Bardzo chciałam zachwycić się tym spektaklem, ale się nie udało. Być może dlatego, że sporo czytałam na temat II wojny światowej i polskich lotników w Anglii, a to nie jest dobry wstęp do oglądania tego przedstawienia...
Mój podstawowy zarzut dotyczy scenariusza: jest stereotypowy aż do bólu, a wygrana zła na całej linii irytuje. Wiadomo, wojna, zdrady, sojusze mocarstw, komunistyczny reżim, ale moim zdaniem na litanię nieszczęść i złe zakończenie musical średniej klasy nie może sobie pozwolić. Gdyby to było arcydzieło, to co innego, ale to zdecydowanie nie jest przyszły klasyk gatunku. Jak się trochę więcej przeczyta o jakiejkolwiek epoce, to się wie, że życie rzadko bywa czarno-białe. Tak, wojna na pewno sprzyja dramatycznym rozwiązaniom, niepomyślnym finałom, ale tu nieszczęście goni nieszczęście, a jeden drewniany tekst goni kolejny nie mniej przewidywalny. Dialogi nie ożywiają papierowych postaci i niewątpliwie uzdolnieni młodzi aktorzy musicalowi nie mają szans na uratowanie całości.
Twórcy nie zdecydowali się chyba do końca, dla kogo robią to przedstawienie. Kilka piosenek rapujących, otwierająca przedstawienie sekwencja gry komputerowej (która akurat bardzo mi się spodobała, ale niewiele miała wspólnego z dalszą akcją sceniczną) - to najwyraźniej ukłony w stronę widzów zdecydowanie młodszych. Ale pomiędzy taką współczesnością królowała ramota nie odstająca poziomem uproszczenia od najstarszych operetek (które rządziły w Romie przed 20 laty i od których dyrektor Kępczyński zdecydowanie się odcina). Jak Żyd, to handlarz, jak polski pilot w Anglii, to zamiast nauki języka będzie podrywanie nauczycielki, angielski lord jest flegmatyczny, jego szkocki lokaj żałuje gościom whisky itp. itd. Jedynie niemiecki pilot wymyka się łatwemu szufladkowaniu i rokuje na postać niejednoznaczną. Niestety, jest bohaterem zdecydowanie drugoplanowym.
Teatr Muzyczny Roma znany jest m.in. z tego, że w przedstawieniach na dużej scenie twórcy dbają o nietuzinkowe efekty specjalne. Tym razem ich wyobraźnia poszła w kierunku niekoniecznie godnym naśladowania. Zrobienie pseudowybuchu bomby lotnicznej (takiego z błyskiem i falą ciepła) to chyba nienajlepszy pomysł w erze, gdy zamachy terrorystyczne stosunkowo często goszczą na pierwszych stronach gazet. Wydaje mi się, że zamiast mozolnej pracy nad tym efektem byłoby lepiej więcej czasu poświęcić na reżyserię dźwięku w początkowych scenach zbiorowych - nagłośnienie orkiestry było wtedy zdecydowanie lepsze niż śpiewaków, przez co kompletnie nie dało się usłyszeć tekstu.
Mimo wszystko "Piloci" mają też parę zalet. Bardzo spodobała mi się scenografia, której głównym elementem są mobilne ekrany LED. Rozwiązanie zdecydowanie bardziej uniwersalne niż tradycyjna teatralna kombinacja zapadni i scen obrotowych. Ekrany doskonale uzupełniają sceny miejskie, kabaretowe, sprawdzają się w scenach walk lotniczych, a otwierająca spektakl sekwencja z grą komputerową mogłaby być pięknym łącznikiem historii i współczesności (gdyby udało się jakoś zgrabnie skontrapunktować historię lotników współczesnością). Podobały mi się kostiumy - umiejętnie łączące styl epoki i wygodę aktorów. Wykonawcy umieli tańczyć i śpiewać, a grający główny szwarccharakter Jan Bzdawka wyraziście zagrał swoją rolę. Trochę tych zalet było, ale jeśli ktoś szuka naprawdę doskonałego przedstawienia muzycznego, to lepiej zrobi, jeśli wybierze "Tuwima dla dorosłych" na małej scenie tego samego teatru. Albo "Kinky Boots" w pobliskim Teatrze Dramatycznym. A o polskich pilotach w Wielkiej Brytanii warto poczytać, zaczynając chociażby od porywająco napisanej "Sprawy honoru" autorstwa Lynne Olson i Stanleya Clouda.
"Piloci", Teatr Roma
Spektakl oglądała 16 lutego Maria
wtorek, 19 marca 2019
środa, 6 marca 2019
"Orfeusz" Monteverdiego na Zamku Królewskim w Warszawie
Sala Wielka na Zamku Królewskim w Warszawie znakomicie nadaje się do przyjmowania w swoje progi takich wspaniałych dzieł jak "Orfeusz" Claudio Monteverdiego. Od pierwszych dźwięków orkiestry i od pierwszych wyśpiewanych nut śpiewaków przenosimy się w mitologiczny czas. Piękna architektura, wystrój wnętrz, odpowiednia akustyka i cudowne oświetlenie sprawiają, że...czujemy się jak w raju. Po prostu jest pięknie i możemy w pełni oddać się przeżywaniu przepięknej muzyki w wykonaniu zespołu instrumentów dawnych Capella Regia Polona i słuchać partii wokalnych w bardzo dobrych interpretacjach śpiewaków Polskiej Opery Królewskiej.
Zmarły 23 stycznia Ryszard Peryt, Dyrektor Polskiej Opery Królewskiej, aktor, reżyser, profesor sztuki teatru, wykładowca Akademii Teatralnej w Warszawie, wielki znawca i twórca inscenizacji oper barokowych, klasycznych i dziewiętnastowiecznych oraz polskich prawykonań oper dwudziestowiecznych tak pisał o tym znakomitym dziele:
A mnie pozostaje tylko zaprosić i zachęcić miłośników pięknej muzyki, aby sprawdzali, kiedy następne spektakle. To trzeba koniecznie usłyszeć i zobaczyć, aby przeżyć coś muzycznie niebiańskiego.
Widziała i słuchała 26 lutego Małgosia
Claudio Monteverdi
"Orfeusz"
Dyrygent: Krzysztof Garstka
Inscenizacja, scenografia, reżyseria: według koncepcji Ryszarda Peryta
Opieka reżyserska: Sławomir Jurczak
Gest i ruch sceniczny: Romana Agnel
Kostiumy i rekwizyty: Marlena Skoneczko
Projekcje: Marek Zamojski
Światło: Piotr Rudzki
Przygotowanie zespołu wokalnego: Lilianna Krych
Obsada
Orfeo: Karol Kozłowski
Euridice, La Musica: Marta Boberska
Speranza: Aneta Łukaszewicz
Messaggera: Anna Radziejewska
Proserpina: Olga Pasiecznik
Pastore (alto): Marcin Gadaliński
Pastore (tenore): Zbigniew Malak
Pastore (tenore): Mikołaj Zgódka
Ninfa: Julita Mirosławska
Caronte: Sławomir Jurczak
Plutone: Marcin Pawelec
Apollo, Eco: Sylwester Smulczyński
Zespół wokalny Polskiej Opery Królewskiej
Capella Regia Polona
Zmarły 23 stycznia Ryszard Peryt, Dyrektor Polskiej Opery Królewskiej, aktor, reżyser, profesor sztuki teatru, wykładowca Akademii Teatralnej w Warszawie, wielki znawca i twórca inscenizacji oper barokowych, klasycznych i dziewiętnastowiecznych oraz polskich prawykonań oper dwudziestowiecznych tak pisał o tym znakomitym dziele:
- Cała partytura Monteverdiego zbudowana jest z emocjonalnych i sonorycznych kontrastów. W swej strukturze nawiązuje do reguł dramaturgii w teatrze starożytnej Grecji. Monteverdi podkreśla całkowitą i absolutną jednorodność muzyki, nadając jej w ten sposób ascetyczny wymiar filozoficzny i mistyczny. Jego muzyka przedstawia w sposób widzialny to, co niewidzialne. W jego partyturze wyraziście widoczna jest orficka metafizyka oraz wzajemne przenikanie się trzech głównych żywiołów antyku: omoiosis – pathopois – katharsis, tworzących stylistyczną jedność i zupełnie nowy kształt ekspresji dla Prawdy, Dobra i Piękna, rozpiętych między "grecką filozofię" i "europejską teologię".
Monteverdi w finale swojej genialnej opery to, co mitologiczne, przenika tym, co teologiczne, i ojciec (Apollo) wraz z synem (Orfeusz) wstępują do Nieba. Ten finał stanowi niezwykle ważny i znaczący akt dla całej późniejszej historii opery w Europie. To iście platońskie zakończenie, w którym miłość Orfeusza jest niewzruszona i pewna, a jego droga nie kończy się tu – na ziemi, lecz prowadzi do Ojca, do Nieba.
"Orfeo" Monteverdiego stanowi operową alegorię świata, która poprzez wiarę odsłania Nadzieję, która prowadzi ku Wiecznej Miłości.
A mnie pozostaje tylko zaprosić i zachęcić miłośników pięknej muzyki, aby sprawdzali, kiedy następne spektakle. To trzeba koniecznie usłyszeć i zobaczyć, aby przeżyć coś muzycznie niebiańskiego.
Widziała i słuchała 26 lutego Małgosia
Claudio Monteverdi
"Orfeusz"
Dyrygent: Krzysztof Garstka
Inscenizacja, scenografia, reżyseria: według koncepcji Ryszarda Peryta
Opieka reżyserska: Sławomir Jurczak
Gest i ruch sceniczny: Romana Agnel
Kostiumy i rekwizyty: Marlena Skoneczko
Projekcje: Marek Zamojski
Światło: Piotr Rudzki
Przygotowanie zespołu wokalnego: Lilianna Krych
Obsada
Orfeo: Karol Kozłowski
Euridice, La Musica: Marta Boberska
Speranza: Aneta Łukaszewicz
Messaggera: Anna Radziejewska
Proserpina: Olga Pasiecznik
Pastore (alto): Marcin Gadaliński
Pastore (tenore): Zbigniew Malak
Pastore (tenore): Mikołaj Zgódka
Ninfa: Julita Mirosławska
Caronte: Sławomir Jurczak
Plutone: Marcin Pawelec
Apollo, Eco: Sylwester Smulczyński
Zespół wokalny Polskiej Opery Królewskiej
Capella Regia Polona
czwartek, 21 lutego 2019
Mateusz Weber: "Twórczość Szekspira jest ponadczasowa, cały czas aktualna"
Szekspirowska historia księcia Hamleta, który musi zmierzyć się z nagłą i tajemniczą śmiercią ojca, to jeden z najważniejszych światowych dramatów. "Hamlet" w reżyserii Tadeusza Bradeckiego opowiedziany jest w konwencji ponadczasowej, tak jak ponadczasowa jest spirala zła, która otacza młodego księcia. To pełna intryg, spisków i walki o tron opowieść o tragiczności ludzkiej historii, w której pokój zapada tylko po to, by mogła zacząć się kolejna wojna. Teatr Dramatyczny w Warszawie jako pierwszy w Polsce wystawia "Hamleta" w nowym tłumaczeniu Piotra Kamińskiego.
