„Hamlet” Williama Szekspira był wystawiany w Teatrze Dramatycznym w Warszawie trzy razy – w 1962 roku spektakl wyreżyserował niezapomniany Gustaw Holoubek i zagrał również tytułową rolę. W 1979 roku Holoubek ponownie sięgnął po ten chyba najbardziej znany w świecie dramat, a rolę księcia Hamleta powierzył Piotrowi Fronczewskiemu. Kolejna adaptacja miała miejsce w 1992 roku – reżyserii podjął się wtedy Andrzej Domalik, a tytułową rolę zagrał Mariusz Bonaszewski.
Czas na nowego księcia Hamleta – od stycznia 2019 roku w tę postać wciela się aktor młodego pokolenia – Krzysztof Szczepaniak. Spektakl reżyseruje Tadeusz Bradecki. Sztuka po raz pierwszy w Polsce prezentowana jest w nowym przekładzie Piotra Kamińskiego.
Krzysztof Szczepaniak, czego się dotknie, zamienia w złoto. Wszystkie role aktora to postaci, które zapadają głęboko w pamięć, obok których nie da się przejść obojętnie. Młody, niezwykle zdolny, z dystansem do siebie i kochający to, co robi. Christopher, geniusz matematyczny ze sztuki „Dziwny przypadek psa nocną porą”, Mistrz ceremonii z „Cabaretu”, Lola/Simon z „Kinky Boots”, Lucjo z „Miarki za miarkę”, czy fantastyczny, napędzający intrygę Arlekino ze „Sługi dwóch panów”. Czas zatem na Hamleta.
O najnowszej premierze Teatru Dramatycznego w Warszawie rozmawiamy z odtwórcą tytułowej roli, Krzysztofem Szczepaniakiem.
Zastanawiałeś się, ilu już „Hamletów” zostało zagranych?
Mnóstwo... Ogromna liczba.
Jak zagrać, czym zaskoczyć? Kiedy właściwie wszystko już zostało powiedziane.
Myślę, że nie skupiać się na tym, żeby czymś zaskakiwać, bo już wszystko było: Hamlet kobieta, Hamlet pijany, Hamlet dziecko. Nie ma sensu na silenie się na coś oryginalnego. Można go wystawić na bogato, pięknie, jak w National Theatre, a można go wystawić w zupełnie skromnych warunkach, przy czarnej kotarze. Na tym polega siła tego dramatu, że nie da się zrobić inscenizacji, która będzie w pełni kompleksowa, będzie ujmowała wszystkie aspekty. Była wersja, która stawiała na jego seksualność, wersja, która stawiała na mord założycielski, na siłę śmierci, morderstwa, które wynika z morderstwa. Czy aspekt depresji. Jest tyle różnych rzeczy, że nie da się tego ująć, trzeba na coś postawić – mówi w rozmowie z nami Krzysztof Szczepaniak.
Zatem na co stawiacie?
Sądzę, że my postawimy na Hamleta jako na osobę, która demaskuje rzeczywistość, ale jej nie wytrzymuje i w związku z tym wariuje. Monologi, które służą tylko, i aż po to, żeby on sam sobie uświadomił, na którym etapie w danym momencie dramatu jest. Przeskakuje na kolejne etapy, aż mówi sam do siebie – „teraz każda myśl moja ocieka krwią” - jest kimś w rodzaju rewolucjonisty, działacza jakiegoś, maszyny, której nikt już nie zatrzyma. Wyzywa los na pojedynek, i można powiedzieć - na herbatę. Jest w pewnym momencie nieobliczalny. Nastawiony już tylko na to, żeby zabić Klaudiusza. On się bardzo z tym męczy, bo szuka tego właściwego momentu. Z drugiej jednak strony, nie chce stać się mordercą, też z tym walczy. Wiemy, że morduje, ale nie w ramach rewanżu za swego ojca, ale w ramach tego, co na jego oczach się zadziało z Gertrudą. Widzi to morderstwo naocznie - i jak pisze o tym Stanisław Wyspiański w Studium o Hamlecie - można karać tylko za to, co ciebie bezpośrednio dotyczy. Zawarta jest tam historia o tym międzypokoleniowym przekładaniu winy. Bo co to jest za duch, który mówi „pomścij mnie, bo jak nie to jesteś niemęski, nie jesteś moim synem”. Możemy się domyślać, jaką osobą był Hamlet docelowy, jaki był ojciec Hamleta i, że ta relacja między nimi nie była idealna. To kolejny aspekt ojca i syna, matki i syna. Bzdurą jest to, że niby tam jest kompleks Edypa. Jednak aktor musi podjąć ekonomiczny wybór, i decydować - moim zdaniem - jest to lepiej gdy jest ten kompleks Edypa, kiedy on jest zakochany w matce, w jakiś sposób i przekłada się to, że nie jest w stanie kochać - bo Hamlet nie jest w stanie kochać. Walczy z tym. Pojawia się Ofelia - ale ciągle ta mocna relacja z matką blokuje to uczucie. Mamy tyle wątków, że ciężko ująć wszystkie i z tego też względu trzeba się na coś zdecydować. Wiem, że są już kolejne adaptacje „Hamleta” w przygotowaniach innych teatrów. I bardzo dobrze.
Tworzycie spektakl w nowym tłumaczeniu...
Tak, jest to tłumaczenie Piotra Kamińskiego, z którym już pracowałem w „Miarce za miarkę” i w „Kupcu Weneckim”, więc znamy się z Piotrkiem dobrze. Bardzo się ucieszyłem, że będziemy razem pracowali. Walorem jest to, że jest to debiut jego tłumaczenia „Hamleta”. Musieliśmy zrobić pewne skróty, bo inaczej przedstawienie by trwało ok. 4 godzin, a nasza wersja trwa 3:15. Dla dobra spektaklu musieliśmy pewne rzeczy usunąć.
„Hamlet”, to zawsze wielkie wydarzenie kulturalne.
Tak, to zawsze kilo mniej pod koniec. Nie mówiąc o kosztach psychicznych, psychologicznych. Jest to pewna podróż, którą się odbywa. Bezkarnie i bez kosztów, człowiek nie jest w stanie jej przebyć. Ale wiem, że warto, bardzo warto…
Jaki jest Twój stosunek do Szekspira?
Ja bardzo lubię Szekspira. Pokazuje takie różne elementy, jak choćby to, że niekonsekwencja postaci jest również jej konsekwencją. Miesza konwencje, np. bardzo dramatyczne wydarzenia z niezwykle zabawnymi. Na początku końcowej szermierki nikt się nie spodziewa, jak się to wszystko potoczy. Jest to rodzaj turnieju. Mamy uśpioną czujność widza, więc on idealnie stopniuje napięcie - niczym wczesny Hitchcock - jego charaktery są bardzo złożone, nie tylko w tym, co napisał, ale także w tym, czego możemy się również domyślić czy wyobrazić sobie, co tam jest pomiędzy, dlatego on jest taki pojemny.
Zagrałeś Hamleta. Co to dla Ciebie znaczy? Czy to było Twoim marzeniem, spełnieniem, czy po prostu wykonaniem powierzonej pracy, kolejnym etapem na aktorskiej drodze?
Oczywiście, jest to wielki zaszczyt zagrać Hamleta, ale po uświadomieniu sobie tego, trzeba się wziąć za robotę. Dla aktora jest to ogromna satysfakcja. To jest tak, że ta rola się nie kończy na jednym, na dwóch spektaklach. Ona będzie różna za każdym razem. Już nawet na etapie prób, pewnych rzeczy nie da się ustawić jakoś idealnie sytuacyjnie - i lepiej tego nie robić - bo rodzaj szaleństwa jest niekontrolowany momentami. Zdecydowanie, jest to ogromna nobilitacja dla aktora. Zdaję sobie też sprawę z tego, że w odpowiednim wieku przystąpiłem do zagrania tej postaci, która jest mniej więcej w takim właśnie wieku jak ja. Nie jest to osoba w pełni dorosła, dojrzała, miota się ze swoimi hormonami, nastrojami, dlatego ten moment jest według mnie doskonały.
Miałeś trochę swobody, czy reżyser narzucał, jak grać?
Miałem dużo swobody. Są rzeczy, których nie da się narzucić odgórnie, musi to być spontaniczne. Monologi powinny być bardzo spontaniczne. Dlatego nie da się tego wyliczyć jak w matematyce, jeden do jednego ustawić. Są momenty, w których ta swoboda jest większa, w innych mniejsza, ale podczas pracy jak najbardziej miałem dużo wolności. A jak to wyszło…zapraszam do Teatru Dramatycznego, aby się przekonać.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Dramatyczny w Warszawie, „Hamlet”, reżyseria Tadeusz Bradecki
Krzysztof Szczepaniak, foto Katarzyna Chmura
Spektakl widziała Małgosia 17 stycznia
Najbliższe przedstawienia – 19 lutego, 14, 15 i 16 marca
środa, 20 lutego 2019
wtorek, 5 lutego 2019
Finałowy sezon "House of Cards"
(uwaga: recenzja zawiera spojlery)
Od listopada ubiegłego roku możemy oglądać na kanale Netflix finałowy, szósty sezon niezwykle lubianego i popularnego serialu "House of Cards". Po skandalach seksualnych Kevina Spaceya producenci nie mieli dużo czasu na stworzenie całkiem nowej fabuły, już bez głównego bohatera - Franka Underwooda - za to z jego żoną Claire na piedestale.
Po zakończeniu piątego sezonu zapowiadano, że szósty będzie ostatnim i losy bohaterów Białego Domu zakończą długą przygodę z serialem. Jednak nikt nie przypuszczał, że zakończenie będzie przebiegało w tak dramatyczny sposób. Długo czekałam na finałowy sezon, jednak nie mogę powiedzieć, że spełnił on moje oczekiwania.
Niestety cała otoczka związana z aferą Spaceya odbiła się na jakości ostatniego sezonu. Pomysł z tajemniczą śmiercią "we śnie" Franka Underwooda był nieco na siłę, a pomysłodawcy mogli się bardziej postarać, jeśli idzie o ciekawy scenariusz. Bardzo dobra w poprzednich sezonach Robin Wright niestety nie podołała głównej roli, a jej postaci zabrakło charakteru i mocy przyciągania. Pomysł z ciążą był śmieszny i naciągany, już w pierwszym sezonie bohaterka zmagała się z trudami menopauzy. Bodajże w drugim lekarka dawała mało czasu na decyzję, czy państwo Underwood chcą mieć potomka czy nie. Ok, czepiam się, żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku, zdarzają się nawet rodzące dzieci siedemdziesięciolatki, więc nie zabieram pani prezydentowej radości z późnego macierzyństwa, ale nie jest to dla mnie przekonujące rozwiązanie fabularne.
W szóstym sezonie dołączyli do serialu Diane Lane i jako jej serialowy brat - Greg Kinnear. Postaci mało pozytywne, ale też na przestrzeni lat tych pozytywnych postaci można było ze świecą szukać. Nowi bohaterowie mieli za zadanie ubarwić serię. Czy im się to udało… widzowie sami ocenią.
