Teatr Dramatyczny w Warszawie przyzwyczaił widzów, że można liczyć na jego gościnne progi i miło spędzić również wakacyjny czas. W kończącym się sezonie teatralnym wyciągnął asa z rękawa w postaci Musicalu "Kinky Boots". Musical ten inspirowany jest prawdziwymi wydarzeniami.
Wystawienia podjęła się Ewelina Pietrowiak, która z zespołem TD zrealizowała znany już widzom "Cabaret". Premiera miała miejsce 7 lipca na Scenie Gustawa Holoubka. Publiczność przyjęła spektakl entuzjastycznie, owacjami na stojąco.
"Kinky Boots" według scenariusza Geoffa Deana i Tima Firtha, z librettem Harveya Fiersteina, muzyką i słowami znanej piosenkarki i aktorki Cyndi Lauper jest jednym z najbardziej popularnych broadwayowskich musicali. W przedstawieniu Teatru Dramatycznego przekładu piosenek podjął się Michał Wojnarowski. W spektaklu mamy prawdziwy muzyczny miszmasz – pop, soul, przyjemne dla ucha ballady, nie brakuje także rocka. Muzyka płynie do nas na żywo, co również dodaje wartości spektaklowi.
Charlie, główny bohater, po śmierci ojca zostaje spadkobiercą upadającej fabryki butów. Jego niezwykle zaborcza dziewczyna Nicola żąda, by sprzedał rodzinny interes i przeprowadził się z nią do Londynu. Lola, wystrzałowa drag queen o zabójczym głosie, ma pomysł na uratowanie firmy, a co za tym idzie również uratowanie pracowników przed utratą pracy. Charlie i Lola w chwili poznania się nie mają ze sobą właściwie nic wspólnego, ale po nieporozumieniach ten stan rzeczy mija i jednoczą siły, by stworzyć dla mężczyzn seksowne buty, które uratują fabrykę.
Żyjemy niestety w czasach, w których stare wartości tracą swoją moc, umierają,lub jak kto woli odchodzą do lamusa, a czy jest coś piękniejszego niż prawdziwa opowieść o przyjaźni, tolerancji i akceptacji?.. O musicalach, pracy nad "Kinky Boots" i trudach z tym związanych rozmawiamy z odtwórcą jednej z głównych ról Loli i Simona – młodym aktorem Teatru Dramatycznego Krzysztofem Szczepaniakiem.
Chyba można dziś powiedzieć, że musical przeżywa renesans?
Musical jest na tyle dobrą formą, że można w nim mówić na różne tematy, w tym trudne, niewygodne i nie ważne po której stronie barykady (gdyby jakaś była) się znajdujemy. Jest taką formą, która łatwiej przekazuje te trudne tematy, z którymi na co dzień jest pewnego rodzaju problem. Dużo łatwiej niż proza, czy wiersz. Ta muzyczna forma jest pewnego rodzaju kodem, który może dotrzeć do ludzi, zmusić ich do jakiejś empatii, wczucia się w czyjąś sytuację i spojrzenie na nią; z trochę innej strony. Spojrzenia na pewną grupę ludzi, która wydawała nam się taka, a nie inna. Na ruszenie trochę wyobraźnią, na poleganiu na własnej duszy i na własnym sercu. To są wydaje się banały, a jednocześnie takie nie do końca banały. Umówmy się, nasz świat wygląda tak, że nie zawsze mamy czas, czy nie zawsze nam się chce zagłębiać w różne tematy. Musical jest świetną formą, bo jest zwyczajnie atrakcyjny. Jest atrakcyjny i ubiera tę rzeczywistość w takie opakowanie przystępności, i gdzieś podprogowo te sensy dochodzą do widza.
Wy też chcecie trafić do jak najszerszej widowni.
Jak najbardziej. Musical trafia do bardzo szerokiej grupy widzów, właśnie przez fajną formę atrakcyjności swojego przekazu. Nam zależy, aby na nasze spektakle przyszli i starsi i młodsi. Każdy znajdzie coś dla siebie.
Żyjemy w kraju, w którym nie ma takich musicalowych tradycji jak w Stanach Zjednoczonych.
Nie ma, ale staramy się, aby to zmienić. Teatr Dramatyczny nie jest teatrem musicalowym, ale mamy w repertuarze już "Cabaret" i parę przedstawień, w których jest trochę muzyki przekazywanej na żywo. Zawsze żywa muzyka sprawia, że pcha do góry cały spektakl – działa dużo lepiej niż muzyka grana z płyty. Jednak, uważam, że jeśli chodzi o nasze tradycje musicalowe, nie jest tak źle. Wiadomo, nie jesteśmy londyńskim West Endem ani nowojorskim Broadwayem, ale czy Teatr Roma, czy Teatr Muzyczny w Gdyni, mają na swoim koncie kilka udanych przedstawień. Współpracują z tymi teatrami reżyserzy z zagranicy. Przepływ informacji jest coraz większy, sporo osób interesuje się musicalami. W internecie to bardzo dobrze funkcjonuje, widać coraz większe zainteresowanie.
Wymienione przez Pana teatry są placówkami typowo muzycznymi, ale to prawda, że obserwuje się zainteresowanie tego typu rozrywką przez normalne teatry i tu mamy właśnie przykład Teatru Dramatycznego.
I to jest super. Ja gdybym miał iść spontanicznie do teatru i miałbym do wyboru musical i normalną typową sztukę, to skusiłbym się właśnie na musical, bo to odpręża. Do tego jak fajnie śpiewają i nikt nie fałszuje – wtedy relaks jest zapewniony. Zapraszamy do Teatru Dramatycznego, bo będzie ciekawie.
Jak się pracowało nad spektaklem?
