Jan Englert wieńczy dwadzieścia osiem sezonów swojej pracy artystycznej w Teatrze Narodowym przedstawieniem "Hamleta" - arcydramatu, z którym mierzył się w ostatnim półwieczu parokrotnie, zarówno jako aktor, jak i reżyser.
Można sobie zadać pytanie, co jest większym wydarzeniem - ostatni spektakl w reżyserii pana Jana w 28. roku pracy w Teatrze Narodowym w Warszawie czy wielkie dzieło Szekspira – "Hamlet"?
Chyba trzeba to połączyć, bo jakby to rozdzielić, to nie będzie już miało tak dużej wartości – mówi w rozmowie z nami aktor Sceny Narodowej Mateusz Kmiecik.
"Hamlet" sam w sobie jest dużym wydarzeniem, ale - umówmy się - nie wiadomo, czy nie jest to w ogóle ostatni spektakl reżyserowany przez Jana Englerta, nie tylko w Teatrze Narodowym - bo nie wiemy, co się wydarzy. To połączenie dwóch wątków jest dość gigantycznym przedsięwzięciem. Zarówno w głosie dyrektora, jak próbuje to reżyserować, czy jak rozmawia z nami, to jednak czuć, że coś się kończy. Jest to koniec Jego ery, Jego prywatne zakończenie czegoś wielkiego, co robił przez lata, dlatego traktuje to bardzo osobiście.
Na planie pracy miał swoich najbliższych. Jak to odebraliście?
Powiem szczerze, że byłem bardzo zaskoczony, jak ta informacja do mnie doszła, że ja w tym "Hamlecie" będę, i że będzie taki a nie inny skład. Oczywiście było z "kilometra" czuć, że zapowiada się mała afera... ale ja też dyrektorowi powiedziałem na jednej z prób, gdy się wylewały echa tej sprawy, że ja nie chcę się tym zajmować. Przyszedłem tu zrobić spektakl, wykonać swoją pracę, i może skupmy się na artystycznej części, a inne mnie nie interesują.
Ma do tego prawo...
Też tak uważam. Jest dyrektorem TN, może zatrudnić kogo chce, nikt mu nie zabroni, i jak powtarzam, nie są to moje kompetencje, ja przyjmuję fakt i pracuję. Wchodzę na scenę i chcę zagrać swoją rolę najlepiej jak umiem.
Jaki będzie ten "Hamlet"?
Młody. Nie tylko tytułowy "Hamlet", ale cała obsada jest bardzo młoda. Gram Klaudiusza, który ma 34 lata, i nie jestem tu najmłodszym Klaudiuszem w historii, a na scenie w naszym spektaklu będę jednym ze starszych aktorów.
Jak przebiegała praca?
Dość trudno, bo to jest taki dramat, w którym, tak naprawdę na jednym monologu można zagrać trzy różne kompletnie od siebie oddalone emocje. Trzeba było się zdecydować na te emocje, a faktycznie bardzo często mieliśmy różne wersje i różne poglądy na dane monologi. Jednak dyrektor kierował nas w tę stronę, w którą on sam chciał, żeby ten spektakl podążał, by było to po jego myśli. Faktycznie było tak, że tych wersji było sporo, i praca była pioruńsko trudna, ale wydaje mi się, że doszliśmy do jakiegoś konsensusu i każdy "ugrał" swoje.
Cieszysz się, że grasz w "Hamlecie"?
Ja się chyba najbardziej cieszę z tego, że gram w ostatnim spektaklu dyrektora. Gdy do mnie przyszedł z tą propozycją, to bez względu, co to miałoby być, gram w jego ostatnim przedstawieniu reżyserowanym w Teatrze Narodowym. "Hamlet" kończy Jego erę i jest to dla mnie prywatnie dość istotne, bo dyrektor mnie uczył, przyjął mnie do szkoły, robił ze mną dyplom, reżyserował, gram z nim. Dlatego cieszę się, że docenił tę moją wieloletnią pracę, umiejętności i uznał, że ja na Klaudiusza będę się najlepiej nadawał. Staram się wypełniać to jak najlepiej. Za kilka, kilkadziesiąt lat będę mógł powiedzieć, że byłem w tym "Hamlecie", który kończył wieloletnią, ponad dwudziestoletnią dyrekturę Jana Englerta w Teatrze Narodowym... mam ciarki...to jest historia, która dzieje się tu i teraz...Zapraszam serdecznie na przedstawienie.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Narodowy w Warszawie – William Shakespeare "Hamlet" w reżyserii Jana Englerta
Mateusz Kmiecik, foto Marta Ankiersztejn
Najbliższe spektakle – 7, 8, 9 maja i 4, 5, 25 i 26 czerwca
wtorek, 6 maja 2025
środa, 2 kwietnia 2025
Milena Suszyńska – Teatr Kamienica to profesjonalizm i pełne zaangażowanie
Teatr Kamienica w Warszawie zaprasza na najnowszy spektakl "Widelec w głowie".
Co może się wydarzyć, kiedy w niewielkim domu na prowincji trzy kobiety postanowią uknuć plan idealny, by odzyskać majątek przegrany w karty przez męża-nieboszczyka?
To początek sztuki w reżyserii znakomitego aktora Tomasza Sapryka.
"Widelec w głowie" jest spektaklem, w którym Elżbieta Jarosik świętuje 50-lecie pracy artystycznej. Jej mistrzowsko odegrana Teresa – gospodyni domowa, która nie cofnie się̨ przed niczym, by osiągnąć swój cel, będzie bawić do łez, chwilami przerażać, zaskakiwać i poruszać.
Spektakl zawiera cięte dialogi, zaskakujące sytuacje, obnaża absurd codziennych rodzinnych konfliktów, pokazując skomplikowaną naturę kobiecych relacji, tęsknot i codziennej walki z rzeczywistością.
Myślę, że każdy w tym przedstawieniu znajdzie coś dla siebie i spędzi miło wieczór – mówi w rozmowie z nami aktorka Milena Suszyńska, która współpracuje z Teatrem Kamienica.
Praca w Teatrze Kamienica to z pewnością inna praca niż w Twoim rodzimym Ateneum? Inny rodzaj spektakli, bardziej rozrywkowy, a to wcale nie znaczy, że słabszy...
Zdecydowanie tak. Z pewnością jest to zupełnie inna materia niż w Teatrze Ateneum, czy Teatrze Narodowym, jest to jednak wielka przyjemność, bo to inny gatunek, w którym też warto, żeby się aktor sprawdzał. Jest to nieco inne wyzwanie, inna forma, nieco inna biologia, która rządzi się swoimi prawami. Komedia to nie jest łatwy gatunek, mam wielkie szczęście pracować z Elżbietą Jarosik, która jest świetna w tym gatunku.
Zagrać umiejętnie groteskę wcale nie jest prostą sprawą...
Świetnie reżyseruje Tomek Sapryk, który jest też znakomitym aktorem, więc pokazuje jak zagrać. On to naprawdę potrafi, Tomek zagra wszystko. Łatwo przejąć energię od niego, co jest bardzo istotne. Wygląda to tak, że on reżyseruje, grając niektóre partie, i w ten sposób przekazuje nam intencje. Ja akurat bardzo lubię pracować w ten sposób i często tak właśnie reżyserują ci, którzy są jednocześnie aktorami. Jerzy Jarocki czy Grażyna Kania reżyserowali w ten sposób, że pokazywali nam, jak mamy zagrać daną scenę. Artur Tyszkiewicz, mój dyrektor z Teatru Ateneum, mimo że nie jest aktorem, też pokazuje i świetnie mu to wychodzi. Sam tekst, jaki gram, jest może nieco lżejszy, mniej eksploatacyjny, spokojnie sobie wchodzę w rolę.
Chodzą słuchy, że atmosfera w Kamienicy jest znakomita, po prostu domowa.
I to jest szczera prawda. Super ekipa, fajni ludzie. Niektórych aktorów prywatnie też znam i lubię. To naprawdę ogromna przyjemność. To nie jest mój pierwszy spektakl w Kamienicy, pracowałam już z Andżeliką Piechowiak, która jest również producentką. Pierwszy mój spektakl tutaj to "Kumulacja, czyli pieniądze to nie wszystko" – znakomita przygoda i duże zadania stawiane aktorom. Uwielbiam z nimi grać, jest się ciągle w takim treningu aktorskim, a atmosfera jest jak w domu. Miałam to szczęście poznać jeszcze Pana Emiliana Kamińskiego, on tu zostawił swoje zdrowie, bardzo to miejsce kochał. Pani Justyna Sieńczyłło to dusza człowiek, prawdziwy skarb. Wszyscy tu kochają pracować, bo wszyscy w tym miejscu są mili i życzliwi. Od osoby, która sprząta, po dyrektorkę Panią Justynę. Każdemu zależy, każdy chce, a Pani Justyna też bardzo dba o wszystkich pracowników. Gramy nieco lżejszy repertuar, ale oparty na jakości aktorskiej, nikt nie odpuszcza. Profesjonalizm i pełne zaangażowanie. Zapraszamy do Teatru Kamienica! – kończy z uśmiechem Milena Suszyńska.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Kamienica w Warszawie
"Widelec w głowie", reż. Tomasz Sapryk
Milena Suszyńska, foto Diana Polajdowicz
7 marca spektakl widziała Małgosia
Kolejne przedstawienia 11 kwietnia, 26 maja i 7-8 czerwca
Co może się wydarzyć, kiedy w niewielkim domu na prowincji trzy kobiety postanowią uknuć plan idealny, by odzyskać majątek przegrany w karty przez męża-nieboszczyka?
To początek sztuki w reżyserii znakomitego aktora Tomasza Sapryka.
"Widelec w głowie" jest spektaklem, w którym Elżbieta Jarosik świętuje 50-lecie pracy artystycznej. Jej mistrzowsko odegrana Teresa – gospodyni domowa, która nie cofnie się̨ przed niczym, by osiągnąć swój cel, będzie bawić do łez, chwilami przerażać, zaskakiwać i poruszać.
Spektakl zawiera cięte dialogi, zaskakujące sytuacje, obnaża absurd codziennych rodzinnych konfliktów, pokazując skomplikowaną naturę kobiecych relacji, tęsknot i codziennej walki z rzeczywistością.
