wtorek, 13 lutego 2018

Joanna Halinowska: „Jesteśmy cały czas na początku…”

„Miny polskie” według scenariusza Tadeusza Nyczka i Mikołaja Grabowskiego to kolejna premiera Teatru Polskiego w Warszawie. Spektakl możemy od lutego oglądać na Dużej Scenie tego popularnego i lubianego stołecznego teatru. Scenariusz oparty jest na „Wyzwoleniu” i „Legionie” Stanisława Wyspiańskiego, „Opisie obyczajów za panowania Augusta III” Jędrzeja Kitowicza, „Pamiątkach Soplicy” Henryka Rzewuskiego, utworach Witolda Gombrowicza: „Dziennikach”, „Ferdydurke”, „Operetce”, „Ślubie” oraz „Mimice” – XIX-wiecznym podręczniku dla aktorów autorstwa Wojciecha Bogusławskiego.
„Miny polskie” są próbą rozpoznania i opisania schematów, które organizują życie narodowe. Gesty, miny, pozy – gombrowiczowskie gęby, które przyprawiamy innym lub za którymi sami się chcemy ukryć. Życie narodu – społeczne, polityczne, artystyczne – od wieków w pętach obyczaju i konwenansu. Polska dawna i współczesna, wzajemnie się w sobie przeglądająca.


O nowym przedstawieniu rozmawiamy z aktorką Teatru Polskiego, grającą postać Muzy – Joanną Halinowską.
Jak to jest z tymi polskimi minami, pozami? 
Jest to chyba trochę przerażające, że dzieło „Wyzwolenie”, które zostało napisane ponad sto lat temu, jest nadal tak aktualne. Oczywiście mieliśmy dużo zabawy przy tym, ale jak się przyjrzeć, wgłębić w tekst, to właściwie nie wiadomo… śmiać się, czy płakać. Niczego człowiek się nie uczy, i ciągle jesteśmy na początku jakiejś drogi. 
Czy to nie jest nasza polska słabostka, że nie potrafimy wyciągać wniosków, i popełniamy wciąż te same błędy?
To już chyba trzeba zostawić widzom, niech sami ocenią. Myślę, że każdy znajdzie w tym spektaklu, w tym tekście coś dla siebie. I ilu widzów, tyle interpretacji. Myślę, że jedyne słowo, właściwe to takie – że jest to aktualne.
Do jakiej publiczności byście chcieli dotrzeć?
Na pewno do takiej, która będzie chciała przyjść i oglądać.  Jest to spektakl, który nawiązuje bardzo do polityki, do naszej mentalności, do społeczeństwa. Jest o nas i każdego, kto będzie chciał  zawitać w nasze progi, wejść w dialog z nami…zapraszamy. Nie wiem, ilu ludzi zastanawia się nad tym, jakie tamten tekst ma przełożenie na dzisiejsze czasy. A jeśli się nie zastanawia, to kiedy przyjdzie do teatru, może to będzie ten przełomowy moment na analizę, rozmyślania i pewne wnioski.
Co możesz powiedzieć o swojej postaci?
Gram Muzę Wyspiańskiego, natchnienie pisarza. Jak pracowałam nad rolą - myślałam- Muza/Aktorka. Jestem i Muzą i Aktorką. W „Wyzwoleniu” Muza jest natchnieniem Wyspiańskiego, tak samo jest w naszym spektaklu. Jest osobą bardzo prężną, przemawia przez nią sztuka. Ona bez sztuki nie potrafi funkcjonować. Sztuka jest silniejsza niż śmierć. Są to zasady, które wyznaje. Ma swojego Konrada w postaci Wyspiańskiego. My Konrada też mamy, a ona lawiruje gdzieś pomiędzy tymi postaciami. Sztuka jest nieśmiertelna, jest wszystkim i ona tylko w niej się spełnia. Jak artysta spełnia się w sztuce, tak Muza w sztuce się spełni, ma do tego swojego Wyspiańskiego, który jej potrzebuje, a ona potrzebuje jego. Te dwie postaci uzupełniają się. Gdzie sztuka tam i Muza. Nawet odnajduje gdzieś swoje poglądy w samym Konradzie. Nie mówię o polityce, chociaż trochę wyglądam, jakbym wyszła z „czarnego marszu”. U nas na pewno Muza broni kobiet. Bardzo chcę podkreślić, że największą wartością dla niej jest sztuka, i to jest dobre według mnie.


Wasze stroje są bardzo urozmaicone, od klasyki po współczesność.
Stroje w naszym przedstawieniu są bardzo ważne. Wersji mojego ubioru było kilka. Pierwotną  była suknia. Suknia z trenem - długa i czarna - wyglądałam w niej jak posągowa Muza. I jak uwielbiam kostiumy, tak uważam, że dla tej postaci ubiór współczesny, taki niedookreślony, daje więcej możliwości. To jest postać, która potrafi wejść na „pstryk” w kolejną emocję, w następny stan. Paradoksalnie kostium, który dziś prezentuję, całkowicie współczesny -  daje mi więcej możliwości, a suknia mnie ograniczała. Wspólnie do tego doszliśmy. Na początku się kłóciłam, bo bardzo chciałam grać w sukni. Koniec końców odpuściłam, i jestem w spodniach i koszuli. „Miny polskie” to spektakl, w którym występują trzy grupy.

Grupa Wyspiańskiego -  Wyspiański, Gombrowicz, Muza i Konrad oraz Kaznodzieja, Kardynał – postaci związane z Wyspiańskim. Druga grupa Kitowicza związana ze szlachtą i grupa Bogusławskiego, czyli Mozartowskie środowisko. Mamy zatem niezłe pomieszanie, i to także przedstawia się w kostiumach. A najciekawsze jest, jak to się wszystko ze sobą przeplata. Jak się te grupy spotykają ze sobą na scenie. I czy wyczuwa się różnice między nimi? Ale to już niech widz oceni. Serdecznie zapraszam do Teatru Polskiego.