Ciężko. Przez cztery miesiące bardzo ciężko pracowaliśmy. Dla mnie najtrudniejsze było noszenie szpilek. To ogromne wyzwanie dla mężczyzny. W przedstawieniu większość mężczyzn nosi szpilki. Długie buty i krótkie, ale na obcasie. Nie jest to łatwe. Fizycznie jest to bardzo wyczerpujące, ale mamy fantastyczną choreograf Paulinę Andrzejewską, która współpracuje z Teatrem Roma. Ona między innymi sprawiła, że nasze cielska (uśmiech Krzysztofa Szczepaniaka) świetnie się poruszają.
Należy Pan do grupy aktorów bardzo dobrze grających i śpiewających. Jest Pan obdarzony bardzo dobrym głosem, dlatego pewnie lubi Pan spektakle śpiewane?
Bardzo dziękuję za te słowa. Cieszę się, choć bardziej mi odpowiada piosenka aktorska, lepiej się w niej odnajduję. A w "Kinky Boots" mamy bardzo popowe śpiewanie, lekkie i przyjemne, wpadające w ucho. Taki z założenia jest musical, jak się z niego wychodzi trzeba nucić melodie, jak tego nie ma, to coś może być nie tak. Musieliśmy piosenki nieco przeprogramować, żebyśmy dali radę to zaśpiewać. W wersji broadwayowskiej te piosenki są bardzo wysoko zaśpiewane. Ale mogę spokojnie powiedzieć, że mamy dużo lepsze układy choreograficzne niż w oryginale. Na początku byliśmy przekonani, że to nie wyjdzie, ale tak nas nasza choreograf przygotowała, że efekt jest bardzo fajny.
Oryginał był waszym wzorem?
Tak, oglądaliśmy oryginalną wersję. Paulina Andrzejewska widziała musical parę lat temu na Broadwayu, potem o nim zapomniała, i ostatnio obejrzała go ponownie, a nasz dyrektor Tadeusz Słobodzianek wpadł na pomysł, że warto by to przełożyć na deski Teatru Dramatycznego. Nie mam pojęcia czy Cyndi Lauper wie, że jej musical jest grany w Warszawie. Bogaty w różnorodność muzyczną musical - są ballady, rock, pop, szybkie kawałki – jednym słowem fajne. Myślę, że jak ktoś przyjdzie, to się nie zawiedzie. Mamy świetny band, oprawa muzyczna jest bardzo dobra, pod kierownictwem Urszuli Borkowskiej. Dzieje się, oj dzieje. Zapraszam raz jeszcze.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
"Kinky Boots" wystawiono w porozumieniu z Music Theatre International (MTI), które zapewniło autoryzowane materiały do przedstawienia www.MTIShows.com. Prawa autorskie do "Kinky Boots" w Polsce reprezentuje Agencja ADiT.
Teatr Dramatyczny w Warszawie, "Kinky Boots", Krzysztof Szczepaniak
Musical oglądała Małgosia - 6 lipca
Najbliższe spektakle - 22, 23 i 24 września
poniedziałek, 10 lipca 2017
wtorek, 20 czerwca 2017
Maksymilian Rogacki: Nie wyobrażam sobie życia bez teatru
Mąż, żona, on i ona. Miłosny czworokąt oszukujących i oszukiwanych, którzy sami zdradzając – szczerze się dziwią, że zostali zdradzeni. Wacław ma romans z Justyną. Justyna równolegle spotyka się z Alfredem. Alfred bywa częstym gościem u Elwiry. Elwira ukrywa podwójne życie przed Wacławem.
„Nie ludzie nami rządzą, lecz własne słabości”
Alfred
Pikantna Fredrowska komedia „Mąż i żona” przeniesiona w barwne lata trzydzieste XX wieku. W czasy, kiedy kobiety stały się bardziej wyzwolone, zaczęły nosić spodnie, palić papierosy, pracować, czyli zarabiać pieniądze, a mężczyźni oszaleli na punkcie samochodów z silnikiem V8. Nocne lokale były pełne zakochanych, obok których nie było już przyzwoitek, a Hanka Ordonówna śpiewała o tym, jak miłość pięknie tłumaczy zdradę i kłamstwo, i grzech. Przenikliwość hrabiego Fredry w podglądaniu ludzi, którzy pędzą za rozkoszą nie ma sobie równych w literaturze, a młodzi aktorzy Teatru Polskiego w Warszawie znakomicie sztukę przenieśli na Scenę Główną. - Jak ktoś z widowni podczas premiery powiedział - „Jak za spektakl bierze się Jarosław Kilian – musi być sukces” i trudno się z tym nie zgodzić.
O najnowszej premierze Teatru Polskiego w Warszawie rozmawiamy z Maksymilianem Rogackim, wcielającym się w postać Wacława.
Hrabia Aleksander Fredro, Jarosław Kilian, Dorota Kołodyńska i Wasza niezwykle zgrana grupa aktorów, to powinien być sukces.
Dziękuję bardzo za te ciepłe słowa. Bardzo wierzymy, że tak właśnie będzie. Przyznam, że współpraca z wybitnymi twórcami – mam na myśli Jarosława Kiliana, Dorotę Kołodyńską, ale i Mirosława Poznańskiego, a także moje koleżanki i kolegów, którzy są po prostu wspaniali, to czysta przyjemność. Mam nadzieję, że efekty tej współpracy, że łzami śmiechu i wzruszenia, będą mogli państwo oglądać w Teatrze Polskim.
Nie jest dziś łatwo zachować styl fredrowski, a jednocześnie tak zrobić spektakl, aby dotrzeć do jak najszerszej widowni, bo z pewnością chcecie przyciągnąć na sztukę widzów w różnym wieku. Jak to dobrze zrobić?
To jest ciekawe pytanie, trudne i proste zarazem. Wydaje mi się, że odpowiedź jest w gruncie rzeczy prosta. Jeżeli chce się jakąś prawdę odkryć w tekście, to zawsze będzie to współczesne, bez względu na to, czy będziemy chodzić po scenie w kontuszach, w surdutach, czy w jeansach. Reszta jest kwestią estetyki i pewnego stylu. Natomiast najważniejsze dla aktora jest poszukiwanie w tym wszystkim prawdy - w tekście, w myśli. Problemy nie zmieniają się z biegiem lat. Kwintesencją dobrej literatury jest to, że jest ona zawsze aktualna. Zmieniają się style mówienia, zmienia się słownictwo, czasem zmienia się wiersz, ale ludzie pozostają tacy sami ze swoimi problemami. Jest to troszkę smutne, troszkę śmieszne, ale tak już jest.