O sztuce, fenomenie wielkości Williama Szekspira i pracy nad "Hamletem" rozmawiamy z aktorem Teatru Dramatycznego, Mateuszem Weberem, który wciela się w postać Horacego.
Wieki przemijają, a Szekspir trwa i ma się cały czas znakomicie.
Pewnie znajdą się tacy, którzy za twórczością Szekspira nie przepadają, ale tych pewnie jest zdecydowanie mniej niż jego miłośników. Jedno jest pewne - Szekspir jest dziś nadal aktualny. Jego twórczość jest ponadczasowa, znakomita – mówi w rozmowie z nami Mateusz Weber.
- Często się zdarza, że mówimy, że sztuka grana w teatrze jest aktualna, cały czas na czasie. Szekspir i jego thrillery i intrygi są niby proste, ale jakże wciągające. Cały czas to są bardzo aktualne rzeczy: morderstwa, zabójstwa, krew przelana, często zupełnie niepotrzebnie, ale mająca odzwierciedlenie w naszym realnym świecie. Podobnie rzecz się miała z "Miarką za miarkę", gdzie rzecz się dzieje w Sejmie. W piątym akcie reakcje i szaleństwo publiczności było dobitne, a my dolewaliśmy jeszcze oliwy do ognia – współgraliśmy z widownią. To dotyka, daje do myślenia, powoduje jakieś reakcje, i mam nadzieję, że nasz "Hamlet" też taki będzie. Mimo, że nie mamy jakiegoś super przekazu, wspaniałej inscenizacji, a raczej staramy się to zrobić "po bożemu", w tradycyjny sposób. Historia jest historią i wierzę, że uda nam się ją jak najlepiej opowiedzieć.
Pierwszy raz widzowie zobaczą "Hamleta" w nowym tłumaczeniu.
Tak, jest całkiem nowe tłumaczenie, nie "Hamlet" Barańczaka – jakiego chyba najlepiej znamy - a Kamińskiego. Uważam, że bardzo fajnie się go czyta. Jest bardzo dostępny. Jak go czytaliśmy pierwszy raz, byliśmy zachwyceni, doszliśmy do wniosku, że każde słowo jakie pada, jest zrozumiałe dla widza. Całość podana jest do odbioru w dość prosty sposób. Jest w tym siła naszego spektaklu. Spektakl mimo, że zrobiony „po bożemu”, dobrze znany, a i tak spowoduje, że przyjdziemy do teatru i spędzimy z tą historią znakomity wieczór. Nie silimy się na coś nowego. Robimy "Hamleta" w taki sposób, jak go napisał William Szekspir. Główny bohater ma w sobie ból, emocje, tak samo jak inne postaci, i przeżywa swój dramat.
Lubisz swoją postać – Horacego? - to bardzo pozytywny bohater.
Dużo o niej rozmawialiśmy i doszliśmy do wniosku, że to jest taki troszeczkę Szekspir. Obserwuje sytuację, mało mówi, w całej sztuce - z tym miałem na początku kłopoty - bo bycie na scenie też jest trudne. W końcu chyba udało nam się znaleźć tego najwierniejszego, oddanego człowieka. Stworzyliśmy troszeczkę inne zakończenie niż zazwyczaj - i to jest ta jedyna zmiana, na jaką sobie pozwoliliśmy – ale nie chcę zdradzać…trzeba przyjść i zobaczyć i wyrobić sobie swoją ocenę. Myślę, że jest zaskakujące. Nasze zakończenie pokazuje aktualność tekstu – ono dotyka… Horacy, to trudna postać. Cały czas jej dotykam, uczę się jej i z biegiem przedstawień będzie ona dojrzewała - to jest taki Szekspir obserwator, który chce przekazać potem tę historię, który służy zawsze radą, trwa u boku Hamleta. Myślę, że są momenty, kiedy on mówi: "Boże kochany, co ty robisz, przyjacielu?!" Jednak szacunek, jaki ma do Hamleta, do jego mądrości, pozycji, nie pozwala mu nic powiedzieć, nic poradzić, sprzeciwić mu się. On ma swoje zdanie, Horacy nie zawsze go popiera, ale milczy, trwa przy nim i wspiera. Na tym polega przyjaźń.
"Hamlet", to zawsze wielkie wydarzenie teatralne. Niektóre sztuki przechodzą bez echa. A ten dramat należy do takich, o których się mówi, który każdy chce zobaczyć.
Mam nadzieję, że właśnie tak to zostanie odebrane. Jako ważne teatralne wydarzenie. Wielka sztuka na 70-lecie Teatru Dramatycznego. Jest to czwarty "Hamlet" w tym teatrze. Sami wielcy go grali, z Gustawem Holoubkiem na czele. Niestety nie zostało ono zarejestrowane. Każdy z nas indywidualnie oglądał jakieś inscenizacje nagrane, też te hollywoodzkie i brytyjskie. Ja osobiście, nie jestem fanem szukania i podglądania, jak ktoś inny zagrał moją rolę. Wolę sam wypracować swoją postać, dojść do czegoś, wyciągnąć wnioski…ale każdy ma swoje metody. Serdecznie zapraszamy na tę najbardziej znaną sztukę świata do Teatru Dramatycznego.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Dramatyczny w Warszawie, "Hamlet", reżyseria Tadeusz Bradecki, przekład Piotr Kamiński
Mateusz Weber, foto: Katarzyna Chmura
Najbliższe spektakle – 14, 15, 16 marca
O sztuce, fenomenie wielkości Williama Szekspira i pracy nad "Hamletem" rozmawiamy z aktorem Teatru Dramatycznego, Mateuszem Weberem, który wciela się w postać Horacego.
Wieki przemijają, a Szekspir trwa i ma się cały czas znakomicie.
Pewnie znajdą się tacy, którzy za twórczością Szekspira nie przepadają, ale tych pewnie jest zdecydowanie mniej niż jego miłośników. Jedno jest pewne - Szekspir jest dziś nadal aktualny. Jego twórczość jest ponadczasowa, znakomita – mówi w rozmowie z nami Mateusz Weber.
- Często się zdarza, że mówimy, że sztuka grana w teatrze jest aktualna, cały czas na czasie. Szekspir i jego thrillery i intrygi są niby proste, ale jakże wciągające. Cały czas to są bardzo aktualne rzeczy: morderstwa, zabójstwa, krew przelana, często zupełnie niepotrzebnie, ale mająca odzwierciedlenie w naszym realnym świecie. Podobnie rzecz się miała z "Miarką za miarkę", gdzie rzecz się dzieje w Sejmie. W piątym akcie reakcje i szaleństwo publiczności było dobitne, a my dolewaliśmy jeszcze oliwy do ognia – współgraliśmy z widownią. To dotyka, daje do myślenia, powoduje jakieś reakcje, i mam nadzieję, że nasz "Hamlet" też taki będzie. Mimo, że nie mamy jakiegoś super przekazu, wspaniałej inscenizacji, a raczej staramy się to zrobić "po bożemu", w tradycyjny sposób. Historia jest historią i wierzę, że uda nam się ją jak najlepiej opowiedzieć.
Pierwszy raz widzowie zobaczą "Hamleta" w nowym tłumaczeniu.
Tak, jest całkiem nowe tłumaczenie, nie "Hamlet" Barańczaka – jakiego chyba najlepiej znamy - a Kamińskiego. Uważam, że bardzo fajnie się go czyta. Jest bardzo dostępny. Jak go czytaliśmy pierwszy raz, byliśmy zachwyceni, doszliśmy do wniosku, że każde słowo jakie pada, jest zrozumiałe dla widza. Całość podana jest do odbioru w dość prosty sposób. Jest w tym siła naszego spektaklu. Spektakl mimo, że zrobiony „po bożemu”, dobrze znany, a i tak spowoduje, że przyjdziemy do teatru i spędzimy z tą historią znakomity wieczór. Nie silimy się na coś nowego. Robimy "Hamleta" w taki sposób, jak go napisał William Szekspir. Główny bohater ma w sobie ból, emocje, tak samo jak inne postaci, i przeżywa swój dramat.
Lubisz swoją postać – Horacego? - to bardzo pozytywny bohater.
Dużo o niej rozmawialiśmy i doszliśmy do wniosku, że to jest taki troszeczkę Szekspir. Obserwuje sytuację, mało mówi, w całej sztuce - z tym miałem na początku kłopoty - bo bycie na scenie też jest trudne. W końcu chyba udało nam się znaleźć tego najwierniejszego, oddanego człowieka. Stworzyliśmy troszeczkę inne zakończenie niż zazwyczaj - i to jest ta jedyna zmiana, na jaką sobie pozwoliliśmy – ale nie chcę zdradzać…trzeba przyjść i zobaczyć i wyrobić sobie swoją ocenę. Myślę, że jest zaskakujące. Nasze zakończenie pokazuje aktualność tekstu – ono dotyka… Horacy, to trudna postać. Cały czas jej dotykam, uczę się jej i z biegiem przedstawień będzie ona dojrzewała - to jest taki Szekspir obserwator, który chce przekazać potem tę historię, który służy zawsze radą, trwa u boku Hamleta. Myślę, że są momenty, kiedy on mówi: "Boże kochany, co ty robisz, przyjacielu?!" Jednak szacunek, jaki ma do Hamleta, do jego mądrości, pozycji, nie pozwala mu nic powiedzieć, nic poradzić, sprzeciwić mu się. On ma swoje zdanie, Horacy nie zawsze go popiera, ale milczy, trwa przy nim i wspiera. Na tym polega przyjaźń.
"Hamlet", to zawsze wielkie wydarzenie teatralne. Niektóre sztuki przechodzą bez echa. A ten dramat należy do takich, o których się mówi, który każdy chce zobaczyć.
Mam nadzieję, że właśnie tak to zostanie odebrane. Jako ważne teatralne wydarzenie. Wielka sztuka na 70-lecie Teatru Dramatycznego. Jest to czwarty "Hamlet" w tym teatrze. Sami wielcy go grali, z Gustawem Holoubkiem na czele. Niestety nie zostało ono zarejestrowane. Każdy z nas indywidualnie oglądał jakieś inscenizacje nagrane, też te hollywoodzkie i brytyjskie. Ja osobiście, nie jestem fanem szukania i podglądania, jak ktoś inny zagrał moją rolę. Wolę sam wypracować swoją postać, dojść do czegoś, wyciągnąć wnioski…ale każdy ma swoje metody. Serdecznie zapraszamy na tę najbardziej znaną sztukę świata do Teatru Dramatycznego.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Dramatyczny w Warszawie, "Hamlet", reżyseria Tadeusz Bradecki, przekład Piotr Kamiński
Mateusz Weber, foto: Katarzyna Chmura
Najbliższe spektakle – 14, 15, 16 marca
środa, 20 lutego 2019
Krzysztof Szczepaniak: „Trzeba teraz brać się do roboty”
„Hamlet” Williama Szekspira był wystawiany w Teatrze Dramatycznym w Warszawie trzy razy – w 1962 roku spektakl wyreżyserował niezapomniany Gustaw Holoubek i zagrał również tytułową rolę. W 1979 roku Holoubek ponownie sięgnął po ten chyba najbardziej znany w świecie dramat, a rolę księcia Hamleta powierzył Piotrowi Fronczewskiemu. Kolejna adaptacja miała miejsce w 1992 roku – reżyserii podjął się wtedy Andrzej Domalik, a tytułową rolę zagrał Mariusz Bonaszewski.