Doug Stamper do końca był sobą: wkurzający, jedyny wierny Frankowi giermek. Chyba najlepiej stworzona i odegrana rola. Przeczuwałam jego marny koniec. Oglądając szóstą serię, domyślałam się, że na końcu zginie albo Doug albo pani prezydent Hale (Claire wróciła bowiem do panieńskiego nazwiska i wyparła się całkowicie męża). Jak ktoś oglądał, to wie, kto przetrwał. Ostatnia niemal szekspirowska scena mordu kończy ten ciekawy serial. Szkoda, że jego losy musiały się tak potoczyć. I mimo, że nie pochwalam czynów Kevina Spaceya, muszę przyznać, że serial bił rekordy popularności właśnie dzięki niemu. Swoją znakomitą grą, świetnie skonstruowanym złym charakterem i cynizmem przyciągał przed telewizory miliony widzów - miłośników tego serialu. Żałuję, że tak wielki aktor zmarnował swoje i przy okazji innych życie.
Katarzyna Gotowiec
Od listopada ubiegłego roku możemy oglądać na kanale Netflix finałowy, szósty sezon niezwykle lubianego i popularnego serialu "House of Cards". Po skandalach seksualnych Kevina Spaceya producenci nie mieli dużo czasu na stworzenie całkiem nowej fabuły, już bez głównego bohatera - Franka Underwooda - za to z jego żoną Claire na piedestale.
Po zakończeniu piątego sezonu zapowiadano, że szósty będzie ostatnim i losy bohaterów Białego Domu zakończą długą przygodę z serialem. Jednak nikt nie przypuszczał, że zakończenie będzie przebiegało w tak dramatyczny sposób. Długo czekałam na finałowy sezon, jednak nie mogę powiedzieć, że spełnił on moje oczekiwania.
Niestety cała otoczka związana z aferą Spaceya odbiła się na jakości ostatniego sezonu. Pomysł z tajemniczą śmiercią "we śnie" Franka Underwooda był nieco na siłę, a pomysłodawcy mogli się bardziej postarać, jeśli idzie o ciekawy scenariusz. Bardzo dobra w poprzednich sezonach Robin Wright niestety nie podołała głównej roli, a jej postaci zabrakło charakteru i mocy przyciągania. Pomysł z ciążą był śmieszny i naciągany, już w pierwszym sezonie bohaterka zmagała się z trudami menopauzy. Bodajże w drugim lekarka dawała mało czasu na decyzję, czy państwo Underwood chcą mieć potomka czy nie. Ok, czepiam się, żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku, zdarzają się nawet rodzące dzieci siedemdziesięciolatki, więc nie zabieram pani prezydentowej radości z późnego macierzyństwa, ale nie jest to dla mnie przekonujące rozwiązanie fabularne.
W szóstym sezonie dołączyli do serialu Diane Lane i jako jej serialowy brat - Greg Kinnear. Postaci mało pozytywne, ale też na przestrzeni lat tych pozytywnych postaci można było ze świecą szukać. Nowi bohaterowie mieli za zadanie ubarwić serię. Czy im się to udało… widzowie sami ocenią.
Doug Stamper do końca był sobą: wkurzający, jedyny wierny Frankowi giermek. Chyba najlepiej stworzona i odegrana rola. Przeczuwałam jego marny koniec. Oglądając szóstą serię, domyślałam się, że na końcu zginie albo Doug albo pani prezydent Hale (Claire wróciła bowiem do panieńskiego nazwiska i wyparła się całkowicie męża). Jak ktoś oglądał, to wie, kto przetrwał. Ostatnia niemal szekspirowska scena mordu kończy ten ciekawy serial. Szkoda, że jego losy musiały się tak potoczyć. I mimo, że nie pochwalam czynów Kevina Spaceya, muszę przyznać, że serial bił rekordy popularności właśnie dzięki niemu. Swoją znakomitą grą, świetnie skonstruowanym złym charakterem i cynizmem przyciągał przed telewizory miliony widzów - miłośników tego serialu. Żałuję, że tak wielki aktor zmarnował swoje i przy okazji innych życie.
Katarzyna Gotowiec
piątek, 1 lutego 2019
Anna Grycewicz o „Zemście nietoperza” w Teatrze Narodowym
Ekskluzywne imprezy, przebieranki, salonowe intrygi – wykroczenia, występki, małżeńskie zdrady. Służące aspirują do gwiazdorskiej kariery, a ekscentryczni milionerzy idą do więzienia jak na bal. Tak się bawi, tak się bawi Warszawa!
"Zemsta nietoperza" Johanna Straussa syna, to porywająca operetka wszech czasów. Jej premiera miała miejsce 5 kwietnia 1874 roku w Wiedniu. Reżyser Michał Zadara wystawia ją w Warszawie na dużej scenie Teatru Narodowego.
- "Zemsta nietoperza", jest wielkim wydarzeniem. My, granicząc z Teatrem Wielkim, porywamy się na operetkowe przedsięwzięcie i tworzymy spektakl typowo śpiewany i próbujemy sił jako śpiewacy. Ale mamy taką przewagę, że też gramy tę operetkę. Potraktowaliśmy ją bardzo poważnie aktorsko, a nie brakuje nam wokalnie bardzo uzdolnionych aktorów, którzy świetnie sobie radzą z takimi wyzwaniami – mówi w rozmowie z nami aktorka Sceny Narodowej Anna Grycewicz, wcielająca się w postać Minni.
Pracowaliście na oryginalnej partyturze, zatem dokładnie takiej, jaką napisał Johann Strauss.
Tak, wszystko jak w oryginale, a dodatkowo śpiewamy takie nutki, które zazwyczaj w przedstawieniach tej operetki są pomijane. Jak "Marianka", która u nas zabrzmi ze sceny.
Kto wpadł na taki pomysł wystawienia "Zemsty nietoperza"?
Sam reżyser Michał Zadara. Mamy nowe tłumaczenie i nowe libretto. Nowe tłumaczenie, bo chcieliśmy być jak najbliżej oryginału niemieckiego. A jak wyszło, każdy musi sam przyjść i ocenić.
Akcja przedstawienia jest przeniesiona z Wiednia do Warszawy..?
Dokładnie tak. Bawimy się tutaj, i wszystko się dzieje w naszych polskich realiach.
Kto was wokalnie przygotowywał?
Justyna Skoczek. Gra na fortepianie, dyryguje nami i orkiestrą. Zebrała specjalny zespół muzyków, którzy nam akompaniują. Jest wspaniałą osobą. Z Justyną same partie śpiewane ćwiczyliśmy od pół roku. Spotykaliśmy się co jakiś czas. Każdy był "w innych próbach", w innym rytmie pracy. Natomiast wszystko składaliśmy i pracowaliśmy nad resztą od dwóch miesięcy.
Operetka to jest słowo i śpiew, i jak wspominałaś, macie aktorską przewagę nad profesjonalnymi śpiewakami. Jednak jak z poziomem samego śpiewu?
Zgadza się, jednak nie możemy udawać, że mamy wykształcone głosy. Wokalnie nie jesteśmy śpiewakami operowymi. Pamiętajmy też, że jest to jednak operetka, nie opera. W tym upatrujemy, że może się uda wokalnie - prawie dorównać.
Chyba nadeszła pora na zapotrzebowanie różnego rodzaju muzycznych występów, sztuk śpiewanych. Był moment, że nie było takich spektakli, a teraz jest ich całkiem sporo na wielu scenach teatralnych w Polsce.
Myślę, że po prostu po ciężkim repertuarze potrzebujemy czegoś innego, żeby przyjść i po ludzku się rozerwać i miło spędzić wieczór w teatrze, odpocząć i nie myśleć za dużo. My oczywiście próbujemy w treści przedstawić prawdziwe realia, tu też są ludzkie dramaty, o których próbujemy opowiedzieć. Sztuka jest o małżeństwie, w którym coś się wypaliło. Na szczęście okazuje się, że wcale się nie wypaliło tak do końca i potrzeba tylko odrobinę „tego pieprzu” w życiu, innego spojrzenia na siebie, żeby się sobą na nowo zauroczyć.
Bawiliście się dobrze, mimo ciężkiej pracy.
Tak, była to bardzo ciężka praca fizyczna, bo mamy też sporo układów tanecznych - poza śpiewem. Jestem jednak pewna, że będziemy to z wielką przyjemnością grać. I bardzo byśmy chcieli dać radość widzom. Serdecznie zapraszamy na naszą operetkę w gościnne progi Teatru Narodowego.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Narodowy w Warszawie, "Zemsta nietoperza" Johanna Straussa syna,
Reżyseria Michał Zadara.
Anna Grycewicz, foto K. Bieliński.
Najbliższe spektakle – 5, 6 lutego, 12 i 13 marca.
"Zemsta nietoperza" Johanna Straussa syna, to porywająca operetka wszech czasów. Jej premiera miała miejsce 5 kwietnia 1874 roku w Wiedniu. Reżyser Michał Zadara wystawia ją w Warszawie na dużej scenie Teatru Narodowego.
- "Zemsta nietoperza", jest wielkim wydarzeniem. My, granicząc z Teatrem Wielkim, porywamy się na operetkowe przedsięwzięcie i tworzymy spektakl typowo śpiewany i próbujemy sił jako śpiewacy. Ale mamy taką przewagę, że też gramy tę operetkę. Potraktowaliśmy ją bardzo poważnie aktorsko, a nie brakuje nam wokalnie bardzo uzdolnionych aktorów, którzy świetnie sobie radzą z takimi wyzwaniami – mówi w rozmowie z nami aktorka Sceny Narodowej Anna Grycewicz, wcielająca się w postać Minni.
Pracowaliście na oryginalnej partyturze, zatem dokładnie takiej, jaką napisał Johann Strauss.
Tak, wszystko jak w oryginale, a dodatkowo śpiewamy takie nutki, które zazwyczaj w przedstawieniach tej operetki są pomijane. Jak "Marianka", która u nas zabrzmi ze sceny.
Kto wpadł na taki pomysł wystawienia "Zemsty nietoperza"?
Sam reżyser Michał Zadara. Mamy nowe tłumaczenie i nowe libretto. Nowe tłumaczenie, bo chcieliśmy być jak najbliżej oryginału niemieckiego. A jak wyszło, każdy musi sam przyjść i ocenić.
Akcja przedstawienia jest przeniesiona z Wiednia do Warszawy..?
Dokładnie tak. Bawimy się tutaj, i wszystko się dzieje w naszych polskich realiach.
Kto was wokalnie przygotowywał?
Justyna Skoczek. Gra na fortepianie, dyryguje nami i orkiestrą. Zebrała specjalny zespół muzyków, którzy nam akompaniują. Jest wspaniałą osobą. Z Justyną same partie śpiewane ćwiczyliśmy od pół roku. Spotykaliśmy się co jakiś czas. Każdy był "w innych próbach", w innym rytmie pracy. Natomiast wszystko składaliśmy i pracowaliśmy nad resztą od dwóch miesięcy.
Operetka to jest słowo i śpiew, i jak wspominałaś, macie aktorską przewagę nad profesjonalnymi śpiewakami. Jednak jak z poziomem samego śpiewu?
Zgadza się, jednak nie możemy udawać, że mamy wykształcone głosy. Wokalnie nie jesteśmy śpiewakami operowymi. Pamiętajmy też, że jest to jednak operetka, nie opera. W tym upatrujemy, że może się uda wokalnie - prawie dorównać.
Chyba nadeszła pora na zapotrzebowanie różnego rodzaju muzycznych występów, sztuk śpiewanych. Był moment, że nie było takich spektakli, a teraz jest ich całkiem sporo na wielu scenach teatralnych w Polsce.