Miłosny czworokąt…nie za mocno przesadzone?
Świat przedstawiony przez Fredrę jest troszkę przerysowany, ale nie jestem przekonany, że jest to aż tak dalekie od rzeczywistości. Wręcz uważam, że taka sytuacja jest jak najbardziej prawdopodobna, ale cóż, taki jest świat i my tego nie zmienimy. Warto czasem przejrzeć się w lustrze, zajrzeć nieco głębiej w swoje wnętrze. Rządzą nami słabości – żądza i pycha, zawsze tak było.
Ciekawy projekt reżysera, który umiejscowił akcję sztuki w Warszawie w chwili wybuchu II Wojny Światowej.
Jest to bardzo ciekawy pomysł Jarosława Kiliana i jak się okazuje, ma to swój głęboki sens. To, co zawsze szanuję w pracy reżysera, to interpretacja tekstu sztuki. Sposób, w jaki interpretuje ten tekst Jarosław Kilian, jest w jakimś sensie adekwatny do teraźniejszości. Dodatkowo reżyser bierze pod uwagę nasze spostrzeżenia - i to także bardzo cenię i szanuję. Wydaje mi się, że umiejscowienie akcji w 1939 roku odkrywa w tekście Fredry nowe pokłady znaczeń.
Pozwolił Wam reżyser wykorzystać własne pomysły?
Oczywiście, współpraca z Jarosławem Kilianem polega też na tym, że on potrafi słuchać i rozmawiać. Dodam także, że zawsze jest to współpraca na najwyższym poziomie. Nigdy nie narzuca nam czegoś, czego byśmy nie zaakceptowali. Wspólnie tworzymy przedstawienie. Wszyscy czujemy się kreatorami spektaklu, i przez to bardziej jest on nasz. To jest bardzo cenne.
Gracie razem w teatrze od kilku lat. Dobrze się znacie, to też jest kluczem do stworzenia fajnego przedstawienia.
W Teatrze Polskim pracuję od 2007 roku. Dyrektor Andrzej Seweryn sześć lat temu zaczął budować zespół aktorski i efekty widzimy dziś. Budowa Zespołu jest procesem trudnym i złożonym, ale także niezwykle cennym. Najlepsze Zespoły tworzą się po kilku, kilkunastu latach. Na pewno ma to niebagatelny wpływ na jakość tworzonych przez nas przedstawień.
Jakie wartości daje teatr w tych trudnych dla tej instytucji czasach?
Dla mnie teatr jest taką wartością artystyczną, której nie sposób znaleźć gdzie indziej. Na pewno nigdy z tego nie zrezygnuję. Wyobraźnia, której można używać w teatrze, którą można budować w teatrze nie ma sobie równych, oczywiście z całą miłością do kina. Natomiast ta teatralna jest inna i cudowna w swojej prostocie. Myślę, że teatr trzeba kochać. Każdy spektakl jest inny, każdy spektakl jest świętem. Istnieje także specyficzny kontakt między widzem, a aktorem. Teatr to jest to, co się dzieje tu i teraz – wspaniałe doświadczenie.
Dobrze się Pan czuje w klasyce.
Profil naszego teatru jest głównie nastawiony na klasykę, ale w naszym repertuarze można znaleźć też i spektakle, których interpretacja tej klasyki jest bardziej współczesna. Najlepszym przykładem jest inscenizacja sztuki „Szkoda, że jest nierządnicą” pióra Johna Forda w reżyserii Dana Jemmetta. Tekst napisany w czasach młodości Szekspira, w czasach teatru elżbietańskiego, a przeniesiony przez reżysera na czasy współczesne. Odpowiadając na Pani pytanie: tak, bardzo dobrze czuję się w klasyce i uważam, że dobrze zrobionej klasyki brakuje dziś w Polsce.
Nie jest dziś łatwo zrealizować ciekawą inscenizację Fredry. Nie ma co daleko szukać. Spektakl „Dożywocie” nie do końca trafił do publiczności. Po krótkim graniu pożegnano się już z tytułem.
To prawda. Z tym sukcesem to nie jest prosta sprawa. Przy "Mężu i żonie", jak zawsze, pracowaliśmy nad tym, żeby się udało. Myślę, że jesteśmy na bardzo dobrej drodze, żeby przedstawienie dotarło do wielu i zadowoliło różne gusta. I żebyśmy grali je długo. Bardzo na to liczymy i zapraszamy do Teatru Polskiego już w nowym sezonie.
Rozmawiała Małgosia
Aleksander Fredro "Mąż i żona", Teatr Polski w Warszawie, Maksymilian Rogacki, foto Magda Hueckel.
Na zdjęciach Piotr Bajtlik i Maksymilian Rogacki.
Oglądała 18 maja - Małgosia
Najbliższe spektakle - 13, 14, 16, 17 września
„Nie ludzie nami rządzą, lecz własne słabości”
Alfred
Pikantna Fredrowska komedia „Mąż i żona” przeniesiona w barwne lata trzydzieste XX wieku. W czasy, kiedy kobiety stały się bardziej wyzwolone, zaczęły nosić spodnie, palić papierosy, pracować, czyli zarabiać pieniądze, a mężczyźni oszaleli na punkcie samochodów z silnikiem V8. Nocne lokale były pełne zakochanych, obok których nie było już przyzwoitek, a Hanka Ordonówna śpiewała o tym, jak miłość pięknie tłumaczy zdradę i kłamstwo, i grzech. Przenikliwość hrabiego Fredry w podglądaniu ludzi, którzy pędzą za rozkoszą nie ma sobie równych w literaturze, a młodzi aktorzy Teatru Polskiego w Warszawie znakomicie sztukę przenieśli na Scenę Główną. - Jak ktoś z widowni podczas premiery powiedział - „Jak za spektakl bierze się Jarosław Kilian – musi być sukces” i trudno się z tym nie zgodzić.