Czas na nowego księcia Hamleta – od stycznia 2019 roku w tę postać wciela się aktor młodego pokolenia – Krzysztof Szczepaniak. Spektakl reżyseruje Tadeusz Bradecki. Sztuka po raz pierwszy w Polsce prezentowana jest w nowym przekładzie Piotra Kamińskiego.
Krzysztof Szczepaniak, czego się dotknie, zamienia w złoto. Wszystkie role aktora to postaci, które zapadają głęboko w pamięć, obok których nie da się przejść obojętnie. Młody, niezwykle zdolny, z dystansem do siebie i kochający to, co robi. Christopher, geniusz matematyczny ze sztuki „Dziwny przypadek psa nocną porą”, Mistrz ceremonii z „Cabaretu”, Lola/Simon z „Kinky Boots”, Lucjo z „Miarki za miarkę”, czy fantastyczny, napędzający intrygę Arlekino ze „Sługi dwóch panów”. Czas zatem na Hamleta.
O najnowszej premierze Teatru Dramatycznego w Warszawie rozmawiamy z odtwórcą tytułowej roli, Krzysztofem Szczepaniakiem.
Zastanawiałeś się, ilu już „Hamletów” zostało zagranych?
Mnóstwo... Ogromna liczba.
Jak zagrać, czym zaskoczyć? Kiedy właściwie wszystko już zostało powiedziane.
Myślę, że nie skupiać się na tym, żeby czymś zaskakiwać, bo już wszystko było: Hamlet kobieta, Hamlet pijany, Hamlet dziecko. Nie ma sensu na silenie się na coś oryginalnego. Można go wystawić na bogato, pięknie, jak w National Theatre, a można go wystawić w zupełnie skromnych warunkach, przy czarnej kotarze. Na tym polega siła tego dramatu, że nie da się zrobić inscenizacji, która będzie w pełni kompleksowa, będzie ujmowała wszystkie aspekty. Była wersja, która stawiała na jego seksualność, wersja, która stawiała na mord założycielski, na siłę śmierci, morderstwa, które wynika z morderstwa. Czy aspekt depresji. Jest tyle różnych rzeczy, że nie da się tego ująć, trzeba na coś postawić – mówi w rozmowie z nami Krzysztof Szczepaniak.
Zatem na co stawiacie?
Sądzę, że my postawimy na Hamleta jako na osobę, która demaskuje rzeczywistość, ale jej nie wytrzymuje i w związku z tym wariuje. Monologi, które służą tylko, i aż po to, żeby on sam sobie uświadomił, na którym etapie w danym momencie dramatu jest. Przeskakuje na kolejne etapy, aż mówi sam do siebie – „teraz każda myśl moja ocieka krwią” - jest kimś w rodzaju rewolucjonisty, działacza jakiegoś, maszyny, której nikt już nie zatrzyma. Wyzywa los na pojedynek, i można powiedzieć - na herbatę. Jest w pewnym momencie nieobliczalny. Nastawiony już tylko na to, żeby zabić Klaudiusza. On się bardzo z tym męczy, bo szuka tego właściwego momentu. Z drugiej jednak strony, nie chce stać się mordercą, też z tym walczy. Wiemy, że morduje, ale nie w ramach rewanżu za swego ojca, ale w ramach tego, co na jego oczach się zadziało z Gertrudą. Widzi to morderstwo naocznie - i jak pisze o tym Stanisław Wyspiański w Studium o Hamlecie - można karać tylko za to, co ciebie bezpośrednio dotyczy. Zawarta jest tam historia o tym międzypokoleniowym przekładaniu winy. Bo co to jest za duch, który mówi „pomścij mnie, bo jak nie to jesteś niemęski, nie jesteś moim synem”. Możemy się domyślać, jaką osobą był Hamlet docelowy, jaki był ojciec Hamleta i, że ta relacja między nimi nie była idealna. To kolejny aspekt ojca i syna, matki i syna. Bzdurą jest to, że niby tam jest kompleks Edypa. Jednak aktor musi podjąć ekonomiczny wybór, i decydować - moim zdaniem - jest to lepiej gdy jest ten kompleks Edypa, kiedy on jest zakochany w matce, w jakiś sposób i przekłada się to, że nie jest w stanie kochać - bo Hamlet nie jest w stanie kochać. Walczy z tym. Pojawia się Ofelia - ale ciągle ta mocna relacja z matką blokuje to uczucie. Mamy tyle wątków, że ciężko ująć wszystkie i z tego też względu trzeba się na coś zdecydować. Wiem, że są już kolejne adaptacje „Hamleta” w przygotowaniach innych teatrów. I bardzo dobrze.
Tworzycie spektakl w nowym tłumaczeniu...
Tak, jest to tłumaczenie Piotra Kamińskiego, z którym już pracowałem w „Miarce za miarkę” i w „Kupcu Weneckim”, więc znamy się z Piotrkiem dobrze. Bardzo się ucieszyłem, że będziemy razem pracowali. Walorem jest to, że jest to debiut jego tłumaczenia „Hamleta”. Musieliśmy zrobić pewne skróty, bo inaczej przedstawienie by trwało ok. 4 godzin, a nasza wersja trwa 3:15. Dla dobra spektaklu musieliśmy pewne rzeczy usunąć.
„Hamlet”, to zawsze wielkie wydarzenie kulturalne.
Tak, to zawsze kilo mniej pod koniec. Nie mówiąc o kosztach psychicznych, psychologicznych. Jest to pewna podróż, którą się odbywa. Bezkarnie i bez kosztów, człowiek nie jest w stanie jej przebyć. Ale wiem, że warto, bardzo warto…
Jaki jest Twój stosunek do Szekspira?
Ja bardzo lubię Szekspira. Pokazuje takie różne elementy, jak choćby to, że niekonsekwencja postaci jest również jej konsekwencją. Miesza konwencje, np. bardzo dramatyczne wydarzenia z niezwykle zabawnymi. Na początku końcowej szermierki nikt się nie spodziewa, jak się to wszystko potoczy. Jest to rodzaj turnieju. Mamy uśpioną czujność widza, więc on idealnie stopniuje napięcie - niczym wczesny Hitchcock - jego charaktery są bardzo złożone, nie tylko w tym, co napisał, ale także w tym, czego możemy się również domyślić czy wyobrazić sobie, co tam jest pomiędzy, dlatego on jest taki pojemny.
Zagrałeś Hamleta. Co to dla Ciebie znaczy? Czy to było Twoim marzeniem, spełnieniem, czy po prostu wykonaniem powierzonej pracy, kolejnym etapem na aktorskiej drodze?
Oczywiście, jest to wielki zaszczyt zagrać Hamleta, ale po uświadomieniu sobie tego, trzeba się wziąć za robotę. Dla aktora jest to ogromna satysfakcja. To jest tak, że ta rola się nie kończy na jednym, na dwóch spektaklach. Ona będzie różna za każdym razem. Już nawet na etapie prób, pewnych rzeczy nie da się ustawić jakoś idealnie sytuacyjnie - i lepiej tego nie robić - bo rodzaj szaleństwa jest niekontrolowany momentami. Zdecydowanie, jest to ogromna nobilitacja dla aktora. Zdaję sobie też sprawę z tego, że w odpowiednim wieku przystąpiłem do zagrania tej postaci, która jest mniej więcej w takim właśnie wieku jak ja. Nie jest to osoba w pełni dorosła, dojrzała, miota się ze swoimi hormonami, nastrojami, dlatego ten moment jest według mnie doskonały.
Miałeś trochę swobody, czy reżyser narzucał, jak grać?
Miałem dużo swobody. Są rzeczy, których nie da się narzucić odgórnie, musi to być spontaniczne. Monologi powinny być bardzo spontaniczne. Dlatego nie da się tego wyliczyć jak w matematyce, jeden do jednego ustawić. Są momenty, w których ta swoboda jest większa, w innych mniejsza, ale podczas pracy jak najbardziej miałem dużo wolności. A jak to wyszło…zapraszam do Teatru Dramatycznego, aby się przekonać.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Dramatyczny w Warszawie, „Hamlet”, reżyseria Tadeusz Bradecki
Krzysztof Szczepaniak, foto Katarzyna Chmura
Spektakl widziała Małgosia 17 stycznia
Najbliższe przedstawienia – 19 lutego, 14, 15 i 16 marca
Czas na nowego księcia Hamleta – od stycznia 2019 roku w tę postać wciela się aktor młodego pokolenia – Krzysztof Szczepaniak. Spektakl reżyseruje Tadeusz Bradecki. Sztuka po raz pierwszy w Polsce prezentowana jest w nowym przekładzie Piotra Kamińskiego.
Krzysztof Szczepaniak, czego się dotknie, zamienia w złoto. Wszystkie role aktora to postaci, które zapadają głęboko w pamięć, obok których nie da się przejść obojętnie. Młody, niezwykle zdolny, z dystansem do siebie i kochający to, co robi. Christopher, geniusz matematyczny ze sztuki „Dziwny przypadek psa nocną porą”, Mistrz ceremonii z „Cabaretu”, Lola/Simon z „Kinky Boots”, Lucjo z „Miarki za miarkę”, czy fantastyczny, napędzający intrygę Arlekino ze „Sługi dwóch panów”. Czas zatem na Hamleta.
O najnowszej premierze Teatru Dramatycznego w Warszawie rozmawiamy z odtwórcą tytułowej roli, Krzysztofem Szczepaniakiem.
Zastanawiałeś się, ilu już „Hamletów” zostało zagranych?
Mnóstwo... Ogromna liczba.
Jak zagrać, czym zaskoczyć? Kiedy właściwie wszystko już zostało powiedziane.
Myślę, że nie skupiać się na tym, żeby czymś zaskakiwać, bo już wszystko było: Hamlet kobieta, Hamlet pijany, Hamlet dziecko. Nie ma sensu na silenie się na coś oryginalnego. Można go wystawić na bogato, pięknie, jak w National Theatre, a można go wystawić w zupełnie skromnych warunkach, przy czarnej kotarze. Na tym polega siła tego dramatu, że nie da się zrobić inscenizacji, która będzie w pełni kompleksowa, będzie ujmowała wszystkie aspekty. Była wersja, która stawiała na jego seksualność, wersja, która stawiała na mord założycielski, na siłę śmierci, morderstwa, które wynika z morderstwa. Czy aspekt depresji. Jest tyle różnych rzeczy, że nie da się tego ująć, trzeba na coś postawić – mówi w rozmowie z nami Krzysztof Szczepaniak.
Zatem na co stawiacie?