Myślę, że po prostu po ciężkim repertuarze potrzebujemy czegoś innego, żeby przyjść i po ludzku się rozerwać i miło spędzić wieczór w teatrze, odpocząć i nie myśleć za dużo. My oczywiście próbujemy w treści przedstawić prawdziwe realia, tu też są ludzkie dramaty, o których próbujemy opowiedzieć. Sztuka jest o małżeństwie, w którym coś się wypaliło. Na szczęście okazuje się, że wcale się nie wypaliło tak do końca i potrzeba tylko odrobinę „tego pieprzu” w życiu, innego spojrzenia na siebie, żeby się sobą na nowo zauroczyć.
Bawiliście się dobrze, mimo ciężkiej pracy.
Tak, była to bardzo ciężka praca fizyczna, bo mamy też sporo układów tanecznych - poza śpiewem. Jestem jednak pewna, że będziemy to z wielką przyjemnością grać. I bardzo byśmy chcieli dać radość widzom. Serdecznie zapraszamy na naszą operetkę w gościnne progi Teatru Narodowego.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Narodowy w Warszawie, "Zemsta nietoperza" Johanna Straussa syna,
Reżyseria Michał Zadara.
Anna Grycewicz, foto K. Bieliński.
Najbliższe spektakle – 5, 6 lutego, 12 i 13 marca.
czwartek, 13 grudnia 2018
Anna Grycewicz o sztuce „Kilka dziewczyn” w Teatrze Narodowym
Najnowsza premiera Teatru Narodowego w Warszawie jest o miłości, manipulacjach i zawiedzionych nadziejach. „Kilka dziewczyn” pióra Neila LaBute’a w tłumaczeniu Jacka Kaduczaka reżyseruje Bożena Suchocka.
Cztery kobiety, z którymi kiedyś związał się bohater. Erotyczny bilans? Szukanie ideału? Próby odwetu? Zmyślne intrygi czy prawdziwe wyznania? O spektaklu rozmawiamy z aktorką Sceny Narodowej Anną Grycewicz, która wciela się w jedną z tytułowych kobiet imieniem Sam.
Wszystko brzmi niezwykle intrygująco i ciekawie. Opowieść o czterech kobietach, które łączyło coś z jednym mężczyzną...
Mężczyzna zaprasza je nagle po latach, na spotkanie w pokoju hotelowym. Każda z nich decyduje się jednak na nie przyjść. Pewnie każda z innych względów, zapewne dlatego, że ów mężczyzna był dla nich ważny na pewnym etapie życia. To jest punkt wyjściowy tej sztuki.
Czy rozmowy w takiej sytuacji między tymi kobietami mogą być szczere?
Kobiety spotykają się po latach, przywołują różne wspomnienia z tamtych lat, z tego okresu. Ludzie w takich chwilach chcą dla siebie przede wszystkim być takimi jak kiedyś. Już na wstępie coś przed sobą udają, chcą lepiej się zaprezentować przed drugą osobą. Szczególnie kobiety zdają sobie sprawę z upływu lat, że się starzeją, że wyglądają mniej atrakcyjnie. Nagle przed sobą mają kogoś, kto osiągnął pewien sukces - został pisarzem. Bohaterkę, którą gram - postać Sam - została w małym miasteczku, nie udało jej się zrealizować wielkich celów. Nie osiągnęła sukcesu. Ona już na wstępie czuje się kimś gorszym. Rzecz jasna, nie chce tego pokazać, przyznać się do porażki. Jest to bardzo ciekawy punkt wyjścia do jej historii.
Miejsce spotkania, pokój hotelowy, wymyśla mężczyzna?
Tak, on rozsyła wiadomości do tych kobiet, a one tak na prawdę nie wiedzą, dlaczego chce się z nimi spotkać. Mają nadzieję pewnie, że zechce je przeprosić, być może za to, co się kiedyś stało. W niektórych przypadkach, mają nadzieję na to, że może zechce do nich wrócić? Może coś jeszcze się tli w jego sercu.
Czy te kobiety się znają?
Słyszały o sobie, z różnych etapów życia mężczyzny. Jednak nigdy się nie spotkały, nie widziały się. Czy będą ze sobą rozmawiać?, jak to spotkanie się potoczy? - tego nie będę zdradzać. Zapraszamy na spektakl. Sztuka bardzo współczesna, oparta na codziennych, życiowych relacjach. Dlatego cieszę się, że jest to na małej scenie, bardziej odda nastrój. Jesteśmy tu blisko z widzem, i te niuanse, myślę, że na tej scenie będą widoczne.
Jak długo się przygotowywaliście do premiery?
Próby trwały dwa miesiące. Dobrze nam się pracowało. Panią reżyser poznałam już na studiach. Jak Pani Zofia Kucówna przestała być opiekunem naszego roku, wtedy właśnie reżyser Bożena Suchocka objęła nasz rok. I od tamtej pory - a jestem już w teatrze 16 lat - nie miałyśmy okazji razem pracować. Jest to bardzo ciekawe spotkanie po latach. Cieszę się, że mnie wybrała do spektaklu. Nie oczekiwałam tego, nie liczyłam na to, a jest to bardzo miłe.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Narodowy w Warszawie, „Kilka dziewczyn”, reż. Bożena Suchocka
foto Tomasz Urbanek
Najbliższe spektakle – 11, 12 i 13 stycznia
Cztery kobiety, z którymi kiedyś związał się bohater. Erotyczny bilans? Szukanie ideału? Próby odwetu? Zmyślne intrygi czy prawdziwe wyznania? O spektaklu rozmawiamy z aktorką Sceny Narodowej Anną Grycewicz, która wciela się w jedną z tytułowych kobiet imieniem Sam.
Wszystko brzmi niezwykle intrygująco i ciekawie. Opowieść o czterech kobietach, które łączyło coś z jednym mężczyzną...
Mężczyzna zaprasza je nagle po latach, na spotkanie w pokoju hotelowym. Każda z nich decyduje się jednak na nie przyjść. Pewnie każda z innych względów, zapewne dlatego, że ów mężczyzna był dla nich ważny na pewnym etapie życia. To jest punkt wyjściowy tej sztuki.
Czy rozmowy w takiej sytuacji między tymi kobietami mogą być szczere?
Kobiety spotykają się po latach, przywołują różne wspomnienia z tamtych lat, z tego okresu. Ludzie w takich chwilach chcą dla siebie przede wszystkim być takimi jak kiedyś. Już na wstępie coś przed sobą udają, chcą lepiej się zaprezentować przed drugą osobą. Szczególnie kobiety zdają sobie sprawę z upływu lat, że się starzeją, że wyglądają mniej atrakcyjnie. Nagle przed sobą mają kogoś, kto osiągnął pewien sukces - został pisarzem. Bohaterkę, którą gram - postać Sam - została w małym miasteczku, nie udało jej się zrealizować wielkich celów. Nie osiągnęła sukcesu. Ona już na wstępie czuje się kimś gorszym. Rzecz jasna, nie chce tego pokazać, przyznać się do porażki. Jest to bardzo ciekawy punkt wyjścia do jej historii.
Miejsce spotkania, pokój hotelowy, wymyśla mężczyzna?
Tak, on rozsyła wiadomości do tych kobiet, a one tak na prawdę nie wiedzą, dlaczego chce się z nimi spotkać. Mają nadzieję pewnie, że zechce je przeprosić, być może za to, co się kiedyś stało. W niektórych przypadkach, mają nadzieję na to, że może zechce do nich wrócić? Może coś jeszcze się tli w jego sercu.
Czy te kobiety się znają?
Słyszały o sobie, z różnych etapów życia mężczyzny. Jednak nigdy się nie spotkały, nie widziały się. Czy będą ze sobą rozmawiać?, jak to spotkanie się potoczy? - tego nie będę zdradzać. Zapraszamy na spektakl. Sztuka bardzo współczesna, oparta na codziennych, życiowych relacjach. Dlatego cieszę się, że jest to na małej scenie, bardziej odda nastrój. Jesteśmy tu blisko z widzem, i te niuanse, myślę, że na tej scenie będą widoczne.
Jak długo się przygotowywaliście do premiery?
Próby trwały dwa miesiące. Dobrze nam się pracowało. Panią reżyser poznałam już na studiach. Jak Pani Zofia Kucówna przestała być opiekunem naszego roku, wtedy właśnie reżyser Bożena Suchocka objęła nasz rok. I od tamtej pory - a jestem już w teatrze 16 lat - nie miałyśmy okazji razem pracować. Jest to bardzo ciekawe spotkanie po latach. Cieszę się, że mnie wybrała do spektaklu. Nie oczekiwałam tego, nie liczyłam na to, a jest to bardzo miłe.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Narodowy w Warszawie, „Kilka dziewczyn”, reż. Bożena Suchocka
foto Tomasz Urbanek
Najbliższe spektakle – 11, 12 i 13 stycznia
piątek, 7 grudnia 2018
Katarzyna Łochowska: Warto przyjść na „Fantazję polską”
Najnowsza premiera Teatru Ateneum w Warszawie „Fantazja polska” jest komedią historyczną. Z wielką czułością przedstawia swoich bohaterów chorujących na polskość. W zabawny, lekko ironiczny sposób pokazuje kulisy historycznych wydarzeń, których bohaterem był Ignacy Jan Paderewski, największy celebryta swoich czasów, ale co najważniejsze wielki Polak i patriota. Opowiada o słynnym tournée z koncertami w Stanach Zjednoczonych oraz staraniach muzyka i polityka o poparcie prezydenta Wilsona dla sprawy niepodległości Polski. Nie jest jednak pomnikiem wystawionym ku czci artysty i muzyka, ale podszytą żartem opowieścią o zakulisowych mechanizmach rządzących wielką polityką, o drobiazgach i przypadkach, które mają na nią wpływ, w końcu o doniosłym wpływie kobiet na świat. Spektakl wyreżyserował Andrzej Strzelecki. W postać Ignacego Jana Paderewskiego wciela się Krzysztof Tyniec.
My natomiast rozmawiamy z aktorką Teatru Ateneum Katarzyną Łochowską, która gra żonę prezydenta Stanów Zjednoczonych - Edith Bolling Galt Wilson.
Jakie są pierwsze odczucia, które towarzyszą Wam aktorom po pracy nad „Fantazją polską”?
W tej chwili jestem nieobiektywna kompletnie. W tym, co ja czuję i rozumiem, to jest troszeczkę na poważnie, ale z taką wrażliwością współczesnego autora. Przymrużenie oka nie jest w tym przypadku dobrym określeniem. Bardziej nazwałabym to czymś w rodzaju lekkości. Jak bardzo ważna jest w życiu rola przypadków. Jak wiele w wielkich sprawach zależy od małych spraw. Od czegoś, co jest w naszym rozumieniu i teraz i wtedy, kompletnie rzeczą nieistotną, albo przynajmniej drugoplanową. Jak bardzo z jednej strony - my - jesteśmy zależni od jakiegoś giganta, kolosa, który ma siłę i władzę, by pokierować naszym losem. A z drugiej strony - i to jest genialne i znakomicie pokazane - przez Krzysztofa Tyńca - jak wielka siła jest w nas, która pozwala nam wyjść z sytuacji bez wyjścia. I czasami też powstaje refleksja - właściwie mało który naród - ma taki gen (bo dużo się mówi o naszej martyrologii) - mam na myśli taki gen ocalenia, gen sprytu, potrzeby wyjścia z trudnej sytuacji, przełamania impasu. Też jest to fantastyczna sztuka, która pokazuje siłę kobiet, i o tym jak kobiety mogą być napędem, zarówno pozytywnym, jak i negatywnym całej tej światowej machiny. Mnie to cieszy i wzrusza, bo to jest takie spojrzenie, które nie jest częste.