O najnowszej premierze Teatru Polskiego w Warszawie rozmawiamy z Maksymilianem Rogackim, wcielającym się w postać Wacława.
Hrabia Aleksander Fredro, Jarosław Kilian, Dorota Kołodyńska i Wasza niezwykle zgrana grupa aktorów, to powinien być sukces.
Dziękuję bardzo za te ciepłe słowa. Bardzo wierzymy, że tak właśnie będzie. Przyznam, że współpraca z wybitnymi twórcami – mam na myśli Jarosława Kiliana, Dorotę Kołodyńską, ale i Mirosława Poznańskiego, a także moje koleżanki i kolegów, którzy są po prostu wspaniali, to czysta przyjemność. Mam nadzieję, że efekty tej współpracy, że łzami śmiechu i wzruszenia, będą mogli państwo oglądać w Teatrze Polskim.
Nie jest dziś łatwo zachować styl fredrowski, a jednocześnie tak zrobić spektakl, aby dotrzeć do jak najszerszej widowni, bo z pewnością chcecie przyciągnąć na sztukę widzów w różnym wieku. Jak to dobrze zrobić?
To jest ciekawe pytanie, trudne i proste zarazem. Wydaje mi się, że odpowiedź jest w gruncie rzeczy prosta. Jeżeli chce się jakąś prawdę odkryć w tekście, to zawsze będzie to współczesne, bez względu na to, czy będziemy chodzić po scenie w kontuszach, w surdutach, czy w jeansach. Reszta jest kwestią estetyki i pewnego stylu. Natomiast najważniejsze dla aktora jest poszukiwanie w tym wszystkim prawdy - w tekście, w myśli. Problemy nie zmieniają się z biegiem lat. Kwintesencją dobrej literatury jest to, że jest ona zawsze aktualna. Zmieniają się style mówienia, zmienia się słownictwo, czasem zmienia się wiersz, ale ludzie pozostają tacy sami ze swoimi problemami. Jest to troszkę smutne, troszkę śmieszne, ale tak już jest.
Miłosny czworokąt…nie za mocno przesadzone?
Świat przedstawiony przez Fredrę jest troszkę przerysowany, ale nie jestem przekonany, że jest to aż tak dalekie od rzeczywistości. Wręcz uważam, że taka sytuacja jest jak najbardziej prawdopodobna, ale cóż, taki jest świat i my tego nie zmienimy. Warto czasem przejrzeć się w lustrze, zajrzeć nieco głębiej w swoje wnętrze. Rządzą nami słabości – żądza i pycha, zawsze tak było.
Ciekawy projekt reżysera, który umiejscowił akcję sztuki w Warszawie w chwili wybuchu II Wojny Światowej.
Jest to bardzo ciekawy pomysł Jarosława Kiliana i jak się okazuje, ma to swój głęboki sens. To, co zawsze szanuję w pracy reżysera, to interpretacja tekstu sztuki. Sposób, w jaki interpretuje ten tekst Jarosław Kilian, jest w jakimś sensie adekwatny do teraźniejszości. Dodatkowo reżyser bierze pod uwagę nasze spostrzeżenia - i to także bardzo cenię i szanuję. Wydaje mi się, że umiejscowienie akcji w 1939 roku odkrywa w tekście Fredry nowe pokłady znaczeń.
Pozwolił Wam reżyser wykorzystać własne pomysły?
Oczywiście, współpraca z Jarosławem Kilianem polega też na tym, że on potrafi słuchać i rozmawiać. Dodam także, że zawsze jest to współpraca na najwyższym poziomie. Nigdy nie narzuca nam czegoś, czego byśmy nie zaakceptowali. Wspólnie tworzymy przedstawienie. Wszyscy czujemy się kreatorami spektaklu, i przez to bardziej jest on nasz. To jest bardzo cenne.
Gracie razem w teatrze od kilku lat. Dobrze się znacie, to też jest kluczem do stworzenia fajnego przedstawienia.
W Teatrze Polskim pracuję od 2007 roku. Dyrektor Andrzej Seweryn sześć lat temu zaczął budować zespół aktorski i efekty widzimy dziś. Budowa Zespołu jest procesem trudnym i złożonym, ale także niezwykle cennym. Najlepsze Zespoły tworzą się po kilku, kilkunastu latach. Na pewno ma to niebagatelny wpływ na jakość tworzonych przez nas przedstawień.
Jakie wartości daje teatr w tych trudnych dla tej instytucji czasach?
Dla mnie teatr jest taką wartością artystyczną, której nie sposób znaleźć gdzie indziej. Na pewno nigdy z tego nie zrezygnuję. Wyobraźnia, której można używać w teatrze, którą można budować w teatrze nie ma sobie równych, oczywiście z całą miłością do kina. Natomiast ta teatralna jest inna i cudowna w swojej prostocie. Myślę, że teatr trzeba kochać. Każdy spektakl jest inny, każdy spektakl jest świętem. Istnieje także specyficzny kontakt między widzem, a aktorem. Teatr to jest to, co się dzieje tu i teraz – wspaniałe doświadczenie.
Dobrze się Pan czuje w klasyce.
Profil naszego teatru jest głównie nastawiony na klasykę, ale w naszym repertuarze można znaleźć też i spektakle, których interpretacja tej klasyki jest bardziej współczesna. Najlepszym przykładem jest inscenizacja sztuki „Szkoda, że jest nierządnicą” pióra Johna Forda w reżyserii Dana Jemmetta. Tekst napisany w czasach młodości Szekspira, w czasach teatru elżbietańskiego, a przeniesiony przez reżysera na czasy współczesne. Odpowiadając na Pani pytanie: tak, bardzo dobrze czuję się w klasyce i uważam, że dobrze zrobionej klasyki brakuje dziś w Polsce.