Myślę, że każdy w tym przedstawieniu znajdzie coś dla siebie i spędzi miło wieczór – mówi w rozmowie z nami aktorka Milena Suszyńska, która współpracuje z Teatrem Kamienica.
Praca w Teatrze Kamienica to z pewnością inna praca niż w Twoim rodzimym Ateneum? Inny rodzaj spektakli, bardziej rozrywkowy, a to wcale nie znaczy, że słabszy...
Zdecydowanie tak. Z pewnością jest to zupełnie inna materia niż w Teatrze Ateneum, czy Teatrze Narodowym, jest to jednak wielka przyjemność, bo to inny gatunek, w którym też warto, żeby się aktor sprawdzał. Jest to nieco inne wyzwanie, inna forma, nieco inna biologia, która rządzi się swoimi prawami. Komedia to nie jest łatwy gatunek, mam wielkie szczęście pracować z Elżbietą Jarosik, która jest świetna w tym gatunku.
Zagrać umiejętnie groteskę wcale nie jest prostą sprawą...
Świetnie reżyseruje Tomek Sapryk, który jest też znakomitym aktorem, więc pokazuje jak zagrać. On to naprawdę potrafi, Tomek zagra wszystko. Łatwo przejąć energię od niego, co jest bardzo istotne. Wygląda to tak, że on reżyseruje, grając niektóre partie, i w ten sposób przekazuje nam intencje. Ja akurat bardzo lubię pracować w ten sposób i często tak właśnie reżyserują ci, którzy są jednocześnie aktorami. Jerzy Jarocki czy Grażyna Kania reżyserowali w ten sposób, że pokazywali nam, jak mamy zagrać daną scenę. Artur Tyszkiewicz, mój dyrektor z Teatru Ateneum, mimo że nie jest aktorem, też pokazuje i świetnie mu to wychodzi. Sam tekst, jaki gram, jest może nieco lżejszy, mniej eksploatacyjny, spokojnie sobie wchodzę w rolę.
Chodzą słuchy, że atmosfera w Kamienicy jest znakomita, po prostu domowa.
I to jest szczera prawda. Super ekipa, fajni ludzie. Niektórych aktorów prywatnie też znam i lubię. To naprawdę ogromna przyjemność. To nie jest mój pierwszy spektakl w Kamienicy, pracowałam już z Andżeliką Piechowiak, która jest również producentką. Pierwszy mój spektakl tutaj to "Kumulacja, czyli pieniądze to nie wszystko" – znakomita przygoda i duże zadania stawiane aktorom. Uwielbiam z nimi grać, jest się ciągle w takim treningu aktorskim, a atmosfera jest jak w domu. Miałam to szczęście poznać jeszcze Pana Emiliana Kamińskiego, on tu zostawił swoje zdrowie, bardzo to miejsce kochał. Pani Justyna Sieńczyłło to dusza człowiek, prawdziwy skarb. Wszyscy tu kochają pracować, bo wszyscy w tym miejscu są mili i życzliwi. Od osoby, która sprząta, po dyrektorkę Panią Justynę. Każdemu zależy, każdy chce, a Pani Justyna też bardzo dba o wszystkich pracowników. Gramy nieco lżejszy repertuar, ale oparty na jakości aktorskiej, nikt nie odpuszcza. Profesjonalizm i pełne zaangażowanie. Zapraszamy do Teatru Kamienica! – kończy z uśmiechem Milena Suszyńska.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Kamienica w Warszawie
"Widelec w głowie", reż. Tomasz Sapryk
Milena Suszyńska, foto Diana Polajdowicz
7 marca spektakl widziała Małgosia
Kolejne przedstawienia 11 kwietnia, 26 maja i 7-8 czerwca
poniedziałek, 17 marca 2025
Jan Wieteska, młody aktor Teatru Ateneum – "Muzykę mam w sercu"
Teatr Ateneum wychodzi do widza z kolejną bardzo dobrą i ciekawą propozycją. Tym razem zaprasza na muzyczny wieczór pełen wzruszeń, humoru i refleksji, a do tego w doborowym towarzystwie.
"Para nasycona" to wieczór słowno-muzyczny w reżyserii Mariana Opani. W programie usłyszymy piosenki autorstwa Jana Wołka z muzyką m. in. Jerzego Satanowskiego. W sentymentalną podróż zabiorą państwa znakomici artyści tego bardzo lubianego teatru znad Wisły – Marian Opania, Julia Konarska, Iwona Loranc (gościnnie), Jan Wieteska i Bartłomiej Nowosielski.
O spektaklu i nie tylko rozmawiamy z najmłodszym pokoleniem aktorskim Ateneum – Janem Wieteską.
Muzycznie radzisz sobie bardzo dobrze. Na początek podziel się tym z naszymi czytelnikami.
W 2023 roku brałem udział w Przeglądzie Piosenki Aktorskiej i zdobyłem nagrodę ZAiKS. Otrzymałem również Tukana Dziennikarzy - to było bardzo miłe i ważne dla mnie wyróżnienie. Po otrzymaniu tej nagrody na scenie zostało przeczytane podsumowanie mojego występu - analiza i interpretacja dziennikarska. Zaskoczyło mnie, ale i bardzo ucieszyło, że moja intencja i zamysł na wykonanie tak świetnie przeniosły się na odbiorcę.
W Akademii Teatralnej za dużo nie pośpiewałeś...ale teraz możesz zaprezentować swój muzyczny warsztat.
W Akademii Teatralnej jest prowadzona nauka śpiewu. Jednak ja wybrałem specjalność aktorstwo dramatyczne, a nie aktorstwo i wokalistykę, stąd tych zajęć było nieco mniej. Nie ma takiego nacisku, aby każdy aktor śpiewał doskonale, ale profesorowie dbają o to, żeby każdy znał podstawy i robił w czasie studiów postępy w tej dziedzinie. Chodzi o poczucie rytmu, emisję głosu. Stąd zajęcia z rytmiki i umuzykalnienia. Teraz również uczęszczam na lekcję śpiewu, już prywatnie. Niedługo wydaję swoją pierwszą EP-kę, to taki rodzaj krótkiego albumu. Będzie na nim siedem-osiem piosenek. Premiera na przełomie maja i czerwca. Tworzę ballady. Trochę nostalgiczne, trochę romantyczne, ale znajdzie się też parę "żywszych" kawałków. Gatunek to pop alternatywny.
Powiedz, jak powstawał spektakl "Para nasycona"?
Pan Marian Opania zaprosił całą naszą czwórkę. Julka, Bartek, Iwona i ja zostaliśmy zebrani z różnych zakątków. Iwona jest z Bielska-Białej, więc miała tutaj do nas kawałek. Pan Marian pracował z Iwoną przy spektaklu „COHEN-NOHAVICA” w Teatrze Buffo już wcześniej, więc wiedział, że zaproszenie jej do tego spektaklu będzie strzałem w dziesiątkę. Ze wszystkimi poza mną Pan Marian już pracował. Z Julką i Bartkiem znają się od lat z Teatru Ateneum. Dla mnie było to pierwsze spotkanie z tym znakomitym aktorem w pracy, ale bardzo dobrze to wspominam, dużo się dowiedziałem, nauczyłem. Na próbach obecni też byli Pan Jerzy Satanowski odpowiedzialny za piękne aranżacje muzyczne i Pan Jan Wołek - autor tekstów, które wykonujemy na scenie - same legendy. Wiem, że wraz z dalszym graniem spektaklu ich uwagi będą jeszcze bardziej procentować. Zapraszam serdecznie do Ateneum wszystkich, którym muzyka chociaż trochę w sercu gra... ale też i tych, którym mniej gra...
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Ateneum w Warszawie
"Para nasycona", reż. Marian Opania
Jan Wieteska, foto Krzysztof Bieliński
Spektakl widziała 7 lutego Małgosia
Najbliższe przedstawienia – 10, 11 i 31 maja oraz 1, 27, 28 i 29 czerwca
"Para nasycona" to wieczór słowno-muzyczny w reżyserii Mariana Opani. W programie usłyszymy piosenki autorstwa Jana Wołka z muzyką m. in. Jerzego Satanowskiego. W sentymentalną podróż zabiorą państwa znakomici artyści tego bardzo lubianego teatru znad Wisły – Marian Opania, Julia Konarska, Iwona Loranc (gościnnie), Jan Wieteska i Bartłomiej Nowosielski.
O spektaklu i nie tylko rozmawiamy z najmłodszym pokoleniem aktorskim Ateneum – Janem Wieteską.
Muzycznie radzisz sobie bardzo dobrze. Na początek podziel się tym z naszymi czytelnikami.
W 2023 roku brałem udział w Przeglądzie Piosenki Aktorskiej i zdobyłem nagrodę ZAiKS. Otrzymałem również Tukana Dziennikarzy - to było bardzo miłe i ważne dla mnie wyróżnienie. Po otrzymaniu tej nagrody na scenie zostało przeczytane podsumowanie mojego występu - analiza i interpretacja dziennikarska. Zaskoczyło mnie, ale i bardzo ucieszyło, że moja intencja i zamysł na wykonanie tak świetnie przeniosły się na odbiorcę.
W Akademii Teatralnej za dużo nie pośpiewałeś...ale teraz możesz zaprezentować swój muzyczny warsztat.
W Akademii Teatralnej jest prowadzona nauka śpiewu. Jednak ja wybrałem specjalność aktorstwo dramatyczne, a nie aktorstwo i wokalistykę, stąd tych zajęć było nieco mniej. Nie ma takiego nacisku, aby każdy aktor śpiewał doskonale, ale profesorowie dbają o to, żeby każdy znał podstawy i robił w czasie studiów postępy w tej dziedzinie. Chodzi o poczucie rytmu, emisję głosu. Stąd zajęcia z rytmiki i umuzykalnienia. Teraz również uczęszczam na lekcję śpiewu, już prywatnie. Niedługo wydaję swoją pierwszą EP-kę, to taki rodzaj krótkiego albumu. Będzie na nim siedem-osiem piosenek. Premiera na przełomie maja i czerwca. Tworzę ballady. Trochę nostalgiczne, trochę romantyczne, ale znajdzie się też parę "żywszych" kawałków. Gatunek to pop alternatywny.