Rozmawiała Małgorzata Gotowiec

Teatr Polski w Warszawie, „Miny polskie”, Joanna Halinowska, foto Kasia Chmura.
Najbliższe spektakle „Min polskich” – 13, 14, 15 marca

piątek, 9 lutego 2018

Churchill jakiego nie znamy

W oczekiwaniu na tegoroczne Oscary warto wybrać się do kina na film, który może okazać się potencjalnym zwycięzcą. Na szczęście wybór jest duży, i dla każdego kinomana coś się znajdzie. Jednym z takich filmów jest Czas mroku, w reżyserii Joe Wrighta, z fenomenalnym Gary Oldmanem w roli Winstona Churchilla. Oldman został już nagrodzony za tę rolę Złotym Globem i jest na najlepszej drodze, aby do zdobytego w 2012 roku trofeum za Szpiega, dodać kolejne. 


Film, jak najbardziej wart obejrzenia, niezwykle subtelnie pokazana biografia jednego z największych polityków XX wieku. Obok wielkiej znajomości polityki obnaża wady i słabe punkty brytyjskiego przywódcy. Pokazuje jego słabości i ludzkie przywary. Obraz Wrighta zachwyca charakteryzacją – Gary Oldman nie podobny jest do siebie, jestem pewna, że tą rolą aktor przejdzie do historii. Główna postać – Winstona Churchilla - góruje nad innymi, reszta jest tłem, wszystko kręci się wokół niego. Mimo, że film oparty jest na słowach, monologach i gestach – nie ma tu typowej akcji, wojna pokazana jest w oddali – film trzyma w napięciu i nie sposób się na nim nudzić. Najlepiej przekonać się samemu wybierając się do kina. Ja będę trzymać kciuki za brytyjskiego aktora, który ma już na swoim koncie obok wspomnianego Oscara za film Szpieg z 2012 roku oraz Złotego Globa za Czas mroku, także 2 nagrody BAFTA oraz wiele nominacji, m.in. do Złotej Palmy, do Nagród Emmy, do MTV Movie Awards czy niechlubnej Złotej Maliny.

Film oglądała i poleca Kasia

niedziela, 21 stycznia 2018

Szymon Kuśmider: „Popełniamy te same błędy”

„Wujaszek Wania” Antoniego Czechowa w tłumaczeniu Jarosława Iwaszkiewicza bez skreśleń. Słowo po słowie. Reżyser spektaklu Ivan Wyrypajew pozwala, by sam Czechow przemówił do nas. Od początku do końca, traktując tekst jak nienaruszalną partyturę, opowiada historię, która zdarzyła się w wiejskiej posiadłości Wojnickich, między przybyciem, a wyjazdem profesora Sieriebriakowa i jego pięknej żony Heleny.
Między słowami ukryta jest drobiazgowo zbudowana opowieść o epoce, która przeminęła, o ludziach, których już nie ma..., ale język teatru pozostał.
Premiera „Wujaszka Wani” na deskach Teatru Polskiego w Warszawie odbyła się 9 grudnia. O pracy nad przedstawieniem, realiach, przeszłości i rosyjskiej literaturze opowiada nam Szymon Kuśmider, który wcielił się w postać Ilji Telegina.
 