Nie jest dziś łatwo zrealizować ciekawą inscenizację Fredry. Nie ma co daleko szukać. Spektakl „Dożywocie” nie do końca trafił do publiczności. Po krótkim graniu pożegnano się już z tytułem.
To prawda. Z tym sukcesem to nie jest prosta sprawa. Przy "Mężu i żonie", jak zawsze, pracowaliśmy nad tym, żeby się udało. Myślę, że jesteśmy na bardzo dobrej drodze, żeby przedstawienie dotarło do wielu i zadowoliło różne gusta. I żebyśmy grali je długo. Bardzo na to liczymy i zapraszamy do Teatru Polskiego już w nowym sezonie.
Rozmawiała Małgosia
Aleksander Fredro "Mąż i żona", Teatr Polski w Warszawie, Maksymilian Rogacki, foto Magda Hueckel.
Na zdjęciach Piotr Bajtlik i Maksymilian Rogacki.
Oglądała 18 maja - Małgosia
Najbliższe spektakle - 13, 14, 16, 17 września
piątek, 2 czerwca 2017
Młodzi widzowie w teatrze
Ogólnie jestem za. Ale z paroma zastrzeżeniami.
Do napisania tego wpisu skłoniła mnie historia, która niedawno przydarzyła mi się przy oglądaniu "Jeziora Łabędziego" w Teatrze Wielkim w Warszawie (niestety nieodosobniona). Na niezajętych wcześniej miejscach w pierwszym rzędzie parteru, tuż koło mnie, pojawiła się w przerwie młoda rodzina: rodzice z dwoma kilkuletnimi córkami. Tuż przed rozpoczęciem drugiego aktu przyszli inni widzowie, z biletami na dwa z tych miejsc i rodzina musiała na szybko się podzielić. Na dole został ojciec z młodszą (maksymalnie pięcioletnią) córką. Mama ze starszą córką udała się na balkon/do amfiteatru. Podział okazał się (delikatnie mówiąc) nienajszczęśliwszy. Zaraz po rozpoczęciu aktu dziewczynka wyznała scenicznym szeptem tacie "Nudzę się..." i odtąd regularnie temu poczuciu dawała wyraz. Na zmianę z "Chcę do mamy". Drugi akt Jeziora, najdłuższy z całości (godzinny), pełen nastrojowej muzyki i zespołowych scen w bieli, stracił większość swojej magii. Na trzeci akt rodzice na szczęście zamienili się córkami i końcówkę oglądałam już z uwagą skupioną na scenie.
A można było uniknąć takiej sytuacji. Po pierwsze, dobrać przedstawienie stosownie do wieku i obycia teatralnego dzieci. "Dziadek do orzechów", któreś z przedstawień w południe, byłby dużo lepszym punktem startu. Jeśli dzieci już Dziadka widziały, to może warto pomyśleć o pozostałych propozycjach Teatru Wielkiego skierowanych specjalnie do dzieci? Są abonamenty edukacyjne 5+ i 10+, na pewno bardziej dostosowane do wrażliwości małego widza niż balet o zdradzie, despotycznym ojcu i miotaniu się pomiędzy kochanką i ukochaną kobietą... Jeśli rodzice czuli, że mimo wszystko muszą iść z dziećmi na Jezioro Łabędzie, powinni kupić miejsca koło siebie (podejrzewam, że na miejscach, z których przyszli, tak było, ale ulegli pokusie oglądania spektaklu z pierwszego rzędu), a nie skazywać innych widzów na dziecięcy (pełen pretensji o nudę i chwilowy brak mamy) szczebiot w tle.
Pierwszy rząd parteru to zdecydowanie nie jest dobre miejsce dla niedużych dzieci. Wprawdzie teatr dysponuje poduszkami (dostępnymi w szatni), które podwyższają trochę dziecku punkt widzenia, ale i tak nie ma stamtąd naprawdę dobrej widoczności, sceny zbiorowe wyglądają mniej efektownie niż z amfiteatru lub któregoś balkonu i są jeszcze inne niedogodności. Pierwszy rząd odziera oglądanie baletu z romantyzmu. Słychać stukot baletek, widać mocny makijaż artystów, czasem słychać wyrazy emocji dyrygenta mocno przeżywającego swoją pracę, a aktorstwo obliczone na widoczność z najdalszych zakątków widowni jest niejednokrotnie mocno przerysowane. Niektórzy dorośli celowo omijają ten rząd (nie jest on zresztą najdroższą miejscówką na widowni (to dopiero IV strefa, czyli są trzy lepsze).
Wiem, rozumiem, że rodzice mają ambicje, by wychować dzieci na kulturalnych ludzi, uczestniczących w koncertach i spektaklach regularnie i z przyjemnością. Ale tego nie uzyskuje się, zabierając dzieci na to, co chcą oglądać rodzice. Trzeba zaczynać od prostszego repertuaru, zwłaszcza gdy edukacja zaczyna się jeszcze w wieku przedszkolnym. Zachęcam rodziców do przeglądania oferty skierowanej do maluchów. Na takich koncertach udzielanie dzieciom pouczeń półgłosem uchodzi i jest naturalne. Inni widzowie rozumieją, że gdzieś trzeba tego obycia nabrać. Filharmonia prowadzi od lat cykle koncertów dla dzieci, obecnie to kilka różnych abonamentów, już od grupy wiekowej 3-6 lat, Teatr Wielki ma dwa abonamenty dla dzieci (wspomniane wcześniej), także w innych teatrach trafiają się przedstawienia dla najmłodszych (popatrzcie choćby na repertuar Syreny). Są też teatry dla dzieci (Baj, Lalka, Guliwer...). Oprócz placówek typowo teatralnych są też inne miejsca godne uwagi. Widzieliście projekt "Smykofonia"? Unikajcie na początku przedstawień z przerwą (także tych skierowanych do dzieci), bo u początkujących melomanów/teatromanów koncentracja po przerwie staje się praktycznie niemożliwa. Gdy już zaczniecie bywać na przedstawieniach z przerwą (koncerty w filharmonii przewidują takową), pamiętajcie o zabraniu batonika/jabłka i czegoś do picia (lub przygotujcie się na stosowny wydatek w bufecie teatralnym). Zachęćcie w przerwie pełne energii dzieci, by trochę pobiegały, poszalały, będzie im łatwiej siedzieć. I wstąpcie z nimi w przerwie do toalety, to też będzie sprzyjało koncentracji w drugiej części spektaklu/koncertu. Aż pewnego dnia, gdy wbiegniecie do gmachu filharmonii w ostatniej chwili i nerwowo zaczniecie zdejmować z dzieci czapki, usłyszycie uspokajające "Jeszcze mamy czas, przecież to dopiero drugi dzwonek". Cóż, wychowanie bywalca wymaga trochę wysiłku, ale daje dużo satysfakcji.
