(uwaga: recenzja zawiera spojlery)
Od listopada ubiegłego roku możemy oglądać na kanale Netflix finałowy, szósty sezon niezwykle lubianego i popularnego serialu "House of Cards". Po skandalach seksualnych Kevina Spaceya producenci nie mieli dużo czasu na stworzenie całkiem nowej fabuły, już bez głównego bohatera - Franka Underwooda - za to z jego żoną Claire na piedestale.
Po zakończeniu piątego sezonu zapowiadano, że szósty będzie ostatnim i losy bohaterów Białego Domu zakończą długą przygodę z serialem. Jednak nikt nie przypuszczał, że zakończenie będzie przebiegało w tak dramatyczny sposób. Długo czekałam na finałowy sezon, jednak nie mogę powiedzieć, że spełnił on moje oczekiwania.
Niestety cała otoczka związana z aferą Spaceya odbiła się na jakości ostatniego sezonu. Pomysł z tajemniczą śmiercią "we śnie" Franka Underwooda był nieco na siłę, a pomysłodawcy mogli się bardziej postarać, jeśli idzie o ciekawy scenariusz. Bardzo dobra w poprzednich sezonach Robin Wright niestety nie podołała głównej roli, a jej postaci zabrakło charakteru i mocy przyciągania. Pomysł z ciążą był śmieszny i naciągany, już w pierwszym sezonie bohaterka zmagała się z trudami menopauzy. Bodajże w drugim lekarka dawała mało czasu na decyzję, czy państwo Underwood chcą mieć potomka czy nie. Ok, czepiam się, żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku, zdarzają się nawet rodzące dzieci siedemdziesięciolatki, więc nie zabieram pani prezydentowej radości z późnego macierzyństwa, ale nie jest to dla mnie przekonujące rozwiązanie fabularne.
W szóstym sezonie dołączyli do serialu Diane Lane i jako jej serialowy brat - Greg Kinnear. Postaci mało pozytywne, ale też na przestrzeni lat tych pozytywnych postaci można było ze świecą szukać. Nowi bohaterowie mieli za zadanie ubarwić serię. Czy im się to udało… widzowie sami ocenią.
Doug Stamper do końca był sobą: wkurzający, jedyny wierny Frankowi giermek. Chyba najlepiej stworzona i odegrana rola. Przeczuwałam jego marny koniec. Oglądając szóstą serię, domyślałam się, że na końcu zginie albo Doug albo pani prezydent Hale (Claire wróciła bowiem do panieńskiego nazwiska i wyparła się całkowicie męża). Jak ktoś oglądał, to wie, kto przetrwał. Ostatnia niemal szekspirowska scena mordu kończy ten ciekawy serial. Szkoda, że jego losy musiały się tak potoczyć. I mimo, że nie pochwalam czynów Kevina Spaceya, muszę przyznać, że serial bił rekordy popularności właśnie dzięki niemu. Swoją znakomitą grą, świetnie skonstruowanym złym charakterem i cynizmem przyciągał przed telewizory miliony widzów - miłośników tego serialu. Żałuję, że tak wielki aktor zmarnował swoje i przy okazji innych życie.
Katarzyna Gotowiec
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą serial. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą serial. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 5 lutego 2019
poniedziałek, 20 listopada 2017
Frank Castle powrócił!
W piątek 17 listopada Netflix wypuścił długo oczekiwany serial Marvela "The Punisher". Od samego początku serial owiany był tajemnicą, producenci dawkowali przepływ jakichkolwiek wiadomości do opinii publicznej, trailerów, plakatów. Oficjalna data premiery została podana na miesiąc przed emisją. Osobiście czekałam z niecierpliwością na premierę Punishera, od września ubiegłego roku, od kiedy potwierdzono, że w rolę przyjaciela Franka Castle, Billy'ego Russo ma wcielić się Ben Barnes.