Warto przyjść do teatru i przekonać się na własne oczy...
Właśnie tak, warto obejrzeć ten spektakl. Mamy tu piękne role, piękne stroje. Trzeba wspomnieć o artystach z naszych pracowni, bo to są wspaniali artyści z pracowni krawieckich, fryzjerskich, prawdziwi mistrzowie. Charakteryzacja Krzysztofa Tyńca przeszła nasze oczekiwania. Wchodząc na scenę, nie ma się wrażenia, że mamy do czynienia z przebranym, ucharakteryzowanym człowiekiem. To jest niesamowita przyjemność. Mam nadzieję, że w naszym spektaklu widzowie odkryją duże skarby aktorskie. To też jest ciekawe, że mamy postaci, o których my nie wiemy nic, albo wiemy bardzo mało. Marcelina Sembrich Kochańska, którą gra Ewa Telega, to była Maria Callas tamtych czasów. Absolutnie gigantyczna gwiazda. Nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy. To była kobieta, która przez kilkanaście sezonów grała w Metropolitan Opera, czyli wyżyny wyżyn.
Do czegoś nam się te wielkie obchody niepodległościowe przydały. Poznajemy wielkich Polaków. Odkrywamy ich często na nowo i możemy cieszyć się znakomitą kulturą.
Zgadza się, większość ludzi o naszym wielkim kompozytorze i polityku usłyszała może kilka tygodni temu. To wielka postać, której absolutnie nie da się przecenić. Podobno cechowała go wielka intuicja, taka na granicy mistycyzmu w stosunku do ludzi. Rosjanie mają takie powiedzenie, że utalentowany człowiek jest utalentowany we wszystkim, coś w tym jest. Paderewski jest takim przypadkiem.
Reżyser Andrzej Strzelecki powiedział, że nie chciał wystawiać żadnych pomników. Jak zatem jest przedstawiony Ignacy Jan Paderewski?
I nie wystawił. Jest to jednak taka postać, która mnie - mimo, że byłam na każdym etapie prób - bardzo porusza. Mimo, że jest grana bardzo szlachetnymi, skromnymi środkami, to mocno trafia do serca. Nie każda wielkość porusza człowieka. Możemy podziwiać, możemy się zachwycać, ale nie zawsze jesteśmy poruszeni.
Jaki okres z życia Paderewskiego jest w sztuce przedstawiony?
Mamy w spektaklu kilka rozdziałów z życia Paderewskiego. Gdy jest w Stanach Zjednoczonych z koncertami, ale robi tam rzecz niezwykłą - dobija się tam do osób największych rangą w państwie, do płk. House’a, który był szarą eminencją w Białym Domu, a przez niego dociera do prezydenta Wilsona, który był Paderewskim oczarowany. Paderewski miał o każdej porze dnia i nocy wejście do Białego Domu. Podejrzewam, że takich ludzi w historii USA, a do tego cudzoziemców nie było zbyt wielu. On tego dokonał - czarem, talentem, charyzmą. Miał ogromny wkład, znaczącą cegiełkę w odzyskaniu niepodległości.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Ateneum w Warszawie, „Fantazja polska”, reż. Andrzej Strzelecki, Katarzyna Łochowska, foto Bartek Warzecha
Najbliższe spektakle – 29, 30 i 31 grudnia
My natomiast rozmawiamy z aktorką Teatru Ateneum Katarzyną Łochowską, która gra żonę prezydenta Stanów Zjednoczonych - Edith Bolling Galt Wilson.
Jakie są pierwsze odczucia, które towarzyszą Wam aktorom po pracy nad „Fantazją polską”?
W tej chwili jestem nieobiektywna kompletnie. W tym, co ja czuję i rozumiem, to jest troszeczkę na poważnie, ale z taką wrażliwością współczesnego autora. Przymrużenie oka nie jest w tym przypadku dobrym określeniem. Bardziej nazwałabym to czymś w rodzaju lekkości. Jak bardzo ważna jest w życiu rola przypadków. Jak wiele w wielkich sprawach zależy od małych spraw. Od czegoś, co jest w naszym rozumieniu i teraz i wtedy, kompletnie rzeczą nieistotną, albo przynajmniej drugoplanową. Jak bardzo z jednej strony - my - jesteśmy zależni od jakiegoś giganta, kolosa, który ma siłę i władzę, by pokierować naszym losem. A z drugiej strony - i to jest genialne i znakomicie pokazane - przez Krzysztofa Tyńca - jak wielka siła jest w nas, która pozwala nam wyjść z sytuacji bez wyjścia. I czasami też powstaje refleksja - właściwie mało który naród - ma taki gen (bo dużo się mówi o naszej martyrologii) - mam na myśli taki gen ocalenia, gen sprytu, potrzeby wyjścia z trudnej sytuacji, przełamania impasu. Też jest to fantastyczna sztuka, która pokazuje siłę kobiet, i o tym jak kobiety mogą być napędem, zarówno pozytywnym, jak i negatywnym całej tej światowej machiny. Mnie to cieszy i wzrusza, bo to jest takie spojrzenie, które nie jest częste.
Warto przyjść do teatru i przekonać się na własne oczy...
Właśnie tak, warto obejrzeć ten spektakl. Mamy tu piękne role, piękne stroje. Trzeba wspomnieć o artystach z naszych pracowni, bo to są wspaniali artyści z pracowni krawieckich, fryzjerskich, prawdziwi mistrzowie. Charakteryzacja Krzysztofa Tyńca przeszła nasze oczekiwania. Wchodząc na scenę, nie ma się wrażenia, że mamy do czynienia z przebranym, ucharakteryzowanym człowiekiem. To jest niesamowita przyjemność. Mam nadzieję, że w naszym spektaklu widzowie odkryją duże skarby aktorskie. To też jest ciekawe, że mamy postaci, o których my nie wiemy nic, albo wiemy bardzo mało. Marcelina Sembrich Kochańska, którą gra Ewa Telega, to była Maria Callas tamtych czasów. Absolutnie gigantyczna gwiazda. Nawet nie zdajemy sobie z tego sprawy. To była kobieta, która przez kilkanaście sezonów grała w Metropolitan Opera, czyli wyżyny wyżyn.
Do czegoś nam się te wielkie obchody niepodległościowe przydały. Poznajemy wielkich Polaków. Odkrywamy ich często na nowo i możemy cieszyć się znakomitą kulturą.
Zgadza się, większość ludzi o naszym wielkim kompozytorze i polityku usłyszała może kilka tygodni temu. To wielka postać, której absolutnie nie da się przecenić. Podobno cechowała go wielka intuicja, taka na granicy mistycyzmu w stosunku do ludzi. Rosjanie mają takie powiedzenie, że utalentowany człowiek jest utalentowany we wszystkim, coś w tym jest. Paderewski jest takim przypadkiem.
Reżyser Andrzej Strzelecki powiedział, że nie chciał wystawiać żadnych pomników. Jak zatem jest przedstawiony Ignacy Jan Paderewski?
I nie wystawił. Jest to jednak taka postać, która mnie - mimo, że byłam na każdym etapie prób - bardzo porusza. Mimo, że jest grana bardzo szlachetnymi, skromnymi środkami, to mocno trafia do serca. Nie każda wielkość porusza człowieka. Możemy podziwiać, możemy się zachwycać, ale nie zawsze jesteśmy poruszeni.
Jaki okres z życia Paderewskiego jest w sztuce przedstawiony?
Mamy w spektaklu kilka rozdziałów z życia Paderewskiego. Gdy jest w Stanach Zjednoczonych z koncertami, ale robi tam rzecz niezwykłą - dobija się tam do osób największych rangą w państwie, do płk. House’a, który był szarą eminencją w Białym Domu, a przez niego dociera do prezydenta Wilsona, który był Paderewskim oczarowany. Paderewski miał o każdej porze dnia i nocy wejście do Białego Domu. Podejrzewam, że takich ludzi w historii USA, a do tego cudzoziemców nie było zbyt wielu. On tego dokonał - czarem, talentem, charyzmą. Miał ogromny wkład, znaczącą cegiełkę w odzyskaniu niepodległości.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Ateneum w Warszawie, „Fantazja polska”, reż. Andrzej Strzelecki, Katarzyna Łochowska, foto Bartek Warzecha
Najbliższe spektakle – 29, 30 i 31 grudnia
poniedziałek, 3 grudnia 2018
Krzysztof Kwiatkowski: „Nasz spektakl ma szansę porwać widownię”
Saturnin Mazurkiewicz – stateczny mecenas z Radomia, wdowiec na wydaniu, założyciel i prezes Towarzystwa Krzewienia Dobrych Obyczajów i Walki z Zarazą Moralną oraz jego syn Kazio – początkujący dramaturg, afrykanista hobbysta ruszają w podróż do stolicy, gdzie teatrzyk Arkadia wystawia debiutancką sztukę Kazia pt. „Żołnierz królowej Madagaskaru”. Można się rozmarzyć... Warszawa międzywojenna, urokliwa i szalona. Piękne panie, kabarety, nocne życie. I słynne powiedzenie – Bój się Boga, Mazurkiewicz!
W nagraniu muzyki do spektaklu udział wzięła Orkiestra Sinfonia Viva.
W postać Kazia wcielił się aktor Teatru Polskiego – Krzysztof Kwiatkowski, z którym rozmawiamy o najnowszej premierze Teatru Polskiego w Warszawie – „Żołnierz królowej Madagaskaru”.
Siła i moc sprawcza teatru jest wielka – można się przenieść w te cudowne czasy. Zapowiada się wyśmienita zabawa. Wspaniała choreografia, scenografia, przepiękne kostiumy...
Nic dodać, nic ująć - dużo czaru i uroku, i z wielką przyjemnością wchodzi się w tamtą epokę i w tę przestrzeń. Słynne powiedzenie autora naszej sztuki Juliana Tuwima - Bój się Boga, Mazurkiewicz! – cały czas bawi. To dowcipne powiedzenie zna prawie każdy z nas, mimo że nie każdy wie, skąd ono pochodzi. Znałem to zdanie od małego, ale nie wiedziałem, o co chodzi, kto je wypowiada. Nasz spektakl jest drugą wersją oryginału [XIX-wieczną farsę Stanisława Dobrzańskiego w latach 30. XX wieku Julian Tuwim opracował w formie śpiewogry – przyp. MG] - bardzo fajną, cenną, puentującą i zabawną. Praca nad tym przedstawieniem to była przyjemność – rozpoczął rozmowę z nami Krzysztof Kwiatkowski.
Jak zachęcić, przyciągnąć młodego widza, jak podejść do tego, aby pokazać co w tym przedstawieniu jest najlepsze i najbardziej wartościowe?