Powiedz, jak powstawał spektakl "Para nasycona"?
Pan Marian Opania zaprosił całą naszą czwórkę. Julka, Bartek, Iwona i ja zostaliśmy zebrani z różnych zakątków. Iwona jest z Bielska-Białej, więc miała tutaj do nas kawałek. Pan Marian pracował z Iwoną przy spektaklu „COHEN-NOHAVICA” w Teatrze Buffo już wcześniej, więc wiedział, że zaproszenie jej do tego spektaklu będzie strzałem w dziesiątkę. Ze wszystkimi poza mną Pan Marian już pracował. Z Julką i Bartkiem znają się od lat z Teatru Ateneum. Dla mnie było to pierwsze spotkanie z tym znakomitym aktorem w pracy, ale bardzo dobrze to wspominam, dużo się dowiedziałem, nauczyłem. Na próbach obecni też byli Pan Jerzy Satanowski odpowiedzialny za piękne aranżacje muzyczne i Pan Jan Wołek - autor tekstów, które wykonujemy na scenie - same legendy. Wiem, że wraz z dalszym graniem spektaklu ich uwagi będą jeszcze bardziej procentować. Zapraszam serdecznie do Ateneum wszystkich, którym muzyka chociaż trochę w sercu gra... ale też i tych, którym mniej gra...
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Ateneum w Warszawie
"Para nasycona", reż. Marian Opania
Jan Wieteska, foto Krzysztof Bieliński
Spektakl widziała 7 lutego Małgosia
Najbliższe przedstawienia – 10, 11 i 31 maja oraz 1, 27, 28 i 29 czerwca
środa, 12 marca 2025
Paweł Gasztold-Wierzbicki o najnowszej sztuce Teatru Ateneum
Teatr Ateneum w Warszawie ani na moment nie zwalnia tempa... za nami kolejna premiera.
Od 1 marca możemy oglądać na Scenie 20 sztukę chorwackiego pisarza Ivora Martinić’a - "Mój syn chodzi, tylko trochę wolniej". Autor nazywa sztukę tragikomedią, a co za tym idzie, będzie i do płaczu, wzruszenia, ale i do uśmiechu. Teatr znad Wisły zaprasza na historię trzypokoleniowej rodziny, którą poznajemy przy okazji urodzin 25-letniego Franka.
Spektakl reżyseruje Iwona Kempa, która również stworzyła przepiękną oprawę muzyczną, a na scenie znakomici aktorzy Ateneum – m.in. Agata Kulesza, Przemysław Bluszcz, Magdalena Schejbal, Adam Cywka i aktor najmłodszego pokolenia grający tytułowego Franka – Paweł Gasztold-Wierzbicki, z którym rozmawiamy o najnowszym przedstawieniu.
Poznajemy trzypokoleniową rodzinę w jednym dniu – dniu 25. urodzin Franka. Tylko, że urodziny to tylko pretekst do załatwiania i uwypuklania różnych spraw pozostałych członków rodziny. Każdy z nich ma swoje problemy, trudności i stara się je załatwić - rozpoczyna rozmowę z nami Paweł Gasztold-Wierzbicki.
Twój bohater jeździ na wózku. Czy już urodził się chory?
Nie, Franek urodził się zdrowy, choroba dopada go z wiekiem i postępuje, aż bez wózka już się nie może poruszać. Ma nadopiekuńczą matkę, co nie jest dobre. Najważniejsza jest w przedstawieniu ta relacja matki i niepełnosprawnego syna. Matka nie może się pogodzić z chorobą syna, wypiera tę chorobę. Nie może nawet powiedzieć, że Franek nie chodzi... mówi, że chodzi trochę wolniej... Jej się wydaje, że jest dobrą troskliwą matką, ale boi się, czy syn poradzi sobie w życiu. A on przecież ma już 25 lat i myśli o przyszłości bez ciągłej obecności matki.
W trakcie trwania spektaklu widać, że Franek ma bardzo dobrą relację z babcią...
To prawda, a to mnie cieszy, że po krótkim fragmencie podczas próby medialnej można to było zauważyć. Franek z babcią nadają na podobnych "falach". Babcia też jest chora, wiadomo - inaczej i jest już w podeszłym wieku, ale oboje borykają się chyba najdotkliwszym z objawem choroby - samotnością. W tej chorobie wspólnie się odnajdują, rozumieją się. Franek ma więcej wyrozumiałości i cierpliwości wobec choroby babci. I myślę, że właśnie tego ostatniego brakuje wszystkim dookoła w relacji z babcią. Choć i tak ona znajduje się w lepszej pozycji niż Franek, ponieważ przy tym wszystkim jej choroba, ze względu na wiek, jest zrozumiała dla innych. W tej rodzinie wszyscy na swój sposób są okaleczeni, nie na ciele, ale na duszy. Szukają wokół siebie szczęścia i miłości, ale jej nie ma. To jest smutne, ale mimo, że historia jest niewesoła, to jest tak w miarę lekko podana - tak, że widz też się uśmiechnie.
Mieszkacie wszyscy razem?
Tak, właśnie też się nad tym zastanawialiśmy, czy widz to zrozumie. W dzisiejszych czasach mieszkać w jednym domu trzypokoleniową rodziną. Jednak jeszcze takie rodziny są, a w tym przypadku u chorwackiego pisarza – na terenach bałkańskich takie rodziny są, to jest wpisane w ich kulturę. Taki obraz trzech pokoleń jest niesamowity – widać jak każdy boryka się z innymi problemami, każdy inaczej odnajduje się w tym świecie i co innego jest dla niego istotne. Dla Franka wchodzenie w dorosłość, dla babci przemijanie i problemy z pamięcią. Jakaś gorycz i rozczarowanie życiem.
To jest nasze życie. Możemy znaleźć siebie...
Właśnie, każde pokolenie ma swoje trudności i z nimi się mierzy. Pełna uniwersalność, ale każdy sobie radzi inaczej. Chce żyć jak najlepiej potrafi, znaleźć swoją drogę. Choroba Franka jest obecna i odciska piętno na wszystkich członkach rodziny, ale w tym dniu urodzin wszyscy są razem i każdy pragnie żyć jak najlepiej, znaleźć taki złoty środek na życie.
"To wiem na pewno", spektakl również w reżyserii Iwony Kempy, w którym też grasz, bije rekordy popularności. Kupienie biletów na ten spektakl graniczy z cudem... czy teraz też tak będzie?
Nie chcę zapeszać, czas pokaże. Bardzo byśmy sobie tego życzyli. Zapraszamy na spektakl, będzie wzruszająco, ale i uśmiech też się pojawi – zaprasza najmłodszy aktor Teatru Ateneum.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Iwona Kempa zrealizowała w Teatrze Ateneum "Ojca" Floriana Zellera (2017) z wybitną rolą Mariana Opani, "Nad Czarnym Jeziorem" Dei Loher (2018) oraz "To wiem na pewno" Andrew Bovella (2022).
Teatr Ateneum w Warszawie, Scena 20
"Mój syn chodzi, tylko trochę wolniej"
Reż. Iwona Kempa
Paweł Gasztold-Wierzbicki, foto Krzysztof Bieliński
Spektakl widziała 6 marca Małgosia
Najbliższe przedstawienia – 28, 30 i 31 maja
Spektakl reżyseruje Iwona Kempa, która również stworzyła przepiękną oprawę muzyczną, a na scenie znakomici aktorzy Ateneum – m.in. Agata Kulesza, Przemysław Bluszcz, Magdalena Schejbal, Adam Cywka i aktor najmłodszego pokolenia grający tytułowego Franka – Paweł Gasztold-Wierzbicki, z którym rozmawiamy o najnowszym przedstawieniu.
Poznajemy trzypokoleniową rodzinę w jednym dniu – dniu 25. urodzin Franka. Tylko, że urodziny to tylko pretekst do załatwiania i uwypuklania różnych spraw pozostałych członków rodziny. Każdy z nich ma swoje problemy, trudności i stara się je załatwić - rozpoczyna rozmowę z nami Paweł Gasztold-Wierzbicki.
Twój bohater jeździ na wózku. Czy już urodził się chory?
Nie, Franek urodził się zdrowy, choroba dopada go z wiekiem i postępuje, aż bez wózka już się nie może poruszać. Ma nadopiekuńczą matkę, co nie jest dobre. Najważniejsza jest w przedstawieniu ta relacja matki i niepełnosprawnego syna. Matka nie może się pogodzić z chorobą syna, wypiera tę chorobę. Nie może nawet powiedzieć, że Franek nie chodzi... mówi, że chodzi trochę wolniej... Jej się wydaje, że jest dobrą troskliwą matką, ale boi się, czy syn poradzi sobie w życiu. A on przecież ma już 25 lat i myśli o przyszłości bez ciągłej obecności matki.
W trakcie trwania spektaklu widać, że Franek ma bardzo dobrą relację z babcią...
To prawda, a to mnie cieszy, że po krótkim fragmencie podczas próby medialnej można to było zauważyć. Franek z babcią nadają na podobnych "falach". Babcia też jest chora, wiadomo - inaczej i jest już w podeszłym wieku, ale oboje borykają się chyba najdotkliwszym z objawem choroby - samotnością. W tej chorobie wspólnie się odnajdują, rozumieją się. Franek ma więcej wyrozumiałości i cierpliwości wobec choroby babci. I myślę, że właśnie tego ostatniego brakuje wszystkim dookoła w relacji z babcią. Choć i tak ona znajduje się w lepszej pozycji niż Franek, ponieważ przy tym wszystkim jej choroba, ze względu na wiek, jest zrozumiała dla innych. W tej rodzinie wszyscy na swój sposób są okaleczeni, nie na ciele, ale na duszy. Szukają wokół siebie szczęścia i miłości, ale jej nie ma. To jest smutne, ale mimo, że historia jest niewesoła, to jest tak w miarę lekko podana - tak, że widz też się uśmiechnie.
Mieszkacie wszyscy razem?