Punisher był kręcony przez pół roku w Nowym Jorku, na Brooklynie pod roboczą nazwą "Crime". Zdjęcia w plenerze kręcono zazwyczaj nocą, żeby uniknąć zainteresowania ludzi. Co najbardziej spodobało mi się w najnowszym Punisherze, to fakt, że w serialu występują zwyczajni ludzie. Nie mamy do czynienia z superbohaterami, których mnóstwo w produkcjach Marvela. Serial jest brutalny, leje się sporo krwi, ale jak sama nazwa wskazuje, nikogo nie powinno to dziwić. Tytułowy antybohater, były marine wraca do "żywych" aby pomścić krwawy mord na swojej rodzinie. Nie postanie, dopóki nie zabije ostatniego z winnych. Akcja narasta i wciąga widza, nawet tego, który nie do końca gustuje w przemocy. Nie brakuje zwrotów akcji i niespodzianek. Co warto zaznaczyć, mimo "męskich" scen, język jest wyjątkowo łagodny. Dzisiejsze produkcje charakteryzują się bardzo wulgarnym językiem, mowa zarówno o serialach polskich, jak i zagranicznych. Dlatego ku mojemu zaskoczeniu, i nie ukrywam zadowoleniu w 13 odcinkach nie padło żadne przekleństwo. Producenci może doszli do wniosku, że zrekompensują to nad wyraz realne, bardzo brutalne sceny walki i tortur. Czy pomysłodawcy serialu Punisher nie bali się, że okaże się on klapą? Powstało kilka filmów, z całkiem przyzwoitą obsadą, które mimo ciekawej fabuły okazały się nudne i dalekie od sukcesu. Oglądalność pierwszego weekendu pokazała, że serial z tytułowym Jonem Bernthalem (w roli Franka Castle) będzie sukcesem. Nie bez powodu Netflix od kilku sezonów plasuje się na czele kanałów najchętniej oglądanych na całym świecie. Amerykański kanał ma to coś i jak większość seriali oryginalnych bez względu na tematykę trzyma poziom. Wszystkie 13 odcinków obejrzałam z zapartym tchem, i choć czasami zakrywałam oczy, to z niecierpliwością będę oczekiwać drugiego sezonu. Niestety ku mojej rozpaczy piękna buzia Billy'ego Russo nie powali mnie już swoim czarem...
Serial oglądała i poleca Kasia
Punisher był kręcony przez pół roku w Nowym Jorku, na Brooklynie pod roboczą nazwą "Crime". Zdjęcia w plenerze kręcono zazwyczaj nocą, żeby uniknąć zainteresowania ludzi. Co najbardziej spodobało mi się w najnowszym Punisherze, to fakt, że w serialu występują zwyczajni ludzie. Nie mamy do czynienia z superbohaterami, których mnóstwo w produkcjach Marvela. Serial jest brutalny, leje się sporo krwi, ale jak sama nazwa wskazuje, nikogo nie powinno to dziwić. Tytułowy antybohater, były marine wraca do "żywych" aby pomścić krwawy mord na swojej rodzinie. Nie postanie, dopóki nie zabije ostatniego z winnych. Akcja narasta i wciąga widza, nawet tego, który nie do końca gustuje w przemocy. Nie brakuje zwrotów akcji i niespodzianek. Co warto zaznaczyć, mimo "męskich" scen, język jest wyjątkowo łagodny. Dzisiejsze produkcje charakteryzują się bardzo wulgarnym językiem, mowa zarówno o serialach polskich, jak i zagranicznych. Dlatego ku mojemu zaskoczeniu, i nie ukrywam zadowoleniu w 13 odcinkach nie padło żadne przekleństwo. Producenci może doszli do wniosku, że zrekompensują to nad wyraz realne, bardzo brutalne sceny walki i tortur. Czy pomysłodawcy serialu Punisher nie bali się, że okaże się on klapą? Powstało kilka filmów, z całkiem przyzwoitą obsadą, które mimo ciekawej fabuły okazały się nudne i dalekie od sukcesu. Oglądalność pierwszego weekendu pokazała, że serial z tytułowym Jonem Bernthalem (w roli Franka Castle) będzie sukcesem. Nie bez powodu Netflix od kilku sezonów plasuje się na czele kanałów najchętniej oglądanych na całym świecie. Amerykański kanał ma to coś i jak większość seriali oryginalnych bez względu na tematykę trzyma poziom. Wszystkie 13 odcinków obejrzałam z zapartym tchem, i choć czasami zakrywałam oczy, to z niecierpliwością będę oczekiwać drugiego sezonu. Niestety ku mojej rozpaczy piękna buzia Billy'ego Russo nie powali mnie już swoim czarem...