Sądzę, że my postawimy na Hamleta jako na osobę, która demaskuje rzeczywistość, ale jej nie wytrzymuje i w związku z tym wariuje. Monologi, które służą tylko, i aż po to, żeby on sam sobie uświadomił, na którym etapie w danym momencie dramatu jest. Przeskakuje na kolejne etapy, aż mówi sam do siebie – „teraz każda myśl moja ocieka krwią” - jest kimś w rodzaju rewolucjonisty, działacza jakiegoś, maszyny, której nikt już nie zatrzyma. Wyzywa los na pojedynek, i można powiedzieć - na herbatę. Jest w pewnym momencie nieobliczalny. Nastawiony już tylko na to, żeby zabić Klaudiusza. On się bardzo z tym męczy, bo szuka tego właściwego momentu. Z drugiej jednak strony, nie chce stać się mordercą, też z tym walczy. Wiemy, że morduje, ale nie w ramach rewanżu za swego ojca, ale w ramach tego, co na jego oczach się zadziało z Gertrudą. Widzi to morderstwo naocznie - i jak pisze o tym Stanisław Wyspiański w Studium o Hamlecie - można karać tylko za to, co ciebie bezpośrednio dotyczy. Zawarta jest tam historia o tym międzypokoleniowym przekładaniu winy. Bo co to jest za duch, który mówi „pomścij mnie, bo jak nie to jesteś niemęski, nie jesteś moim synem”. Możemy się domyślać, jaką osobą był Hamlet docelowy, jaki był ojciec Hamleta i, że ta relacja między nimi nie była idealna. To kolejny aspekt ojca i syna, matki i syna. Bzdurą jest to, że niby tam jest kompleks Edypa. Jednak aktor musi podjąć ekonomiczny wybór, i decydować - moim zdaniem - jest to lepiej gdy jest ten kompleks Edypa, kiedy on jest zakochany w matce, w jakiś sposób i przekłada się to, że nie jest w stanie kochać - bo Hamlet nie jest w stanie kochać. Walczy z tym. Pojawia się Ofelia - ale ciągle ta mocna relacja z matką blokuje to uczucie. Mamy tyle wątków, że ciężko ująć wszystkie i z tego też względu trzeba się na coś zdecydować. Wiem, że są już kolejne adaptacje „Hamleta” w przygotowaniach innych teatrów. I bardzo dobrze.
Tworzycie spektakl w nowym tłumaczeniu...
Tak, jest to tłumaczenie Piotra Kamińskiego, z którym już pracowałem w „Miarce za miarkę” i w „Kupcu Weneckim”, więc znamy się z Piotrkiem dobrze. Bardzo się ucieszyłem, że będziemy razem pracowali. Walorem jest to, że jest to debiut jego tłumaczenia „Hamleta”. Musieliśmy zrobić pewne skróty, bo inaczej przedstawienie by trwało ok. 4 godzin, a nasza wersja trwa 3:15. Dla dobra spektaklu musieliśmy pewne rzeczy usunąć.
„Hamlet”, to zawsze wielkie wydarzenie kulturalne.
Tak, to zawsze kilo mniej pod koniec. Nie mówiąc o kosztach psychicznych, psychologicznych. Jest to pewna podróż, którą się odbywa. Bezkarnie i bez kosztów, człowiek nie jest w stanie jej przebyć. Ale wiem, że warto, bardzo warto…
Jaki jest Twój stosunek do Szekspira?
Ja bardzo lubię Szekspira. Pokazuje takie różne elementy, jak choćby to, że niekonsekwencja postaci jest również jej konsekwencją. Miesza konwencje, np. bardzo dramatyczne wydarzenia z niezwykle zabawnymi. Na początku końcowej szermierki nikt się nie spodziewa, jak się to wszystko potoczy. Jest to rodzaj turnieju. Mamy uśpioną czujność widza, więc on idealnie stopniuje napięcie - niczym wczesny Hitchcock - jego charaktery są bardzo złożone, nie tylko w tym, co napisał, ale także w tym, czego możemy się również domyślić czy wyobrazić sobie, co tam jest pomiędzy, dlatego on jest taki pojemny.
Zagrałeś Hamleta. Co to dla Ciebie znaczy? Czy to było Twoim marzeniem, spełnieniem, czy po prostu wykonaniem powierzonej pracy, kolejnym etapem na aktorskiej drodze?
Oczywiście, jest to wielki zaszczyt zagrać Hamleta, ale po uświadomieniu sobie tego, trzeba się wziąć za robotę. Dla aktora jest to ogromna satysfakcja. To jest tak, że ta rola się nie kończy na jednym, na dwóch spektaklach. Ona będzie różna za każdym razem. Już nawet na etapie prób, pewnych rzeczy nie da się ustawić jakoś idealnie sytuacyjnie - i lepiej tego nie robić - bo rodzaj szaleństwa jest niekontrolowany momentami. Zdecydowanie, jest to ogromna nobilitacja dla aktora. Zdaję sobie też sprawę z tego, że w odpowiednim wieku przystąpiłem do zagrania tej postaci, która jest mniej więcej w takim właśnie wieku jak ja. Nie jest to osoba w pełni dorosła, dojrzała, miota się ze swoimi hormonami, nastrojami, dlatego ten moment jest według mnie doskonały.
Miałeś trochę swobody, czy reżyser narzucał, jak grać?
Miałem dużo swobody. Są rzeczy, których nie da się narzucić odgórnie, musi to być spontaniczne. Monologi powinny być bardzo spontaniczne. Dlatego nie da się tego wyliczyć jak w matematyce, jeden do jednego ustawić. Są momenty, w których ta swoboda jest większa, w innych mniejsza, ale podczas pracy jak najbardziej miałem dużo wolności. A jak to wyszło…zapraszam do Teatru Dramatycznego, aby się przekonać.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Dramatyczny w Warszawie, „Hamlet”, reżyseria Tadeusz Bradecki
Krzysztof Szczepaniak, foto Katarzyna Chmura
Spektakl widziała Małgosia 17 stycznia
Najbliższe przedstawienia – 19 lutego, 14, 15 i 16 marca
wtorek, 5 lutego 2019
Finałowy sezon "House of Cards"
(uwaga: recenzja zawiera spojlery)
Od listopada ubiegłego roku możemy oglądać na kanale Netflix finałowy, szósty sezon niezwykle lubianego i popularnego serialu "House of Cards". Po skandalach seksualnych Kevina Spaceya producenci nie mieli dużo czasu na stworzenie całkiem nowej fabuły, już bez głównego bohatera - Franka Underwooda - za to z jego żoną Claire na piedestale.
Po zakończeniu piątego sezonu zapowiadano, że szósty będzie ostatnim i losy bohaterów Białego Domu zakończą długą przygodę z serialem. Jednak nikt nie przypuszczał, że zakończenie będzie przebiegało w tak dramatyczny sposób. Długo czekałam na finałowy sezon, jednak nie mogę powiedzieć, że spełnił on moje oczekiwania.
Niestety cała otoczka związana z aferą Spaceya odbiła się na jakości ostatniego sezonu. Pomysł z tajemniczą śmiercią "we śnie" Franka Underwooda był nieco na siłę, a pomysłodawcy mogli się bardziej postarać, jeśli idzie o ciekawy scenariusz. Bardzo dobra w poprzednich sezonach Robin Wright niestety nie podołała głównej roli, a jej postaci zabrakło charakteru i mocy przyciągania. Pomysł z ciążą był śmieszny i naciągany, już w pierwszym sezonie bohaterka zmagała się z trudami menopauzy. Bodajże w drugim lekarka dawała mało czasu na decyzję, czy państwo Underwood chcą mieć potomka czy nie. Ok, czepiam się, żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku, zdarzają się nawet rodzące dzieci siedemdziesięciolatki, więc nie zabieram pani prezydentowej radości z późnego macierzyństwa, ale nie jest to dla mnie przekonujące rozwiązanie fabularne.
W szóstym sezonie dołączyli do serialu Diane Lane i jako jej serialowy brat - Greg Kinnear. Postaci mało pozytywne, ale też na przestrzeni lat tych pozytywnych postaci można było ze świecą szukać. Nowi bohaterowie mieli za zadanie ubarwić serię. Czy im się to udało… widzowie sami ocenią.
Doug Stamper do końca był sobą: wkurzający, jedyny wierny Frankowi giermek. Chyba najlepiej stworzona i odegrana rola. Przeczuwałam jego marny koniec. Oglądając szóstą serię, domyślałam się, że na końcu zginie albo Doug albo pani prezydent Hale (Claire wróciła bowiem do panieńskiego nazwiska i wyparła się całkowicie męża). Jak ktoś oglądał, to wie, kto przetrwał. Ostatnia niemal szekspirowska scena mordu kończy ten ciekawy serial. Szkoda, że jego losy musiały się tak potoczyć. I mimo, że nie pochwalam czynów Kevina Spaceya, muszę przyznać, że serial bił rekordy popularności właśnie dzięki niemu. Swoją znakomitą grą, świetnie skonstruowanym złym charakterem i cynizmem przyciągał przed telewizory miliony widzów - miłośników tego serialu. Żałuję, że tak wielki aktor zmarnował swoje i przy okazji innych życie.
Katarzyna Gotowiec
Od listopada ubiegłego roku możemy oglądać na kanale Netflix finałowy, szósty sezon niezwykle lubianego i popularnego serialu "House of Cards". Po skandalach seksualnych Kevina Spaceya producenci nie mieli dużo czasu na stworzenie całkiem nowej fabuły, już bez głównego bohatera - Franka Underwooda - za to z jego żoną Claire na piedestale.
Po zakończeniu piątego sezonu zapowiadano, że szósty będzie ostatnim i losy bohaterów Białego Domu zakończą długą przygodę z serialem. Jednak nikt nie przypuszczał, że zakończenie będzie przebiegało w tak dramatyczny sposób. Długo czekałam na finałowy sezon, jednak nie mogę powiedzieć, że spełnił on moje oczekiwania.
Niestety cała otoczka związana z aferą Spaceya odbiła się na jakości ostatniego sezonu. Pomysł z tajemniczą śmiercią "we śnie" Franka Underwooda był nieco na siłę, a pomysłodawcy mogli się bardziej postarać, jeśli idzie o ciekawy scenariusz. Bardzo dobra w poprzednich sezonach Robin Wright niestety nie podołała głównej roli, a jej postaci zabrakło charakteru i mocy przyciągania. Pomysł z ciążą był śmieszny i naciągany, już w pierwszym sezonie bohaterka zmagała się z trudami menopauzy. Bodajże w drugim lekarka dawała mało czasu na decyzję, czy państwo Underwood chcą mieć potomka czy nie. Ok, czepiam się, żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku, zdarzają się nawet rodzące dzieci siedemdziesięciolatki, więc nie zabieram pani prezydentowej radości z późnego macierzyństwa, ale nie jest to dla mnie przekonujące rozwiązanie fabularne.
W szóstym sezonie dołączyli do serialu Diane Lane i jako jej serialowy brat - Greg Kinnear. Postaci mało pozytywne, ale też na przestrzeni lat tych pozytywnych postaci można było ze świecą szukać. Nowi bohaterowie mieli za zadanie ubarwić serię. Czy im się to udało… widzowie sami ocenią.