Tak, właśnie też się nad tym zastanawialiśmy, czy widz to zrozumie. W dzisiejszych czasach mieszkać w jednym domu trzypokoleniową rodziną. Jednak jeszcze takie rodziny są, a w tym przypadku u chorwackiego pisarza – na terenach bałkańskich takie rodziny są, to jest wpisane w ich kulturę. Taki obraz trzech pokoleń jest niesamowity – widać jak każdy boryka się z innymi problemami, każdy inaczej odnajduje się w tym świecie i co innego jest dla niego istotne. Dla Franka wchodzenie w dorosłość, dla babci przemijanie i problemy z pamięcią. Jakaś gorycz i rozczarowanie życiem.
To jest nasze życie. Możemy znaleźć siebie...
Właśnie, każde pokolenie ma swoje trudności i z nimi się mierzy. Pełna uniwersalność, ale każdy sobie radzi inaczej. Chce żyć jak najlepiej potrafi, znaleźć swoją drogę. Choroba Franka jest obecna i odciska piętno na wszystkich członkach rodziny, ale w tym dniu urodzin wszyscy są razem i każdy pragnie żyć jak najlepiej, znaleźć taki złoty środek na życie.
"To wiem na pewno", spektakl również w reżyserii Iwony Kempy, w którym też grasz, bije rekordy popularności. Kupienie biletów na ten spektakl graniczy z cudem... czy teraz też tak będzie?
Nie chcę zapeszać, czas pokaże. Bardzo byśmy sobie tego życzyli. Zapraszamy na spektakl, będzie wzruszająco, ale i uśmiech też się pojawi – zaprasza najmłodszy aktor Teatru Ateneum.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Iwona Kempa zrealizowała w Teatrze Ateneum "Ojca" Floriana Zellera (2017) z wybitną rolą Mariana Opani, "Nad Czarnym Jeziorem" Dei Loher (2018) oraz "To wiem na pewno" Andrew Bovella (2022).
Teatr Ateneum w Warszawie, Scena 20
"Mój syn chodzi, tylko trochę wolniej"
Reż. Iwona Kempa
Paweł Gasztold-Wierzbicki, foto Krzysztof Bieliński
Spektakl widziała 6 marca Małgosia
Najbliższe przedstawienia – 28, 30 i 31 maja
środa, 19 lutego 2025
Iwo Bluszcz – w teatrze wszystko jest możliwe...to jest magiczne miejsce
Nowy Rok Teatr Ateneum rozpoczął premierą monodramu "Belfer". W tytułowej roli znakomity aktor Przemysław Bluszcz.
Głównym bohaterem tego niezwykłego monodramu jest nauczyciel, tytułowy belfer. Belfer, jak wiadomo, żeby być belfrem, musi mieć uczniów. Jest w tym podobny do aktora, bo aktor, żeby być aktorem, musi mieć widownię. W sztuce Jean-Pierre’a Dopagne’a belfer zostaje aktorem, aby opowiedzieć o swojej zabójczej przygodzie z własną maturalną klasą... Ale może już wystarczy - trzeba jak najszybciej wybrać się na spektakl i samemu się dowiedzieć, co i jak.
Reżyserem spektaklu jest Jacek Bończyk, który również zajął się opracowaniem muzycznym, a jego asystentem jest młody Iwo Bluszcz, z którym rozmawiamy.
- Moja funkcja jest całkowicie asystencka wobec reżysera, wobec obu panów, w ścisłej współpracy z panem Jackiem Bończykiem, ale to dla mnie młodego człowieka – wspaniała nauka zawodu – mówi w rozmowie z nami Iwo Bluszcz.
Jak to jest pracować z tatą?
Praca z tatą jest przyjemna. Już do tego przywykłem. Mama jest reżyserką, rodzina jest związana z teatrem, i z mamą też zdarza mi się pracować. Mam wrażenie, że jestem już w stanie odseparować pracę od domu, całe szczęście. A i ojciec jest na tyle w porządku, jeśli chodzi o samo rozdzielenie tej relatywności, że to pomaga - w pracy też czuje się komfortowo, nie czuję jakiegoś z tym związanego ciężaru. Jestem z tą przestrzenią teatralną związany od dziecka, i nie jest to dla mnie coś nowego, a co za tym idzie nie stresuję się tak bardzo.
Jesteś po szkole filmowej?
Nie, co prawda studiowałem przez rok w Warszawskiej Szkole Filmowej, ale zrezygnowałem. Pracuję jako drugi reżyser na planach i robię powoli swoje rzeczy. Moim marzeniem jest reżyseria i ku temu pomału kroczę.
Teatr jest Twoją pasją, czy film?
Myślę o tym raczej szeroko, a teatr ma walor egzystencjalny, filozoficzny. Można tu dotknąć duszy, co jest dużo częstsze niż przy filmie, który polega na jakimś rekonstruowaniu rzeczywistości, więc te aspekty metafizyczne są dużo rzadsze. Teatr w tym sensie ma przewagę. W teatrze wszystko jest możliwe...
Od najmłodszych lat miałeś kontakt z teatrem...
Tak, ale nie byłem do tego przymuszany, towarzyszyłem rodzicom od małego, było to dla mnie coś fajnego. Często zdarza się tak, że pokoleniowo poznajemy od środka tę pracę. Podobnie jest w rodzinach sportowych, muzycznych. Człowiek tym przesiąka, nie zawsze to jest zależne od nas samych, po prostu to się dzieje. Nie zawsze się to złapie, zwykle albo się tego bakcyla złapie na 100% albo idzie się inną drogą. U mnie to dojrzewało. To nie była moja wizja od początku, ale z czasem zaczynałem to coraz bardziej czuć, że to moja pasja i tym chcę się zająć. Na początku chciałem mieć kontakt ze sportem, myślałem o tym, żeby być komentatorem sportowym, potem poczułem, że jednak chcę coś tworzyć. Dojrzewało to we mnie. Również doświadczenie dziennikarskie na praktykach trochę mi uzmysłowiło, że jednak komentatorem sportowym nie będę, medialny świat i jego specyfika trochę mnie odepchnęła. Przestrzenie nastawione na codzienną wrażliwość są mi bliższe. Zrozumiałem, że teatr i literatura są moim schronieniem i powołaniem.
Czy po pracy rozmawiacie w domu o tym, co wydarzyło się w teatrze?
Jeśli się lubi to, co się robi, to wspólne rozmowy po pracy w domu nie są przeciążeniem pracą. Gdy rozmawiamy o wspólnych naszych pasjach: teatrze, filmie, sztuce czy muzyce, to nie ma elementu znudzenia. Natomiast uważam, że po całym dniu spędzonym w pracy, nie jest wskazane obciążanie się wzajemnie jeszcze bardziej.
To też dla Ciebie wspaniała sprawa, trafić do Teatru Ateneum i uczyć się w tej kuźni znakomitego aktora...
Ateneum to teatr aktora, jest tu wielu utalentowanych aktorów i to się czuje na każdym kroku. To mój ukochany teatr. Fajnie też jest obserwować tatę, a patrzę na niego już nie tylko z perspektywy syna, ale bardziej reżysera. To znaczy, że potrafię odseparować, kiedy on jest tatą, a kiedy aktorem. To zdrowe dla nas obu.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Ateneum w Warszawie
"Belfer" – reżyseria Jacek Bończyk
W roli tytułowej Przemysław Bluszcz
Asystent reżysera Iwo Bluszcz
Foto Krzysztof Bieliński
Spektakl widziała 26 stycznia Małgosia
Najbliższe spektakle – od 20 do 23 marca
Głównym bohaterem tego niezwykłego monodramu jest nauczyciel, tytułowy belfer. Belfer, jak wiadomo, żeby być belfrem, musi mieć uczniów. Jest w tym podobny do aktora, bo aktor, żeby być aktorem, musi mieć widownię. W sztuce Jean-Pierre’a Dopagne’a belfer zostaje aktorem, aby opowiedzieć o swojej zabójczej przygodzie z własną maturalną klasą... Ale może już wystarczy - trzeba jak najszybciej wybrać się na spektakl i samemu się dowiedzieć, co i jak.
Reżyserem spektaklu jest Jacek Bończyk, który również zajął się opracowaniem muzycznym, a jego asystentem jest młody Iwo Bluszcz, z którym rozmawiamy.
- Moja funkcja jest całkowicie asystencka wobec reżysera, wobec obu panów, w ścisłej współpracy z panem Jackiem Bończykiem, ale to dla mnie młodego człowieka – wspaniała nauka zawodu – mówi w rozmowie z nami Iwo Bluszcz.
Jak to jest pracować z tatą?
Praca z tatą jest przyjemna. Już do tego przywykłem. Mama jest reżyserką, rodzina jest związana z teatrem, i z mamą też zdarza mi się pracować. Mam wrażenie, że jestem już w stanie odseparować pracę od domu, całe szczęście. A i ojciec jest na tyle w porządku, jeśli chodzi o samo rozdzielenie tej relatywności, że to pomaga - w pracy też czuje się komfortowo, nie czuję jakiegoś z tym związanego ciężaru. Jestem z tą przestrzenią teatralną związany od dziecka, i nie jest to dla mnie coś nowego, a co za tym idzie nie stresuję się tak bardzo.
Jesteś po szkole filmowej?
Nie, co prawda studiowałem przez rok w Warszawskiej Szkole Filmowej, ale zrezygnowałem. Pracuję jako drugi reżyser na planach i robię powoli swoje rzeczy. Moim marzeniem jest reżyseria i ku temu pomału kroczę.
Teatr jest Twoją pasją, czy film?
Myślę o tym raczej szeroko, a teatr ma walor egzystencjalny, filozoficzny. Można tu dotknąć duszy, co jest dużo częstsze niż przy filmie, który polega na jakimś rekonstruowaniu rzeczywistości, więc te aspekty metafizyczne są dużo rzadsze. Teatr w tym sensie ma przewagę. W teatrze wszystko jest możliwe...
Od najmłodszych lat miałeś kontakt z teatrem...