- Pracowało się fantastycznie. Pierwsze spotkanie z Iwanem Wyrypajewem już nas uświadomiło, że reżyser wpycha nas w pewne rzeczy. W szkole uczyli mnie zupełnie odwrotnie, tzn. o pewnym graniu, o takich psychologicznych rzeczach. Natomiast Iwan mówi nam kompletnie coś innego. Dał nam do zrozumienia, że jego to kompletnie nie interesuje, co my myślimy na temat postaci. To brzmi trochę szokująco, ale to jest urocze, bo on mówi o takich rzeczach, niezwykle ciekawych, które stanowią wyzwanie dla aktora. Mówi, że nie interesuje go, jak my sobie wyobrażamy te postaci, tylko jak Czechow te postaci napisał. W związku z tym, zachęca nas - jeśli tak można to ująć – do grania, do czegoś, co jest bardziej zbliżone do audiobooka. Dlatego, że tekst leci cały czas, ze sceny pauzy padają tylko tam, gdzie Czechow chciał, żeby padały.  Dzięki temu sztuka jest szalenie śmieszna. Trochę sobie myślę, że to jest komedia, że my się śmiejemy z sytuacji i tekstów, które padają na scenie. Nie z samego dialogu, ale z tego, co dzieje się pomiędzy wypowiedziami. Jest to szalenie zabawne i szalenie współczesne – mówi nam Szymon Kuśmider.
Ma to wpływ, że dusza rosyjska pracowała z wami nad rosyjskim tekstem? Czy nie Rosjanin zrobiłby to lepiej?
- Myślę, że jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że robimy to tak po polsku z tymi dużymi pauzami, przeżywaniem itd. Oglądałem wiele przedstawień „Wujaszka Wani” w swoim życiu i wszystkie były takie wzruszające, ciężkie i długie. A to przedstawienie bez żadnego skrótu trwa dwie  godziny. Zasuwa ten tekst po prostu tam i z powrotem. I opowiada o ludziach, których już nie ma, o ludziach z tamtej epoki. O ludziach wspaniałych, wielkich, którzy się wygenerowali poprzez nieróbstwo. Wygenerowali się, ponieważ wszyscy wokół nich są winni, tylko nie oni. Mają pretensje do wszystkich, poza sobą. Największe pretensje do Serebriakowa i do Heleny, że przyjechali i zamącili nam w głowie. To ich wina, że my nic nie robimy, że jest tak źle. Winą obarczają ich i inne warunki zewnętrzne. To wszystko jest bardzo ciekawe, ponieważ nigdy nie wystawialiśmy tej sztuki w ten sposób w Polsce. Iwan daje naprawdę fantastyczne wyzwanie, podnosi poprzeczkę. Mówienie tekstu praktycznie bez pauz, bez jakiegokolwiek grania intencji w środku – bo te intencje są oczywiście w graniu poza tekstem – czyli w relacjach między postaciami. Tu nikt nikogo nie słucha. Tu każdy ma swoją wizję i wie najlepiej jak to trzeba załatwić. Przeglądamy się w tym tekście jacy jesteśmy tu dziś – jest to poczucie humoru Iwana, ale dla mnie takie Tarantinowskie nieco.
Treść, jej przesłanie się nie zestarzało…
- Nic, a nic się ta literatura nie zestarzała przez te lata. Czujemy to na scenie, że teksty są tak aktualnie współczesne. Sam reżyser to podkreśla i wrzuca to w tamtą epokę. Wszyscy jesteśmy nastawieni na ja, bufonowaci, nie widzimy nic poza czubkiem własnego nosa. Może postać Telegina, którą mam zaszczyt przedstawiać jest człowiekiem, który próbuje wszystko uspokoić, ale poniekąd z lęku, że straci to co miał. Jest to jedyna taka postać, która próbuje wszystko łagodzić. Natomiast panuje tam wieczny konflikt o wszystko, ale też o wartości, bo jak patrzę np. na Helenę, która opiera swoją postać na wartościach, to widzę, że trzyma się mocno tego, co człowiek powinien robić w życiu. Zakochany w niej wujaszek, i Helena świadoma tego, co może, a co nie przystoi. Jednak czy jest szczęśliwa, to już inna sprawa… trochę groteskowa. Świadczy to o tym, że są zdegenerowani ludzie, ale nie pośledni. I o tym braku zrozumienia, o tej pustce, o tym, że wszystko dookoła dąży do katastrofy. To jego zasługa, Iwana i Czechowa oczywiście, który genialnie to przedstawił. Staramy się tego nie zepsuć.
Lubi pan literaturę rosyjską?
- Tak. To cudowna rzecz. Lubię Bułhakowa, zawsze kiedy mogę wracam do „Mistrza i Małgorzaty”. Lubię Tołstoja. Rosyjska literatura daje taki oddech, jest inna i po prostu świetna. Porusza sprawy ludzkie. To jest coś, co jest nam potrzebne w dzisiejszej dobie.
Wcześniej grał pan w spektaklach Czechowa?
- Tak, w Krakowie grałem w „Wiśniowym Sadzie”, następnie był „Płatonow”, „Wujaszek Wania” – wersja zupełnie inna. Dotknęliśmy trochę tej rosyjskiej literatury. W szkole teatralnej też pracowaliśmy nad „Wujaszkiem Wanią”. A powrót do tego z zupełnie innego punktu widzenia, jak sugeruje Iwan jest bardzo ciekawe. I jak powiedziałem, jest wyzwaniem. Jest nam bardzo trudno, ale staramy się sprostać wymaganiom reżysera, które są bardzo wygórowane. Wszystko jest wystawione absolutnie wiernie, to jest w całym przedsięwzięciu niebywale istotne. 
Jest pan zwolennikiem, żeby klasykę przedstawiać tradycyjnie, czy nowatorsko?
- Myślę, że ustawienie przedstawień w realiach, w których zostały one napisane, wbrew pozorom więcej nam mówi o współczesności niż przerzucenie tego we współczesny już nawet nie kostium, ale ubranie. Jest moim zdaniem traktowaniem publiczności trochę jak kogoś niedouczonego, kto nie rozumie i nie czytał. A przecież ludzie inteligentni czytają, i im bardziej to oddalone w czasie, tym bardziej popularne. Widząc  to, co opisywał autor w przeszłości, widzimy jakie błędy popełniali ludzie wtedy, a my robimy dokładnie to samo, nie wyciągamy wniosków z tej nauki.
Do kogo bardziej przemówi ta wersja „Wujaszka Wani”?
- Uważam, że spektakl trafi zwłaszcza do młodych. Muzyka jest absolutnie współczesna i świetna, a scenografia bajkowa. Myślę, że jak kurtyna się podniesie, to będzie wielkie WOW! Ale oczywiście do Teatru Polskiego zapraszamy wszystkich.

Rozmawiała Małgorzata Gotowiec

Najbliższe spektakle 3,4,6,7,8 lutego


sobota, 30 grudnia 2017

Poirot jest tylko jeden!

Od kilku tygodni możemy oglądać na ekranach kin najnowszą wersję powieści Agathy Christie "Morderstwo w Orient Expressie". W rolę Herculesa Poirot wcielił się odpowiedzialny także za reżyserię Kenneth Branagh. Niezwykle utalentowany Brytyjczyk przyzwyczaił nas już do wielu wspaniałych postaci, które tworzył przez długie lata swojej kariery. Podobno wszystko, czego dotknie się Branagh, obraca się w sukces. Czy rzeczywiście tak będzie z "Morderstwem w Orient Expressie"? Na pewno wystąpiło w nim wielu wybitnych aktorów z górnej półki. Nazwiska "bombardują" nas z ekranu swoim bogactwem. W filmie zagrali m.in.: Michelle Pfeiffer, Judi Dench, Johnny Depp, Willem Defoe, Penelope Cruz czy Derek Jacobi.


Czy jednak to wystarczy, aby pobić dotychczasowe ekranizacje powieści Christie? Od wielu lat oglądam wszystkie możliwe produkcje przygód Herculesa Poirot. Czego nowego by nie wymyślono, jak wielki nie decydowałby o tym budżet, to póki co, dla mnie Poirot jest tylko jeden – David Suchet.

