zatrzyma. Wyzywa los na pojedynek, i można powiedzieć - na herbatę. Jest w pewnym momencie nieobliczalny. Nastawiony już tylko na to, żeby zabić Klaudiusza. On się bardzo z tym męczy, bo szuka tego właściwego momentu. Z drugiej jednak strony, nie chce stać się mordercą, też z tym walczy. Wiemy, że morduje, ale nie w ramach rewanżu za swego ojca, ale w ramach tego, co na jego oczach się zadziało z Gertrudą. Widzi to morderstwo naocznie - i jak pisze o tym Stanisław Wyspiański w Studium o Hamlecie - można karać tylko za to, co ciebie bezpośrednio dotyczy. Zawarta jest tam historia o tym międzypokoleniowym przekładaniu winy. Bo co to jest za duch, który mówi „pomścij mnie, bo jak nie to jesteś niemęski, nie jesteś moim synem”. Możemy się domyślać, jaką osobą był Hamlet docelowy, jaki był ojciec Hamleta i, że ta relacja między nimi nie była idealna. To kolejny aspekt ojca i syna, matki i syna. Bzdurą jest to, że niby tam jest kompleks Edypa. Jednak aktor musi podjąć ekonomiczny wybór, i decydować - moim zdaniem - jest to lepiej gdy jest ten kompleks Edypa, kiedy on jest zakochany w matce, w jakiś sposób i przekłada się to, że nie jest w stanie kochać - bo Hamlet nie jest w stanie kochać. Walczy z tym. Pojawia się Ofelia - ale ciągle ta mocna relacja z matką blokuje to uczucie. Mamy tyle wątków, że ciężko ująć wszystkie i z tego też względu trzeba się na coś zdecydować. Wiem, że są już kolejne adaptacje „Hamleta” w przygotowaniach innych teatrów. I bardzo dobrze.
Tworzycie spektakl w nowym tłumaczeniu...
Tak, jest to tłumaczenie Piotra Kamińskiego, z którym już pracowałem w „Miarce za miarkę” i w „Kupcu Weneckim”, więc znamy się z Piotrkiem dobrze. Bardzo się ucieszyłem, że będziemy razem pracowali. Walorem jest to, że jest to debiut jego tłumaczenia „Hamleta”. Musieliśmy zrobić pewne skróty, bo inaczej przedstawienie by trwało ok. 4 godzin, a nasza wersja trwa 3:15. Dla dobra spektaklu musieliśmy pewne rzeczy usunąć.
„Hamlet”, to zawsze wielkie wydarzenie kulturalne.
Tak, to zawsze kilo mniej pod koniec. Nie mówiąc o kosztach psychicznych, psychologicznych. Jest to pewna podróż, którą się odbywa. Bezkarnie i bez kosztów, człowiek nie jest w stanie jej przebyć. Ale wiem, że warto, bardzo warto…
Jaki jest Twój stosunek do Szekspira?
Ja bardzo lubię Szekspira. Pokazuje takie różne elementy, jak choćby to, że niekonsekwencja postaci jest również jej konsekwencją. Miesza konwencje, np. bardzo dramatyczne wydarzenia z niezwykle zabawnymi. Na początku końcowej szermierki nikt się nie spodziewa, jak się to wszystko potoczy. Jest to rodzaj turnieju. Mamy uśpioną czujność widza, więc on idealnie stopniuje napięcie - niczym wczesny Hitchcock - jego charaktery są bardzo złożone, nie tylko w tym, co napisał, ale także w tym, czego możemy się również domyślić czy wyobrazić sobie, co tam jest pomiędzy, dlatego on jest taki pojemny.
Zagrałeś Hamleta. Co to dla Ciebie znaczy? Czy to było Twoim marzeniem, spełnieniem, czy po prostu wykonaniem powierzonej pracy, kolejnym etapem na aktorskiej drodze?
Oczywiście, jest to wielki zaszczyt zagrać Hamleta, ale po uświadomieniu sobie tego, trzeba się wziąć za robotę. Dla aktora jest to ogromna satysfakcja. To jest tak, że ta rola się nie kończy na jednym, na dwóch spektaklach. Ona będzie różna za każdym razem. Już nawet na etapie prób, pewnych rzeczy nie da się ustawić jakoś idealnie sytuacyjnie - i lepiej tego nie robić - bo rodzaj szaleństwa jest niekontrolowany momentami. Zdecydowanie, jest to ogromna nobilitacja dla aktora. Zdaję sobie też sprawę z tego, że w odpowiednim wieku przystąpiłem do zagrania tej postaci, która jest mniej więcej w takim właśnie wieku jak ja. Nie jest to osoba w pełni dorosła, dojrzała, miota się ze swoimi hormonami, nastrojami, dlatego ten moment jest według mnie doskonały.
Miałeś trochę swobody, czy reżyser narzucał, jak grać?
Miałem dużo swobody. Są rzeczy, których nie da się narzucić odgórnie, musi to być spontaniczne. Monologi powinny być bardzo spontaniczne. Dlatego nie da się tego wyliczyć jak w matematyce, jeden do jednego ustawić. Są momenty, w których ta swoboda jest większa, w innych mniejsza, ale podczas pracy jak najbardziej miałem dużo wolności. A jak to wyszło…zapraszam do Teatru Dramatycznego, aby się przekonać.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Dramatyczny w Warszawie, „Hamlet”, reżyseria Tadeusz Bradecki
Krzysztof Szczepaniak, foto Katarzyna Chmura
Spektakl widziała Małgosia 17 stycznia
Najbliższe przedstawienia – 19 lutego, 14, 15 i 16 marca
Czas na nowego księcia Hamleta – od stycznia 2019 roku w tę postać wciela się aktor młodego pokolenia – Krzysztof Szczepaniak. Spektakl reżyseruje Tadeusz Bradecki. Sztuka po raz pierwszy w Polsce prezentowana jest w nowym przekładzie Piotra Kamińskiego.
Krzysztof Szczepaniak, czego się dotknie, zamienia w złoto. Wszystkie role aktora to postaci, które zapadają głęboko w pamięć, obok których nie da się przejść obojętnie. Młody, niezwykle zdolny, z dystansem do siebie i kochający to, co robi. Christopher, geniusz matematyczny ze sztuki „Dziwny przypadek psa nocną porą”, Mistrz ceremonii z „Cabaretu”, Lola/Simon z „Kinky Boots”, Lucjo z „Miarki za miarkę”, czy fantastyczny, napędzający intrygę Arlekino ze „Sługi dwóch panów”. Czas zatem na Hamleta.
O najnowszej premierze Teatru Dramatycznego w Warszawie rozmawiamy z odtwórcą tytułowej roli, Krzysztofem Szczepaniakiem.