Tak, ale nie byłem do tego przymuszany, towarzyszyłem rodzicom od małego, było to dla mnie coś fajnego. Często zdarza się tak, że pokoleniowo poznajemy od środka tę pracę. Podobnie jest w rodzinach sportowych, muzycznych. Człowiek tym przesiąka, nie zawsze to jest zależne od nas samych, po prostu to się dzieje. Nie zawsze się to złapie, zwykle albo się tego bakcyla złapie na 100% albo idzie się inną drogą. U mnie to dojrzewało. To nie była moja wizja od początku, ale z czasem zaczynałem to coraz bardziej czuć, że to moja pasja i tym chcę się zająć. Na początku chciałem mieć kontakt ze sportem, myślałem o tym, żeby być komentatorem sportowym, potem poczułem, że jednak chcę coś tworzyć. Dojrzewało to we mnie. Również doświadczenie dziennikarskie na praktykach trochę mi uzmysłowiło, że jednak komentatorem sportowym nie będę, medialny świat i jego specyfika trochę mnie odepchnęła. Przestrzenie nastawione na codzienną wrażliwość są mi bliższe. Zrozumiałem, że teatr i literatura są moim schronieniem i powołaniem.
Czy po pracy rozmawiacie w domu o tym, co wydarzyło się w teatrze?
Jeśli się lubi to, co się robi, to wspólne rozmowy po pracy w domu nie są przeciążeniem pracą. Gdy rozmawiamy o wspólnych naszych pasjach: teatrze, filmie, sztuce czy muzyce, to nie ma elementu znudzenia. Natomiast uważam, że po całym dniu spędzonym w pracy, nie jest wskazane obciążanie się wzajemnie jeszcze bardziej.
To też dla Ciebie wspaniała sprawa, trafić do Teatru Ateneum i uczyć się w tej kuźni znakomitego aktora...
Ateneum to teatr aktora, jest tu wielu utalentowanych aktorów i to się czuje na każdym kroku. To mój ukochany teatr. Fajnie też jest obserwować tatę, a patrzę na niego już nie tylko z perspektywy syna, ale bardziej reżysera. To znaczy, że potrafię odseparować, kiedy on jest tatą, a kiedy aktorem. To zdrowe dla nas obu.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Ateneum w Warszawie
"Belfer" – reżyseria Jacek Bończyk
W roli tytułowej Przemysław Bluszcz
Asystent reżysera Iwo Bluszcz
Foto Krzysztof Bieliński
Spektakl widziała 26 stycznia Małgosia
Najbliższe spektakle – od 20 do 23 marca
piątek, 10 stycznia 2025
Justyna Kowalska o najnowszej premierze Sceny Narodowej
Teatr Narodowy kończy rok premierą spektaklu "Inne rozkosze" pióra Jerzego Pilcha w reżyserii Jacka Głomba. Jacek Głomb debiutuje w pracy reżysera na Scenie Narodowej.
Bardzo kochliwy weterynarz musi poradzić sobie z niezwykle trudną sytuacją. Pewnego dnia w drzwiach domu, gdzie mieszka wraz z żoną, rodzicami i babką – tradycyjną ewangelicką rodziną – staje kochanka, która przybyła, aby "zostać z nim na zawsze". Przerażony próbuje zażegnać nieuniknioną katastrofę... Kunsztowną frazą Pilch opowiada zwyczajną historię nadzwyczajnej miłości, która uderza w bohatera z dramatyczną i teatralną siłą. O przedstawieniu rozmawiamy z młodą aktorką Teatru Narodowego w Warszawie Justyną Kowalską.
- Wiele osób współtworzących spektakl "Inne Rozkosze" miało okazję poznać Jerzego Pilcha. Z ich relacji wnoszę, że był piekielnie inteligentny, złośliwy, jadowity, autoironiczny – mówi w rozmowie z nami Justyna Kowalska.
Kobiety zajmowały szczególne miejsce w jego życiu...
Podobno uwielbiał kobiety, miał do nich wielką słabość. Słyszałam od kolegów i koleżanek wiele ciekawych anegdot i wspomnień dotyczących Jerzego Pilcha i jego fascynacji kobietami. Wolę nie wypowiadać się na temat prywatnego życia pisarza, ale przyglądając się jego tekstom, np. "innym rozkoszom", widzę ten zachwyt i podziw wobec kobiet, o którym tyle słyszałam. Trudno jednak nie wspomnieć, że obok uwielbienia dostrzegam też niezwykle gorzką i smutną wizję niemocy utrzymania satysfakcjonującej relacji.
Cieszę się, że mogłam popracować z tym tekstem i że mogliśmy podczas tworzenia spektaklu skonfrontować między sobą nasze poglądy dotyczące relacji i ról społecznych.
Myślisz, że to sztuka aktualna?
Myślę, że na wielu płaszczyznach - tak. Niestety.
Niektórzy mówią, że dobrze by było poczekać parę lat i wystawić tę sztukę za jakiś czas...
Ciekawe podejście. To, że spróbowaliśmy pochylić się nad tym tekstem teraz, nie wyklucza pomysłu sięgnięcia po niego za jakiś czas. Mam nadzieję, że jako społeczeństwo z czasem zminimalizujemy stereotypy i uprzedzenia towarzyszące wielu aspektom naszego życia.
Dużo jest śmiechu przez łzy?..
Tak. To chyba dość charakterystyczna cecha twórczości Pilcha.
Nie chcę zbyt wiele zdradzać, bo oczywiście w imieniu zespołu zapraszam serdecznie na spektakl pt. "Inne Rozkosze".
Jak się pracowało?
Dwa miesiące prób. Bardzo szybko nam ten czas upłynął. Gram aktualną kobietę głównego bohatera Pawła Kohoutka - cieszę się, że mogłam współpracować z Oskarem Hamerskim wcielającym się w główną postać. Tak na marginesie, to jest ciekawe, że Pilch nazwał tę bohaterkę - Aktualna Kobietą - to bardzo wymowne.
Praca była intensywna i pełna emocji. Ciekawa jestem odbioru sztuki przez widownię - dopiero wtedy spektakl zaczyna żyć i oddychać.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Narodowy w Warszawie
"Inne rozkosze" Jerzego Pilcha, reżyser Jacek Głomb
Justyna Kowalska, fot. Marta Ankiersztejn
Najbliższe spektakle 7, 8, 9 lutego 2025
Bardzo kochliwy weterynarz musi poradzić sobie z niezwykle trudną sytuacją. Pewnego dnia w drzwiach domu, gdzie mieszka wraz z żoną, rodzicami i babką – tradycyjną ewangelicką rodziną – staje kochanka, która przybyła, aby "zostać z nim na zawsze". Przerażony próbuje zażegnać nieuniknioną katastrofę... Kunsztowną frazą Pilch opowiada zwyczajną historię nadzwyczajnej miłości, która uderza w bohatera z dramatyczną i teatralną siłą. O przedstawieniu rozmawiamy z młodą aktorką Teatru Narodowego w Warszawie Justyną Kowalską.
- Wiele osób współtworzących spektakl "Inne Rozkosze" miało okazję poznać Jerzego Pilcha. Z ich relacji wnoszę, że był piekielnie inteligentny, złośliwy, jadowity, autoironiczny – mówi w rozmowie z nami Justyna Kowalska.
Kobiety zajmowały szczególne miejsce w jego życiu...
Podobno uwielbiał kobiety, miał do nich wielką słabość. Słyszałam od kolegów i koleżanek wiele ciekawych anegdot i wspomnień dotyczących Jerzego Pilcha i jego fascynacji kobietami. Wolę nie wypowiadać się na temat prywatnego życia pisarza, ale przyglądając się jego tekstom, np. "innym rozkoszom", widzę ten zachwyt i podziw wobec kobiet, o którym tyle słyszałam. Trudno jednak nie wspomnieć, że obok uwielbienia dostrzegam też niezwykle gorzką i smutną wizję niemocy utrzymania satysfakcjonującej relacji.
Cieszę się, że mogłam popracować z tym tekstem i że mogliśmy podczas tworzenia spektaklu skonfrontować między sobą nasze poglądy dotyczące relacji i ról społecznych.
Myślisz, że to sztuka aktualna?
Myślę, że na wielu płaszczyznach - tak. Niestety.
Niektórzy mówią, że dobrze by było poczekać parę lat i wystawić tę sztukę za jakiś czas...
Ciekawe podejście. To, że spróbowaliśmy pochylić się nad tym tekstem teraz, nie wyklucza pomysłu sięgnięcia po niego za jakiś czas. Mam nadzieję, że jako społeczeństwo z czasem zminimalizujemy stereotypy i uprzedzenia towarzyszące wielu aspektom naszego życia.
Dużo jest śmiechu przez łzy?..
Tak. To chyba dość charakterystyczna cecha twórczości Pilcha.
Nie chcę zbyt wiele zdradzać, bo oczywiście w imieniu zespołu zapraszam serdecznie na spektakl pt. "Inne Rozkosze".
Jak się pracowało?
Dwa miesiące prób. Bardzo szybko nam ten czas upłynął. Gram aktualną kobietę głównego bohatera Pawła Kohoutka - cieszę się, że mogłam współpracować z Oskarem Hamerskim wcielającym się w główną postać. Tak na marginesie, to jest ciekawe, że Pilch nazwał tę bohaterkę - Aktualna Kobietą - to bardzo wymowne.
Praca była intensywna i pełna emocji. Ciekawa jestem odbioru sztuki przez widownię - dopiero wtedy spektakl zaczyna żyć i oddychać.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Narodowy w Warszawie
"Inne rozkosze" Jerzego Pilcha, reżyser Jacek Głomb
Justyna Kowalska, fot. Marta Ankiersztejn
Najbliższe spektakle 7, 8, 9 lutego 2025
środa, 4 grudnia 2024
Milena Suszyńska o nowej premierze Teatru Ateneum
Kryminały, książki sensacyjne rządzą dziś światem. Ten rodzaj literatury panuje i jest niezwykle poczytny. Jak wiadomo miłośnikom kryminałów, a tych są miliony, "Pułapka na myszy" jest na samym szczycie popularności, mimo że od jej napisania minęło ponad siedemdziesiąt lat.
"Pułapkę na myszy" w Ateneum reżyseruje Artur Tyszkiewicz.