Nie sądzę, aby ktoś wcielił się w rolę belgijskiego detektywa lepiej niż właśnie on. Film Branagha jest dobry – jeśli ktoś lubi klimat filmów w stylu noir - akcja nie należy do wartkich, jest czas na refleksję, jakby zapraszano widza do wspólnej analizy zbrodni i na rozwiązywanie śledztwa - którego finał doskonale znamy - razem z detektywem. Nie polecam filmu po ciężkim dniu, bo prześpimy to, co warte zobaczenia, a że warto udać się do kina to pewne! Jednak będę się upierać, że najlepszy, i jedyny Hercules Poirot to David Suchet!

Film oglądała Kasia

wtorek, 19 grudnia 2017

Magiczny czas „Dziadka do orzechów…”

Czas Świąt Bożego Narodzenia od dzieciństwa kojarzy mi się właśnie z przepięknym baletem „Dziadek do orzechów i Król Myszy”. Cudownie brzmiące nuty Piotra Czajkowskiego mam w głowie i na wyrywki mogę je nucić…są niesamowite, nieprzemijające i wiecznie żywe, tak jak strofy Williama Szekspira – ludzie do nich będą zawsze wracać. To się nazywa mistrzostwem, czy geniuszem – jak kto woli niech nazywa, ale to jest po prostu Wielkość Nieprzemijająca!!!

„Dziadek do orzechów i Król Myszy” był pierwszym baletem i pierwszym spektaklem obejrzanym pewnie przez wielu w Teatrach Opery i Baletu na całym świecie. Nie inaczej było w moim przypadku, gdy w wieku 5 lat, mamusia zaprowadziła mnie na ten balet…i tak mi zostało, że co roku, gdy zbliża się czas Bożego Narodzenia nie mogę się oprzeć zakupowi biletu, a nawet dwóch i spędzeniu niesamowitego wieczoru w naszym Teatrze Wielkim.


Wystawienie jakie od kilku lat możemy oglądać jest magiczne - ciepło i romantycznie wprowadza nas w świąteczny okres. „Dziadek do orzechów” jest jednym z najpopularniejszych baletów w Europie i Ameryce Północnej, a w okresie bożonarodzeniowym – najpopularniejszym. Sen Klary o wspólnej podróży z Księciem przez Krainę Słodyczy oddaje sens wielu naszych marzeń i życzeń, szczególnie w okresie oczekiwania na gwiazdkę z nieba, to jest taki upominek od Świętego Mikołaja. Kto nie lubi marzyć?, kto nie lubi otrzymywać i czekać na prezenty?…pozostajemy w tej kwestii dziećmi, i nie ważne ile mamy lat. Wspaniale, że tak właśnie jest.

Toer van Schayk i Wayne Eagling są twórcami pięknej choreografii, a pierwszy z dwójki również scenografii i kostiumów. Przepiękne światło dał nam Bert Dalhuysen. Tańczą jak zwykle wprost niebiańsko, mistrzostwo w każdym calu – w roli Klary Chinara Alizade, w roli Księcia Vladimir Yaroshenko, jako dziadek Paweł Koncewoj, a w postać Króla Myszy w mojej wersji, którą oglądałam 16 grudnia wcielił się Kurusz Wojeński. I wielkie ukłony dla całego Polskiego Baletu Narodowego.

O bilety jak zwykle na ten balet jest niełatwo. Jednak, jeśli ktoś jeszcze chciałby zobaczyć, warto ustawić się w kolejkę i próbować szczęścia w kupieniu wejściówek... oj, warto, przeżyjemy przepiękny wieczór pełen magii i znowu staniemy się małymi dziećmi. Czyż to nie wspaniałe?

45 minut przed każdym przedstawieniem Teatr Wielki zaprasza do Foyer Głównego na spotkania wprowadzające. Można się dowiedzieć wielu ciekawych rzeczy o danym balecie i poznać wspaniałych ludzi związanych z baletem. Rozmowy prowadzi fachowo i z ogromną wiedzą Maciej Krawiec.

Małgosia

"Dziadek do orzechów i Król Myszy" - premiera Polskiego Baletu Narodowego: Teatr Wielki, Warszawa, 25.11.2011, foto Teatr Wielki.
16 grudnia oglądała Małgosia

Najbliższe spektakle – 19, 20, 21, 22, a 23 grudnia dwa przedstawienia o 12 i 18

czwartek, 14 grudnia 2017

Paulina Korthals: „To wielkie szczęście uczyć się od najlepszych”

„Elementarz” w reżyserii Piotra Cieplaka to najnowsza premiera Teatru Narodowego w Warszawie. Piotr Cieplak wyreżyserował przedstawienie na podstawie poetyckiego tekstu Barbary Klickiej. W spektaklu, w którym znajdziemy odwołania do „Elementarza” Mariana Falskiego, ale również do „Alicji w Krainie Czarów” Carrolla - główna bohaterka Ala szuka swojego kompasu, podstaw wewnętrznego alfabetu. Poszczególne litery mają jej pomóc uporządkować rzeczywistość.


W roli Ali – Edyta Olszówka. Jej koleżankę Olę gra młoda aktorka Paulina Korthals, z którą rozmawiamy o prapremierze, która odbyła się 7 grudnia na dużej Scenie Narodowego.
- „Elementarz” – niech ten tytuł nikogo nie zwiedzie, to jest spektakl dla dorosłej widowni, na pewno nie dla dzieci – mówi nam Paulina Korthals. -  Gram Olę, koleżankę Ali. Cała koncepcja spektaklu – nie chcę zdradzać za dużo – owiana jest tajemnicą. Opowieść dzieje się w głowie Ali. Jest to coś w rodzaju snu. Ola natomiast - koleżanka Ali z dzieciństwa – jest tą, która wiedziała, czego chce. Zawsze konsekwentnie realizowała swoje cele. Czasem nawet nie zważając na innych. W pewnym sensie jest autorytetem dla Ali. Może Ala ma kompleks Oli, może coś, czego nie potrafi dokonać ona sama.