Zastanawiałeś się, ilu już „Hamletów” zostało zagranych?
Mnóstwo... Ogromna liczba.
Jak zagrać, czym zaskoczyć? Kiedy właściwie wszystko już zostało powiedziane.
Myślę, że nie skupiać się na tym, żeby czymś zaskakiwać, bo już wszystko było: Hamlet kobieta, Hamlet pijany, Hamlet dziecko. Nie ma sensu na silenie się na coś oryginalnego. Można go wystawić na bogato, pięknie, jak w National Theatre, a można go wystawić w zupełnie skromnych warunkach, przy czarnej kotarze. Na tym polega siła tego dramatu, że nie da się zrobić inscenizacji, która będzie w pełni kompleksowa, będzie ujmowała wszystkie aspekty. Była wersja, która stawiała na jego seksualność, wersja, która stawiała na mord założycielski, na siłę śmierci, morderstwa, które wynika z morderstwa. Czy aspekt depresji. Jest tyle różnych rzeczy, że nie da się tego ująć, trzeba na coś postawić – mówi w rozmowie z nami Krzysztof Szczepaniak.
Zatem na co stawiacie?
Sądzę, że my postawimy na Hamleta jako na osobę, która demaskuje rzeczywistość, ale jej nie wytrzymuje i w związku z tym wariuje. Monologi, które służą tylko, i aż po to, żeby on sam sobie uświadomił, na którym etapie w danym momencie dramatu jest. Przeskakuje na kolejne etapy, aż mówi sam do siebie – „teraz każda myśl moja ocieka krwią” - jest kimś w rodzaju rewolucjonisty, działacza jakiegoś, maszyny, której nikt już nie zatrzyma. Wyzywa los na pojedynek, i można powiedzieć - na herbatę. Jest w pewnym momencie nieobliczalny. Nastawiony już tylko na to, żeby zabić Klaudiusza. On się bardzo z tym męczy, bo szuka tego właściwego momentu. Z drugiej jednak strony, nie chce stać się mordercą, też z tym walczy. Wiemy, że morduje, ale nie w ramach rewanżu za swego ojca, ale w ramach tego, co na jego oczach się zadziało z Gertrudą. Widzi to morderstwo naocznie - i jak pisze o tym Stanisław Wyspiański w Studium o Hamlecie - można karać tylko za to, co ciebie bezpośrednio dotyczy. Zawarta jest tam historia o tym międzypokoleniowym przekładaniu winy. Bo co to jest za duch, który mówi „pomścij mnie, bo jak nie to jesteś niemęski, nie jesteś moim synem”. Możemy się domyślać, jaką osobą był Hamlet docelowy, jaki był ojciec Hamleta i, że ta relacja między nimi nie była idealna. To kolejny aspekt ojca i syna, matki i syna. Bzdurą jest to, że niby tam jest kompleks Edypa. Jednak aktor musi podjąć ekonomiczny wybór, i decydować - moim zdaniem - jest to lepiej gdy jest ten kompleks Edypa, kiedy on jest zakochany w matce, w jakiś sposób i przekłada się to, że nie jest w stanie kochać - bo Hamlet nie jest w stanie kochać. Walczy z tym. Pojawia się Ofelia - ale ciągle ta mocna relacja z matką blokuje to uczucie. Mamy tyle wątków, że ciężko ująć wszystkie i z tego też względu trzeba się na coś zdecydować. Wiem, że są już kolejne adaptacje „Hamleta” w przygotowaniach innych teatrów. I bardzo dobrze.
Tworzycie spektakl w nowym tłumaczeniu...
Tak, jest to tłumaczenie Piotra Kamińskiego, z którym już pracowałem w „Miarce za miarkę” i w „Kupcu Weneckim”, więc znamy się z Piotrkiem dobrze. Bardzo się ucieszyłem, że będziemy razem pracowali. Walorem jest to, że jest to debiut jego tłumaczenia „Hamleta”. Musieliśmy zrobić pewne skróty, bo inaczej przedstawienie by trwało ok. 4 godzin, a nasza wersja trwa 3:15. Dla dobra spektaklu musieliśmy pewne rzeczy usunąć.
„Hamlet”, to zawsze wielkie wydarzenie kulturalne.
Tak, to zawsze kilo mniej pod koniec. Nie mówiąc o kosztach psychicznych, psychologicznych. Jest to pewna podróż, którą się odbywa. Bezkarnie i bez kosztów, człowiek nie jest w stanie jej przebyć. Ale wiem, że warto, bardzo warto…
Jaki jest Twój stosunek do Szekspira?
Ja bardzo lubię Szekspira. Pokazuje takie różne elementy, jak choćby to, że niekonsekwencja postaci jest również jej konsekwencją. Miesza konwencje, np. bardzo dramatyczne wydarzenia z niezwykle zabawnymi. Na początku końcowej szermierki nikt się nie spodziewa, jak się to wszystko potoczy. Jest to rodzaj turnieju. Mamy uśpioną czujność widza, więc on idealnie stopniuje napięcie - niczym wczesny Hitchcock - jego charaktery są bardzo złożone, nie tylko w tym, co napisał, ale także w tym, czego możemy się również domyślić czy wyobrazić sobie, co tam jest pomiędzy, dlatego on jest taki pojemny.
Zagrałeś Hamleta. Co to dla Ciebie znaczy? Czy to było Twoim marzeniem, spełnieniem, czy po prostu wykonaniem powierzonej pracy, kolejnym etapem na aktorskiej drodze?
Oczywiście, jest to wielki zaszczyt zagrać Hamleta, ale po uświadomieniu sobie tego, trzeba się wziąć za robotę. Dla aktora jest to ogromna satysfakcja. To jest tak, że ta rola się nie kończy na jednym, na dwóch spektaklach. Ona będzie różna za każdym razem. Już nawet na etapie prób, pewnych rzeczy nie da się ustawić jakoś idealnie sytuacyjnie - i lepiej tego nie robić - bo rodzaj szaleństwa jest niekontrolowany momentami. Zdecydowanie, jest to ogromna nobilitacja dla aktora. Zdaję sobie też sprawę z tego, że w odpowiednim wieku przystąpiłem do zagrania tej postaci, która jest mniej więcej w takim właśnie wieku jak ja. Nie jest to osoba w pełni dorosła, dojrzała, miota się ze swoimi hormonami, nastrojami, dlatego ten moment jest według mnie doskonały.
Miałeś trochę swobody, czy reżyser narzucał, jak grać?