Aura tajemnicy i dreszczyku - mamy angielski prowincjonalny pensjonat zimą i goście uwięzieni w podwójnej pułapce, bo przez śnieg i mordercę ukrytego pośród nich. Zagadka nieuchronnego morderstwa oczywiście się wyjaśnia w sposób jak zwykle zaskakujący, bo nie przypadkiem Agatha Christie jest mistrzynią kryminału, mistrzynią tworzenia napięcia i grozy i zaskakujących zwrotów akcji. O najnowszej i pierwszej tego sezonu premierze w Teatrze Ateneum rozmawiamy z główną bohaterką przedstawienia, aktorką tak bardzo kochanego teatru znad Wisły - Mileną Suszyńską.
Przepiękna scenografia, piękne stroje – to od razu się zauważa jak wchodzimy na widownię.
Oj, to miłe, że pani tak mówi. To prawda, każdy strój był pieczołowicie dziergany przez Joannę Zemanek. Wiele pracy włożyła przy scenografii i kostiumach. Joasia wykonała koronczarską pracę, zbierała rekwizyty - nawet nie wiem, skąd niektóre pochodzą. Mamy stary zeszyt, pożółkły, w którym ja notuję różne sprawy, faktycznie z lat 50., Łukasz Lewandowski ma na głowie starą siatkę, która także pochodzi z dawnych czasów. Są to przedmioty gdzieś wyciągnięte przez panie garderobiane. Ja mam oryginalny odkurzacz z lat 50. Tworzymy żywych bohaterów. To jest klasyczna psychologia, mamy okazję stworzyć bohaterów od podstaw, pokazać ich przemianę. Oni mają swoje tajemnice, swoje zagadki wewnętrzne. Jest to bardzo duża przyjemność i wierna praca z Arturem Tyszkiewiczem. Pierwszy raz miałam tę przyjemność pracy z dyrektorem i to była radość. W ogromnym zaufaniu mogłam się poruszać w czasie tych prób jako aktor.
Pracę nad spektaklem zaczęliście tradycyjnie od czytania książki...
Nigdy nie lubiłam kryminałów, ale rozumiem fenomen Agathy Christie. Mam taką książeczkę dla dzieci "Mali Wielcy", już w niej jest autorka przedstawiona jako super bohaterka. Dla mojego synka Gucia jest to postać bardzo ciekawa - ona jako właśnie super bohaterka. Przygotowując się do spektaklu, przeczytałam autobiografię, która wspaniale odzwierciedla tamte czasy. Dowiadujemy się, jak została wychowana, pisze o swoim wspaniałym dzieciństwie, i myślę, że to - obok wspaniałego intelektu - była jej wielka moc. Jest tam też brytyjski humor i groza. Dzięki niej kryminał wyrósł do wysokiej rangi literackiej. Poprzez to, jakich bohaterów tworzyła, są to postaci prawdziwe i bardzo często głęboko zranione - co jest bardzo ciekawe.
"Pułapka na myszy" była napisana bez udziału słynnych detektywów - Herculesa Poirota i panny Marple...
Jest to oddzielny utwór, bez szans na kontynuację, zamknięty utwór. Najpierw powstało opowiadanie, a potem na bazie tego powstała sztuka teatralna, i faktycznie jest to taka zamknięta kapsuła.
Za wami zapewne niezapomniane tygodnie pracy...
Wspaniała praca. Dyrektor gwarantuje spokój, kulturę, szacunek do aktora, Ja natychmiast, mając takiego reżysera, byłam absolutnie oddana tworzeniu, od pierwszych prób. Umiałam tekst, przyszłam otwarta na wszystko, nie dyskutująca, po prostu wykonująca polecenia. Reżyser od początku wiedział czego chce, wszystko miał wspaniale zaplanowane. Od początku w to wskoczyłam, dając od siebie jak najwięcej.
Trudno jest przenieść kryminał na scenę...
Bardzo trudno. Oprócz tej zagadki, kto zabił, trzeba przenieść ten ciężar, dlaczego to zrobił - to jest klucz. Nie chcę odkrywać kart, ale sama zasadzka będzie zagadką, trzeba przyjść i obejrzeć. Myślę, że ten temat – dlaczego? - jest bardzo aktualny. Serdecznie zapraszamy.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Ateneum w Warszawie
"Pułapka na myszy" Agathy Christie w reżyserii Artura Tyszkiewicza
Milena Suszyńska, foto Krzysztof Bieliński
Spektakl widziała 27 listopada Małgosia
Najbliższe spektakle od 28 do 31 grudnia
"Pułapkę na myszy" w Ateneum reżyseruje Artur Tyszkiewicz.
Aura tajemnicy i dreszczyku - mamy angielski prowincjonalny pensjonat zimą i goście uwięzieni w podwójnej pułapce, bo przez śnieg i mordercę ukrytego pośród nich. Zagadka nieuchronnego morderstwa oczywiście się wyjaśnia w sposób jak zwykle zaskakujący, bo nie przypadkiem Agatha Christie jest mistrzynią kryminału, mistrzynią tworzenia napięcia i grozy i zaskakujących zwrotów akcji. O najnowszej i pierwszej tego sezonu premierze w Teatrze Ateneum rozmawiamy z główną bohaterką przedstawienia, aktorką tak bardzo kochanego teatru znad Wisły - Mileną Suszyńską.
Przepiękna scenografia, piękne stroje – to od razu się zauważa jak wchodzimy na widownię.
Oj, to miłe, że pani tak mówi. To prawda, każdy strój był pieczołowicie dziergany przez Joannę Zemanek. Wiele pracy włożyła przy scenografii i kostiumach. Joasia wykonała koronczarską pracę, zbierała rekwizyty - nawet nie wiem, skąd niektóre pochodzą. Mamy stary zeszyt, pożółkły, w którym ja notuję różne sprawy, faktycznie z lat 50., Łukasz Lewandowski ma na głowie starą siatkę, która także pochodzi z dawnych czasów. Są to przedmioty gdzieś wyciągnięte przez panie garderobiane. Ja mam oryginalny odkurzacz z lat 50. Tworzymy żywych bohaterów. To jest klasyczna psychologia, mamy okazję stworzyć bohaterów od podstaw, pokazać ich przemianę. Oni mają swoje tajemnice, swoje zagadki wewnętrzne. Jest to bardzo duża przyjemność i wierna praca z Arturem Tyszkiewiczem. Pierwszy raz miałam tę przyjemność pracy z dyrektorem i to była radość. W ogromnym zaufaniu mogłam się poruszać w czasie tych prób jako aktor.
Pracę nad spektaklem zaczęliście tradycyjnie od czytania książki...
Nigdy nie lubiłam kryminałów, ale rozumiem fenomen Agathy Christie. Mam taką książeczkę dla dzieci "Mali Wielcy", już w niej jest autorka przedstawiona jako super bohaterka. Dla mojego synka Gucia jest to postać bardzo ciekawa - ona jako właśnie super bohaterka. Przygotowując się do spektaklu, przeczytałam autobiografię, która wspaniale odzwierciedla tamte czasy. Dowiadujemy się, jak została wychowana, pisze o swoim wspaniałym dzieciństwie, i myślę, że to - obok wspaniałego intelektu - była jej wielka moc. Jest tam też brytyjski humor i groza. Dzięki niej kryminał wyrósł do wysokiej rangi literackiej. Poprzez to, jakich bohaterów tworzyła, są to postaci prawdziwe i bardzo często głęboko zranione - co jest bardzo ciekawe.
"Pułapka na myszy" była napisana bez udziału słynnych detektywów - Herculesa Poirota i panny Marple...
Jest to oddzielny utwór, bez szans na kontynuację, zamknięty utwór. Najpierw powstało opowiadanie, a potem na bazie tego powstała sztuka teatralna, i faktycznie jest to taka zamknięta kapsuła.
Za wami zapewne niezapomniane tygodnie pracy...
Wspaniała praca. Dyrektor gwarantuje spokój, kulturę, szacunek do aktora, Ja natychmiast, mając takiego reżysera, byłam absolutnie oddana tworzeniu, od pierwszych prób. Umiałam tekst, przyszłam otwarta na wszystko, nie dyskutująca, po prostu wykonująca polecenia. Reżyser od początku wiedział czego chce, wszystko miał wspaniale zaplanowane. Od początku w to wskoczyłam, dając od siebie jak najwięcej.
Trudno jest przenieść kryminał na scenę...
Bardzo trudno. Oprócz tej zagadki, kto zabił, trzeba przenieść ten ciężar, dlaczego to zrobił - to jest klucz. Nie chcę odkrywać kart, ale sama zasadzka będzie zagadką, trzeba przyjść i obejrzeć. Myślę, że ten temat – dlaczego? - jest bardzo aktualny. Serdecznie zapraszamy.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Ateneum w Warszawie
"Pułapka na myszy" Agathy Christie w reżyserii Artura Tyszkiewicza
Milena Suszyńska, foto Krzysztof Bieliński
Spektakl widziała 27 listopada Małgosia
Najbliższe spektakle od 28 do 31 grudnia
poniedziałek, 25 listopada 2024
Mateusz Kmiecik o najnowszej premierze Sceny Narodowej
"Faust" to oparta na dawnej legendzie historia uczonego, który tak bardzo marzył o choćby najmniejszej chwili szczęścia, że zawarł w tym celu pakt z diabłem.
To także namysł nad różnymi fazami ludzkiego życia – Johann Wolfgang Goethe pisał dzieło od młodości po późną starość. Jest to lustro podstawione całej europejskiej kulturze i jedno z jej największych arcydzieł. Reżyserem spektaklu jest Wojciech Faruga.
Kolejne pokolenia przeglądają się w tym lustrze od dwustu lat. Co widzą w nim dzisiejsi twórcy, wychowani na przełomie wieków i z bagażem własnych doświadczeń stający naprzeciw przyszłości?
O nowej sztuce rozmawiamy z aktorem Teatru Narodowego Mateuszem Kmiecikiem.
- W spektaklu gram jednego z pięciu Mefistofelesów. Mój Mefistofeles wciela się w postać Charliego Chaplina. Sporo materiałów obejrzałem pod kątem humoru Chaplina i jego podejścia do pracy. Kilka jego "gagów" tu umieściłem i przerobiłem, żeby były trochę bardziej enigmatyczne i ciekawsze dla widza – mówi nam Mateusz Kmiecik.
Za wami bardzo ciężka praca...