Czego życzy Wam z całego serca Maria.
Do napisania tego wpisu skłoniła mnie historia, która niedawno przydarzyła mi się przy oglądaniu "Jeziora Łabędziego" w Teatrze Wielkim w Warszawie (niestety nieodosobniona). Na niezajętych wcześniej miejscach w pierwszym rzędzie parteru, tuż koło mnie, pojawiła się w przerwie młoda rodzina: rodzice z dwoma kilkuletnimi córkami. Tuż przed rozpoczęciem drugiego aktu przyszli inni widzowie, z biletami na dwa z tych miejsc i rodzina musiała na szybko się podzielić. Na dole został ojciec z młodszą (maksymalnie pięcioletnią) córką. Mama ze starszą córką udała się na balkon/do amfiteatru. Podział okazał się (delikatnie mówiąc) nienajszczęśliwszy. Zaraz po rozpoczęciu aktu dziewczynka wyznała scenicznym szeptem tacie "Nudzę się..." i odtąd regularnie temu poczuciu dawała wyraz. Na zmianę z "Chcę do mamy". Drugi akt Jeziora, najdłuższy z całości (godzinny), pełen nastrojowej muzyki i zespołowych scen w bieli, stracił większość swojej magii. Na trzeci akt rodzice na szczęście zamienili się córkami i końcówkę oglądałam już z uwagą skupioną na scenie.
A można było uniknąć takiej sytuacji. Po pierwsze, dobrać przedstawienie stosownie do wieku i obycia teatralnego dzieci. "Dziadek do orzechów", któreś z przedstawień w południe, byłby dużo lepszym punktem startu. Jeśli dzieci już Dziadka widziały, to może warto pomyśleć o pozostałych propozycjach Teatru Wielkiego skierowanych specjalnie do dzieci? Są abonamenty edukacyjne 5+ i 10+, na pewno bardziej dostosowane do wrażliwości małego widza niż balet o zdradzie, despotycznym ojcu i miotaniu się pomiędzy kochanką i ukochaną kobietą... Jeśli rodzice czuli, że mimo wszystko muszą iść z dziećmi na Jezioro Łabędzie, powinni kupić miejsca koło siebie (podejrzewam, że na miejscach, z których przyszli, tak było, ale ulegli pokusie oglądania spektaklu z pierwszego rzędu), a nie skazywać innych widzów na dziecięcy (pełen pretensji o nudę i chwilowy brak mamy) szczebiot w tle.
Pierwszy rząd parteru to zdecydowanie nie jest dobre miejsce dla niedużych dzieci. Wprawdzie teatr dysponuje poduszkami (dostępnymi w szatni), które podwyższają trochę dziecku punkt widzenia, ale i tak nie ma stamtąd naprawdę dobrej widoczności, sceny zbiorowe wyglądają mniej efektownie niż z amfiteatru lub któregoś balkonu i są jeszcze inne niedogodności. Pierwszy rząd odziera oglądanie baletu z romantyzmu. Słychać stukot baletek, widać mocny makijaż artystów, czasem słychać wyrazy emocji dyrygenta mocno przeżywającego swoją pracę, a aktorstwo obliczone na widoczność z najdalszych zakątków widowni jest niejednokrotnie mocno przerysowane. Niektórzy dorośli celowo omijają ten rząd (nie jest on zresztą najdroższą miejscówką na widowni (to dopiero IV strefa, czyli są trzy lepsze).
Wiem, rozumiem, że rodzice mają ambicje, by wychować dzieci na kulturalnych ludzi, uczestniczących w koncertach i spektaklach regularnie i z przyjemnością. Ale tego nie uzyskuje się, zabierając dzieci na to, co chcą oglądać rodzice. Trzeba zaczynać od prostszego repertuaru, zwłaszcza gdy edukacja zaczyna się jeszcze w wieku przedszkolnym. Zachęcam rodziców do przeglądania oferty skierowanej do maluchów. Na takich koncertach udzielanie dzieciom pouczeń półgłosem uchodzi i jest naturalne. Inni widzowie rozumieją, że gdzieś trzeba tego obycia nabrać. Filharmonia prowadzi od lat cykle koncertów dla dzieci, obecnie to kilka różnych abonamentów, już od grupy wiekowej 3-6 lat, Teatr Wielki ma dwa abonamenty dla dzieci (wspomniane wcześniej), także w innych teatrach trafiają się przedstawienia dla najmłodszych (popatrzcie choćby na repertuar Syreny). Są też teatry dla dzieci (Baj, Lalka, Guliwer...). Oprócz placówek typowo teatralnych są też inne miejsca godne uwagi. Widzieliście projekt "Smykofonia"? Unikajcie na początku przedstawień z przerwą (także tych skierowanych do dzieci), bo u początkujących melomanów/teatromanów koncentracja po przerwie staje się praktycznie niemożliwa. Gdy już zaczniecie bywać na przedstawieniach z przerwą (koncerty w filharmonii przewidują takową), pamiętajcie o zabraniu batonika/jabłka i czegoś do picia (lub przygotujcie się na stosowny wydatek w bufecie teatralnym). Zachęćcie w przerwie pełne energii dzieci, by trochę pobiegały, poszalały, będzie im łatwiej siedzieć. I wstąpcie z nimi w przerwie do toalety, to też będzie sprzyjało koncentracji w drugiej części spektaklu/koncertu. Aż pewnego dnia, gdy wbiegniecie do gmachu filharmonii w ostatniej chwili i nerwowo zaczniecie zdejmować z dzieci czapki, usłyszycie uspokajające "Jeszcze mamy czas, przecież to dopiero drugi dzwonek". Cóż, wychowanie bywalca wymaga trochę wysiłku, ale daje dużo satysfakcji.