Serial oglądała i poleca Kasia
czwartek, 10 sierpnia 2017
Ania na nowo odczytana
Wiosną w ofercie Netflixa pojawił się serial na motywach "Ani z Zielonego Wzgórza". Nie jest to wierna ekranizacja książki, a raczej adaptacja części wątków z dodanymi pomysłami fabularnymi. Dla wszystkich fanów serii książkowej - pozycja obowiązkowa.
(uwaga: wpis zawiera mnóstwo spojlerów)
Seria książek L.M. Montgomery o Ani była jedną z moich ulubionych lektur dzieciństwa. Pierwsze pięć tomów (do "Wymarzonego domu Ani" włącznie) czytałam przez wiele lat właściwie na okrągło, z krótkimi przerwami. Pewnie, gdyby ktoś wtedy zorganizował teleturniej ze znajomości tych kilku książek, to miałabym szanse co najmniej na finał ;) Teraz czytam serię o Ani raz na parę lat, chętniej za to sięgnęłam do książek o autorce i jej dzienników. Moja wizja świata Ani jest od dość dawna odległa od tej cukierkowej opowieści z Megan Follows w roli tytułowej, która powstała w latach 80. Megan zdecydowanie nie była moją Anią, a cały serial irytował mnie zamiast cieszyć.
Jak łatwo się domyślić, informację o serialu Netflixa, zmieniającym historię Ani w wielu wątkach i raczej mrocznym, przyjęłam z dużym zainteresowaniem. Gdy nadarzyła się okazja obejrzenia, od razu zasiadłam i pochłonęłam siedem odcinków w trzy dni. I co? Jestem na tak. Mimo że zmieniono te historie, które znam na pamięć, mimo że pierwsza sukienka z bufami była niebieska a nie brązowa ;) Jeśli tylko powstanie drugi sezon serialu, obejrzę go niezwłocznie.
Ania w nowej wersji jest niemal dokładnie taka, jaką ją sobie wyobrażałam przez lata lektury. Nieładny chudzielec z dużymi oczami i rudymi warkoczami (trochę lichymi, co odstaje od opisu L.M. Montgomery, podkreślającej gęstość Aniowej czupryny). Jest egzaltowana i bardzo sympatyczna, a w czasie, który obejmują odcinki sezonu, nabiera stopniowo ogłady. Pozostałe postaci też doskonale obsadzono. Kostyczna Maryla mięknie od czasu do czasu, a jej kontrast wizualny z przysadzistą panią Linde jest znakomity. Mateusz wprawdzie nie ma brody, ale jego wrażliwość i bezradność w sprawach praktycznych są pięknie odegrane. Gilbert jest taki jaki powinien być: ładny chłopiec o miłym usposobieniu. Interesujące jest dodanie Billy'emu Andrewsowi charakteru dyżurnego gnębiciela słabszych - ciekawe, czy w serialu dorosły Billy też oświadczy się Ani (o ile powstaną kolejne odcinki)...
Psychologia postaci jest interesująco pogłębiona przez dodanie wątków. Dowiadujemy się więcej o przemocy (fizycznej i psychicznej), której doznała Ania. Podobne historie słyszy się dziś, podobnie bywało w sierocińcach tuż po wojnie, niewątpliwie nie lepiej było pod koniec XIX wieku. W książce trudy sierocego życia przed przybyciem na Zielone Wzgórze pojawiły się w tle (pamiętacie rozmowę Ani z Marylą, gdy wybierały się do pani Spencer, aby wyjaśnić pomyłkę?), w serialu pokazane są wprost, w formie retrospekcji wpływających na zachowania Ani w Avonlea. Samotne życie rodzeństwa Cuthbertów też zostało obudowane wątkami pokazującymi, że niekoniecznie to był ich niezależny wybór.
W serialu dodano wiele wątków/scen/dialogów o wyraźnie feministycznym podtekście. Ciekawy zabieg, w delikatny sposób podważający pozorną doskonałość świata stworzonego przez L.M. Montgomery. Takie podejście zachęca do krytycznego poznawania świata Ani i być może będzie pomocne w odbiorze historii przez nowe pokolenie widzów. Zobaczymy.