„Elementarz”…przegląd literka po literce…
Z każdą literką jest związana inna historia. W wielu częściach spotyka się Ala z Olą. Ponieważ jest to sen, to czasem jestem Alą, a czasem innym pragnieniem, marzeniem, ale wszystko łączy się w jedną całość.

Drugi raz spotykasz się w pracy teatralnej z Piotrem Cieplakiem.
Tak, to moje drugie przedstawienie z reżyserem Piotrem Cieplakiem. Pierwszy spektakl, w którym pracowaliśmy razem było „Soplicowo”. To wizjoner, jest to dla mnie zaszczyt, że ponownie dane mi jest pracować z taką osobowością. Przede wszystkim on kocha aktorów, i każdy się czuje u niego „dopieszczony”. Nawet najmniejszy udział, najmniejsza rola staje się ważna. On potrafi zrobić perełkę z każdego drobiazgu. Aktor się czuje ważny i potrzebny. Nawet w przysłowiowej w naszym świecie aktorskim – wniesieniu halabardy – my czujemy, że to nie jest takie zwykłe wniesienie na scenę rekwizytu. Mam ogromne szczęście, że mogę pracować i uczyć się od najlepszych.

Długo pracowaliście nad stworzeniem spektaklu?
Zaczęliśmy próby pod koniec września. Była to praca dosyć intensywna i żmudna. Warto wspomnieć o muzyce, jest znakomita. Jestem w ogóle pełna podziwu dla naszych kolegów – Marcina Przybylskiego, Pawła Paprockiego i Jakuba Gawlika. Oni sami skomponowali muzykę, począwszy od piosenki, którą można było usłyszeć na próbie dla mediów. Oni grają jako aktorzy i stworzyli niejako ten świat spektaklu. Do tego doszły intensywne próby z Panem Leszkiem Bzdylem nad nasza tężyzną. On stworzył ruch sceniczny sztuki. Mamy się od kogo uczyć, to kolejny wielki autorytet na mojej teatralnej drodze.
Jesteś młodziutka, z pokolenia, które już nie uczyło się z „Elementarza” Mariana Falskiego…
To prawda, nie uczyłam się z tej książki, to mnie ominęło, ale chyba do niego zajrzę – śmieje się Paulina. – I oczywiście zapraszam na spektakl. Wszystkich od 16 roku życia. 

Rozmawiała Małgorzata Gotowiec

Teatr Narodowy w Warszawie, „Elementarz”, Paulina Korthals, fot. Yato Photography
Spektakl oglądała 10 grudnia – Małgosia
Najbliższe przedstawienia – 16, 17, 18 stycznia

środa, 29 listopada 2017

Grażyna Barszczewska: „Czuję się potrzebna, a to wielkie szczęście”

Dzień, w którym poznałam Panią Grażynę Barszczewską uważam za jeden z tych, który zapamiętam do końca życia. Jestem pewna, że nie tylko w moich oczach ta znakomita aktorka ma wszystko, co cechuje ludzi wielkich, wybitnych, czyli – talent, pracowitość, ogromną pokorę do zawodu i szacunek dla każdego człowieka, a do tego jest kobietą niezwykłej urody. Czy można chcieć więcej?


Aktorka Teatru Polskiego w Warszawie, znana przez szeroką, kilku pokoleniową publiczność ze wspaniałych ról filmowych, telewizyjnych, teatralnych, a także słuchowisk radiowych, w ubiegłym sezonie wspaniałą premierą „Niezatańczonego tanga” – świętowała jubileusz 70. urodzin. Jak sama mówi, energii ma dużo, pomysłów również, gorzej może być tylko z ilością czasu, który byłby potrzebny, chociażby do czytania, które tak lubi.

O jubileuszowym przedstawieniu, pomysłach na sztuki, życiowych doświadczeniach i obserwacjach rozmawiamy z Grażyną Barszczewską.       

Za Panią niezwykle pracowity sezon, w którym obchodziła Pani jubileusz spektaklem  „Niezatańczone tango” – skąd pomysł na ten spektakl?

- Od wielu lat uważnie śledzę twórczość Wiesława Myśliwskiego. Pomysł, żeby na podstawie kilku powieści tego wybitnego prozaika, laureata wielu prestiżowych nagród napisać monodram, chodził mi po głowie już od kilku lat. "Niezatańczone tango” od początku pisałam z myślą o dwu postaciach: Matce i Synu. Rzeczywiście, przypadek sprawił, że premiera „Niezatańczonego tanga” zbiegła się z moją okrągłą datą urodzin i było to dla mnie i ważne i radosne przeżycie, także ze względu na obecność Autora i Jego przychylność. Natomiast pomysł, żeby Dominik Łoś był moim synem na scenie - nie był przypadkowy. Między główną bohaterką - Matką i Synem musi istnieć jakaś -  poza aktorska- wewnętrzna dobra energia, jakaś chemia, która sprawia, że relacje między tym dwojgiem są prawdziwe, przekonujące.


Posiada Pani znakomity dar wybierania wspaniałych tekstów do adaptacji na scenę, które są mało znane, można powiedzieć niszowe, a zawsze trafione. Świetnym przykładem są grane od 2011 roku w Teatrze Ateneum „Sceny niemalże małżeńskie Stefanii Grodzieńskiej”. Teraz doszło „Niezatańczone tango”. Musi Pani dużo czytać i mieć znakomitą intuicję, że to będzie dobre i przyciągnie widza…a to nie jest proste.