Miałem dużo swobody. Są rzeczy, których nie da się narzucić odgórnie, musi to być spontaniczne. Monologi powinny być bardzo spontaniczne. Dlatego nie da się tego wyliczyć jak w matematyce, jeden do jednego ustawić. Są momenty, w których ta swoboda jest większa, w innych mniejsza, ale podczas pracy jak najbardziej miałem dużo wolności. A jak to wyszło…zapraszam do Teatru Dramatycznego, aby się przekonać.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Dramatyczny w Warszawie, „Hamlet”, reżyseria Tadeusz Bradecki
Krzysztof Szczepaniak, foto Katarzyna Chmura
Spektakl widziała Małgosia 17 stycznia
Najbliższe przedstawienia – 19 lutego, 14, 15 i 16 marca
czwartek, 12 lipca 2018
Mateusz Weber o pierwszym teatralnym spotkaniu z Gombrowiczem
„Ferdydurke” pióra Witolda Gombrowicza od końca czerwca możemy oglądać w Teatrze Dramatycznym, na bardzo lubianej przez widzów stolicy Scenie na Woli im. Tadeusza Łomnickiego. Jest to koprodukcja Teatru Malabar Hotel i Teatru Dramatycznego.
Stojący za sukcesem „Mistrza i Małgorzaty” Teatr Malabar Hotel wraz z Teatrem Dramatycznym tym razem przedstawiają kanon literatury polskiej – „Ferdydurke”. Niezwykle ciekawa scenografia - lalki i maski tworzące szaleństwo półsnu, sprawiają, że adaptacja powieści jest wyjątkowa, a jednocześnie bardzo wierna Gombrowiczowi.
Trzydziestoletni Józio przeżywa prawdziwy horror. Horror egzystencjalny. Świat poddaje go torturom, wciskając na powrót w szkolną ławkę. Tłamsi nowoczesność trendów, mierzi zatęchłość ziemiańskiego dworku. Torturuje wreszcie Józio sam siebie: wstydem, lękiem i kompleksami. Pragnie się ukształtować, a jednocześnie chce pozostać niedookreślony. Jednak nie może uciec przed gębą inaczej, jak tylko w inną gębę. Nie wie kim jest, ale wie, kiedy go deformują.
O ostatniej w tym sezonie premierze rozmawiamy z młodym aktorem Teatru Dramatycznego Mateuszem Weberem.
Kiedy dojrzałeś do Gombrowicza? „Ferdydurke” nie należy do prostych sztuk.
To jest bardzo trudna sztuka. Zarazem jest to mój pierwszy kontakt z Witoldem Gombrowiczem na mojej drodze teatralnej. W szkole teatralnej jakoś się nie złożyło, aż dziwne, że nie pracowaliśmy nad żadną sztuką Gombrowicza. Na moim roku różni profesorowie pracowali nad jego tekstami, ale mnie to jakoś omijało. Teraz jestem zachwycony. Mówimy o naszym narodowym wieszczu. Po raz kolejny mamy do czynienia z czymś, co zostało napisane lata temu, a nadal jest niezwykle aktualne. Niesamowite. Język, którym autor operuje jest niezwykły. Dam przykład – film „Dzień Świra” jest też napisany 13-zgłoskowcem, i ta aktualność jest takim naszym teatralnym „Dniem Świra”. Józio – główny bohater – jest przepięknie prowadzony przez całą sztukę przez Waldka Barwińskiego. Mierzy się z problemami swojego egzystencjalizmu, załamania artystycznego. Wychodzą z tego bardzo ciekawe rzeczy, swoisty horror, w którym się znajduje – jak zły sen. I w tej formie ciekawie się Gombrowicz odnajduje - mam taką nadzieję. Nie chcę za dużo zdradzać – zapraszam na spektakl.
Gombrowicz powraca...
Bardzo mnie cieszy, że po jakimś czasie sięgamy ponownie po tego autora. Być może dzieje się to ze względu na obchody niepodległościowe, ale najważniejsze, że powraca. Wiele teatrów sięga po jego twórczość. Dojrzałem do tego tekstu. Jest obowiązkową lekturą w szkole, a różnie bywa ze zrozumieniem jej, gdy się jest bardzo młodym człowiekiem. Pierwszy raz zdarzyło mi się pracować z reżyser Magdą Miklasz. Wspaniale nam tekst przedstawiła i przełożyła na deski teatralne. Znakomicie połączyła całość z Teatrem Malabar. Wydaje się nam, że ciekawie to się będzie oglądało. Wszyscy się mocno wspieraliśmy, a to nam dało taki wewnętrzny spokój. Mam nadzieję, że efekt będzie zadawalający.
Wnioskuje, że współpraca na linii reżyser – aktor, układała się bardzo dobrze. Reżyser była otwarta na Wasze pomysły?
Tak, oczywiście. Tutaj mnóstwo rzeczy wyniknęło z improwizacji. Każda z naszych postaci dostała tematy, ale opieraliśmy się na improwizacji. Początki były bardzo ciężkie, wręcz jak zapasy na macie. Syfon - Miętus - dwie grupy w szkole... Stopniowe nasze dojrzewanie i coraz lepsze poruszanie się w tekście. Magda Miklasz jest bardzo otwarta na wszystkie pomysły, ma bardzo plastyczną głowę do takich rzeczy. Miała pomysł, wizję na Gombrowicza – bez tego nie ma co sięgać po tę twórczość. Każdy aktor marzy o tego typu współpracy, żeby zawsze trafiać na takich reżyserów.
„Ferdydurke” - horror egzystencjalny - zgodzisz się z tym?
Tak. Jest to zdecydowanie horror egzystencjalny, straszny koszmar, który się Józiowi przytrafia. Fantastyczne jest to, że nasi koledzy z Teatru Malabar wykorzystują świetnie swoje umiejętności. Mamy do czynienia z horrorem z lat 90. typu Road 66 w USA – niesamowite. Nam się świetnie przy tym pracowało, wierzę, że publiczności również będzie się podobać. Przychodziliśmy na próby z przyjemnością, nie z musu. Byliśmy naładowani pozytywną energią i wspieraliśmy się w pracy.
Warszawską Akademię Teatralną skończyłeś w 2013 roku. W teatrze z każdym rokiem grasz coraz więcej – wymarzona sytuacja dla młodego aktora, która nie każdemu się udaje.
Teatr jest dla mnie bardzo ważny. Otrzymałem od losu taką możliwość i staram się niczego nie zmarnować. Nie jest łatwo po szkole od razu dostać pracę w teatrze, a o tym marzy chyba każdy młody adept tej szkoły. Po to się uczymy, żeby grać. Od początku jestem w Teatrze Dramatycznym – mam możliwość sprawdzenia się w najróżniejszym repertuarze, od komedii po dramat i musical, to coś wspaniałego dla młodego aktora.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Dramatyczny w Warszawie, „Ferdydurke”, Mateusz Weber, foto Katarzyna Chmura-Cegiełkowska
28 czerwca – oglądała Małgosia
Kolejne spektakle w nowym sezonie, od września – zapraszamy.