Czego życzy Wam z całego serca Maria.
czwartek, 1 czerwca 2017
Vladimir Yaroshenko: Taniec był moim przeznaczeniem
Olga i Vladimir Yaroshenko – małżeństwo, które połączyła wspólna pasja – miłość do tańca. Mija dziesięć lat ich pracy w Polskim Balecie Narodowym w Teatrze Wielkim w Warszawie. Vladimir Yaroshenko to największa gwiazda, pierwszy solista Narodowej Sceny. - Jak tylko poznałam Wołodię, wiedziałam, że będzie znakomitym tancerzem. Jego talent był widoczny od najmłodszych lat – mówi o mężu Olga.
Vladimir Yaroshenko – pierwszy solista Polskiego Baletu Narodowego w Warszawie urodził się w Sławiańsku nad Kubaniem w Rosji. W 2003 roku ukończył Krasnodarską Szkołę Baletową i w tym samym roku został solistą Krasnodarskiego Teatru Baletu Jurija Grigorowicza. Pierwszym solistą został trzy lata później. W 2007 roku ukończył Państwowy Krasnodarski Uniwersytet Kultury i Sztuki. To był ostatni okres jego zawodowej pracy w kraju rodzinnym. Jako bardzo młody tancerz miał swoje marzenia – z żoną Olgą pragnęli wyjechać z Krasnodaru, aby w nowym dla nich otoczeniu i miejscu doskonalić umiejętności baletowe, tańczyć i dawać radość widzom i również sobie. Jego wielki talent nie raz już został doceniony – między innymi w 2016 roku został uhonorowany Brązowym Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”. Występy Vladimira Yaroshenko oklaskiwane są na całym świecie, a w naszej stolicy jest jednym z ulubieńców warszawskiej publiczności.
Zabierzemy teraz naszych czytelników w świat tancerzy baletowych, który nie jest przecież tak znany jak świat innych przedstawicieli kultury. Polska widownia baletowa nie jest duża, a przy rosyjskiej publiczności to przysłowiowa „kropla w morzu”. Jednak poprzez tak znakomitych tancerzy jak właśnie Vladimir Yaroshenko – ta widownia z każdym rokiem się powiększa. Świat baletu jest piękny, jest romantyczny i jak trzeba drapieżny i tak wspaniale oddaje uczucia i emocje, dowodząc, że słowa są zbędne.
Vladimir od najmłodszych lat pokochał taniec. - W mojej rodzinie nie było ani tancerzy, ani sportowców, ale ja od małego przejawiałem zamiłowania w kierunku tańca, również śpiewałem. Nie mogłem usiedzieć spokojnie, zawsze coś nuciłem i podskakiwałem, byłem takim roztańczonym dzieckiem – rozpoczyna swoją opowieść Vladimir Yaroshenko. - Mama zapisała mnie do szkoły muzycznej, a moje pierwsze tańce to były ludowe. Rosjanie są niezwykle muzykalni. Mamy duży kraj, jest w czym wybierać, dlatego też jest olbrzymia konkurencja i nie jest łatwo się przebić, z tego też powodu wyjeżdżamy i tańczymy na całym świecie.
- Szkół baletowych w Rosji jest chyba porównywalna ilość co w Polsce, ale mamy bardzo dobrych pedagogów, wykładowców, wspaniałą tradycję i zdecydowanie więcej ludzi do nauki. Do szkół zgłasza się duża ilość dzieci, a wiadomo, że wszyscy nie zostaną przyjęci. Nabór jest prowadzony od małego, ale odsiew jest ogromny. Konkurencja istnieje od samego początku, a przez to poziom też jest niezwykle wysoki. To prawda, że tancerzami możemy obdarować cały świat – mówi Olga Yaroshenko.
- Miałem 11 lat jak zrozumiałem, że balet będzie moim życiem, pasją i jest moim powołaniem. Pojechałem na obóz z zespołem ludowym, w którym tańczyłem w szkole muzycznej. Na tym samym obozie wypoczywały dzieci ze szkoły baletowej. Odbywały się lekcje pokazowe, różne ćwiczenia. Bardzo mi się to wszystko spodobało. Wróciłem do domu i powiedziałem, że bardzo bym chciał iść do szkoły baletowej. Tylko cały czas jeszcze preferowałem kierunek tańca ludowego, a o klasyce wtedy nie myślałem. Jednak tak się złożyło, że w moim roczniku na ten kierunek byłem jedynym chłopcem. Podczas przyjmowania mnie do szkoły powiedziano mi, żebym przez rok spróbował sił na kierunku klasycznym, a potem zobaczymy.
I chyba dobrze się stało?
- Chyba tak, opatrzność nade mną czuwała, a los tak pokierował i zostałem na kierunku klasycznym w szkole baletowej w Krasnodarze. Z Olgą poznaliśmy się już na egzaminach, ale tak jak razem wspominamy tamten czas, to nie pamiętamy się z tego pierwszego okresu.
- Jednak po kilku miesiącach już razem tańczyliśmy – wspomina Olga. – Szkoła baletowa w Rosji trwa osiem lat, w Warszawie dzieci chodzą o rok dłużej. W tym roku krasnodarska szkoła obchodzi 25-lecie istnienia, ale nawet jubileusz nie sprawia, że warunki bytowe będą lepsze. Nie było nam lekko, gdyż szkoła nie ma jednego budynku, tylko dzieci muszą podróżować po całym mieście, jeżdżąc na różne zajęcia. Rano mieliśmy zajęcia z baletu w Pałacu Kultury, który należał do szkoły, po nich mieliśmy lekcje ogólne, ponownie zajęcia baletowe, a wieczorem praktyki w teatrze. Dla dzieci to nie jest łatwe, szybko trzeba stawać się w miarę samodzielnym – mówią nam Olga z Vladimirem.