- Rzeczywiście - zdarza mi się słyszeć, że "mam nosa”! Wybór takiego, a nie innego materiału literackiego jest dla mnie oczywisty i dość prosty. Szkoda mi czasu na marną, trzeciorzędną literaturę czy grafomańskie wytwory pióra - wiadomo, dzisiaj…„każdy pisać może, trochę lepiej lub trochę gorzej” itd. - parafrazując znaną prześmiewczą piosenkę… Moją uwagę skupiam na literaturze  z wyższej półki, na wartościowych pozycjach. Pierwszym sygnałem jest tzw. pierwsze wrażenie, intuicja, emocje, które wychwytują moje rozgrzane policzki. Jeśli płoną, czuję w nich temperaturę, wiem, że to właśnie TO. I zwykle ten „mój nos” mnie nie zawodzi. Podobnie było z wyborem tekstów Stefanii Grodzieńskiej i Jerzego Jurandota.  „Sceny niemalże małżeńskie Stefanii Grodzieńskiej” - które gramy już 7 rok! - napisałam w proteście przeciwko marnej, często żenującej rozrywce, nie śmiesznym - w moim odczuciu- amatorskim programom, którymi żywią nas media, często traktujące odbiorców jak bezmyślny, niewybredny tłum.
Oczywiście są wyjątki, ale te można zliczyć do.. trzech...

A mnie ciągle cieszą i śmieszą piosenki Kabaretu Starszych Panów, teksty Stefanii Grodzieńskiej, abstrakcyjne żarty, groteska, zabawa słowem. I można wtedy nawet odważnie świntuszyć, ale w pięknej formie, smacznie, z klasą. Okazało się, że moje poczucie humoru jest na szczęście zbieżne z chęcią dobrej zabawy sporej części naszego społeczeństwa - i stąd też jak myślę nasze powodzenie.
Pyta pani o moje lektury… tak, rzeczywiście czytam sporo, choć uważam, że ciągle i tak za mało. Codzienna wieczorna lektura jest zwieńczeniem każdego mojego dnia, piękną nagrodą, która czeka na mojej szafce nocnej.

Cały czas ma Pani ogromną energię, siłę do kolejnych wyzwań i głowę pełną pomysłów.
Z czego to się bierze?

- Z tego, że jestem bardzo młoda! ( śmiech ),  a tak na serio…?.. wciąż czuję, że jest na mnie „zapotrzebowanie” i w rodzinie i w zawodzie. To wielkie szczęście - na które trzeba oczywiście cały czas pracować, a ja lubię to robić, więc… co tu marudzić.

Dlaczego nie zdecydowała się Pani na samodzielną reżyserię „Niezatańczonego tanga”?

 - To taka niepisana teatralna zasada, że kiedy gra się główną rolę i jest się cały czas na scenie - jak ja w „Niezatańczonym tangu” - to konieczne jest to „trzecie oko” na widowni, czyli reżyser, to bardzo ważna osoba. Oczywiście najchętniej taki reżyser, do którego ma się zaufanie, który potrafi przejść z analizy do syntezy, zaproponuje formę, potrafi skierować na główne tory akcję, jeśli ta zaczyna gdzieś zbaczać. Słowem: twórczy, inteligentny, wrażliwy, przygotowany i… jak jest jeszcze fajnym, mądrym, przyjaznym człowiekiem… to wielka frajda i pracuje się wtedy fantastycznie.

Dobór partnerów na scenę wspaniały. Jest Pani znakomitym obserwatorem ludzkich charakterów – jak Pani dobiera partnerów scenicznych, czym się Pani kieruje?

- Myślę, że wszyscy aktorzy są takimi domorosłymi psychologami, obserwatorami życia, ludzi, świata. Sama czasem łapię się na podglądaniu ludzi na ulicy, w teatrze, urzędzie. Podpatruję ich zachowania, reakcje, przywary, które potem wykorzystuję budując jakąś postać na scenie czy przed kamerą. To skażenie zawodowe.

Jak Pani odpoczywa? Co Panią najlepiej uspokaja w tym stresującym zawodzie?

- Cisza, i najchętniej na jakimś odludziu z bliskimi, z książką, dobrą muzyką, jakimś dobrym filmem...


Rozmawiała Małgorzata Gotowiec


Najbliższe spektakle: „Niezatańczone tango” – 29 listopada
„Marlena. Ostatni koncert” – 8, 9, 10 grudnia

poniedziałek, 20 listopada 2017

Frank Castle powrócił!

W piątek 17 listopada Netflix wypuścił długo oczekiwany serial Marvela "The Punisher". Od samego początku serial owiany był tajemnicą, producenci dawkowali przepływ jakichkolwiek wiadomości do opinii publicznej, trailerów, plakatów. Oficjalna data premiery została podana na miesiąc przed emisją. Osobiście czekałam z niecierpliwością na premierę Punishera, od września ubiegłego roku, od kiedy potwierdzono, że w rolę przyjaciela Franka Castle, Billy'ego Russo ma wcielić się Ben Barnes.


Punisher był kręcony przez pół roku w Nowym Jorku, na Brooklynie pod roboczą nazwą "Crime". Zdjęcia w plenerze kręcono zazwyczaj nocą, żeby uniknąć zainteresowania ludzi. Co najbardziej spodobało mi się w najnowszym Punisherze, to fakt, że w serialu występują zwyczajni ludzie. Nie mamy do czynienia z superbohaterami, których mnóstwo w produkcjach Marvela. Serial jest brutalny, leje się sporo krwi, ale jak sama nazwa wskazuje, nikogo nie powinno to dziwić. Tytułowy antybohater, były marine wraca do "żywych" aby pomścić krwawy mord na swojej rodzinie. Nie postanie, dopóki nie zabije ostatniego z winnych. Akcja narasta i wciąga widza, nawet tego, który nie do końca gustuje w przemocy. Nie brakuje zwrotów akcji i niespodzianek. Co warto zaznaczyć, mimo "męskich" scen, język jest wyjątkowo łagodny. Dzisiejsze produkcje charakteryzują się bardzo wulgarnym językiem, mowa zarówno o serialach polskich, jak i zagranicznych. Dlatego ku mojemu zaskoczeniu, i nie ukrywam zadowoleniu w 13 odcinkach nie padło żadne przekleństwo. Producenci może doszli do wniosku, że zrekompensują to nad wyraz realne, bardzo brutalne sceny walki i tortur. Czy pomysłodawcy serialu Punisher nie bali się, że okaże się on klapą? Powstało kilka filmów, z całkiem przyzwoitą obsadą, które mimo ciekawej fabuły okazały się nudne i dalekie od sukcesu. Oglądalność pierwszego weekendu pokazała, że serial z tytułowym Jonem Bernthalem (w roli Franka Castle) będzie sukcesem. Nie bez powodu Netflix od kilku sezonów plasuje się na czele kanałów najchętniej oglądanych na całym świecie. Amerykański kanał ma to coś i jak większość seriali oryginalnych bez względu na tematykę trzyma poziom. Wszystkie 13 odcinków obejrzałam z zapartym tchem, i choć czasami zakrywałam oczy, to z niecierpliwością będę oczekiwać drugiego sezonu. Niestety ku mojej rozpaczy piękna buzia Billy'ego Russo nie powali mnie już swoim czarem...