Stojący za sukcesem „Mistrza i Małgorzaty” Teatr Malabar Hotel wraz z Teatrem Dramatycznym tym razem przedstawiają kanon literatury polskiej – „Ferdydurke”. Niezwykle ciekawa scenografia - lalki i maski tworzące szaleństwo półsnu, sprawiają, że adaptacja powieści jest wyjątkowa, a jednocześnie bardzo wierna Gombrowiczowi.
Trzydziestoletni Józio przeżywa prawdziwy horror. Horror egzystencjalny. Świat poddaje go torturom, wciskając na powrót w szkolną ławkę. Tłamsi nowoczesność trendów, mierzi zatęchłość ziemiańskiego dworku. Torturuje wreszcie Józio sam siebie: wstydem, lękiem i kompleksami. Pragnie się ukształtować, a jednocześnie chce pozostać niedookreślony. Jednak nie może uciec przed gębą inaczej, jak tylko w inną gębę. Nie wie kim jest, ale wie, kiedy go deformują.
O ostatniej w tym sezonie premierze rozmawiamy z młodym aktorem Teatru Dramatycznego Mateuszem Weberem.
Kiedy dojrzałeś do Gombrowicza? „Ferdydurke” nie należy do prostych sztuk.
To jest bardzo trudna sztuka. Zarazem jest to mój pierwszy kontakt z Witoldem Gombrowiczem na mojej drodze teatralnej. W szkole teatralnej jakoś się nie złożyło, aż dziwne, że nie pracowaliśmy nad żadną sztuką Gombrowicza. Na moim roku różni profesorowie pracowali nad jego tekstami, ale mnie to jakoś omijało. Teraz jestem zachwycony. Mówimy o naszym narodowym wieszczu. Po raz kolejny mamy do czynienia z czymś, co zostało napisane lata temu, a nadal jest niezwykle aktualne. Niesamowite. Język, którym autor operuje jest niezwykły. Dam przykład – film „Dzień Świra” jest też napisany 13-zgłoskowcem, i ta aktualność jest takim naszym teatralnym „Dniem Świra”. Józio – główny bohater – jest przepięknie prowadzony przez całą sztukę przez Waldka Barwińskiego. Mierzy się z problemami swojego egzystencjalizmu, załamania artystycznego. Wychodzą z tego bardzo ciekawe rzeczy, swoisty horror, w którym się znajduje – jak zły sen. I w tej formie ciekawie się Gombrowicz odnajduje - mam taką nadzieję. Nie chcę za dużo zdradzać – zapraszam na spektakl.
Gombrowicz powraca...
Bardzo mnie cieszy, że po jakimś czasie sięgamy ponownie po tego autora. Być może dzieje się to ze względu na obchody niepodległościowe, ale najważniejsze, że powraca. Wiele teatrów sięga po jego twórczość. Dojrzałem do tego tekstu. Jest obowiązkową lekturą w szkole, a różnie bywa ze zrozumieniem jej, gdy się jest bardzo młodym człowiekiem. Pierwszy raz zdarzyło mi się pracować z reżyser Magdą Miklasz. Wspaniale nam tekst przedstawiła i przełożyła na deski teatralne. Znakomicie połączyła całość z Teatrem Malabar. Wydaje się nam, że ciekawie to się będzie oglądało. Wszyscy się mocno wspieraliśmy, a to nam dało taki wewnętrzny spokój. Mam nadzieję, że efekt będzie zadawalający.
Wnioskuje, że współpraca na linii reżyser – aktor, układała się bardzo dobrze. Reżyser była otwarta na Wasze pomysły?
Tak, oczywiście. Tutaj mnóstwo rzeczy wyniknęło z improwizacji. Każda z naszych postaci dostała tematy, ale opieraliśmy się na improwizacji. Początki były bardzo ciężkie, wręcz jak zapasy na macie. Syfon - Miętus - dwie grupy w szkole... Stopniowe nasze dojrzewanie i coraz lepsze poruszanie się w tekście. Magda Miklasz jest bardzo otwarta na wszystkie pomysły, ma bardzo plastyczną głowę do takich rzeczy. Miała pomysł, wizję na Gombrowicza – bez tego nie ma co sięgać po tę twórczość. Każdy aktor marzy o tego typu współpracy, żeby zawsze trafiać na takich reżyserów.
„Ferdydurke” - horror egzystencjalny - zgodzisz się z tym?
Tak. Jest to zdecydowanie horror egzystencjalny, straszny koszmar, który się Józiowi przytrafia. Fantastyczne jest to, że nasi koledzy z Teatru Malabar wykorzystują świetnie swoje umiejętności. Mamy do czynienia z horrorem z lat 90. typu Road 66 w USA – niesamowite. Nam się świetnie przy tym pracowało, wierzę, że publiczności również będzie się podobać. Przychodziliśmy na próby z przyjemnością, nie z musu. Byliśmy naładowani pozytywną energią i wspieraliśmy się w pracy.
Warszawską Akademię Teatralną skończyłeś w 2013 roku. W teatrze z każdym rokiem grasz coraz więcej – wymarzona sytuacja dla młodego aktora, która nie każdemu się udaje.
Teatr jest dla mnie bardzo ważny. Otrzymałem od losu taką możliwość i staram się niczego nie zmarnować. Nie jest łatwo po szkole od razu dostać pracę w teatrze, a o tym marzy chyba każdy młody adept tej szkoły. Po to się uczymy, żeby grać. Od początku jestem w Teatrze Dramatycznym – mam możliwość sprawdzenia się w najróżniejszym repertuarze, od komedii po dramat i musical, to coś wspaniałego dla młodego aktora.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Dramatyczny w Warszawie, „Ferdydurke”, Mateusz Weber, foto Katarzyna Chmura-Cegiełkowska
28 czerwca – oglądała Małgosia
Kolejne spektakle w nowym sezonie, od września – zapraszamy.
poniedziałek, 20 listopada 2017
Warto się wybrać na Scenę na Woli
„Pociągi pod specjalnym nadzorem”, „Dziwny przypadek psa nocą porą”, „Historia Jakuba”, „Niedźwiedź Wojtek”, czy „Letnie osy kąsają nas nawet w listopadzie” - to są spektakle, które warto zapisać w kalendarzu widza teatralnego i skierować kroki do Teatru Dramatycznego, na Scenę na Woli im. Tadeusza Łomnickiego w Warszawie. Scena ta trzyma równy, wysoki poziom już od dawna. Wrześniowa premiera „Pociągi pod specjalnym nadzorem”, inaugurująca nowy sezon utwierdziła mnie w tej opinii.