Doug Stamper do końca był sobą: wkurzający, jedyny wierny Frankowi giermek. Chyba najlepiej stworzona i odegrana rola. Przeczuwałam jego marny koniec. Oglądając szóstą serię, domyślałam się, że na końcu zginie albo Doug albo pani prezydent Hale (Claire wróciła bowiem do panieńskiego nazwiska i wyparła się całkowicie męża). Jak ktoś oglądał, to wie, kto przetrwał. Ostatnia niemal szekspirowska scena mordu kończy ten ciekawy serial. Szkoda, że jego losy musiały się tak potoczyć. I mimo, że nie pochwalam czynów Kevina Spaceya, muszę przyznać, że serial bił rekordy popularności właśnie dzięki niemu. Swoją znakomitą grą, świetnie skonstruowanym złym charakterem i cynizmem przyciągał przed telewizory miliony widzów - miłośników tego serialu. Żałuję, że tak wielki aktor zmarnował swoje i przy okazji innych życie.
Katarzyna Gotowiec
piątek, 1 lutego 2019
Anna Grycewicz o „Zemście nietoperza” w Teatrze Narodowym
Ekskluzywne imprezy, przebieranki, salonowe intrygi – wykroczenia, występki, małżeńskie zdrady. Służące aspirują do gwiazdorskiej kariery, a ekscentryczni milionerzy idą do więzienia jak na bal. Tak się bawi, tak się bawi Warszawa!
"Zemsta nietoperza" Johanna Straussa syna, to porywająca operetka wszech czasów. Jej premiera miała miejsce 5 kwietnia 1874 roku w Wiedniu. Reżyser Michał Zadara wystawia ją w Warszawie na dużej scenie Teatru Narodowego.
- "Zemsta nietoperza", jest wielkim wydarzeniem. My, granicząc z Teatrem Wielkim, porywamy się na operetkowe przedsięwzięcie i tworzymy spektakl typowo śpiewany i próbujemy sił jako śpiewacy. Ale mamy taką przewagę, że też gramy tę operetkę. Potraktowaliśmy ją bardzo poważnie aktorsko, a nie brakuje nam wokalnie bardzo uzdolnionych aktorów, którzy świetnie sobie radzą z takimi wyzwaniami – mówi w rozmowie z nami aktorka Sceny Narodowej Anna Grycewicz, wcielająca się w postać Minni.
Pracowaliście na oryginalnej partyturze, zatem dokładnie takiej, jaką napisał Johann Strauss.
Tak, wszystko jak w oryginale, a dodatkowo śpiewamy takie nutki, które zazwyczaj w przedstawieniach tej operetki są pomijane. Jak "Marianka", która u nas zabrzmi ze sceny.
Kto wpadł na taki pomysł wystawienia "Zemsty nietoperza"?
Sam reżyser Michał Zadara. Mamy nowe tłumaczenie i nowe libretto. Nowe tłumaczenie, bo chcieliśmy być jak najbliżej oryginału niemieckiego. A jak wyszło, każdy musi sam przyjść i ocenić.
Akcja przedstawienia jest przeniesiona z Wiednia do Warszawy..?
Dokładnie tak. Bawimy się tutaj, i wszystko się dzieje w naszych polskich realiach.
Kto was wokalnie przygotowywał?
Justyna Skoczek. Gra na fortepianie, dyryguje nami i orkiestrą. Zebrała specjalny zespół muzyków, którzy nam akompaniują. Jest wspaniałą osobą. Z Justyną same partie śpiewane ćwiczyliśmy od pół roku. Spotykaliśmy się co jakiś czas. Każdy był "w innych próbach", w innym rytmie pracy. Natomiast wszystko składaliśmy i pracowaliśmy nad resztą od dwóch miesięcy.
Operetka to jest słowo i śpiew, i jak wspominałaś, macie aktorską przewagę nad profesjonalnymi śpiewakami. Jednak jak z poziomem samego śpiewu?
Zgadza się, jednak nie możemy udawać, że mamy wykształcone głosy. Wokalnie nie jesteśmy śpiewakami operowymi. Pamiętajmy też, że jest to jednak operetka, nie opera. W tym upatrujemy, że może się uda wokalnie - prawie dorównać.
Chyba nadeszła pora na zapotrzebowanie różnego rodzaju muzycznych występów, sztuk śpiewanych. Był moment, że nie było takich spektakli, a teraz jest ich całkiem sporo na wielu scenach teatralnych w Polsce.
Myślę, że po prostu po ciężkim repertuarze potrzebujemy czegoś innego, żeby przyjść i po ludzku się rozerwać i miło spędzić wieczór w teatrze, odpocząć i nie myśleć za dużo. My oczywiście próbujemy w treści przedstawić prawdziwe realia, tu też są ludzkie dramaty, o których próbujemy opowiedzieć. Sztuka jest o małżeństwie, w którym coś się wypaliło. Na szczęście okazuje się, że wcale się nie wypaliło tak do końca i potrzeba tylko odrobinę „tego pieprzu” w życiu, innego spojrzenia na siebie, żeby się sobą na nowo zauroczyć.
Bawiliście się dobrze, mimo ciężkiej pracy.
Tak, była to bardzo ciężka praca fizyczna, bo mamy też sporo układów tanecznych - poza śpiewem. Jestem jednak pewna, że będziemy to z wielką przyjemnością grać. I bardzo byśmy chcieli dać radość widzom. Serdecznie zapraszamy na naszą operetkę w gościnne progi Teatru Narodowego.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Narodowy w Warszawie, "Zemsta nietoperza" Johanna Straussa syna,
Reżyseria Michał Zadara.
Anna Grycewicz, foto K. Bieliński.
Najbliższe spektakle – 5, 6 lutego, 12 i 13 marca.
"Zemsta nietoperza" Johanna Straussa syna, to porywająca operetka wszech czasów. Jej premiera miała miejsce 5 kwietnia 1874 roku w Wiedniu. Reżyser Michał Zadara wystawia ją w Warszawie na dużej scenie Teatru Narodowego.
- "Zemsta nietoperza", jest wielkim wydarzeniem. My, granicząc z Teatrem Wielkim, porywamy się na operetkowe przedsięwzięcie i tworzymy spektakl typowo śpiewany i próbujemy sił jako śpiewacy. Ale mamy taką przewagę, że też gramy tę operetkę. Potraktowaliśmy ją bardzo poważnie aktorsko, a nie brakuje nam wokalnie bardzo uzdolnionych aktorów, którzy świetnie sobie radzą z takimi wyzwaniami – mówi w rozmowie z nami aktorka Sceny Narodowej Anna Grycewicz, wcielająca się w postać Minni.
Pracowaliście na oryginalnej partyturze, zatem dokładnie takiej, jaką napisał Johann Strauss.
Tak, wszystko jak w oryginale, a dodatkowo śpiewamy takie nutki, które zazwyczaj w przedstawieniach tej operetki są pomijane. Jak "Marianka", która u nas zabrzmi ze sceny.
Kto wpadł na taki pomysł wystawienia "Zemsty nietoperza"?
Sam reżyser Michał Zadara. Mamy nowe tłumaczenie i nowe libretto. Nowe tłumaczenie, bo chcieliśmy być jak najbliżej oryginału niemieckiego. A jak wyszło, każdy musi sam przyjść i ocenić.
Akcja przedstawienia jest przeniesiona z Wiednia do Warszawy..?
Dokładnie tak. Bawimy się tutaj, i wszystko się dzieje w naszych polskich realiach.
Kto was wokalnie przygotowywał?
Justyna Skoczek. Gra na fortepianie, dyryguje nami i orkiestrą. Zebrała specjalny zespół muzyków, którzy nam akompaniują. Jest wspaniałą osobą. Z Justyną same partie śpiewane ćwiczyliśmy od pół roku. Spotykaliśmy się co jakiś czas. Każdy był "w innych próbach", w innym rytmie pracy. Natomiast wszystko składaliśmy i pracowaliśmy nad resztą od dwóch miesięcy.
Operetka to jest słowo i śpiew, i jak wspominałaś, macie aktorską przewagę nad profesjonalnymi śpiewakami. Jednak jak z poziomem samego śpiewu?
Zgadza się, jednak nie możemy udawać, że mamy wykształcone głosy. Wokalnie nie jesteśmy śpiewakami operowymi. Pamiętajmy też, że jest to jednak operetka, nie opera. W tym upatrujemy, że może się uda wokalnie - prawie dorównać.
Chyba nadeszła pora na zapotrzebowanie różnego rodzaju muzycznych występów, sztuk śpiewanych. Był moment, że nie było takich spektakli, a teraz jest ich całkiem sporo na wielu scenach teatralnych w Polsce.
Myślę, że po prostu po ciężkim repertuarze potrzebujemy czegoś innego, żeby przyjść i po ludzku się rozerwać i miło spędzić wieczór w teatrze, odpocząć i nie myśleć za dużo. My oczywiście próbujemy w treści przedstawić prawdziwe realia, tu też są ludzkie dramaty, o których próbujemy opowiedzieć. Sztuka jest o małżeństwie, w którym coś się wypaliło. Na szczęście okazuje się, że wcale się nie wypaliło tak do końca i potrzeba tylko odrobinę „tego pieprzu” w życiu, innego spojrzenia na siebie, żeby się sobą na nowo zauroczyć.
Bawiliście się dobrze, mimo ciężkiej pracy.
Tak, była to bardzo ciężka praca fizyczna, bo mamy też sporo układów tanecznych - poza śpiewem. Jestem jednak pewna, że będziemy to z wielką przyjemnością grać. I bardzo byśmy chcieli dać radość widzom. Serdecznie zapraszamy na naszą operetkę w gościnne progi Teatru Narodowego.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Narodowy w Warszawie, "Zemsta nietoperza" Johanna Straussa syna,
Reżyseria Michał Zadara.
Anna Grycewicz, foto K. Bieliński.
Najbliższe spektakle – 5, 6 lutego, 12 i 13 marca.
czwartek, 13 grudnia 2018
Anna Grycewicz o sztuce „Kilka dziewczyn” w Teatrze Narodowym
Najnowsza premiera Teatru Narodowego w Warszawie jest o miłości, manipulacjach i zawiedzionych nadziejach. „Kilka dziewczyn” pióra Neila LaBute’a w tłumaczeniu Jacka Kaduczaka reżyseruje Bożena Suchocka.
Cztery kobiety, z którymi kiedyś związał się bohater. Erotyczny bilans? Szukanie ideału? Próby odwetu? Zmyślne intrygi czy prawdziwe wyznania? O spektaklu rozmawiamy z aktorką Sceny Narodowej Anną Grycewicz, która wciela się w jedną z tytułowych kobiet imieniem Sam.
Wszystko brzmi niezwykle intrygująco i ciekawie. Opowieść o czterech kobietach, które łączyło coś z jednym mężczyzną...