Serial oglądała i poleca Kasia

Warto się wybrać na Scenę na Woli

„Pociągi pod specjalnym nadzorem”, „Dziwny przypadek psa nocą porą”, „Historia Jakuba”, „Niedźwiedź Wojtek”, czy „Letnie osy kąsają nas nawet w listopadzie” -  to są spektakle, które warto zapisać w kalendarzu widza teatralnego i skierować kroki do Teatru Dramatycznego, na Scenę na Woli im. Tadeusza Łomnickiego w Warszawie. Scena ta trzyma równy, wysoki poziom już od dawna. Wrześniowa premiera „Pociągi pod specjalnym nadzorem”, inaugurująca nowy sezon utwierdziła mnie w tej opinii.   


Tekst Bohumila Hrabala w adaptacji Janusza Andermana wyreżyserował Jakub Krofta. W roli młodego kolejarza Milosza, który przeżywa przemianę z chłopca w mężczyznę możemy oglądać zdolnego, młodego aktora Otara Saralidze. Doskonale wiemy, że Czesi to pogodny naród i z każdej tragedii potrafią zrobić komedię i w tym przypadku jest tak samo. Akcja sztuki rozgrywa się w czasie II Wojny Światowej, ale bohaterowie Hrabala nie pozwalają jej usunąć ze swojego życia radości i seksu. Czasy tragiczne - giną ludzie, trwa walka, ale życie toczy się równolegle całkiem normlanie – ludzie się kochają, cieszą, jedzą…po prostu żyją.    

Jesień i zima - a te pory roku nas aktualnie interesują - sprzyjają zapoznaniu się z repertuarem teatralnym i nadrobieniem zaległości. Warto spędzić wieczór obcując ze sztuką na żywo. Ja przynajmniej do takich osób należę. Jak mamy przypływ gotówki, o co pewnie dość ciężko – to można wcześniej kupić bilecik, a jak kieszeń pusta, to warto przyjść wcześniej i stanąć w kolejce po wejściówki. Najważniejsze, aby w ten wolny wieczór, który mamy, wyjść z domu i skierować kroki do ulubionego teatru. Nasi mili czytelnicy chyba już wiedzą, które teatry nasza trójka lubi, które poleca. Teatr Wielki, a w nim przepiękne balety z ostatnią premierą „Balety Polskie”, Teatr Polski, Ateneum, Dramatyczny, Narodowy. W grudniu wybieramy się do Teatru Współczesnego na „Psie serce” i z pewnością napiszemy coś na ten temat. Mili nasi, nie leńcie się, tylko …do teatru.

Małgosia

Teatr Dramatyczny w Warszawie, „Pociągi pod specjalnym nadzorem”
21 września oglądała Małgosia

piątek, 3 listopada 2017

Piotr Bajtlik: „Ibsen – podróż w głąb siebie”

Teatr Polski w Warszawie zainaugurował sezon sztuką norweskiego dramatopisarza „Dom lalki”, czy inaczej „Nora”. To jeden z najsłynniejszych i często wystawianych na deskach teatralnych całego świata dzieł. Żyjący w latach 1828-1906 dramatopisarz był znany z ogromnego zaangażowania w walkę o prawa kobiet, o czym między innymi mówi najnowszy spektakl. Do jego najsłynniejszych utworów należą m.in. "Dzika kaczka", "Podpory społeczeństwa" oraz właśnie "Dom lalki" (inaczej "Nora"). Premiera na Scenie Kameralnej im. Sławomira Mrożka odbyła się w październiku.