Tekst Bohumila Hrabala w adaptacji Janusza Andermana wyreżyserował Jakub Krofta. W roli młodego kolejarza Milosza, który przeżywa przemianę z chłopca w mężczyznę możemy oglądać zdolnego, młodego aktora Otara Saralidze. Doskonale wiemy, że Czesi to pogodny naród i z każdej tragedii potrafią zrobić komedię i w tym przypadku jest tak samo. Akcja sztuki rozgrywa się w czasie II Wojny Światowej, ale bohaterowie Hrabala nie pozwalają jej usunąć ze swojego życia radości i seksu. Czasy tragiczne - giną ludzie, trwa walka, ale życie toczy się równolegle całkiem normlanie – ludzie się kochają, cieszą, jedzą…po prostu żyją.
Jesień i zima - a te pory roku nas aktualnie interesują - sprzyjają zapoznaniu się z repertuarem teatralnym i nadrobieniem zaległości. Warto spędzić wieczór obcując ze sztuką na żywo. Ja przynajmniej do takich osób należę. Jak mamy przypływ gotówki, o co pewnie dość ciężko – to można wcześniej kupić bilecik, a jak kieszeń pusta, to warto przyjść wcześniej i stanąć w kolejce po wejściówki. Najważniejsze, aby w ten wolny wieczór, który mamy, wyjść z domu i skierować kroki do ulubionego teatru. Nasi mili czytelnicy chyba już wiedzą, które teatry nasza trójka lubi, które poleca. Teatr Wielki, a w nim przepiękne balety z ostatnią premierą „Balety Polskie”, Teatr Polski, Ateneum, Dramatyczny, Narodowy. W grudniu wybieramy się do Teatru Współczesnego na „Psie serce” i z pewnością napiszemy coś na ten temat. Mili nasi, nie leńcie się, tylko …do teatru.
Małgosia
Teatr Dramatyczny w Warszawie, „Pociągi pod specjalnym nadzorem”
21 września oglądała Małgosia
Tekst Bohumila Hrabala w adaptacji Janusza Andermana wyreżyserował Jakub Krofta. W roli młodego kolejarza Milosza, który przeżywa przemianę z chłopca w mężczyznę możemy oglądać zdolnego, młodego aktora Otara Saralidze. Doskonale wiemy, że Czesi to pogodny naród i z każdej tragedii potrafią zrobić komedię i w tym przypadku jest tak samo. Akcja sztuki rozgrywa się w czasie II Wojny Światowej, ale bohaterowie Hrabala nie pozwalają jej usunąć ze swojego życia radości i seksu. Czasy tragiczne - giną ludzie, trwa walka, ale życie toczy się równolegle całkiem normlanie – ludzie się kochają, cieszą, jedzą…po prostu żyją.
Jesień i zima - a te pory roku nas aktualnie interesują - sprzyjają zapoznaniu się z repertuarem teatralnym i nadrobieniem zaległości. Warto spędzić wieczór obcując ze sztuką na żywo. Ja przynajmniej do takich osób należę. Jak mamy przypływ gotówki, o co pewnie dość ciężko – to można wcześniej kupić bilecik, a jak kieszeń pusta, to warto przyjść wcześniej i stanąć w kolejce po wejściówki. Najważniejsze, aby w ten wolny wieczór, który mamy, wyjść z domu i skierować kroki do ulubionego teatru. Nasi mili czytelnicy chyba już wiedzą, które teatry nasza trójka lubi, które poleca. Teatr Wielki, a w nim przepiękne balety z ostatnią premierą „Balety Polskie”, Teatr Polski, Ateneum, Dramatyczny, Narodowy. W grudniu wybieramy się do Teatru Współczesnego na „Psie serce” i z pewnością napiszemy coś na ten temat. Mili nasi, nie leńcie się, tylko …do teatru.
Małgosia
Teatr Dramatyczny w Warszawie, „Pociągi pod specjalnym nadzorem”
21 września oglądała Małgosia
piątek, 21 lipca 2017
Kultura na wakacje
Czy podczas letnich miesięcy faktycznie odpoczywamy od kultury? Obowiązujący niegdyś wakacyjny okres „ogórkowy”, gdy nic ciekawego nie było ani w kinach, ani w teatrach, na szczęście już nie funkcjonuje. Mimo, że niektóre teatry zamknęły swoje drzwi na okres wakacji, to w zamian pojawiły się inne możliwości obcowania z kulturą. W dużych i mniejszych miastach nie brakuje imprez kulturalnych, a ich wachlarz jest naprawdę ogromny. Co ciekawe, często imprezy kulturalne – zwłaszcza te pod chmurką – odbywają się za darmo.
W Warszawie na Polu Mokotowskim wystartowała Filmowa Stolica Lata 2017. Plenerowe kino będzie można śledzić do 2 września. Na leżaku pod niebem filmy można też oglądać przed PKiN. W ofercie pozycje nagrodzone, nieco zapomniane, a warte przypomnienia. Dla melomanów muzyki w Łazienkach Królewskich już po raz 58. wystartował sezon Koncertów Chopinowskich. Na fortepianie tradycyjnie ustawionym pod pomnikiem Chopina zagra wielu znanych muzyków. Organizatorzy wprowadzili w tym roku nowość – Koncertów Chopinowskich można także posłuchać w internecie.
Stara Dziekanka na Krakowskim Przedmieściu zaprasza w każdą środę o godzinie 18 na koncerty na malowniczym dziedzińcu. Gdy pogoda zawiedzie w Sali Koncertowej „Dziekanki”. To już 17. edycja Letnich Wieczorów Muzycznych. Na koncerty także wstęp wolny.
Na Starówce tradycyjnie, jak w każde wakacje można posłuchać jazzu. Do 26 sierpnia będą nas zachwycać swoimi występami wirtuozi zarówno zagraniczni, jak i krajowi. Wszystko to w ramach 23. Międzynarodowego Plenerowego Festiwalu „Jazz Na Starówce”.
Nie wszystkie teatry „odpoczywają” w wakacje. Jak co roku Teatr Dramatyczny zaprasza na Letni Przegląd Teatru Dramatycznego. Do końca lipca trzy sceny teatru oferują sztuki nowe oraz te, które po wielomiesięcznym wystawianiu żegnają się z widzami.
Teatr Wielki przedłużył do 12 sierpnia możliwość oglądania wystawy „Cały Teatr Na Naszej Głowie”. Niezwykle ciekawa wystawa modowa w trakcie sezonu cieszyła się ogromnym zainteresowaniem. Niezliczona ilość kapeluszy, meloników, hełmofonów, rogatywek, czepków została przeniesiona z teatralnych magazynów do przestrzeni Galerii. Dzięki czemu każdy może obejrzeć spektakularny kapelusz ze spektaklu Madame Butterfly oraz wiele innych nakryć głowy.