Dla niezdecydowanych, czy warto oglądać, dodam na zachętę, że Wyspa Księcia Edwarda jest w serialu pokazana pięknie, ale bez przesłodzenia, podobnie kostiumy cieszą oczy. Kolorystyka całości jest w klimatach bliskich kadrom "Szeregowca Ryana" lub filmów Tima Burtona, a czołówka w stylu "Alicji w krainie czarów" dodatkowo pogłębia umowność konwencji.
Serial oglądała i poleca Maria
(uwaga: wpis zawiera mnóstwo spojlerów)
Seria książek L.M. Montgomery o Ani była jedną z moich ulubionych lektur dzieciństwa. Pierwsze pięć tomów (do "Wymarzonego domu Ani" włącznie) czytałam przez wiele lat właściwie na okrągło, z krótkimi przerwami. Pewnie, gdyby ktoś wtedy zorganizował teleturniej ze znajomości tych kilku książek, to miałabym szanse co najmniej na finał ;) Teraz czytam serię o Ani raz na parę lat, chętniej za to sięgnęłam do książek o autorce i jej dzienników. Moja wizja świata Ani jest od dość dawna odległa od tej cukierkowej opowieści z Megan Follows w roli tytułowej, która powstała w latach 80. Megan zdecydowanie nie była moją Anią, a cały serial irytował mnie zamiast cieszyć.
Jak łatwo się domyślić, informację o serialu Netflixa, zmieniającym historię Ani w wielu wątkach i raczej mrocznym, przyjęłam z dużym zainteresowaniem. Gdy nadarzyła się okazja obejrzenia, od razu zasiadłam i pochłonęłam siedem odcinków w trzy dni. I co? Jestem na tak. Mimo że zmieniono te historie, które znam na pamięć, mimo że pierwsza sukienka z bufami była niebieska a nie brązowa ;) Jeśli tylko powstanie drugi sezon serialu, obejrzę go niezwłocznie.
Ania w nowej wersji jest niemal dokładnie taka, jaką ją sobie wyobrażałam przez lata lektury. Nieładny chudzielec z dużymi oczami i rudymi warkoczami (trochę lichymi, co odstaje od opisu L.M. Montgomery, podkreślającej gęstość Aniowej czupryny). Jest egzaltowana i bardzo sympatyczna, a w czasie, który obejmują odcinki sezonu, nabiera stopniowo ogłady. Pozostałe postaci też doskonale obsadzono. Kostyczna Maryla mięknie od czasu do czasu, a jej kontrast wizualny z przysadzistą panią Linde jest znakomity. Mateusz wprawdzie nie ma brody, ale jego wrażliwość i bezradność w sprawach praktycznych są pięknie odegrane. Gilbert jest taki jaki powinien być: ładny chłopiec o miłym usposobieniu. Interesujące jest dodanie Billy'emu Andrewsowi charakteru dyżurnego gnębiciela słabszych - ciekawe, czy w serialu dorosły Billy też oświadczy się Ani (o ile powstaną kolejne odcinki)...
Psychologia postaci jest interesująco pogłębiona przez dodanie wątków. Dowiadujemy się więcej o przemocy (fizycznej i psychicznej), której doznała Ania. Podobne historie słyszy się dziś, podobnie bywało w sierocińcach tuż po wojnie, niewątpliwie nie lepiej było pod koniec XIX wieku. W książce trudy sierocego życia przed przybyciem na Zielone Wzgórze pojawiły się w tle (pamiętacie rozmowę Ani z Marylą, gdy wybierały się do pani Spencer, aby wyjaśnić pomyłkę?), w serialu pokazane są wprost, w formie retrospekcji wpływających na zachowania Ani w Avonlea. Samotne życie rodzeństwa Cuthbertów też zostało obudowane wątkami pokazującymi, że niekoniecznie to był ich niezależny wybór.