Mężczyzna zaprasza je nagle po latach, na spotkanie w pokoju hotelowym. Każda z nich decyduje się jednak na nie przyjść. Pewnie każda z innych względów, zapewne dlatego, że ów mężczyzna był dla nich ważny na pewnym etapie życia. To jest punkt wyjściowy tej sztuki.
Czy rozmowy w takiej sytuacji między tymi kobietami mogą być szczere?
Kobiety spotykają się po latach, przywołują różne wspomnienia z tamtych lat, z tego okresu. Ludzie w takich chwilach chcą dla siebie przede wszystkim być takimi jak kiedyś. Już na wstępie coś przed sobą udają, chcą lepiej się zaprezentować przed drugą osobą. Szczególnie kobiety zdają sobie sprawę z upływu lat, że się starzeją, że wyglądają mniej atrakcyjnie. Nagle przed sobą mają kogoś, kto osiągnął pewien sukces - został pisarzem. Bohaterkę, którą gram - postać Sam - została w małym miasteczku, nie udało jej się zrealizować wielkich celów. Nie osiągnęła sukcesu. Ona już na wstępie czuje się kimś gorszym. Rzecz jasna, nie chce tego pokazać, przyznać się do porażki. Jest to bardzo ciekawy punkt wyjścia do jej historii.
Miejsce spotkania, pokój hotelowy, wymyśla mężczyzna?
Tak, on rozsyła wiadomości do tych kobiet, a one tak na prawdę nie wiedzą, dlaczego chce się z nimi spotkać. Mają nadzieję pewnie, że zechce je przeprosić, być może za to, co się kiedyś stało. W niektórych przypadkach, mają nadzieję na to, że może zechce do nich wrócić? Może coś jeszcze się tli w jego sercu.
Czy te kobiety się znają?
Słyszały o sobie, z różnych etapów życia mężczyzny. Jednak nigdy się nie spotkały, nie widziały się. Czy będą ze sobą rozmawiać?, jak to spotkanie się potoczy? - tego nie będę zdradzać. Zapraszamy na spektakl. Sztuka bardzo współczesna, oparta na codziennych, życiowych relacjach. Dlatego cieszę się, że jest to na małej scenie, bardziej odda nastrój. Jesteśmy tu blisko z widzem, i te niuanse, myślę, że na tej scenie będą widoczne.
Jak długo się przygotowywaliście do premiery?
Próby trwały dwa miesiące. Dobrze nam się pracowało. Panią reżyser poznałam już na studiach. Jak Pani Zofia Kucówna przestała być opiekunem naszego roku, wtedy właśnie reżyser Bożena Suchocka objęła nasz rok. I od tamtej pory - a jestem już w teatrze 16 lat - nie miałyśmy okazji razem pracować. Jest to bardzo ciekawe spotkanie po latach. Cieszę się, że mnie wybrała do spektaklu. Nie oczekiwałam tego, nie liczyłam na to, a jest to bardzo miłe.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Narodowy w Warszawie, „Kilka dziewczyn”, reż. Bożena Suchocka
foto Tomasz Urbanek
Najbliższe spektakle – 11, 12 i 13 stycznia
Cztery kobiety, z którymi kiedyś związał się bohater. Erotyczny bilans? Szukanie ideału? Próby odwetu? Zmyślne intrygi czy prawdziwe wyznania? O spektaklu rozmawiamy z aktorką Sceny Narodowej Anną Grycewicz, która wciela się w jedną z tytułowych kobiet imieniem Sam.
Wszystko brzmi niezwykle intrygująco i ciekawie. Opowieść o czterech kobietach, które łączyło coś z jednym mężczyzną...
Mężczyzna zaprasza je nagle po latach, na spotkanie w pokoju hotelowym. Każda z nich decyduje się jednak na nie przyjść. Pewnie każda z innych względów, zapewne dlatego, że ów mężczyzna był dla nich ważny na pewnym etapie życia. To jest punkt wyjściowy tej sztuki.
Czy rozmowy w takiej sytuacji między tymi kobietami mogą być szczere?
Kobiety spotykają się po latach, przywołują różne wspomnienia z tamtych lat, z tego okresu. Ludzie w takich chwilach chcą dla siebie przede wszystkim być takimi jak kiedyś. Już na wstępie coś przed sobą udają, chcą lepiej się zaprezentować przed drugą osobą. Szczególnie kobiety zdają sobie sprawę z upływu lat, że się starzeją, że wyglądają mniej atrakcyjnie. Nagle przed sobą mają kogoś, kto osiągnął pewien sukces - został pisarzem. Bohaterkę, którą gram - postać Sam - została w małym miasteczku, nie udało jej się zrealizować wielkich celów. Nie osiągnęła sukcesu. Ona już na wstępie czuje się kimś gorszym. Rzecz jasna, nie chce tego pokazać, przyznać się do porażki. Jest to bardzo ciekawy punkt wyjścia do jej historii.
Miejsce spotkania, pokój hotelowy, wymyśla mężczyzna?
Tak, on rozsyła wiadomości do tych kobiet, a one tak na prawdę nie wiedzą, dlaczego chce się z nimi spotkać. Mają nadzieję pewnie, że zechce je przeprosić, być może za to, co się kiedyś stało. W niektórych przypadkach, mają nadzieję na to, że może zechce do nich wrócić? Może coś jeszcze się tli w jego sercu.
Czy te kobiety się znają?
Słyszały o sobie, z różnych etapów życia mężczyzny. Jednak nigdy się nie spotkały, nie widziały się. Czy będą ze sobą rozmawiać?, jak to spotkanie się potoczy? - tego nie będę zdradzać. Zapraszamy na spektakl. Sztuka bardzo współczesna, oparta na codziennych, życiowych relacjach. Dlatego cieszę się, że jest to na małej scenie, bardziej odda nastrój. Jesteśmy tu blisko z widzem, i te niuanse, myślę, że na tej scenie będą widoczne.
Jak długo się przygotowywaliście do premiery?
Próby trwały dwa miesiące. Dobrze nam się pracowało. Panią reżyser poznałam już na studiach. Jak Pani Zofia Kucówna przestała być opiekunem naszego roku, wtedy właśnie reżyser Bożena Suchocka objęła nasz rok. I od tamtej pory - a jestem już w teatrze 16 lat - nie miałyśmy okazji razem pracować. Jest to bardzo ciekawe spotkanie po latach. Cieszę się, że mnie wybrała do spektaklu. Nie oczekiwałam tego, nie liczyłam na to, a jest to bardzo miłe.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Narodowy w Warszawie, „Kilka dziewczyn”, reż. Bożena Suchocka
foto Tomasz Urbanek
Najbliższe spektakle – 11, 12 i 13 stycznia
piątek, 7 grudnia 2018
Katarzyna Łochowska: Warto przyjść na „Fantazję polską”
Najnowsza premiera Teatru Ateneum w Warszawie „Fantazja polska” jest komedią historyczną. Z wielką czułością przedstawia swoich bohaterów chorujących na polskość. W zabawny, lekko ironiczny sposób pokazuje kulisy historycznych wydarzeń, których bohaterem był Ignacy Jan Paderewski, największy celebryta swoich czasów, ale co najważniejsze wielki Polak i patriota. Opowiada o słynnym tournée z koncertami w Stanach Zjednoczonych oraz staraniach muzyka i polityka o poparcie prezydenta Wilsona dla sprawy niepodległości Polski. Nie jest jednak pomnikiem wystawionym ku czci artysty i muzyka, ale podszytą żartem opowieścią o zakulisowych mechanizmach rządzących wielką polityką, o drobiazgach i przypadkach, które mają na nią wpływ, w końcu o doniosłym wpływie kobiet na świat. Spektakl wyreżyserował Andrzej Strzelecki. W postać Ignacego Jana Paderewskiego wciela się Krzysztof Tyniec.
My natomiast rozmawiamy z aktorką Teatru Ateneum Katarzyną Łochowską, która gra żonę prezydenta Stanów Zjednoczonych - Edith Bolling Galt Wilson.
Jakie są pierwsze odczucia, które towarzyszą Wam aktorom po pracy nad „Fantazją polską”?
W tej chwili jestem nieobiektywna kompletnie. W tym, co ja czuję i rozumiem, to jest troszeczkę na poważnie, ale z taką wrażliwością współczesnego autora. Przymrużenie oka nie jest w tym przypadku dobrym określeniem. Bardziej nazwałabym to czymś w rodzaju lekkości. Jak bardzo ważna jest w życiu rola przypadków. Jak wiele w wielkich sprawach zależy od małych spraw. Od czegoś, co jest w naszym rozumieniu i teraz i wtedy, kompletnie rzeczą nieistotną, albo przynajmniej drugoplanową. Jak bardzo z jednej strony - my - jesteśmy zależni od jakiegoś giganta, kolosa, który ma siłę i władzę, by pokierować naszym losem. A z drugiej strony - i to jest genialne i znakomicie pokazane - przez Krzysztofa Tyńca - jak wielka siła jest w nas, która pozwala nam wyjść z sytuacji bez wyjścia. I czasami też powstaje refleksja - właściwie mało który naród - ma taki gen (bo dużo się mówi o naszej martyrologii) - mam na myśli taki gen ocalenia, gen sprytu, potrzeby wyjścia z trudnej sytuacji, przełamania impasu. Też jest to fantastyczna sztuka, która pokazuje siłę kobiet, i o tym jak kobiety mogą być napędem, zarówno pozytywnym, jak i negatywnym całej tej światowej machiny. Mnie to cieszy i wzrusza, bo to jest takie spojrzenie, które nie jest częste.
Warto przyjść do teatru i przekonać się na własne oczy...
Właśnie tak, warto obejrzeć ten spektakl. Mamy tu piękne role, piękne stroje. Trzeba wspomnieć o artystach z naszych pracowni, bo to są wspaniali artyści z pracowni krawieckich, fryzjerskich, prawdziwi mistrzowie. Charakteryzacja Krzysztofa Tyńca przeszła nasze oczekiwania. Wchodząc na scenę, nie ma się wrażenia, że mamy do czynienia z przebranym, ucharakteryzowanym człowiekiem. To jest niesamowita przyjemność. Mam nadzieję, że w naszym spektaklu widzowie odkryją duże skarby aktorskie. To też jest ciekawe, że mamy postaci, o których my nie wiemy nic, albo wiemy bardzo mało. Marcelina Sembrich Kochańska, którą gra Ewa Telega, to była Maria Callas tamtych czasów. Absolutnie gigantyczna gwiazda. Nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy. To była kobieta, która przez kilkanaście sezonów grała w Metropolitan Opera, czyli wyżyny wyżyn.
Do czegoś nam się te wielkie obchody niepodległościowe przydały. Poznajemy wielkich Polaków. Odkrywamy ich często na nowo i możemy cieszyć się znakomitą kulturą.
Zgadza się, większość ludzi o naszym wielkim kompozytorze i polityku usłyszała może kilka tygodni temu. To wielka postać, której absolutnie nie da się przecenić. Podobno cechowała go wielka intuicja, taka na granicy mistycyzmu w stosunku do ludzi. Rosjanie mają takie powiedzenie, że utalentowany człowiek jest utalentowany we wszystkim, coś w tym jest. Paderewski jest takim przypadkiem.