To jest komedia muzyczna, oparta na przedwojennym wodewilu. Najważniejszą sprawą jest tu - oprócz zabawnych scenek, czy wesołych perypetii bohaterów - warstwa muzyczna i choreograficzna. W naszym przypadku Krzysztof Herdzin troszeczkę przearanżował te utwory. Są kanonami, jeśli chodzi o polskie szlagiery. Słyszeliśmy te piosenki, gdzieś to się każdemu obiło o uszy. Tango „Pantera”, czy „Madagaskar”, to takie piosenki, które każdy gdzieś w swoim życiu słyszał. Krzysztof Herdzin bardziej je uwspółcześnił. Dodał niektórym utworom feelingu swingowo-jazzowego, który by bardziej pasował do kabaretu, teatrzyku kameralnego z taką muzyką. Wydaje mi się, że jest to bardzo duży plus, właśnie to uwspółcześnienie muzyki. Do tego świetna choreografia, a dziewczyny fantastycznie tańczą. Wierzę, że to wszystko ma szansę porwać widza w każdym wieku. To jest bardzo pozytywna krotochwila, akurat na jesienno-zimowe wieczory.
Niezwykle miło się na was patrzy, to też jest ważne, żeby mieć przyjemność ze słuchania i z patrzenia. Całość tak ładnie wygląda.
To jest przede wszystkim, jak powiedzieliśmy - lekkie, łatwe i przyjemne. Może nie tak łatwe, bo sama historia miłosna jest dosyć dramatyczna. Fabuła jest fredrowska, nawet jest momentami farsowo. Oczywiście nie brakuje fragmentów, gdzie jest poważniej i tak ma być. Ale są sceny napisane stricte farsowo, właśnie tak po fredrowsku. My w to idziemy, nie boimy się, i mamy nadzieję, że to zda egzamin.
Mamy do czynienia z renesansem przedstawień muzycznych. Długo nic w tej dziedzinie się nie działo, a obecnie jest w czym wybierać. Wiele teatrów ma coś muzycznego w swoich repertuarach.
Mnie się wydaje, że mamy dosyć trudnego repertuaru, ciężkiego kalibru. Czasami każdy z nas ma ochotę rozerwać się, posłuchać dobrej muzyki, obejrzeć dobrą choreografię. Popatrzeć na piękne panie, piękne tancerki, i nawet obejrzeć kankana, świetnie wyreżyserowanego przez Agnieszkę Brańską w naszym spektaklu. Wydaje mi się, że jest to pozycja typowo rozrywkowa, która będzie bawiła widza.
Łatwiej zagrać komedię czy tragedię?
Dla mnie komedia jest zdecydowanie trudniejsza. Aktor ma świadomość, że widz nie wybacza błędów. Trzeba mieć ucho komediowe, wyłapywać tempo, rytmy, podawać puenty. To jest bardzo trudny element warsztatu, który jest tu niebywale ważny. Tego też trzeba się nauczyć. A nie każdy umie śpiewać, nie każdy umie tańczyć.
Zawsze można zagrać, że się śpiewa - to jest nasz aktorski sposób na śpiewanie - granie, że się śpiewa – z uśmiechem mówi Krzysztof Kwiatkowski. – I oczywiście zapraszam na spektakl do Teatru Polskiego – szybko dodaje.
Rozmawiała: Małgorzata Gotowiec
Teatr Polski w Warszawie, „Żołnierz królowej Madagaskaru”, reż. Krzysztof Jasiński
Najbliższe spektakle – 9, 10, 11, 12, 13 stycznia 2019 roku
poniedziałek, 22 października 2018
Sylwia Zmitrowicz: „Emocje w teatrze są bardzo ważne”
„Antygona” - grecka tragedia Sofoklesa, arcydzieło dramaturgii światowej. Kiedyś lektura obowiązkowa, dziś jedynie uzupełniająca – niezwykle mądra, poruszająca cały czas aktualne tematy. Sofokles opisał w sztuce historię Antygony – młodej dziewczyny, która wbrew zakazowi, postanawia pochować ciało swojego zmarłego brata. Jej postawa to symbol odwagi i buntu wobec władzy, tyranii i bezsensownych nakazów prawa. W sztuce mamy też Ismenę - druga siostra zmarłego Polinika jest w przeciwieństwie do Antygony uosobieniem łagodności i pokory. Dla każdego pokolenia postawa Antygony staje się wyzwaniem. Pozostaje wciąż aktualne i zasadne pytanie, co dla współczesnego świata wynika z postawy Antygony. Kto ma rację? Postawa której z sióstr jest godna naśladowania?
Współczesną inscenizację „Antygony” w Teatrze Ateneum w Warszawie przygotowała reżyserka Agnieszka Korytkowska. Obsada przedstawienia łączy cztery pokolenia aktorskie tego niezwykle lubianego Teatru nad Wisłą. Antygonę gra Paulina Gałązka, Ismenę – Katarzyna Ucherska. Spektakl przygotowano w roku jubileuszowym 90-lecia Teatru Ateneum.
O najnowszej premierze Ateneum rozmawiamy z Sylwią Zmitrowicz, grającą Eurydykę.
Sylwia Zmitrowicz związała się z Teatrem Ateneum w 1996 roku, tuż po ukończeniu Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie. Ma na swoim koncie prawie 20 ról zagranych na tych deskach teatralnych. Cztery lata temu zdecydowała się na odejście i spróbowanie sił w innych teatrach. Dziś, w „Antygonie” wraca na swoje „stare śmieci”.
- Cztery lata temu świadoma swojej decyzji odeszłam z Ateneum, ale teraz bardzo się ucieszyłam z propozycji, jaką otrzymałam, aby ponownie zagrać na deskach w Warszawie – mówi w rozmowie z nami Sylwia Zmitrowicz. - Nie ukrywam, że było to dla mnie zaskoczenie. Myślałam, że ludzie już o mnie zapomnieli. Cieszę się z tego, że pomyślano właśnie o mnie, obsadzając tę rolę.
Jaka będzie najnowsza „Antygona”?
Myślę, że relacje międzyludzkie, które miały miejsce tysiąc lat temu, są aktualne także i dziś. W naszych czasach też są Antygony, które wbrew wszystkiemu, ale za sprawą serca, dokonują trudnych wyborów, bez względu na konsekwencje. Są gotowe nawet stracić życie. Podejmują walkę z serca i to sprawia, że kobiety mają taką moc. I coraz bardziej widzimy, że ta moc, która w nas jest i była zawsze, wychodzi na zewnątrz - i to jest wspaniałe.
Jak trafić do szerokiej publiczności?
Spektakl stawia na relacje międzyludzkie. Postać Eurydyki starałam się zbudować z emocji. To, przez co przeszła, ile straciła - a straciła wszystkie swoje dzieci - straciła wszystko, w wystarczający sposób opisuje dramat tej kobiety.
Jak się pracowało nad spektaklem?
Praca była intensywna i ekscytująca przez wzgląd na mocną obsadę. Kasia, Paulina, Marysia, Przemek, Wojtek, Adrian i Henryk – to wspaniali ludzie. Wspieraliśmy się w pracy, atmosfera była po prostu znakomita i rodzinna.
Fragmenty, jakie zobaczyliśmy podczas próby dla mediów, mają w sobie ogromną porcję emocji. Mimo, że wyrwane z całości, a chwytają za serce.
Pragnęliśmy wszyscy, żeby spektakl opierał się na ekstremalnych emocjach, takich jakie opisał autor. Bardzo odpowiada mi ten kierunek poszukiwań w teatrze. Jako aktorce i jako widzowi.
Jakie były te ostatnie cztery lata?
Byłam przez półtora sezonu w teatrze w Opolu. Trafiłam tam, gdyż chciałam się rozwijać, chciałam spróbować czegoś nowego, na tym mi bardzo zależało. W Opolu pracowałam z Mają Kleczewską, Jędrzejem Piaskowskim, Cezarym Tomaszewskim, Pawłem Świątkiem. Była to fascynująca przygoda. Rok temu do Bydgoszczy zaprosił mnie znakomity reżyser Michał Siegoczyński - zrobiliśmy spektakl o Beksińskich. Powierzył mi rolę Zosi Beksińskiej. Była to bardzo ciężka praca - poszukiwanie postaci, która jest moim przeciwieństwem. Znakomite doświadczenie. Praca również ze wspaniałymi ludźmi. Sztuka zyskała bardzo dobry odbiór. Cały czas jest grana, teraz od listopada ponownie wraca na deski po letniej przerwie. A teraz cieszę się, że mogę gościnnie występować w moim Ateneum i oczywiście zapraszam na spektakl.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Ateneum w Warszawie, „Antygona”, Sylwia Zmitrowicz, foto Bartek Warzecha i Diana Domin (sztuka „Bliżej”).
Najbliższe przedstawienia „Antygony” – 8, 9, 10 listopada
Współczesną inscenizację „Antygony” w Teatrze Ateneum w Warszawie przygotowała reżyserka Agnieszka Korytkowska. Obsada przedstawienia łączy cztery pokolenia aktorskie tego niezwykle lubianego Teatru nad Wisłą. Antygonę gra Paulina Gałązka, Ismenę – Katarzyna Ucherska. Spektakl przygotowano w roku jubileuszowym 90-lecia Teatru Ateneum.
O najnowszej premierze Ateneum rozmawiamy z Sylwią Zmitrowicz, grającą Eurydykę.
Sylwia Zmitrowicz związała się z Teatrem Ateneum w 1996 roku, tuż po ukończeniu Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie. Ma na swoim koncie prawie 20 ról zagranych na tych deskach teatralnych. Cztery lata temu zdecydowała się na odejście i spróbowanie sił w innych teatrach. Dziś, w „Antygonie” wraca na swoje „stare śmieci”.
- Cztery lata temu świadoma swojej decyzji odeszłam z Ateneum, ale teraz bardzo się ucieszyłam z propozycji, jaką otrzymałam, aby ponownie zagrać na deskach w Warszawie – mówi w rozmowie z nami Sylwia Zmitrowicz. - Nie ukrywam, że było to dla mnie zaskoczenie. Myślałam, że ludzie już o mnie zapomnieli. Cieszę się z tego, że pomyślano właśnie o mnie, obsadzając tę rolę.
Jaka będzie najnowsza „Antygona”?
Myślę, że relacje międzyludzkie, które miały miejsce tysiąc lat temu, są aktualne także i dziś. W naszych czasach też są Antygony, które wbrew wszystkiemu, ale za sprawą serca, dokonują trudnych wyborów, bez względu na konsekwencje. Są gotowe nawet stracić życie. Podejmują walkę z serca i to sprawia, że kobiety mają taką moc. I coraz bardziej widzimy, że ta moc, która w nas jest i była zawsze, wychodzi na zewnątrz - i to jest wspaniałe.
Jak trafić do szerokiej publiczności?
Spektakl stawia na relacje międzyludzkie. Postać Eurydyki starałam się zbudować z emocji. To, przez co przeszła, ile straciła - a straciła wszystkie swoje dzieci - straciła wszystko, w wystarczający sposób opisuje dramat tej kobiety.
Jak się pracowało nad spektaklem?
Praca była intensywna i ekscytująca przez wzgląd na mocną obsadę. Kasia, Paulina, Marysia, Przemek, Wojtek, Adrian i Henryk – to wspaniali ludzie. Wspieraliśmy się w pracy, atmosfera była po prostu znakomita i rodzinna.
Fragmenty, jakie zobaczyliśmy podczas próby dla mediów, mają w sobie ogromną porcję emocji. Mimo, że wyrwane z całości, a chwytają za serce.