W serialu dodano wiele wątków/scen/dialogów o wyraźnie feministycznym podtekście. Ciekawy zabieg, w delikatny sposób podważający pozorną doskonałość świata stworzonego przez L.M. Montgomery. Takie podejście zachęca do krytycznego poznawania świata Ani i być może będzie pomocne w odbiorze historii przez nowe pokolenie widzów. Zobaczymy.
Dla niezdecydowanych, czy warto oglądać, dodam na zachętę, że Wyspa Księcia Edwarda jest w serialu pokazana pięknie, ale bez przesłodzenia, podobnie kostiumy cieszą oczy. Kolorystyka całości jest w klimatach bliskich kadrom "Szeregowca Ryana" lub filmów Tima Burtona, a czołówka w stylu "Alicji w krainie czarów" dodatkowo pogłębia umowność konwencji.
Serial oglądała i poleca Maria
poniedziałek, 3 kwietnia 2017
Złoty okres telewizji
Od kilku lat telewizja przeżywa swoją drugą młodość. W dobie internetu, gdy wydawałoby się, że niedługo przejdzie do lamusa jak winylowa płyta, ona jednak rozkwita. Ten rozkwit jest niejako zasługą internetu. Wszystkie najlepsze stacje komercyjne są dostępne w necie. Dziś nic już nam nie umknie, gdy zapomnimy o ulubionym serialu. Można go obejrzeć, gdzie się chce, kiedy się chce i na czym się chce. Niepotrzebny nam dziś wielki telewizor, może go zastąpić smartfon, laptop czy tablet – dla mnie jednak rozmiar ma znaczenie. Zdecydowanie wolę oglądać ulubione seriale czy filmy na większym ekranie. Dlatego nic też nie zastąpi atmosfery sali kinowej.
Gdy pojawił się serial HBO „Gra o Tron” popularność telewizji zdecydowanie zaczęła iść w górę. Za oceanem rozpoczęła się bitwa kilku stacji, które walczą o widza. Trzeba zaznaczyć, że z powodzeniem. Do czołowych należą: HBO, Netflix, TNT – z bardzo dobrym serialem kryminalnym „Dobre zachowanie” - ABS, CBS, NBC, FOX i kilka innych. Jednak na czele zdecydowanie znajdują się dwa kanały, które na szczęście są dostępne także w Polsce. Mowa tu o HBO i Netflixie - i co ważne - także polski widz może z dokładnością co do sekundy delektować się premierą każdego odcinka, który pojawia się za oceanem. Pod koniec ubiegłego roku mieliśmy możliwość oglądania na HBO długo zapowiadanego serialu "Westworld", który na świecie odniósł wielki sukces. Twórcy już pracują nad jego kontynuacją.
Na Netflixie prym wiodą seriale Marvela: "Jessica Jones", "Daredevil", "Luke Cage", czy najnowszy "Iron Fist". Ja nie mogę się już doczekać zapowiadanego na jesień "Punishera", w rolach głównych Jon Berthal i Ben Barnes.
Dla miłośników bardziej klasycznych seriali, do których także się zaliczam, Netflix proponuje historyczny „The Crown” o panowaniu królowej Elżbiety II, z rewelacyjną w roli Elżbiety Claire Foy.
W Europie bezapelacyjnie bardzo dobre seriale oferuje brytyjska ITV „Grantchester” z Jamesem Nortonem w roli księdza w powojennej Anglii oraz BBC, od historycznych: „Victoria”, „Wojna i Pokój”, „Ripper Street” po współczesne „Nocny recepcjonista” z Tomem Hiddlestonem i Hugh Laurie. Godny polecenia jest wielokrotnie nagradzany „Happy Valley”, „Hinterland”, czy „Broadchurch” emitowane w Polsce przez stację Ale kino+. Jak prezentują się na ich tle polskie seriale? Warto wymienić tu przynajmniej trzy: niedawno emitowany na Canal + serial „Belfer” z plejadą polskich aktorów oraz na HBO „Wataha” i „Pakt”. Każdy z nich doczekał się albo drugiego sezonu, albo zapowiedzi, że powstanie.
Jeśli ktoś nie lubi oglądać seriali, zawsze może udać się do kina, teatru czy poczytać dobrą książkę. Dziś – na szczęście – dla każdego coś miłego.
Kasia
Subskrybuj:
Posty (Atom)