Reżyser Andrzej Strzelecki powiedział, że nie chciał wystawiać żadnych pomników. Jak zatem jest przedstawiony Ignacy Jan Paderewski?
I nie wystawił. Jest to jednak taka postać, która mnie - mimo, że byłam na każdym etapie prób - bardzo porusza. Mimo, że jest grana bardzo szlachetnymi, skromnymi środkami, to mocno trafia do serca. Nie każda wielkość porusza człowieka. Możemy podziwiać, możemy się zachwycać, ale nie zawsze jesteśmy poruszeni.
Jaki okres z życia Paderewskiego jest w sztuce przedstawiony?
Mamy w spektaklu kilka rozdziałów z życia Paderewskiego. Gdy jest w Stanach Zjednoczonych z koncertami, ale robi tam rzecz niezwykłą - dobija się tam do osób największych rangą w państwie, do płk. House’a, który był szarą eminencją w Białym Domu, a przez niego dociera do prezydenta Wilsona, który był Paderewskim oczarowany. Paderewski miał o każdej porze dnia i nocy wejście do Białego Domu. Podejrzewam, że takich ludzi w historii USA, a do tego cudzoziemców nie było zbyt wielu. On tego dokonał - czarem, talentem, charyzmą. Miał ogromny wkład, znaczącą cegiełkę w odzyskaniu niepodległości.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Ateneum w Warszawie, „Fantazja polska”, reż. Andrzej Strzelecki, Katarzyna Łochowska, foto Bartek Warzecha
Najbliższe spektakle – 29, 30 i 31 grudnia
My natomiast rozmawiamy z aktorką Teatru Ateneum Katarzyną Łochowską, która gra żonę prezydenta Stanów Zjednoczonych - Edith Bolling Galt Wilson.
Jakie są pierwsze odczucia, które towarzyszą Wam aktorom po pracy nad „Fantazją polską”?
W tej chwili jestem nieobiektywna kompletnie. W tym, co ja czuję i rozumiem, to jest troszeczkę na poważnie, ale z taką wrażliwością współczesnego autora. Przymrużenie oka nie jest w tym przypadku dobrym określeniem. Bardziej nazwałabym to czymś w rodzaju lekkości. Jak bardzo ważna jest w życiu rola przypadków. Jak wiele w wielkich sprawach zależy od małych spraw. Od czegoś, co jest w naszym rozumieniu i teraz i wtedy, kompletnie rzeczą nieistotną, albo przynajmniej drugoplanową. Jak bardzo z jednej strony - my - jesteśmy zależni od jakiegoś giganta, kolosa, który ma siłę i władzę, by pokierować naszym losem. A z drugiej strony - i to jest genialne i znakomicie pokazane - przez Krzysztofa Tyńca - jak wielka siła jest w nas, która pozwala nam wyjść z sytuacji bez wyjścia. I czasami też powstaje refleksja - właściwie mało który naród - ma taki gen (bo dużo się mówi o naszej martyrologii) - mam na myśli taki gen ocalenia, gen sprytu, potrzeby wyjścia z trudnej sytuacji, przełamania impasu. Też jest to fantastyczna sztuka, która pokazuje siłę kobiet, i o tym jak kobiety mogą być napędem, zarówno pozytywnym, jak i negatywnym całej tej światowej machiny. Mnie to cieszy i wzrusza, bo to jest takie spojrzenie, które nie jest częste.
Warto przyjść do teatru i przekonać się na własne oczy...
Właśnie tak, warto obejrzeć ten spektakl. Mamy tu piękne role, piękne stroje. Trzeba wspomnieć o artystach z naszych pracowni, bo to są wspaniali artyści z pracowni krawieckich, fryzjerskich, prawdziwi mistrzowie. Charakteryzacja Krzysztofa Tyńca przeszła nasze oczekiwania. Wchodząc na scenę, nie ma się wrażenia, że mamy do czynienia z przebranym, ucharakteryzowanym człowiekiem. To jest niesamowita przyjemność. Mam nadzieję, że w naszym spektaklu widzowie odkryją duże skarby aktorskie. To też jest ciekawe, że mamy postaci, o których my nie wiemy nic, albo wiemy bardzo mało. Marcelina Sembrich Kochańska, którą gra Ewa Telega, to była Maria Callas tamtych czasów. Absolutnie gigantyczna gwiazda. Nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy. To była kobieta, która przez kilkanaście sezonów grała w Metropolitan Opera, czyli wyżyny wyżyn.
Do czegoś nam się te wielkie obchody niepodległościowe przydały. Poznajemy wielkich Polaków. Odkrywamy ich często na nowo i możemy cieszyć się znakomitą kulturą.
Zgadza się, większość ludzi o naszym wielkim kompozytorze i polityku usłyszała może kilka tygodni temu. To wielka postać, której absolutnie nie da się przecenić. Podobno cechowała go wielka intuicja, taka na granicy mistycyzmu w stosunku do ludzi. Rosjanie mają takie powiedzenie, że utalentowany człowiek jest utalentowany we wszystkim, coś w tym jest. Paderewski jest takim przypadkiem.
Reżyser Andrzej Strzelecki powiedział, że nie chciał wystawiać żadnych pomników. Jak zatem jest przedstawiony Ignacy Jan Paderewski?
I nie wystawił. Jest to jednak taka postać, która mnie - mimo, że byłam na każdym etapie prób - bardzo porusza. Mimo, że jest grana bardzo szlachetnymi, skromnymi środkami, to mocno trafia do serca. Nie każda wielkość porusza człowieka. Możemy podziwiać, możemy się zachwycać, ale nie zawsze jesteśmy poruszeni.
Jaki okres z życia Paderewskiego jest w sztuce przedstawiony?
Mamy w spektaklu kilka rozdziałów z życia Paderewskiego. Gdy jest w Stanach Zjednoczonych z koncertami, ale robi tam rzecz niezwykłą - dobija się tam do osób największych rangą w państwie, do płk. House’a, który był szarą eminencją w Białym Domu, a przez niego dociera do prezydenta Wilsona, który był Paderewskim oczarowany. Paderewski miał o każdej porze dnia i nocy wejście do Białego Domu. Podejrzewam, że takich ludzi w historii USA, a do tego cudzoziemców nie było zbyt wielu. On tego dokonał - czarem, talentem, charyzmą. Miał ogromny wkład, znaczącą cegiełkę w odzyskaniu niepodległości.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Ateneum w Warszawie, „Fantazja polska”, reż. Andrzej Strzelecki, Katarzyna Łochowska, foto Bartek Warzecha
Najbliższe spektakle – 29, 30 i 31 grudnia
poniedziałek, 3 grudnia 2018
Krzysztof Kwiatkowski: „Nasz spektakl ma szansę porwać widownię”
Saturnin Mazurkiewicz – stateczny mecenas z Radomia, wdowiec na wydaniu, założyciel i prezes Towarzystwa Krzewienia Dobrych Obyczajów i Walki z Zarazą Moralną oraz jego syn Kazio – początkujący dramaturg, afrykanista hobbysta ruszają w podróż do stolicy, gdzie teatrzyk Arkadia wystawia debiutancką sztukę Kazia pt. „Żołnierz królowej Madagaskaru”. Można się rozmarzyć... Warszawa międzywojenna, urokliwa i szalona. Piękne panie, kabarety, nocne życie. I słynne powiedzenie – Bój się Boga, Mazurkiewicz!
W nagraniu muzyki do spektaklu udział wzięła Orkiestra Sinfonia Viva.
W postać Kazia wcielił się aktor Teatru Polskiego – Krzysztof Kwiatkowski, z którym rozmawiamy o najnowszej premierze Teatru Polskiego w Warszawie – „Żołnierz królowej Madagaskaru”.
Siła i moc sprawcza teatru jest wielka – można się przenieść w te cudowne czasy. Zapowiada się wyśmienita zabawa. Wspaniała choreografia, scenografia, przepiękne kostiumy...
Nic dodać, nic ująć - dużo czaru i uroku, i z wielką przyjemnością wchodzi się w tamtą epokę i w tę przestrzeń. Słynne powiedzenie autora naszej sztuki Juliana Tuwima - Bój się Boga, Mazurkiewicz! – cały czas bawi. To dowcipne powiedzenie zna prawie każdy z nas, mimo że nie każdy wie, skąd ono pochodzi. Znałem to zdanie od małego, ale nie wiedziałem, o co chodzi, kto je wypowiada. Nasz spektakl jest drugą wersją oryginału [XIX-wieczną farsę Stanisława Dobrzańskiego w latach 30. XX wieku Julian Tuwim opracował w formie śpiewogry – przyp. MG] - bardzo fajną, cenną, puentującą i zabawną. Praca nad tym przedstawieniem to była przyjemność – rozpoczął rozmowę z nami Krzysztof Kwiatkowski.
Jak zachęcić, przyciągnąć młodego widza, jak podejść do tego, aby pokazać co w tym przedstawieniu jest najlepsze i najbardziej wartościowe?
To jest komedia muzyczna, oparta na przedwojennym wodewilu. Najważniejszą sprawą jest tu - oprócz zabawnych scenek, czy wesołych perypetii bohaterów - warstwa muzyczna i choreograficzna. W naszym przypadku Krzysztof Herdzin troszeczkę przearanżował te utwory. Są kanonami, jeśli chodzi o polskie szlagiery. Słyszeliśmy te piosenki, gdzieś to się każdemu obiło o uszy. Tango „Pantera”, czy „Madagaskar”, to takie piosenki, które każdy gdzieś w swoim życiu słyszał. Krzysztof Herdzin bardziej je uwspółcześnił. Dodał niektórym utworom feelingu swingowo-jazzowego, który by bardziej pasował do kabaretu, teatrzyku kameralnego z taką muzyką. Wydaje mi się, że jest to bardzo duży plus, właśnie to uwspółcześnienie muzyki. Do tego świetna choreografia, a dziewczyny fantastycznie tańczą. Wierzę, że to wszystko ma szansę porwać widza w każdym wieku. To jest bardzo pozytywna krotochwila, akurat na jesienno-zimowe wieczory.
Niezwykle miło się na was patrzy, to też jest ważne, żeby mieć przyjemność ze słuchania i z patrzenia. Całość tak ładnie wygląda.
To jest przede wszystkim, jak powiedzieliśmy - lekkie, łatwe i przyjemne. Może nie tak łatwe, bo sama historia miłosna jest dosyć dramatyczna. Fabuła jest fredrowska, nawet jest momentami farsowo. Oczywiście nie brakuje fragmentów, gdzie jest poważniej i tak ma być. Ale są sceny napisane stricte farsowo, właśnie tak po fredrowsku. My w to idziemy, nie boimy się, i mamy nadzieję, że to zda egzamin.
Mamy do czynienia z renesansem przedstawień muzycznych. Długo nic w tej dziedzinie się nie działo, a obecnie jest w czym wybierać. Wiele teatrów ma coś muzycznego w swoich repertuarach.