Pragnęliśmy wszyscy, żeby spektakl opierał się na ekstremalnych emocjach, takich jakie opisał autor. Bardzo odpowiada mi ten kierunek poszukiwań w teatrze. Jako aktorce i jako widzowi.
Jakie były te ostatnie cztery lata?
Byłam przez półtora sezonu w teatrze w Opolu. Trafiłam tam, gdyż chciałam się rozwijać, chciałam spróbować czegoś nowego, na tym mi bardzo zależało. W Opolu pracowałam z Mają Kleczewską, Jędrzejem Piaskowskim, Cezarym Tomaszewskim, Pawłem Świątkiem. Była to fascynująca przygoda. Rok temu do Bydgoszczy zaprosił mnie znakomity reżyser Michał Siegoczyński - zrobiliśmy spektakl o Beksińskich. Powierzył mi rolę Zosi Beksińskiej. Była to bardzo ciężka praca - poszukiwanie postaci, która jest moim przeciwieństwem. Znakomite doświadczenie. Praca również ze wspaniałymi ludźmi. Sztuka zyskała bardzo dobry odbiór. Cały czas jest grana, teraz od listopada ponownie wraca na deski po letniej przerwie. A teraz cieszę się, że mogę gościnnie występować w moim Ateneum i oczywiście zapraszam na spektakl.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Ateneum w Warszawie, „Antygona”, Sylwia Zmitrowicz, foto Bartek Warzecha i Diana Domin (sztuka „Bliżej”).
Najbliższe przedstawienia „Antygony” – 8, 9, 10 listopada
wtorek, 11 września 2018
Justyna Kowalska o najnowszej premierze „Tchnienie” w Teatrze Narodowym
Teatr Narodowy w Warszawie już na inaugurację sezonu oferuje swoim widzom niezwykle interesująco zapowiadającą się premierę. Od 8 września możemy oglądać spektakl „Tchnienie” na Scenie Studio. Historia miłości dwójki młodych ludzi, czyli jak odnaleźć się we Wszechświecie. „Tchnienie” pióra Duncana Macmillana to reżyserski debiut znakomitego aktora Teatru Narodowego Grzegorza Małeckiego na zawodowej scenie.
Na pustej scenie zobaczymy Justynę Kowalską i Mateusza Rusina. – To ogromne wyzwanie dla aktora – mówi w rozmowie z nami młodziutka aktorka Sceny Narodowej Justyna Kowalska.
Akademię Teatralną skończyłaś zaledwie dwa lata temu, a grasz już w trzeciej sztuce. Wymarzony start dla młodego aktora.
To prawda. Zagrałam w „Opowieści Zimowej” Szekspira i „Idiocie” Dostojewskiego, ale gra w „Tchnieniu” jest moją pierwszą naprawdę dużą rolą. Nie ma tu rekwizytów, nie ma typowej scenografii ani kostiumów, nie ma też świateł - nie gra się łatwo w takich warunkach. To spore wyzwanie dla aktorów. Jesteśmy zdani tylko na siebie i to jest dla nas znakomita lekcja. W tym jest też coś cudownego i coś przerażającego zarazem, bo albo dotrzemy razem na szczyt, albo na dno. Trzeba mocno wysilić wyobraźnię. Ważne jest to, aby też nie „przewalić” - mówiąc kolokwialnie - w którąś ze stron. Zależy nam na tym, aby wyrażane przez nas przeżycia i emocje były pokazane bardzo prawdziwie, zagrane od siebie, bardzo naturalne. Ale jednocześnie, żeby mogły stworzyć i pokazać widzowi pełny obraz tego świata na tej czarnej, pustej scenie - to jest bardzo trudne.
Scena Studio ma coś w sobie.
Jest bardzo wdzięczna, intymna, kameralna. Nie widać też za bardzo widza, a przecież wiemy, że publiczność siedzi blisko, jest tuż, tuż. Głos nie musi być też bardzo wysilony. Powiem, że jest tak domowo.
Poznałaś wszystkie trzy sceny Teatru Narodowego, która najbardziej Ci odpowiada?
Zdecydowanie właśnie Scena Studio. Odpowiada mi jej kameralność. Jest tu takie niuansowanie, gdyż na Scenie Bogusławskiego, która jest wspaniała i niesamowita - tak jest w „Opowieści Zimowej” - działają zapadnie i widać ogromne możliwości tej sceny - ale jednocześnie trzeba mieć ogarnięty każdy jej centymetr, żeby gdzieś nie wpaść. Scena ta jest bardziej reprezentacyjna, taka do pokazania się światu, że tak powiem „na wynos”. Studio jest bardzo „przy sobie”, jest bardzo naturalnie.
Jak się pracowało z Mateuszem Rusinem oraz debiutującym w roli reżysera Grzegorzem Małeckim?
Panowie są bardzo czuli, zarówno jeden, jak i drugi. Mateusz jest wspaniałym partnerem na scenie, graliśmy już razem wcześniej i bardzo dobrze się rozumiemy. Mamy do siebie zaufanie, znamy swoją energię. Nawzajem wyczuwamy się tam, gdzie to jest konieczne, mamy wspólną chemię, to bardzo pomaga. A Grzegorz jako reżyser - może dlatego, że też jest aktorem - jest bardzo wyrozumiały, wrażliwy i otwarty na dialog. Uważnie słucha tego, co mamy do powiedzenia, z czym się dobrze czujemy. Na co dzień też jest takim człowiekiem - i to jest jego najpiękniejsza cecha. Jest jednocześnie zdecydowany, ma wizję sztuki i wie, co chce osiągnąć, ale robi to naprawdę spokojnie, nie dokłada stresu.
Sztuka jest o życiu, o dwójce młodych ludzi...
Sztuka jest o miłości. Dwoje młodych ludzi stara się o dziecko. Zastanawiają się nad tym, czy w ogóle można mieć dziecko w dzisiejszych czasach, co to za sobą niesie. Stawiają sobie bardzo dużo trudnych pytań. Grzegorz powiedział na początku, że ta sztuka to jest moralitet. Średniowieczny moralitet. Nie udziela odpowiedzi, bo odpowiedzi mogą udzielić tylko państwo z widowni po spektaklu, o ile w ogóle można jednoznacznie odpowiedzieć na takie pytania. Jest bardzo dużo o planecie, o śladzie węglowym, o dwutlenku węgla, o zmianach, jakie występują teraz na świecie. Mamy do czynienia ze zderzeniem mikrokosmosu z makrokosmosem. Z jednej strony jest planeta, Wszechświat, a z drugiej dwoje młodych ludzi, którzy się kochają, mają swój dom, i o coś się spierają, rozstają się i wracają do siebie. Jest to zderzenie moim zdaniem okrutne i cudowne zarazem. Spotkanie dwóch światów, które ze sobą korespondują i ciągle ze sobą się przeplatają.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Narodowy w Warszawie, "Tchnienie", Justyna Kowalska, foto: Zbigniew Lisiecki
Na pustej scenie zobaczymy Justynę Kowalską i Mateusza Rusina. – To ogromne wyzwanie dla aktora – mówi w rozmowie z nami młodziutka aktorka Sceny Narodowej Justyna Kowalska.
Akademię Teatralną skończyłaś zaledwie dwa lata temu, a grasz już w trzeciej sztuce. Wymarzony start dla młodego aktora.
To prawda. Zagrałam w „Opowieści Zimowej” Szekspira i „Idiocie” Dostojewskiego, ale gra w „Tchnieniu” jest moją pierwszą naprawdę dużą rolą. Nie ma tu rekwizytów, nie ma typowej scenografii ani kostiumów, nie ma też świateł - nie gra się łatwo w takich warunkach. To spore wyzwanie dla aktorów. Jesteśmy zdani tylko na siebie i to jest dla nas znakomita lekcja. W tym jest też coś cudownego i coś przerażającego zarazem, bo albo dotrzemy razem na szczyt, albo na dno. Trzeba mocno wysilić wyobraźnię. Ważne jest to, aby też nie „przewalić” - mówiąc kolokwialnie - w którąś ze stron. Zależy nam na tym, aby wyrażane przez nas przeżycia i emocje były pokazane bardzo prawdziwie, zagrane od siebie, bardzo naturalne. Ale jednocześnie, żeby mogły stworzyć i pokazać widzowi pełny obraz tego świata na tej czarnej, pustej scenie - to jest bardzo trudne.
Scena Studio ma coś w sobie.
Jest bardzo wdzięczna, intymna, kameralna. Nie widać też za bardzo widza, a przecież wiemy, że publiczność siedzi blisko, jest tuż, tuż. Głos nie musi być też bardzo wysilony. Powiem, że jest tak domowo.
Poznałaś wszystkie trzy sceny Teatru Narodowego, która najbardziej Ci odpowiada?
Zdecydowanie właśnie Scena Studio. Odpowiada mi jej kameralność. Jest tu takie niuansowanie, gdyż na Scenie Bogusławskiego, która jest wspaniała i niesamowita - tak jest w „Opowieści Zimowej” - działają zapadnie i widać ogromne możliwości tej sceny - ale jednocześnie trzeba mieć ogarnięty każdy jej centymetr, żeby gdzieś nie wpaść. Scena ta jest bardziej reprezentacyjna, taka do pokazania się światu, że tak powiem „na wynos”. Studio jest bardzo „przy sobie”, jest bardzo naturalnie.
Jak się pracowało z Mateuszem Rusinem oraz debiutującym w roli reżysera Grzegorzem Małeckim?
Panowie są bardzo czuli, zarówno jeden, jak i drugi. Mateusz jest wspaniałym partnerem na scenie, graliśmy już razem wcześniej i bardzo dobrze się rozumiemy. Mamy do siebie zaufanie, znamy swoją energię. Nawzajem wyczuwamy się tam, gdzie to jest konieczne, mamy wspólną chemię, to bardzo pomaga. A Grzegorz jako reżyser - może dlatego, że też jest aktorem - jest bardzo wyrozumiały, wrażliwy i otwarty na dialog. Uważnie słucha tego, co mamy do powiedzenia, z czym się dobrze czujemy. Na co dzień też jest takim człowiekiem - i to jest jego najpiękniejsza cecha. Jest jednocześnie zdecydowany, ma wizję sztuki i wie, co chce osiągnąć, ale robi to naprawdę spokojnie, nie dokłada stresu.
Sztuka jest o życiu, o dwójce młodych ludzi...
Sztuka jest o miłości. Dwoje młodych ludzi stara się o dziecko. Zastanawiają się nad tym, czy w ogóle można mieć dziecko w dzisiejszych czasach, co to za sobą niesie. Stawiają sobie bardzo dużo trudnych pytań. Grzegorz powiedział na początku, że ta sztuka to jest moralitet. Średniowieczny moralitet. Nie udziela odpowiedzi, bo odpowiedzi mogą udzielić tylko państwo z widowni po spektaklu, o ile w ogóle można jednoznacznie odpowiedzieć na takie pytania. Jest bardzo dużo o planecie, o śladzie węglowym, o dwutlenku węgla, o zmianach, jakie występują teraz na świecie. Mamy do czynienia ze zderzeniem mikrokosmosu z makrokosmosem. Z jednej strony jest planeta, Wszechświat, a z drugiej dwoje młodych ludzi, którzy się kochają, mają swój dom, i o coś się spierają, rozstają się i wracają do siebie. Jest to zderzenie moim zdaniem okrutne i cudowne zarazem. Spotkanie dwóch światów, które ze sobą korespondują i ciągle ze sobą się przeplatają.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Narodowy w Warszawie, "Tchnienie", Justyna Kowalska, foto: Zbigniew Lisiecki
czwartek, 12 lipca 2018
Mateusz Weber o pierwszym teatralnym spotkaniu z Gombrowiczem
„Ferdydurke” pióra Witolda Gombrowicza od końca czerwca możemy oglądać w Teatrze Dramatycznym, na bardzo lubianej przez widzów stolicy Scenie na Woli im. Tadeusza Łomnickiego. Jest to koprodukcja Teatru Malabar Hotel i Teatru Dramatycznego.