Jak widać, w wakacje nie musimy się nudzić. Nawet gdy pogoda nie dopisuje, czeka na nas wiele możliwości. Trzeba tylko nieco się wysilić, i wykazać się dobrą wolą, aby poszperać i znaleźć dla siebie coś ciekawego.
Kasia
W Warszawie na Polu Mokotowskim wystartowała Filmowa Stolica Lata 2017. Plenerowe kino będzie można śledzić do 2 września. Na leżaku pod niebem filmy można też oglądać przed PKiN. W ofercie pozycje nagrodzone, nieco zapomniane, a warte przypomnienia. Dla melomanów muzyki w Łazienkach Królewskich już po raz 58. wystartował sezon Koncertów Chopinowskich. Na fortepianie tradycyjnie ustawionym pod pomnikiem Chopina zagra wielu znanych muzyków. Organizatorzy wprowadzili w tym roku nowość – Koncertów Chopinowskich można także posłuchać w internecie.
Stara Dziekanka na Krakowskim Przedmieściu zaprasza w każdą środę o godzinie 18 na koncerty na malowniczym dziedzińcu. Gdy pogoda zawiedzie w Sali Koncertowej „Dziekanki”. To już 17. edycja Letnich Wieczorów Muzycznych. Na koncerty także wstęp wolny.
Na Starówce tradycyjnie, jak w każde wakacje można posłuchać jazzu. Do 26 sierpnia będą nas zachwycać swoimi występami wirtuozi zarówno zagraniczni, jak i krajowi. Wszystko to w ramach 23. Międzynarodowego Plenerowego Festiwalu „Jazz Na Starówce”.
Nie wszystkie teatry „odpoczywają” w wakacje. Jak co roku Teatr Dramatyczny zaprasza na Letni Przegląd Teatru Dramatycznego. Do końca lipca trzy sceny teatru oferują sztuki nowe oraz te, które po wielomiesięcznym wystawianiu żegnają się z widzami.
Teatr Wielki przedłużył do 12 sierpnia możliwość oglądania wystawy „Cały Teatr Na Naszej Głowie”. Niezwykle ciekawa wystawa modowa w trakcie sezonu cieszyła się ogromnym zainteresowaniem. Niezliczona ilość kapeluszy, meloników, hełmofonów, rogatywek, czepków została przeniesiona z teatralnych magazynów do przestrzeni Galerii. Dzięki czemu każdy może obejrzeć spektakularny kapelusz ze spektaklu Madame Butterfly oraz wiele innych nakryć głowy.
Jak widać, w wakacje nie musimy się nudzić. Nawet gdy pogoda nie dopisuje, czeka na nas wiele możliwości. Trzeba tylko nieco się wysilić, i wykazać się dobrą wolą, aby poszperać i znaleźć dla siebie coś ciekawego.
Kasia
Etykiety:
film,
kino,
Kino plenerowe,
Stara Dziekanka,
teatr,
Teatr Dramatyczny,
Teatr Dramatyczny w Warszawie,
Teatr Wielki,
Teatr Wielki w Warszawie,
wakacje,
Warszawa
poniedziałek, 10 lipca 2017
Krzysztof Szczepaniak jako brawurowa i genialna drag queen w fabryce butów
Teatr Dramatyczny w Warszawie przyzwyczaił widzów, że można liczyć na jego gościnne progi i miło spędzić również wakacyjny czas. W kończącym się sezonie teatralnym wyciągnął asa z rękawa w postaci Musicalu "Kinky Boots". Musical ten inspirowany jest prawdziwymi wydarzeniami.
Wystawienia podjęła się Ewelina Pietrowiak, która z zespołem TD zrealizowała znany już widzom "Cabaret". Premiera miała miejsce 7 lipca na Scenie Gustawa Holoubka. Publiczność przyjęła spektakl entuzjastycznie, owacjami na stojąco.
"Kinky Boots" według scenariusza Geoffa Deana i Tima Firtha, z librettem Harveya Fiersteina, muzyką i słowami znanej piosenkarki i aktorki Cyndi Lauper jest jednym z najbardziej popularnych broadwayowskich musicali. W przedstawieniu Teatru Dramatycznego przekładu piosenek podjął się Michał Wojnarowski. W spektaklu mamy prawdziwy muzyczny miszmasz – pop, soul, przyjemne dla ucha ballady, nie brakuje także rocka. Muzyka płynie do nas na żywo, co również dodaje wartości spektaklowi.
Charlie, główny bohater, po śmierci ojca zostaje spadkobiercą upadającej fabryki butów. Jego niezwykle zaborcza dziewczyna Nicola żąda, by sprzedał rodzinny interes i przeprowadził się z nią do Londynu. Lola, wystrzałowa drag queen o zabójczym głosie, ma pomysł na uratowanie firmy, a co za tym idzie również uratowanie pracowników przed utratą pracy. Charlie i Lola w chwili poznania się nie mają ze sobą właściwie nic wspólnego, ale po nieporozumieniach ten stan rzeczy mija i jednoczą siły, by stworzyć dla mężczyzn seksowne buty, które uratują fabrykę.
Żyjemy niestety w czasach, w których stare wartości tracą swoją moc, umierają,lub jak kto woli odchodzą do lamusa, a czy jest coś piękniejszego niż prawdziwa opowieść o przyjaźni, tolerancji i akceptacji?.. O musicalach, pracy nad "Kinky Boots" i trudach z tym związanych rozmawiamy z odtwórcą jednej z głównych ról Loli i Simona – młodym aktorem Teatru Dramatycznego Krzysztofem Szczepaniakiem.
Chyba można dziś powiedzieć, że musical przeżywa renesans?
Musical jest na tyle dobrą formą, że można w nim mówić na różne tematy, w tym trudne, niewygodne i nie ważne po której stronie barykady (gdyby jakaś była) się znajdujemy. Jest taką formą, która łatwiej przekazuje te trudne tematy, z którymi na co dzień jest pewnego rodzaju problem. Dużo łatwiej niż proza, czy wiersz. Ta muzyczna forma jest pewnego rodzaju kodem, który może dotrzeć do ludzi, zmusić ich do jakiejś empatii, wczucia się w czyjąś sytuację i spojrzenie na nią; z trochę innej strony. Spojrzenia na pewną grupę ludzi, która wydawała nam się taka, a nie inna. Na ruszenie trochę wyobraźnią, na poleganiu na własnej duszy i na własnym sercu. To są wydaje się banały, a jednocześnie takie nie do końca banały. Umówmy się, nasz świat wygląda tak, że nie zawsze mamy czas, czy nie zawsze nam się chce zagłębiać w różne tematy. Musical jest świetną formą, bo jest zwyczajnie atrakcyjny. Jest atrakcyjny i ubiera tę rzeczywistość w takie opakowanie przystępności, i gdzieś podprogowo te sensy dochodzą do widza.