Mnie się wydaje, że mamy dosyć trudnego repertuaru, ciężkiego kalibru. Czasami każdy z nas ma ochotę rozerwać się, posłuchać dobrej muzyki, obejrzeć dobrą choreografię. Popatrzeć na piękne panie, piękne tancerki, i nawet obejrzeć kankana, świetnie wyreżyserowanego przez Agnieszkę Brańską w naszym spektaklu. Wydaje mi się, że jest to pozycja typowo rozrywkowa, która będzie bawiła widza.
Łatwiej zagrać komedię czy tragedię?
Dla mnie komedia jest zdecydowanie trudniejsza. Aktor ma świadomość, że widz nie wybacza błędów. Trzeba mieć ucho komediowe, wyłapywać tempo, rytmy, podawać puenty. To jest bardzo trudny element warsztatu, który jest tu niebywale ważny. Tego też trzeba się nauczyć. A nie każdy umie śpiewać, nie każdy umie tańczyć.
Zawsze można zagrać, że się śpiewa - to jest nasz aktorski sposób na śpiewanie - granie, że się śpiewa – z uśmiechem mówi Krzysztof Kwiatkowski. – I oczywiście zapraszam na spektakl do Teatru Polskiego – szybko dodaje.
Rozmawiała: Małgorzata Gotowiec
Teatr Polski w Warszawie, „Żołnierz królowej Madagaskaru”, reż. Krzysztof Jasiński
Najbliższe spektakle – 9, 10, 11, 12, 13 stycznia 2019 roku
poniedziałek, 22 października 2018
Sylwia Zmitrowicz: „Emocje w teatrze są bardzo ważne”
„Antygona” - grecka tragedia Sofoklesa, arcydzieło dramaturgii światowej. Kiedyś lektura obowiązkowa, dziś jedynie uzupełniająca – niezwykle mądra, poruszająca cały czas aktualne tematy. Sofokles opisał w sztuce historię Antygony – młodej dziewczyny, która wbrew zakazowi, postanawia pochować ciało swojego zmarłego brata. Jej postawa to symbol odwagi i buntu wobec władzy, tyranii i bezsensownych nakazów prawa. W sztuce mamy też Ismenę - druga siostra zmarłego Polinika jest w przeciwieństwie do Antygony uosobieniem łagodności i pokory. Dla każdego pokolenia postawa Antygony staje się wyzwaniem. Pozostaje wciąż aktualne i zasadne pytanie, co dla współczesnego świata wynika z postawy Antygony. Kto ma rację? Postawa której z sióstr jest godna naśladowania?
Współczesną inscenizację „Antygony” w Teatrze Ateneum w Warszawie przygotowała reżyserka Agnieszka Korytkowska. Obsada przedstawienia łączy cztery pokolenia aktorskie tego niezwykle lubianego Teatru nad Wisłą. Antygonę gra Paulina Gałązka, Ismenę – Katarzyna Ucherska. Spektakl przygotowano w roku jubileuszowym 90-lecia Teatru Ateneum.
O najnowszej premierze Ateneum rozmawiamy z Sylwią Zmitrowicz, grającą Eurydykę.
Sylwia Zmitrowicz związała się z Teatrem Ateneum w 1996 roku, tuż po ukończeniu Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie. Ma na swoim koncie prawie 20 ról zagranych na tych deskach teatralnych. Cztery lata temu zdecydowała się na odejście i spróbowanie sił w innych teatrach. Dziś, w „Antygonie” wraca na swoje „stare śmieci”.
- Cztery lata temu świadoma swojej decyzji odeszłam z Ateneum, ale teraz bardzo się ucieszyłam z propozycji, jaką otrzymałam, aby ponownie zagrać na deskach w Warszawie – mówi w rozmowie z nami Sylwia Zmitrowicz. - Nie ukrywam, że było to dla mnie zaskoczenie. Myślałam, że ludzie już o mnie zapomnieli. Cieszę się z tego, że pomyślano właśnie o mnie, obsadzając tę rolę.
Jaka będzie najnowsza „Antygona”?
Myślę, że relacje międzyludzkie, które miały miejsce tysiąc lat temu, są aktualne także i dziś. W naszych czasach też są Antygony, które wbrew wszystkiemu, ale za sprawą serca, dokonują trudnych wyborów, bez względu na konsekwencje. Są gotowe nawet stracić życie. Podejmują walkę z serca i to sprawia, że kobiety mają taką moc. I coraz bardziej widzimy, że ta moc, która w nas jest i była zawsze, wychodzi na zewnątrz - i to jest wspaniałe.
Jak trafić do szerokiej publiczności?
Spektakl stawia na relacje międzyludzkie. Postać Eurydyki starałam się zbudować z emocji. To, przez co przeszła, ile straciła - a straciła wszystkie swoje dzieci - straciła wszystko, w wystarczający sposób opisuje dramat tej kobiety.
Jak się pracowało nad spektaklem?
Praca była intensywna i ekscytująca przez wzgląd na mocną obsadę. Kasia, Paulina, Marysia, Przemek, Wojtek, Adrian i Henryk – to wspaniali ludzie. Wspieraliśmy się w pracy, atmosfera była po prostu znakomita i rodzinna.
Fragmenty, jakie zobaczyliśmy podczas próby dla mediów, mają w sobie ogromną porcję emocji. Mimo, że wyrwane z całości, a chwytają za serce.
Pragnęliśmy wszyscy, żeby spektakl opierał się na ekstremalnych emocjach, takich jakie opisał autor. Bardzo odpowiada mi ten kierunek poszukiwań w teatrze. Jako aktorce i jako widzowi.
Jakie były te ostatnie cztery lata?
Byłam przez półtora sezonu w teatrze w Opolu. Trafiłam tam, gdyż chciałam się rozwijać, chciałam spróbować czegoś nowego, na tym mi bardzo zależało. W Opolu pracowałam z Mają Kleczewską, Jędrzejem Piaskowskim, Cezarym Tomaszewskim, Pawłem Świątkiem. Była to fascynująca przygoda. Rok temu do Bydgoszczy zaprosił mnie znakomity reżyser Michał Siegoczyński - zrobiliśmy spektakl o Beksińskich. Powierzył mi rolę Zosi Beksińskiej. Była to bardzo ciężka praca - poszukiwanie postaci, która jest moim przeciwieństwem. Znakomite doświadczenie. Praca również ze wspaniałymi ludźmi. Sztuka zyskała bardzo dobry odbiór. Cały czas jest grana, teraz od listopada ponownie wraca na deski po letniej przerwie. A teraz cieszę się, że mogę gościnnie występować w moim Ateneum i oczywiście zapraszam na spektakl.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Ateneum w Warszawie, „Antygona”, Sylwia Zmitrowicz, foto Bartek Warzecha i Diana Domin (sztuka „Bliżej”).
Najbliższe przedstawienia „Antygony” – 8, 9, 10 listopada
Współczesną inscenizację „Antygony” w Teatrze Ateneum w Warszawie przygotowała reżyserka Agnieszka Korytkowska. Obsada przedstawienia łączy cztery pokolenia aktorskie tego niezwykle lubianego Teatru nad Wisłą. Antygonę gra Paulina Gałązka, Ismenę – Katarzyna Ucherska. Spektakl przygotowano w roku jubileuszowym 90-lecia Teatru Ateneum.
O najnowszej premierze Ateneum rozmawiamy z Sylwią Zmitrowicz, grającą Eurydykę.
Sylwia Zmitrowicz związała się z Teatrem Ateneum w 1996 roku, tuż po ukończeniu Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie. Ma na swoim koncie prawie 20 ról zagranych na tych deskach teatralnych. Cztery lata temu zdecydowała się na odejście i spróbowanie sił w innych teatrach. Dziś, w „Antygonie” wraca na swoje „stare śmieci”.
- Cztery lata temu świadoma swojej decyzji odeszłam z Ateneum, ale teraz bardzo się ucieszyłam z propozycji, jaką otrzymałam, aby ponownie zagrać na deskach w Warszawie – mówi w rozmowie z nami Sylwia Zmitrowicz. - Nie ukrywam, że było to dla mnie zaskoczenie. Myślałam, że ludzie już o mnie zapomnieli. Cieszę się z tego, że pomyślano właśnie o mnie, obsadzając tę rolę.
Jaka będzie najnowsza „Antygona”?
Myślę, że relacje międzyludzkie, które miały miejsce tysiąc lat temu, są aktualne także i dziś. W naszych czasach też są Antygony, które wbrew wszystkiemu, ale za sprawą serca, dokonują trudnych wyborów, bez względu na konsekwencje. Są gotowe nawet stracić życie. Podejmują walkę z serca i to sprawia, że kobiety mają taką moc. I coraz bardziej widzimy, że ta moc, która w nas jest i była zawsze, wychodzi na zewnątrz - i to jest wspaniałe.
Jak trafić do szerokiej publiczności?
Spektakl stawia na relacje międzyludzkie. Postać Eurydyki starałam się zbudować z emocji. To, przez co przeszła, ile straciła - a straciła wszystkie swoje dzieci - straciła wszystko, w wystarczający sposób opisuje dramat tej kobiety.
Jak się pracowało nad spektaklem?
Praca była intensywna i ekscytująca przez wzgląd na mocną obsadę. Kasia, Paulina, Marysia, Przemek, Wojtek, Adrian i Henryk – to wspaniali ludzie. Wspieraliśmy się w pracy, atmosfera była po prostu znakomita i rodzinna.
Fragmenty, jakie zobaczyliśmy podczas próby dla mediów, mają w sobie ogromną porcję emocji. Mimo, że wyrwane z całości, a chwytają za serce.
Pragnęliśmy wszyscy, żeby spektakl opierał się na ekstremalnych emocjach, takich jakie opisał autor. Bardzo odpowiada mi ten kierunek poszukiwań w teatrze. Jako aktorce i jako widzowi.
Jakie były te ostatnie cztery lata?
Byłam przez półtora sezonu w teatrze w Opolu. Trafiłam tam, gdyż chciałam się rozwijać, chciałam spróbować czegoś nowego, na tym mi bardzo zależało. W Opolu pracowałam z Mają Kleczewską, Jędrzejem Piaskowskim, Cezarym Tomaszewskim, Pawłem Świątkiem. Była to fascynująca przygoda. Rok temu do Bydgoszczy zaprosił mnie znakomity reżyser Michał Siegoczyński - zrobiliśmy spektakl o Beksińskich. Powierzył mi rolę Zosi Beksińskiej. Była to bardzo ciężka praca - poszukiwanie postaci, która jest moim przeciwieństwem. Znakomite doświadczenie. Praca również ze wspaniałymi ludźmi. Sztuka zyskała bardzo dobry odbiór. Cały czas jest grana, teraz od listopada ponownie wraca na deski po letniej przerwie. A teraz cieszę się, że mogę gościnnie występować w moim Ateneum i oczywiście zapraszam na spektakl.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Ateneum w Warszawie, „Antygona”, Sylwia Zmitrowicz, foto Bartek Warzecha i Diana Domin (sztuka „Bliżej”).
Najbliższe przedstawienia „Antygony” – 8, 9, 10 listopada
Subskrybuj:
Posty (Atom)