Stojący za sukcesem „Mistrza i Małgorzaty” Teatr Malabar Hotel wraz z Teatrem Dramatycznym tym razem przedstawiają kanon literatury polskiej – „Ferdydurke”. Niezwykle ciekawa scenografia - lalki i maski tworzące szaleństwo półsnu, sprawiają, że adaptacja powieści jest wyjątkowa, a jednocześnie bardzo wierna Gombrowiczowi.
Trzydziestoletni Józio przeżywa prawdziwy horror. Horror egzystencjalny. Świat poddaje go torturom, wciskając na powrót w szkolną ławkę. Tłamsi nowoczesność trendów, mierzi zatęchłość ziemiańskiego dworku. Torturuje wreszcie Józio sam siebie: wstydem, lękiem i kompleksami. Pragnie się ukształtować, a jednocześnie chce pozostać niedookreślony. Jednak nie może uciec przed gębą inaczej, jak tylko w inną gębę. Nie wie kim jest, ale wie, kiedy go deformują.
O ostatniej w tym sezonie premierze rozmawiamy z młodym aktorem Teatru Dramatycznego Mateuszem Weberem.
Kiedy dojrzałeś do Gombrowicza? „Ferdydurke” nie należy do prostych sztuk.
To jest bardzo trudna sztuka. Zarazem jest to mój pierwszy kontakt z Witoldem Gombrowiczem na mojej drodze teatralnej. W szkole teatralnej jakoś się nie złożyło, aż dziwne, że nie pracowaliśmy nad żadną sztuką Gombrowicza. Na moim roku różni profesorowie pracowali nad jego tekstami, ale mnie to jakoś omijało. Teraz jestem zachwycony. Mówimy o naszym narodowym wieszczu. Po raz kolejny mamy do czynienia z czymś, co zostało napisane lata temu, a nadal jest niezwykle aktualne. Niesamowite. Język, którym autor operuje jest niezwykły. Dam przykład – film „Dzień Świra” jest też napisany 13-zgłoskowcem, i ta aktualność jest takim naszym teatralnym „Dniem Świra”. Józio – główny bohater – jest przepięknie prowadzony przez całą sztukę przez Waldka Barwińskiego. Mierzy się z problemami swojego egzystencjalizmu, załamania artystycznego. Wychodzą z tego bardzo ciekawe rzeczy, swoisty horror, w którym się znajduje – jak zły sen. I w tej formie ciekawie się Gombrowicz odnajduje - mam taką nadzieję. Nie chcę za dużo zdradzać – zapraszam na spektakl.
Gombrowicz powraca...
Bardzo mnie cieszy, że po jakimś czasie sięgamy ponownie po tego autora. Być może dzieje się to ze względu na obchody niepodległościowe, ale najważniejsze, że powraca. Wiele teatrów sięga po jego twórczość. Dojrzałem do tego tekstu. Jest obowiązkową lekturą w szkole, a różnie bywa ze zrozumieniem jej, gdy się jest bardzo młodym człowiekiem. Pierwszy raz zdarzyło mi się pracować z reżyser Magdą Miklasz. Wspaniale nam tekst przedstawiła i przełożyła na deski teatralne. Znakomicie połączyła całość z Teatrem Malabar. Wydaje się nam, że ciekawie to się będzie oglądało. Wszyscy się mocno wspieraliśmy, a to nam dało taki wewnętrzny spokój. Mam nadzieję, że efekt będzie zadawalający.
Wnioskuje, że współpraca na linii reżyser – aktor, układała się bardzo dobrze. Reżyser była otwarta na Wasze pomysły?
Tak, oczywiście. Tutaj mnóstwo rzeczy wyniknęło z improwizacji. Każda z naszych postaci dostała tematy, ale opieraliśmy się na improwizacji. Początki były bardzo ciężkie, wręcz jak zapasy na macie. Syfon - Miętus - dwie grupy w szkole... Stopniowe nasze dojrzewanie i coraz lepsze poruszanie się w tekście. Magda Miklasz jest bardzo otwarta na wszystkie pomysły, ma bardzo plastyczną głowę do takich rzeczy. Miała pomysł, wizję na Gombrowicza – bez tego nie ma co sięgać po tę twórczość. Każdy aktor marzy o tego typu współpracy, żeby zawsze trafiać na takich reżyserów.
„Ferdydurke” - horror egzystencjalny - zgodzisz się z tym?
Tak. Jest to zdecydowanie horror egzystencjalny, straszny koszmar, który się Józiowi przytrafia. Fantastyczne jest to, że nasi koledzy z Teatru Malabar wykorzystują świetnie swoje umiejętności. Mamy do czynienia z horrorem z lat 90. typu Road 66 w USA – niesamowite. Nam się świetnie przy tym pracowało, wierzę, że publiczności również będzie się podobać. Przychodziliśmy na próby z przyjemnością, nie z musu. Byliśmy naładowani pozytywną energią i wspieraliśmy się w pracy.
Warszawską Akademię Teatralną skończyłeś w 2013 roku. W teatrze z każdym rokiem grasz coraz więcej – wymarzona sytuacja dla młodego aktora, która nie każdemu się udaje.
Teatr jest dla mnie bardzo ważny. Otrzymałem od losu taką możliwość i staram się niczego nie zmarnować. Nie jest łatwo po szkole od razu dostać pracę w teatrze, a o tym marzy chyba każdy młody adept tej szkoły. Po to się uczymy, żeby grać. Od początku jestem w Teatrze Dramatycznym – mam możliwość sprawdzenia się w najróżniejszym repertuarze, od komedii po dramat i musical, to coś wspaniałego dla młodego aktora.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Dramatyczny w Warszawie, „Ferdydurke”, Mateusz Weber, foto Katarzyna Chmura-Cegiełkowska
28 czerwca – oglądała Małgosia
Kolejne spektakle w nowym sezonie, od września – zapraszamy.
Stojący za sukcesem „Mistrza i Małgorzaty” Teatr Malabar Hotel wraz z Teatrem Dramatycznym tym razem przedstawiają kanon literatury polskiej – „Ferdydurke”. Niezwykle ciekawa scenografia - lalki i maski tworzące szaleństwo półsnu, sprawiają, że adaptacja powieści jest wyjątkowa, a jednocześnie bardzo wierna Gombrowiczowi.
Trzydziestoletni Józio przeżywa prawdziwy horror. Horror egzystencjalny. Świat poddaje go torturom, wciskając na powrót w szkolną ławkę. Tłamsi nowoczesność trendów, mierzi zatęchłość ziemiańskiego dworku. Torturuje wreszcie Józio sam siebie: wstydem, lękiem i kompleksami. Pragnie się ukształtować, a jednocześnie chce pozostać niedookreślony. Jednak nie może uciec przed gębą inaczej, jak tylko w inną gębę. Nie wie kim jest, ale wie, kiedy go deformują.
O ostatniej w tym sezonie premierze rozmawiamy z młodym aktorem Teatru Dramatycznego Mateuszem Weberem.
Kiedy dojrzałeś do Gombrowicza? „Ferdydurke” nie należy do prostych sztuk.
To jest bardzo trudna sztuka. Zarazem jest to mój pierwszy kontakt z Witoldem Gombrowiczem na mojej drodze teatralnej. W szkole teatralnej jakoś się nie złożyło, aż dziwne, że nie pracowaliśmy nad żadną sztuką Gombrowicza. Na moim roku różni profesorowie pracowali nad jego tekstami, ale mnie to jakoś omijało. Teraz jestem zachwycony. Mówimy o naszym narodowym wieszczu. Po raz kolejny mamy do czynienia z czymś, co zostało napisane lata temu, a nadal jest niezwykle aktualne. Niesamowite. Język, którym autor operuje jest niezwykły. Dam przykład – film „Dzień Świra” jest też napisany 13-zgłoskowcem, i ta aktualność jest takim naszym teatralnym „Dniem Świra”. Józio – główny bohater – jest przepięknie prowadzony przez całą sztukę przez Waldka Barwińskiego. Mierzy się z problemami swojego egzystencjalizmu, załamania artystycznego. Wychodzą z tego bardzo ciekawe rzeczy, swoisty horror, w którym się znajduje – jak zły sen. I w tej formie ciekawie się Gombrowicz odnajduje - mam taką nadzieję. Nie chcę za dużo zdradzać – zapraszam na spektakl.
Gombrowicz powraca...
Bardzo mnie cieszy, że po jakimś czasie sięgamy ponownie po tego autora. Być może dzieje się to ze względu na obchody niepodległościowe, ale najważniejsze, że powraca. Wiele teatrów sięga po jego twórczość. Dojrzałem do tego tekstu. Jest obowiązkową lekturą w szkole, a różnie bywa ze zrozumieniem jej, gdy się jest bardzo młodym człowiekiem. Pierwszy raz zdarzyło mi się pracować z reżyser Magdą Miklasz. Wspaniale nam tekst przedstawiła i przełożyła na deski teatralne. Znakomicie połączyła całość z Teatrem Malabar. Wydaje się nam, że ciekawie to się będzie oglądało. Wszyscy się mocno wspieraliśmy, a to nam dało taki wewnętrzny spokój. Mam nadzieję, że efekt będzie zadawalający.
Wnioskuje, że współpraca na linii reżyser – aktor, układała się bardzo dobrze. Reżyser była otwarta na Wasze pomysły?
Tak, oczywiście. Tutaj mnóstwo rzeczy wyniknęło z improwizacji. Każda z naszych postaci dostała tematy, ale opieraliśmy się na improwizacji. Początki były bardzo ciężkie, wręcz jak zapasy na macie. Syfon - Miętus - dwie grupy w szkole... Stopniowe nasze dojrzewanie i coraz lepsze poruszanie się w tekście. Magda Miklasz jest bardzo otwarta na wszystkie pomysły, ma bardzo plastyczną głowę do takich rzeczy. Miała pomysł, wizję na Gombrowicza – bez tego nie ma co sięgać po tę twórczość. Każdy aktor marzy o tego typu współpracy, żeby zawsze trafiać na takich reżyserów.
„Ferdydurke” - horror egzystencjalny - zgodzisz się z tym?
Tak. Jest to zdecydowanie horror egzystencjalny, straszny koszmar, który się Józiowi przytrafia. Fantastyczne jest to, że nasi koledzy z Teatru Malabar wykorzystują świetnie swoje umiejętności. Mamy do czynienia z horrorem z lat 90. typu Road 66 w USA – niesamowite. Nam się świetnie przy tym pracowało, wierzę, że publiczności również będzie się podobać. Przychodziliśmy na próby z przyjemnością, nie z musu. Byliśmy naładowani pozytywną energią i wspieraliśmy się w pracy.
Warszawską Akademię Teatralną skończyłeś w 2013 roku. W teatrze z każdym rokiem grasz coraz więcej – wymarzona sytuacja dla młodego aktora, która nie każdemu się udaje.