Dramat opowiada historię Nory Helmer, żony i matki trójki dzieci, próbującej w tajemnicy przed mężem Torvaldem, spłacić dług, który - chcąc ratować jego zdrowie - zaciągnęła jakiś czas temu u jego przyjaciela Krogstada. W chwili przybycia do miasta swojej przyjaciółki Krystyny Linde, która - za wstawiennictwem męża Nory - zatrudniona ma zostać w banku, a tym samym przyczynić się do zwolnienia Krogstada, wierzyciel głównej bohaterki zaczyna ją szantażować. Jeśli ktoś nie czytał i nie zna dramatu, to będzie mógł go poznać wybierając się do Teatru Polskiego. 
O sztuce, pracy nad nią, nowym wyzwaniu, rozmawiamy z odtwórcą roli Krogstada – Piotrem Bajtlikiem.
Bardzo się cieszę, że ktoś w końcu sięgnął po Ibsena. Od dawna widzowie w Warszawie nie mieli przyjemności obcowania z jego twórczością. 
- Tak, to są teksty oparte na głębokiej analizie ludzkiej psychologii, przez co wiecznie aktualne. Jest to moja pierwsza na scenie przygoda z dorobkiem Henrika Ibsena. Niezwykle się cieszę, że stanęło przede mną takie wyzwanie – mówi w rozmowie z nami, aktor Teatru Polskiego Piotr Bajtlik.
- Niedawno skończyliśmy pracę nad sztuką Aleksandra Fredry „Mąż i żona”, a tu nagle taki przeskok. To fantastyczne, że w Teatrze Polskim możemy obcować z tak różnym repertuarem. Tym razem jest to Ibsen – fantastyczna przygoda, podróż w głąb siebie… Cieszę się, że biorę udział w tym projekcie – dodaje aktor.
Czytając „Dom lalki”, na samym początku odnosimy wrażenie, że Pana postać jest tą negatywną.  Jednak im dalej zgłębiamy tekst, ta opinia się zmienia. 
- Faktycznie, po pierwszym czytaniu, można odnieść wrażenie, że jest to typowy szwarccharakter. Jednak gdy wczytać się głębiej, to jest to facet, który walczy o swoją rodzinę, walczy o przetrwanie, o dzieci. To jest niesamowite, jakie tam się kryje drugie dno. Sporo rozmawialiśmy z reżyserką spektaklu, Agnieszką Lipiec-Wróblewską o Krogstadzie. Jej zdaniem to najnowocześniejsza postać w tym dramacie. I rzeczywiście coś w tym jest. Jest otwarty na to, co przyniesie kolejny dzień. Nic go już nie zaskoczy. Albo prawie nic. Samotny ojciec, facet po przejściach, wychowujący gromadkę dzieci… jakoś musi sobie radzić w tym życiu. Chwyta się różnych sposobów, nie zawsze najlepszych. Nie chcemy, żeby w naszej inscenizacji wyszło na to, że szantażowanie Nory łatwo mu przychodzi. On jest do tego zmuszony - właśnie przez życie, przez okoliczności od niego niezależne i być może w tym momencie po prostu inaczej tym przeciwnościom sprostać nie umie. Jest to niewątpliwie ważna postać dla sztuki i niezwykle ciekawa.
Życie zmusza nas do różnych posunięć, do różnych działań...
- Jak najbardziej. On chce się później z tego wycofać i właściwie się wycofuje. Kiedy odnajduje pewien rodzaj szczęścia, spokoju wewnętrznego dotyczący swojej rodziny, najbliższych - wycofuje się z tych wszystkich ciemnych, trudnych i niebezpiecznych posunięć. Nie chcę za dużo zdradzać. Trzeba przyjść, obejrzeć sztukę i samemu wyrobić sobie zdanie o niej i o jej bohaterach.
Wiadomo, że Ibsen walczył o prawa kobiet. Najskuteczniej mógł to robić właśnie piórem.
- Tego przykładem jest właśnie postać Nory, która odnajduje swoje powołanie, szuka swojej osobowości, szuka co to znaczy być sobą, jak być szczęśliwą. Co to w ogóle znaczy być szczęśliwym. Zwłaszcza w jej świecie. Świecie zdominowanym przez mężczyzn i ich „zasady”. Ci mężczyźni także są tacy troszkę zagubieni. W relacjach z kobietami i generalnie w relacjach w społeczeństwie. Trzymają się pewnych stereotypów społecznych, dziwnych, dziś dla nas niezrozumiałych, nie potrafią się otworzyć na drugą osobę. I to zarówno na kobietę, jak i na drugiego mężczyznę. Generalnie bohaterowie tej sztuki skupiają się głównie na sobie. Swoich problemach. Trzymają się tylko fasadowych, powierzchownych relacji. Takim wielkim otwarciem jest właśnie decyzja Nory. Być może kontrowersyjna, ale jest z pewnością takim jej wyzwoleniem. Ona musiała dojść do granicy psychicznej wytrzymałości, aby zrozumieć gdzie jest jej miejsce i co jest jej potrzebne do szczęścia. By zacząć widzieć, rozumieć i naprawdę rozmawiać chociażby ze swoim mężem.
Jak się pracowało nad sztuką?
- To była sinusoida emocji. Był czas śmiechu i czas łez. To było zderzenie silnych charakterów. Ale stopniowo odnaleźliśmy w tej wspólnej pracy harmonię. Chemia między twórcami jest bardzo ważna. Jestem przekonany, że to także przenosi się na widza.
Lubi Pan swoją postać?
- Jeszcze mi się chyba nie zdarzyło nie lubić postaci, którą gram. Owszem, może się zdarzyć, że praca nad rolą jest z jakichś przyczyn trudna.  Ale choć bywały spektakle, których nie kochałem, to granych przez siebie bohaterów chyba zawsze obdarzałem… co najmniej sympatią. Nawet w największych skurczybykach można znaleźć coś fajnego dla siebie. Żaden człowiek nie jest tylko czarny albo biały. Dlatego ja tego mojego Krogstada bardzo lubię.
Można chyba powiedzieć, że Teatr Polski jest Pana drugim domem?
- Jak najbardziej. Jestem w zespole Teatru Polskiego właściwie niemal od momentu ukończenia Akademii Teatralnej. To już prawie 12 lat. Praca w teatrze daje mi ogromną radość i stawia przede mną kolejne ciekawe wyzwania. Wiadomo, czasami trudno połączyć życie prywatne z rozbudowanym życiem zawodowym. Dzielimy nasz czas na teatr, film, radio, dubbing itd.., czego nie potrafią pojąć nasi koledzy z Europy zachodniej. Cóż. Takie mamy czasy. Jednak teatr jest dla nas rdzeniem, i tym, co nam daje bazę warsztatową do innych działań, bo tu się najwięcej uczymy i tu się rozwijamy. I to właśnie tutaj prawdopodobieństwo wzięcia udziału w przedsięwzięciu o wybitnych walorach artystycznych jest największe.

Rozmawiała Małgorzata Gotowiec

Spektakl oglądała Małgosia – 5 października
Najbliższe przedstawienia – 1, 2, 3, 5, 28, 29, 30 grudnia