Wy też chcecie trafić do jak najszerszej widowni.
Jak najbardziej. Musical trafia do bardzo szerokiej grupy widzów, właśnie przez fajną formę atrakcyjności swojego przekazu. Nam zależy, aby na nasze spektakle przyszli i starsi i młodsi. Każdy znajdzie coś dla siebie.
Żyjemy w kraju, w którym nie ma takich musicalowych tradycji jak w Stanach Zjednoczonych.
Nie ma, ale staramy się, aby to zmienić. Teatr Dramatyczny nie jest teatrem musicalowym, ale mamy w repertuarze już "Cabaret" i parę przedstawień, w których jest trochę muzyki przekazywanej na żywo. Zawsze żywa muzyka sprawia, że pcha do góry cały spektakl – działa dużo lepiej niż muzyka grana z płyty. Jednak, uważam, że jeśli chodzi o nasze tradycje musicalowe, nie jest tak źle. Wiadomo, nie jesteśmy londyńskim West Endem ani nowojorskim Broadwayem, ale czy Teatr Roma, czy Teatr Muzyczny w Gdyni, mają na swoim koncie kilka udanych przedstawień. Współpracują z tymi teatrami reżyserzy z zagranicy. Przepływ informacji jest coraz większy, sporo osób interesuje się musicalami. W internecie to bardzo dobrze funkcjonuje, widać coraz większe zainteresowanie.
Wymienione przez Pana teatry są placówkami typowo muzycznymi, ale to prawda, że obserwuje się zainteresowanie tego typu rozrywką przez normalne teatry i tu mamy właśnie przykład Teatru Dramatycznego.
I to jest super. Ja gdybym miał iść spontanicznie do teatru i miałbym do wyboru musical i normalną typową sztukę, to skusiłbym się właśnie na musical, bo to odpręża. Do tego jak fajnie śpiewają i nikt nie fałszuje – wtedy relaks jest zapewniony. Zapraszamy do Teatru Dramatycznego, bo będzie ciekawie.
Jak się pracowało nad spektaklem?
Ciężko. Przez cztery miesiące bardzo ciężko pracowaliśmy. Dla mnie najtrudniejsze było noszenie szpilek. To ogromne wyzwanie dla mężczyzny. W przedstawieniu większość mężczyzn nosi szpilki. Długie buty i krótkie, ale na obcasie. Nie jest to łatwe. Fizycznie jest to bardzo wyczerpujące, ale mamy fantastyczną choreograf Paulinę Andrzejewską, która współpracuje z Teatrem Roma. Ona między innymi sprawiła, że nasze cielska (uśmiech Krzysztofa Szczepaniaka) świetnie się poruszają.
Należy Pan do grupy aktorów bardzo dobrze grających i śpiewających. Jest Pan obdarzony bardzo dobrym głosem, dlatego pewnie lubi Pan spektakle śpiewane?
Bardzo dziękuję za te słowa. Cieszę się, choć bardziej mi odpowiada piosenka aktorska, lepiej się w niej odnajduję. A w "Kinky Boots" mamy bardzo popowe śpiewanie, lekkie i przyjemne, wpadające w ucho. Taki z założenia jest musical, jak się z niego wychodzi trzeba nucić melodie, jak tego nie ma, to coś może być nie tak. Musieliśmy piosenki nieco przeprogramować, żebyśmy dali radę to zaśpiewać. W wersji broadwayowskiej te piosenki są bardzo wysoko zaśpiewane. Ale mogę spokojnie powiedzieć, że mamy dużo lepsze układy choreograficzne niż w oryginale. Na początku byliśmy przekonani, że to nie wyjdzie, ale tak nas nasza choreograf przygotowała, że efekt jest bardzo fajny.
Oryginał był waszym wzorem?
Tak, oglądaliśmy oryginalną wersję. Paulina Andrzejewska widziała musical parę lat temu na Broadwayu, potem o nim zapomniała, i ostatnio obejrzała go ponownie, a nasz dyrektor Tadeusz Słobodzianek wpadł na pomysł, że warto by to przełożyć na deski Teatru Dramatycznego. Nie mam pojęcia czy Cyndi Lauper wie, że jej musical jest grany w Warszawie. Bogaty w różnorodność muzyczną musical - są ballady, rock, pop, szybkie kawałki – jednym słowem fajne. Myślę, że jak ktoś przyjdzie, to się nie zawiedzie. Mamy świetny band, oprawa muzyczna jest bardzo dobra, pod kierownictwem Urszuli Borkowskiej. Dzieje się, oj dzieje. Zapraszam raz jeszcze.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
"Kinky Boots" wystawiono w porozumieniu z Music Theatre International (MTI), które zapewniło autoryzowane materiały do przedstawienia www.MTIShows.com. Prawa autorskie do "Kinky Boots" w Polsce reprezentuje Agencja ADiT.
Teatr Dramatyczny w Warszawie, "Kinky Boots", Krzysztof Szczepaniak
Musical oglądała Małgosia - 6 lipca
Najbliższe spektakle - 22, 23 i 24 września
Wystawienia podjęła się Ewelina Pietrowiak, która z zespołem TD zrealizowała znany już widzom "Cabaret". Premiera miała miejsce 7 lipca na Scenie Gustawa Holoubka. Publiczność przyjęła spektakl entuzjastycznie, owacjami na stojąco.
"Kinky Boots" według scenariusza Geoffa Deana i Tima Firtha, z librettem Harveya Fiersteina, muzyką i słowami znanej piosenkarki i aktorki Cyndi Lauper jest jednym z najbardziej popularnych broadwayowskich musicali. W przedstawieniu Teatru Dramatycznego przekładu piosenek podjął się Michał Wojnarowski. W spektaklu mamy prawdziwy muzyczny miszmasz – pop, soul, przyjemne dla ucha ballady, nie brakuje także rocka. Muzyka płynie do nas na żywo, co również dodaje wartości spektaklowi.
Charlie, główny bohater, po śmierci ojca zostaje spadkobiercą upadającej fabryki butów. Jego niezwykle zaborcza dziewczyna Nicola żąda, by sprzedał rodzinny interes i przeprowadził się z nią do Londynu. Lola, wystrzałowa drag queen o zabójczym głosie, ma pomysł na uratowanie firmy, a co za tym idzie również uratowanie pracowników przed utratą pracy. Charlie i Lola w chwili poznania się nie mają ze sobą właściwie nic wspólnego, ale po nieporozumieniach ten stan rzeczy mija i jednoczą siły, by stworzyć dla mężczyzn seksowne buty, które uratują fabrykę.