Bardzo ciężka. To dzieło, które pisał całe życie - ogrom materiału. W pewnym momencie, gdy zaczęliśmy pracować nad "Faustem", mieliśmy około 120 stron scenariusza, co w przypadku sceny oznacza pięciogodzinny spektakl. W efekcie skróciliśmy materiał, ale to i tak będzie spektakl niespełna czterogodzinny. Taki jest ten materiał i nie da się go okroić na tyle, żeby nie opowiedzieć tej historii w całości. Należało tak go przełożyć na deski teatralne, żeby można było z bohaterem Faustem przejść przez całe jego życie.
Trafi do ludzi?..
Myślę, że tak. Człowiek ma dwie drogi i musi wybrać, którą będzie szedł przez życie – dobra lub ta gorsza, w której jest kuszenie. To jest aktualne w dzisiejszym świecie. Taki problem będzie aktualny zawsze. Natomiast język, który jest w "Fauście" zawarty, czasami nie pomaga, ale trzeba go w taką stronę obracać, żeby nam pomagał w XXI wieku.
Znasz doskonale pracę z reżyserem Wojciechem Farugą.
To jest moja trzecia produkcja z Wojtkiem. Mam wrażenie, że jak przychodzi na pierwsza próbę i robi nam wykład - który trwa 2, czasem 3 godziny - to nie wszystko można zrozumieć, bo Wojtek to wielki intelektualista. Jednak takich wybitnych ludzi nie zawsze od razu się rozumie. Przy "Fauście" miał wszystko pokładane. Zawsze są niuanse do poprawienia, ale kompozycja i plan był tak świetnie przedstawiony, że 80% tego, co przekazał nam w maju na pierwszym spotkaniu, zostało zrealizowane. Atmosfera na próbach był rewelacyjna, ale to jest cecha pracy z Wojtkiem. Gdy nie ma napięć i obowiązuje kulturalna rozmowa na próbach - to nie może być inaczej.
Zapraszamy na spektakl, aby sobie każdy mógł wyrobić własną opinię i aby móc przemyśleć gdzie ten świat idzie...
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Narodowy w Warszawie
"Faust" - Autor: Johann Wolfgang Goethe
Reżyseria: Wojciech Faruga
Mateusz Kmiecik, foto Marta Ankiersztejn
Najbliższe spektakle – 10, 11 i 12 grudnia
To także namysł nad różnymi fazami ludzkiego życia – Johann Wolfgang Goethe pisał dzieło od młodości po późną starość. Jest to lustro podstawione całej europejskiej kulturze i jedno z jej największych arcydzieł. Reżyserem spektaklu jest Wojciech Faruga.
Kolejne pokolenia przeglądają się w tym lustrze od dwustu lat. Co widzą w nim dzisiejsi twórcy, wychowani na przełomie wieków i z bagażem własnych doświadczeń stający naprzeciw przyszłości?
O nowej sztuce rozmawiamy z aktorem Teatru Narodowego Mateuszem Kmiecikiem.
- W spektaklu gram jednego z pięciu Mefistofelesów. Mój Mefistofeles wciela się w postać Charliego Chaplina. Sporo materiałów obejrzałem pod kątem humoru Chaplina i jego podejścia do pracy. Kilka jego "gagów" tu umieściłem i przerobiłem, żeby były trochę bardziej enigmatyczne i ciekawsze dla widza – mówi nam Mateusz Kmiecik.
Za wami bardzo ciężka praca...
Bardzo ciężka. To dzieło, które pisał całe życie - ogrom materiału. W pewnym momencie, gdy zaczęliśmy pracować nad "Faustem", mieliśmy około 120 stron scenariusza, co w przypadku sceny oznacza pięciogodzinny spektakl. W efekcie skróciliśmy materiał, ale to i tak będzie spektakl niespełna czterogodzinny. Taki jest ten materiał i nie da się go okroić na tyle, żeby nie opowiedzieć tej historii w całości. Należało tak go przełożyć na deski teatralne, żeby można było z bohaterem Faustem przejść przez całe jego życie.
Trafi do ludzi?..
Myślę, że tak. Człowiek ma dwie drogi i musi wybrać, którą będzie szedł przez życie – dobra lub ta gorsza, w której jest kuszenie. To jest aktualne w dzisiejszym świecie. Taki problem będzie aktualny zawsze. Natomiast język, który jest w "Fauście" zawarty, czasami nie pomaga, ale trzeba go w taką stronę obracać, żeby nam pomagał w XXI wieku.
Znasz doskonale pracę z reżyserem Wojciechem Farugą.
To jest moja trzecia produkcja z Wojtkiem. Mam wrażenie, że jak przychodzi na pierwsza próbę i robi nam wykład - który trwa 2, czasem 3 godziny - to nie wszystko można zrozumieć, bo Wojtek to wielki intelektualista. Jednak takich wybitnych ludzi nie zawsze od razu się rozumie. Przy "Fauście" miał wszystko pokładane. Zawsze są niuanse do poprawienia, ale kompozycja i plan był tak świetnie przedstawiony, że 80% tego, co przekazał nam w maju na pierwszym spotkaniu, zostało zrealizowane. Atmosfera na próbach był rewelacyjna, ale to jest cecha pracy z Wojtkiem. Gdy nie ma napięć i obowiązuje kulturalna rozmowa na próbach - to nie może być inaczej.
Zapraszamy na spektakl, aby sobie każdy mógł wyrobić własną opinię i aby móc przemyśleć gdzie ten świat idzie...
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Narodowy w Warszawie
"Faust" - Autor: Johann Wolfgang Goethe
Reżyseria: Wojciech Faruga
Mateusz Kmiecik, foto Marta Ankiersztejn
Najbliższe spektakle – 10, 11 i 12 grudnia
czwartek, 27 czerwca 2024
Anna Grycewicz o ostatniej premierze sezonu w Teatrze Narodowym
Teatr Narodowy w Warszawie kończy sezon premierą spektaklu "Feblik" według dramatu Małgorzaty Maciejewskiej w reżyserii Leny Frankiewicz. Dramat został wyróżniony Nagrodą Dramaturgiczną im. Tadeusza Różewicza w pierwszej edycji tego konkursu.
Swojski przednówek, ale licho nie śpi. Zimno tak, że powietrze trzeba rąbać siekierą. Babci przy piecu dobrze, choć coś od niej odpada, a na wiosnę ma przecież wypuścić korzenie. W magicznym niby-wiejskim świecie, w nieokreślonej epoce tajemniczy feblik dopada dorastającą Manię. Towarzyszymy bohaterce w jej lękach i zdziwieniu światem, w rozpaczy i w walce o niezależność – czytamy na stronie teatru.
To jest niesamowite, że tak młoda dziewczyna napisała w dzisiejszych czasach taki tekst. Jak pierwszy raz przeczytałam scenariusz, to zobaczyłam, że jest on specyficznym językiem napisany. Ani to jest dialekt, a jednak gdzieś, mamy wrażenie, że mówimy jakimś dialektem folklorystycznym, że gdzieś ze wsi ten tekst pochodzi. Byłam pod ogromnym wrażeniem tego tekstu, bo jest na prawdę świetnie napisany. Małgosia Maciejewska dostała liczne nagrody, i jest to pierwsza część trylogii. Nie czytałam dwóch pozostałych, ale jestem ciekawa co dalej będzie się działo – mówi w rozmowie z nami aktorka Teatru Narodowego Anna Grycewicz.
Lena Frankiewicz reżyseruje już w Teatrze Narodowym trzecią sztukę.
Miałam to szczęście pracować z Leną Frankiewicz przy spektaklu "Piknik pod Wiszącą Skałą". To sama przyjemność, pracuje się z nią fantastycznie. Mieliśmy znakomity zespół – Barbara Hanicka stworzyła nam piękną scenografię, Michał Dracz kostiumy, Agnieszka Kryst choreografię. Całe grono wspaniałych ludzi. Bawiliśmy się wspaniale przy tym, a jednocześnie mieliśmy zagwozdkę, jak to przekazać, żeby powaga sytuacji nas nie poniosła, żeby nie zrobić z tego jakiegoś przesadnego humoru. Zależało nam, żeby wyszła uniwersalność z tego tekstu. I nie można zapomnieć o wspaniałej muzyce, jaka nam towarzyszy.
Co jest w tekście najważniejsze?
Najważniejsze w tym tekście jest to, że różnice pokoleniowe są zawsze. Ja z perspektywy swojej postaci - matki głównej bohaterki - może mi się wydawać, że jestem już nowoczesna, rozumiem córkę, ale nie - bo jednak wychowałam się w innych czasach. Jestem już uwiązana przez jakieś schematy, które wyniosłam z domu rodzinnego. Tego się niestety nie da uniknąć. Każde pokolenie się z tym zmaga i zawsze ci najmłodsi się buntują przeciwko temu światu, bo jakżeby inaczej, każdy z nas się buntował. Wydaje mi się, że widz może w tej wspólnocie ludzi żyjących w określonym miejscu i czasie odnaleźć swoje wspólne cechy, nawet jak nie pochodzi z tego miejsca co bohaterowie spektaklu.
Feblik... cóż to za przypadłość?
Zaczerpnięte to zostało z "Lalki" Bolesława Prusa. Jest to nic innego jak "poczuć do kogoś miętę", w dzisiejszym języku - młodzież by powiedziała, że czuje z kimś "flow". To jest nasz feblik.
Może będzie kontynuacja trylogii?
Zobaczymy, czy będziemy robić kolejne części. Myślę, że to zależy od tego, jak widzowie przyjmą pierwszą część. Zapraszamy na spektakl. Jak ktoś nie zdąży w czerwcu, to już we wrześniu – dodaje Anna Grycewicz.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Narodowy w Warszawie, Scena Studio.
"Feblik" w reżyserii Leny Frankiewicz, Anna Grycewicz, foto Marta Ankiersztejn
Najbliższe spektakle – 17, 18, 19 września
Swojski przednówek, ale licho nie śpi. Zimno tak, że powietrze trzeba rąbać siekierą. Babci przy piecu dobrze, choć coś od niej odpada, a na wiosnę ma przecież wypuścić korzenie. W magicznym niby-wiejskim świecie, w nieokreślonej epoce tajemniczy feblik dopada dorastającą Manię. Towarzyszymy bohaterce w jej lękach i zdziwieniu światem, w rozpaczy i w walce o niezależność – czytamy na stronie teatru.