Teatr jest dla mnie bardzo ważny. Otrzymałem od losu taką możliwość i staram się niczego nie zmarnować. Nie jest łatwo po szkole od razu dostać pracę w teatrze, a o tym marzy chyba każdy młody adept tej szkoły. Po to się uczymy, żeby grać. Od początku jestem w Teatrze Dramatycznym – mam możliwość sprawdzenia się w najróżniejszym repertuarze, od komedii po dramat i musical, to coś wspaniałego dla młodego aktora.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Dramatyczny w Warszawie, „Ferdydurke”, Mateusz Weber, foto Katarzyna Chmura-Cegiełkowska
28 czerwca – oglądała Małgosia
Kolejne spektakle w nowym sezonie, od września – zapraszamy.
niedziela, 8 lipca 2018
Krzysztof Kwiatkowski o nowej sztuce „Król” Szczepana Twardocha
Głośna powieść „Król” Szczepana Twardocha została przeniesiona na deski teatralne. Od maja możemy ją oglądać na Dużej Scenie Teatru Polskiego w Warszawie. Opowieść o targanej konfliktami narodowymi, politycznymi i społecznymi Warszawie u progu drugiej wojny światowej. Socjaliści dzień w dzień stawiają czoła falangistom, agresja i przemoc rządzą na ulicach, spolaryzowane media podsycają konflikt – mit zjednoczonej Polski zaczyna upadać...
Znakomity duet Monika Strzępka i Paweł Demirski przenoszą na scenę tę głośną powieść.
O nowej sztuce i pracy nad nią rozmawiamy z Krzysztofem Kwiatkowskim, aktorem Teatru Polskiego grającym Andrzeja Ziembińskiego, boksera Legii Warszawa.
Powieść nie jest łatwa, porusza trudne tematy, ale cały czas bardzo aktualne.
Temat jest bardzo aktualny. Dotyczy nie tylko Polski w przeddzień II wojny światowej, ale także podziałów, jakie tworzyły się wtedy między Polakami. Te spory i napięcia są bardzo podobne do tych, jakie mamy aktualnie. Można śmiało zadać tutaj pytanie, czy historia znów zatacza koło? Może nie dzieje się to na taką skalę, w takim stopniu, jak było wtedy. Nasze społeczeństwo i cała
ludzkość jest przecież bogatsza o doświadczenia II wojny światowej. Mamy świadomość niebezpieczeństwa, wiemy do czego takie konflikty mogą doprowadzić.
Chciałbyś żyć w tamtych czasach? Odnalazłbyś się w nich?
Nigdy poważnie się nad tym nie zastanawiałem. One są w jakiś sposób pociągające. My mamy taki nieco idylliczny obraz czasów Polski przedwojennej i dwudziestolecia międzywojennego. A to wcale tak pięknie nie było, na każdej płaszczyźnie, w każdej sferze. Musimy pamiętać, że mówiąc o pięknej Warszawie, cudownej urbanistyce, architekturze itp, - nie wolno nam zapomnieć, że była tam także dzielnica żydowska, zamieszkała przez mniejszości żydowskie, które żyły w znacznie gorszych warunkach, przeważnie w biedzie. To była Warszawa społecznie podzielona. W przypadku Twardocha, udało mu się w książce pokazać jednocześnie jedno i drugie. Zachęcam wszystkich do przeczytania tej powieści.
Grany przez Ciebie bohater jest bokserem.
Tak, gram Andrzeja Ziembińskiego, boksera Legii Warszawa. Jest on również członkiem Ruchu Narodowo-Radykalnego „Falanga”, pod przywództwem Bolesława Piaseckiego. Ziembiński jest studentem, pochodzi z dobrego domu. Jego ojciec jest prokuratorem. Pomimo tych szlachetnych korzeni – on jest również takim chłopcem z ulicy, lubi się bić, jest zaczepny, lubi tłumy, manifestacje. W „Królu” jest przeciwstawieniem postaci Jakuba Szapiro, głównego bohatera, też boksera. Panowie rywalizują na ringu i w życiu. Ziembiński jest postacią dosyć wyrazistą, o fundamentalnych poglądach. Spokojnie można by go było przenieść w dzisiejsze czasy. Mógłby być młodym politykiem jakiejś prężnie działającej partii, która może sporo namieszać w życiu politycznym.
Powiedz, dlaczego to zło tak przyciąga? Imponuje...
W przypadku Ziembińskiego są to postawy wyniesione z domu. W domu Ziembińskich funkcjonuje silna tradycja narodowej demokracji z mocnymi akcentami antysemickimi. Jego zachowanie i poglądy pochodzą od ojca – wpływowego prokuratora Ziembińskiego. W pewnym momencie stanowisko ojca, jego inicjatywy o podłożu narodowo-radykalnym stają się bardzo popularne w Warszawie. Im bardziej wypływają na powierzchnię, tym bardziej gorliwym wyznawcą tych idei staje się młody Ziembiński. Młodość, to gorąca krew, porywczość, i Andrzej wyrywa się do walki. Jest zapalonym działaczem, bezkompromisowy, nie idzie na ustępstwa. Ma jasno wytyczoną ścieżkę, i jej się trzyma. Takie zaślepienie ideami i bezkompromisowość prowadzą do tragedii.
Myślisz, że traficie tym spektaklem do szerokiej publiczności? Biletów na spektakl od dawna brak.
Nie jest łatwo odpowiedzieć na to pytanie, czas pokaże... Bardzo bym chciał, abyśmy z naszym spektaklem trafili do jak najszerszej publiczności. Powieść Szczepana Twardocha jest
fantastycznym materiałem do przeniesienia na scenę. Nie chcę mówić, czy nam się udało, czy nie.
Sam jestem bardzo ciekaw jaki będzie odbiór tej sztuki. Pracowało nam się wspaniale. To moja pierwsza współpraca z Moniką Strzępką i Pawłem Demirskim i jestem tą pracą zachwycony.
Monika daje kreacyjną wolność aktorowi, słucha bardzo uważnie, współpracuje i jest otwarta na wszelkie sugestie i uwagi. Sama też ma masę pomysłów, które nam podrzuca. Niczego nie narzuca,
w niczym też się nie upiera. Jeśli ktoś z aktorów ma ciekawy pomysł, to jest to twórczo wykorzystywane. Zapraszam serdecznie na ten spektakl do Teatru Polskiego.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Znakomity duet Monika Strzępka i Paweł Demirski przenoszą na scenę tę głośną powieść.
O nowej sztuce i pracy nad nią rozmawiamy z Krzysztofem Kwiatkowskim, aktorem Teatru Polskiego grającym Andrzeja Ziembińskiego, boksera Legii Warszawa.
Powieść nie jest łatwa, porusza trudne tematy, ale cały czas bardzo aktualne.
Temat jest bardzo aktualny. Dotyczy nie tylko Polski w przeddzień II wojny światowej, ale także podziałów, jakie tworzyły się wtedy między Polakami. Te spory i napięcia są bardzo podobne do tych, jakie mamy aktualnie. Można śmiało zadać tutaj pytanie, czy historia znów zatacza koło? Może nie dzieje się to na taką skalę, w takim stopniu, jak było wtedy. Nasze społeczeństwo i cała
ludzkość jest przecież bogatsza o doświadczenia II wojny światowej. Mamy świadomość niebezpieczeństwa, wiemy do czego takie konflikty mogą doprowadzić.
Chciałbyś żyć w tamtych czasach? Odnalazłbyś się w nich?
Nigdy poważnie się nad tym nie zastanawiałem. One są w jakiś sposób pociągające. My mamy taki nieco idylliczny obraz czasów Polski przedwojennej i dwudziestolecia międzywojennego. A to wcale tak pięknie nie było, na każdej płaszczyźnie, w każdej sferze. Musimy pamiętać, że mówiąc o pięknej Warszawie, cudownej urbanistyce, architekturze itp, - nie wolno nam zapomnieć, że była tam także dzielnica żydowska, zamieszkała przez mniejszości żydowskie, które żyły w znacznie gorszych warunkach, przeważnie w biedzie. To była Warszawa społecznie podzielona. W przypadku Twardocha, udało mu się w książce pokazać jednocześnie jedno i drugie. Zachęcam wszystkich do przeczytania tej powieści.
Grany przez Ciebie bohater jest bokserem.
Tak, gram Andrzeja Ziembińskiego, boksera Legii Warszawa. Jest on również członkiem Ruchu Narodowo-Radykalnego „Falanga”, pod przywództwem Bolesława Piaseckiego. Ziembiński jest studentem, pochodzi z dobrego domu. Jego ojciec jest prokuratorem. Pomimo tych szlachetnych korzeni – on jest również takim chłopcem z ulicy, lubi się bić, jest zaczepny, lubi tłumy, manifestacje. W „Królu” jest przeciwstawieniem postaci Jakuba Szapiro, głównego bohatera, też boksera. Panowie rywalizują na ringu i w życiu. Ziembiński jest postacią dosyć wyrazistą, o fundamentalnych poglądach. Spokojnie można by go było przenieść w dzisiejsze czasy. Mógłby być młodym politykiem jakiejś prężnie działającej partii, która może sporo namieszać w życiu politycznym.
Powiedz, dlaczego to zło tak przyciąga? Imponuje...
W przypadku Ziembińskiego są to postawy wyniesione z domu. W domu Ziembińskich funkcjonuje silna tradycja narodowej demokracji z mocnymi akcentami antysemickimi. Jego zachowanie i poglądy pochodzą od ojca – wpływowego prokuratora Ziembińskiego. W pewnym momencie stanowisko ojca, jego inicjatywy o podłożu narodowo-radykalnym stają się bardzo popularne w Warszawie. Im bardziej wypływają na powierzchnię, tym bardziej gorliwym wyznawcą tych idei staje się młody Ziembiński. Młodość, to gorąca krew, porywczość, i Andrzej wyrywa się do walki. Jest zapalonym działaczem, bezkompromisowy, nie idzie na ustępstwa. Ma jasno wytyczoną ścieżkę, i jej się trzyma. Takie zaślepienie ideami i bezkompromisowość prowadzą do tragedii.
Myślisz, że traficie tym spektaklem do szerokiej publiczności? Biletów na spektakl od dawna brak.
Nie jest łatwo odpowiedzieć na to pytanie, czas pokaże... Bardzo bym chciał, abyśmy z naszym spektaklem trafili do jak najszerszej publiczności. Powieść Szczepana Twardocha jest
fantastycznym materiałem do przeniesienia na scenę. Nie chcę mówić, czy nam się udało, czy nie.
Sam jestem bardzo ciekaw jaki będzie odbiór tej sztuki. Pracowało nam się wspaniale. To moja pierwsza współpraca z Moniką Strzępką i Pawłem Demirskim i jestem tą pracą zachwycony.
Monika daje kreacyjną wolność aktorowi, słucha bardzo uważnie, współpracuje i jest otwarta na wszelkie sugestie i uwagi. Sama też ma masę pomysłów, które nam podrzuca. Niczego nie narzuca,
w niczym też się nie upiera. Jeśli ktoś z aktorów ma ciekawy pomysł, to jest to twórczo wykorzystywane. Zapraszam serdecznie na ten spektakl do Teatru Polskiego.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Subskrybuj:
Posty (Atom)

