Żyjemy niestety w czasach, w których stare wartości tracą swoją moc, umierają,lub jak kto woli odchodzą do lamusa, a czy jest coś piękniejszego niż prawdziwa opowieść o przyjaźni, tolerancji i akceptacji?.. O musicalach, pracy nad "Kinky Boots" i trudach z tym związanych rozmawiamy z odtwórcą jednej z głównych ról Loli i Simona – młodym aktorem Teatru Dramatycznego Krzysztofem Szczepaniakiem.
Chyba można dziś powiedzieć, że musical przeżywa renesans?
Musical jest na tyle dobrą formą, że można w nim mówić na różne tematy, w tym trudne, niewygodne i nie ważne po której stronie barykady (gdyby jakaś była) się znajdujemy. Jest taką formą, która łatwiej przekazuje te trudne tematy, z którymi na co dzień jest pewnego rodzaju problem. Dużo łatwiej niż proza, czy wiersz. Ta muzyczna forma jest pewnego rodzaju kodem, który może dotrzeć do ludzi, zmusić ich do jakiejś empatii, wczucia się w czyjąś sytuację i spojrzenie na nią; z trochę innej strony. Spojrzenia na pewną grupę ludzi, która wydawała nam się taka, a nie inna. Na ruszenie trochę wyobraźnią, na poleganiu na własnej duszy i na własnym sercu. To są wydaje się banały, a jednocześnie takie nie do końca banały. Umówmy się, nasz świat wygląda tak, że nie zawsze mamy czas, czy nie zawsze nam się chce zagłębiać w różne tematy. Musical jest świetną formą, bo jest zwyczajnie atrakcyjny. Jest atrakcyjny i ubiera tę rzeczywistość w takie opakowanie przystępności, i gdzieś podprogowo te sensy dochodzą do widza.
Wy też chcecie trafić do jak najszerszej widowni.
Jak najbardziej. Musical trafia do bardzo szerokiej grupy widzów, właśnie przez fajną formę atrakcyjności swojego przekazu. Nam zależy, aby na nasze spektakle przyszli i starsi i młodsi. Każdy znajdzie coś dla siebie.
Żyjemy w kraju, w którym nie ma takich musicalowych tradycji jak w Stanach Zjednoczonych.
Nie ma, ale staramy się, aby to zmienić. Teatr Dramatyczny nie jest teatrem musicalowym, ale mamy w repertuarze już "Cabaret" i parę przedstawień, w których jest trochę muzyki przekazywanej na żywo. Zawsze żywa muzyka sprawia, że pcha do góry cały spektakl – działa dużo lepiej niż muzyka grana z płyty. Jednak, uważam, że jeśli chodzi o nasze tradycje musicalowe, nie jest tak źle. Wiadomo, nie jesteśmy londyńskim West Endem ani nowojorskim Broadwayem, ale czy Teatr Roma, czy Teatr Muzyczny w Gdyni, mają na swoim koncie kilka udanych przedstawień. Współpracują z tymi teatrami reżyserzy z zagranicy. Przepływ informacji jest coraz większy, sporo osób interesuje się musicalami. W internecie to bardzo dobrze funkcjonuje, widać coraz większe zainteresowanie.
Wymienione przez Pana teatry są placówkami typowo muzycznymi, ale to prawda, że obserwuje się zainteresowanie tego typu rozrywką przez normalne teatry i tu mamy właśnie przykład Teatru Dramatycznego.
I to jest super. Ja gdybym miał iść spontanicznie do teatru i miałbym do wyboru musical i normalną typową sztukę, to skusiłbym się właśnie na musical, bo to odpręża. Do tego jak fajnie śpiewają i nikt nie fałszuje – wtedy relaks jest zapewniony. Zapraszamy do Teatru Dramatycznego, bo będzie ciekawie.
Jak się pracowało nad spektaklem?
Ciężko. Przez cztery miesiące bardzo ciężko pracowaliśmy. Dla mnie najtrudniejsze było noszenie szpilek. To ogromne wyzwanie dla mężczyzny. W przedstawieniu większość mężczyzn nosi szpilki. Długie buty i krótkie, ale na obcasie. Nie jest to łatwe. Fizycznie jest to bardzo wyczerpujące, ale mamy fantastyczną choreograf Paulinę Andrzejewską, która współpracuje z Teatrem Roma. Ona między innymi sprawiła, że nasze cielska (uśmiech Krzysztofa Szczepaniaka) świetnie się poruszają.
Należy Pan do grupy aktorów bardzo dobrze grających i śpiewających. Jest Pan obdarzony bardzo dobrym głosem, dlatego pewnie lubi Pan spektakle śpiewane?
Bardzo dziękuję za te słowa. Cieszę się, choć bardziej mi odpowiada piosenka aktorska, lepiej się w niej odnajduję. A w "Kinky Boots" mamy bardzo popowe śpiewanie, lekkie i przyjemne, wpadające w ucho. Taki z założenia jest musical, jak się z niego wychodzi trzeba nucić melodie, jak tego nie ma, to coś może być nie tak. Musieliśmy piosenki nieco przeprogramować, żebyśmy dali radę to zaśpiewać. W wersji broadwayowskiej te piosenki są bardzo wysoko zaśpiewane. Ale mogę spokojnie powiedzieć, że mamy dużo lepsze układy choreograficzne niż w oryginale. Na początku byliśmy przekonani, że to nie wyjdzie, ale tak nas nasza choreograf przygotowała, że efekt jest bardzo fajny.
Oryginał był waszym wzorem?
Tak, oglądaliśmy oryginalną wersję. Paulina Andrzejewska widziała musical parę lat temu na Broadwayu, potem o nim zapomniała, i ostatnio obejrzała go ponownie, a nasz dyrektor Tadeusz Słobodzianek wpadł na pomysł, że warto by to przełożyć na deski Teatru Dramatycznego. Nie mam pojęcia czy Cyndi Lauper wie, że jej musical jest grany w Warszawie. Bogaty w różnorodność muzyczną musical - są ballady, rock, pop, szybkie kawałki – jednym słowem fajne. Myślę, że jak ktoś przyjdzie, to się nie zawiedzie. Mamy świetny band, oprawa muzyczna jest bardzo dobra, pod kierownictwem Urszuli Borkowskiej. Dzieje się, oj dzieje. Zapraszam raz jeszcze.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
"Kinky Boots" wystawiono w porozumieniu z Music Theatre International (MTI), które zapewniło autoryzowane materiały do przedstawienia www.MTIShows.com. Prawa autorskie do "Kinky Boots" w Polsce reprezentuje Agencja ADiT.
Teatr Dramatyczny w Warszawie, "Kinky Boots", Krzysztof Szczepaniak
Musical oglądała Małgosia - 6 lipca
Najbliższe spektakle - 22, 23 i 24 września
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