To jest niesamowite, że tak młoda dziewczyna napisała w dzisiejszych czasach taki tekst. Jak pierwszy raz przeczytałam scenariusz, to zobaczyłam, że jest on specyficznym językiem napisany. Ani to jest dialekt, a jednak gdzieś, mamy wrażenie, że mówimy jakimś dialektem folklorystycznym, że gdzieś ze wsi ten tekst pochodzi. Byłam pod ogromnym wrażeniem tego tekstu, bo jest na prawdę świetnie napisany. Małgosia Maciejewska dostała liczne nagrody, i jest to pierwsza część trylogii. Nie czytałam dwóch pozostałych, ale jestem ciekawa co dalej będzie się działo – mówi w rozmowie z nami aktorka Teatru Narodowego Anna Grycewicz.
Lena Frankiewicz reżyseruje już w Teatrze Narodowym trzecią sztukę.
Miałam to szczęście pracować z Leną Frankiewicz przy spektaklu "Piknik pod Wiszącą Skałą". To sama przyjemność, pracuje się z nią fantastycznie. Mieliśmy znakomity zespół – Barbara Hanicka stworzyła nam piękną scenografię, Michał Dracz kostiumy, Agnieszka Kryst choreografię. Całe grono wspaniałych ludzi. Bawiliśmy się wspaniale przy tym, a jednocześnie mieliśmy zagwozdkę, jak to przekazać, żeby powaga sytuacji nas nie poniosła, żeby nie zrobić z tego jakiegoś przesadnego humoru. Zależało nam, żeby wyszła uniwersalność z tego tekstu. I nie można zapomnieć o wspaniałej muzyce, jaka nam towarzyszy.
Co jest w tekście najważniejsze?
Najważniejsze w tym tekście jest to, że różnice pokoleniowe są zawsze. Ja z perspektywy swojej postaci - matki głównej bohaterki - może mi się wydawać, że jestem już nowoczesna, rozumiem córkę, ale nie - bo jednak wychowałam się w innych czasach. Jestem już uwiązana przez jakieś schematy, które wyniosłam z domu rodzinnego. Tego się niestety nie da uniknąć. Każde pokolenie się z tym zmaga i zawsze ci najmłodsi się buntują przeciwko temu światu, bo jakżeby inaczej, każdy z nas się buntował. Wydaje mi się, że widz może w tej wspólnocie ludzi żyjących w określonym miejscu i czasie odnaleźć swoje wspólne cechy, nawet jak nie pochodzi z tego miejsca co bohaterowie spektaklu.
Feblik... cóż to za przypadłość?
Zaczerpnięte to zostało z "Lalki" Bolesława Prusa. Jest to nic innego jak "poczuć do kogoś miętę", w dzisiejszym języku - młodzież by powiedziała, że czuje z kimś "flow". To jest nasz feblik.
Może będzie kontynuacja trylogii?
Zobaczymy, czy będziemy robić kolejne części. Myślę, że to zależy od tego, jak widzowie przyjmą pierwszą część. Zapraszamy na spektakl. Jak ktoś nie zdąży w czerwcu, to już we wrześniu – dodaje Anna Grycewicz.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Narodowy w Warszawie, Scena Studio.
"Feblik" w reżyserii Leny Frankiewicz, Anna Grycewicz, foto Marta Ankiersztejn
Najbliższe spektakle – 17, 18, 19 września
poniedziałek, 15 kwietnia 2024
"Charków! Charków!" w Teatrze Polskim
Spektakl muzyczny "Charków! Charków!" to prapremierowa realizacja sztuki Serhija Żadana, która powstała na zamówienie Teatru Polskiego w Warszawie. Od 22 marca możemy oglądać ten spektakl na deskach stołecznego teatru.
Spektakl w musicalowej formie opowiada historię inspirowaną losami awangardowego teatru Berezil i jego twórcy – reżysera i reformatora Łesia Kurbasa, który działał w Charkowie w latach 1925-1933. Opowiada ona historię konfliktów pomiędzy miastem i teatrem, dyrektorem teatru i reżyserem, reżyserem i widzami, reżyserem i aktorami... Losy Kurbasa stają się metaforą losów każdego twórcy – a może każdego z nas – "Everymana" walczącego o ideały – napisano na stronie Teatru Polskiego.
W naszym przedstawieniu Łeś Kurbas nie zostanie rozstrzelany, ale zrobi wielką karierę na Zachodzie. Otrzyma Oscara – powiedziała reżyser spektaklu Svitlana Oleshko. Zrobiliśmy spektakl muzyczny. Nasz kompozytor Noam Zylberberg podkreśla jednak, że musical jest formą widowiska i nie musi być rozrywką – dodała reżyser przedstawienia.
Kim był Łeś Kurbas?
Łeś Kurbas był jednym z pierwszych reżyserów, który posłużył się filmem w teatrze. Jako pierwszy wystawił w Charkowie musical jazzowy. Eksperymentował z aktorami i z ruchem. W 1921 roku napisał, że współczesny ukraiński teatr jest jak "niedomyślona myśl, niedociągnięty gest i niedoniesiona tonacja". Chciał zbudować inny teatr i to robił. I jak mówił, że właśnie w Charkowie z teatrem Berezil zrobił swoje najlepsze spektakle.
Co jest istotą tego spektaklu?
To powieść o tragedii ukraińskich artystów w Charkowie, tzw. "rozstrzelanego pokolenia". Ale też widzimy tu historię uniwersalną, dla każdego. Mamy opowieść o mieście, o teatrze, o miłości, o zdradzie – czyli samo życie. Nasz bohater Kurbas był wielkim reformatorem teatru ukraińskiego, a jego wiedza i umiejętności były uniwersalne – powiedziała Svitlana Oleshko. Scenografia w spektaklu odwołuje się do konstruktywizmu i futuryzmu. Składa się z m.in. z metalowych schodów i podestów, które mogą także kojarzyć się z więziennymi korytarzami. Autorką jest Katarzyna Zawistowska, którą reżyserka poznała już w Warszawie. Obu paniom zależało, aby scenografia zachowała w sobie aurę tragizmu.
Małgorzata Gotowiec
"Charków! Charków!", Teatr Polski w Warszawie
Przekład - Adam Pomorski, reżyseria - Svitlana Oleshko, scenografię i kostiumy zaprojektowała Katarzyna Zawistowska, muzykę skomponował Noam Zylberberg
Występują: Dorota Bzdyla (Aktorka, Sekretarka, Klapserka, Ludzie na dworcu, Ludzie z miotłami), Jakub Kordas (Aktor pierwszy, Szef działu promocji, Ludzie na dworcu, Ludzie z miotłami), Michał Kurek (Aktor drugi, Księgowy, Ludzie na dworcu, Ludzie z miotłami) i Modest Ruciński (Reżyser, Korespondent)
Najbliższe spektakle 18, 19 i 21 maja
Spektakl w musicalowej formie opowiada historię inspirowaną losami awangardowego teatru Berezil i jego twórcy – reżysera i reformatora Łesia Kurbasa, który działał w Charkowie w latach 1925-1933. Opowiada ona historię konfliktów pomiędzy miastem i teatrem, dyrektorem teatru i reżyserem, reżyserem i widzami, reżyserem i aktorami... Losy Kurbasa stają się metaforą losów każdego twórcy – a może każdego z nas – "Everymana" walczącego o ideały – napisano na stronie Teatru Polskiego.
W naszym przedstawieniu Łeś Kurbas nie zostanie rozstrzelany, ale zrobi wielką karierę na Zachodzie. Otrzyma Oscara – powiedziała reżyser spektaklu Svitlana Oleshko. Zrobiliśmy spektakl muzyczny. Nasz kompozytor Noam Zylberberg podkreśla jednak, że musical jest formą widowiska i nie musi być rozrywką – dodała reżyser przedstawienia.
Kim był Łeś Kurbas?
Łeś Kurbas był jednym z pierwszych reżyserów, który posłużył się filmem w teatrze. Jako pierwszy wystawił w Charkowie musical jazzowy. Eksperymentował z aktorami i z ruchem. W 1921 roku napisał, że współczesny ukraiński teatr jest jak "niedomyślona myśl, niedociągnięty gest i niedoniesiona tonacja". Chciał zbudować inny teatr i to robił. I jak mówił, że właśnie w Charkowie z teatrem Berezil zrobił swoje najlepsze spektakle.
Co jest istotą tego spektaklu?
To powieść o tragedii ukraińskich artystów w Charkowie, tzw. "rozstrzelanego pokolenia". Ale też widzimy tu historię uniwersalną, dla każdego. Mamy opowieść o mieście, o teatrze, o miłości, o zdradzie – czyli samo życie. Nasz bohater Kurbas był wielkim reformatorem teatru ukraińskiego, a jego wiedza i umiejętności były uniwersalne – powiedziała Svitlana Oleshko. Scenografia w spektaklu odwołuje się do konstruktywizmu i futuryzmu. Składa się z m.in. z metalowych schodów i podestów, które mogą także kojarzyć się z więziennymi korytarzami. Autorką jest Katarzyna Zawistowska, którą reżyserka poznała już w Warszawie. Obu paniom zależało, aby scenografia zachowała w sobie aurę tragizmu.
Małgorzata Gotowiec
"Charków! Charków!", Teatr Polski w Warszawie
Przekład - Adam Pomorski, reżyseria - Svitlana Oleshko, scenografię i kostiumy zaprojektowała Katarzyna Zawistowska, muzykę skomponował Noam Zylberberg
Występują: Dorota Bzdyla (Aktorka, Sekretarka, Klapserka, Ludzie na dworcu, Ludzie z miotłami), Jakub Kordas (Aktor pierwszy, Szef działu promocji, Ludzie na dworcu, Ludzie z miotłami), Michał Kurek (Aktor drugi, Księgowy, Ludzie na dworcu, Ludzie z miotłami) i Modest Ruciński (Reżyser, Korespondent)
Najbliższe spektakle 18, 19 i 21 maja
Subskrybuj:
Posty (Atom)