Krasnodarska Szkoła Baletowa jest szkołą młodą z mniejszymi tradycjami niż te najbardziej znane z największych miast Rosji. – Te najlepsze i najbardziej znane to szkoła z Moskwy, Sankt Petersburga, Permu, Nowosybirska i Woroneża. My pochodzimy z mniejszego miasta. Krasnodar jest w miarę duży, ale to nie stolica, ale też mieliśmy szczęście, że się do niej dostaliśmy. Oczywiście nie wiadomo co by było, gdybyśmy pojechali na egzaminy do tych największych szkół. Może trochę na tym straciliśmy, ale ryzyko mogłoby być takie, że moglibyśmy nie zostać przyjęci, albo by nas przyjęto, ale na przykład byśmy się gdzieś po drodze zagubili na tle innych tancerzy. Tego nie wiemy – mówi Olga. – Dziś, z perspektywy czasu, jestem pewna, że Vladimir by sobie na pewno poradził, z takim talentem i pracowitością spokojnie dałby radę. – Los chciał inaczej i może dobrze się stało, bo jesteśmy razem – dodał Vladimir.
Pierwsze przedstawienia, w których się występuje, pamięta się dobrze. To pierwsze baletowe kroki w dorosłe życie. – Tak, to był balet dziecięcy "Czipollino", do którego muzykę napisał Karen Chaczaturian. Jest to balet według „Opowieści o Cebulku" Gianniego Rodari. To cudowna rosyjska bajka animowana. Tańczyłem razem z profesjonalnymi tancerzami, więc to też było niezapomniane przeżycie. Balet szkolno-artystyczny w teatrze dla zgromadzonej widowni, z rodzicami, prawdziwe widowisko, super doświadczenie dla 14-latka. Mam to nagranie, niesamowita pamiątka – uśmiecha się Vladimir wspominając tamten czas. – A jeżeli chodzi o nerwy towarzyszące występowi, to wydaje mi się, że jako dziecko mniej się denerwowałem. Teraz, jak już się jest dorosłym, świadomym wszystkiego, to nerwy są większe.
– Ja bym powiedziała, że mój mąż wcale się nie denerwuje. Widziałam bardziej stresujących się tancerzy. On jest oazą spokoju – śmieje się Olga.
…No może tak…, ale emocje zawsze jakieś są. Żona dobrze mnie zna, ja mało co po sobie pokazuję – mówi. – Znam Go dobrze, ale to prawda, że emocje trzyma w sobie, w środku, trudno poznać, czy się denerwuje czy nie, ale to mu wychodzi na dobre. Jest wielu tancerzy, którzy energię oddają na stres, a jak przychodzi do wejścia na scenę i zatańczenia – wtedy tej energii brakuje. Natomiast Wołodia całą energię oddaje na scenie, nie marnuje jej, całe swoje emocje przekazuje widowni i to jest wielki dar – chwali męża Olga. Widać, jaka jest z niego dumna.
Tancerze, tak jak i inni ludzie sceny mają swoje przyzwyczajenia, przesądy, co robić przed premierą, czy przed każdym spektaklem. – Słyszałem, że artyści mają pewne swoje tradycje przed ważnym wydarzeniem. Dla mnie czymś takim ważnym jest sen. Nieważne, czy to jest premiera, czy normalny spektakl, bo przed każdym tak samo trzeba się skupić, wyciszyć, każdy jest ważny. Nie zawsze można zasnąć, ale lubię spać, i sen bardzo mi pomaga. Ja też przeżywam, też mam nerwy. W czasie snu umysł odpoczywa, a to jest najlepszym lekarstwem na wszystko. Oczywiście, nie zawsze się to udaje, ale wypoczynek jest ważny. Innych przyzwyczajeń raczej nie mam – zwierza się nam Vladimir. – To ja dodam, że mąż bardzo lubi też w wolnym czasie majsterkować, to taka „złota rączka”, prace domowe też na niego działają pozytywnie – mówi Olga.
Pierwszy zawodowy angaż Vladimir Yaroshenko podpisał w 2003 roku w Krasnodarskim Teatrze Baletu Jurija Grigorowicza w Krasnodarze. – Było to od razu po skończeniu szkoły – wspomina tancerz.
- Na papierku był to rok 2003, ale już od dwóch lat tańczyłem i wyjeżdżałem za granicę z zespołem. Pierwsze podróże baletowe – Japonia i Stany Zjednoczone, to był rok 2001. Nabierałem doświadczenia, chłonąłem wiedzę i szlifowałem technikę. Już wtedy myśleliśmy z Olgą o wyjeździe z naszego miasta. Los i przypadek poprowadził nas do Polski. Marzyło nam się coś nowego, gdyż krasnodarski teatr uczył nas tylko klasyki. Wiedzieliśmy, że to jest za mało, chcieliśmy czegoś więcej. Poza tym w Krasnodarze tańczyliśmy od małego. Nic poza tym miastem nie widzieliśmy. Nie mieliśmy dostępu do internetu, nie wiedzieliśmy co się w świecie dzieje – mówi Vladimir. – Międzynarodowy Konkurs w Soczi, w którym zatańczyliśmy uświadomił nam, że czas na zmiany. Mimo, że tam nie było jakoś bardzo międzynarodowo, ale potwierdziły się nasze myśli, że trzeba wyjechać, aby się dalej rozwijać. Zobaczyliśmy, że nasz poziom nie jest światowy. O Moskwie i Sankt Petersburgu nie myśleliśmy, nie wierzyliśmy do końca w swoje siły, że możemy tam się dostać. Nie mieliśmy racji, bo nasi koledzy pojechali i dostali się. Tak nas wychowano, że jesteśmy z mniejszego miasta to już raczej nam się nie uda, bo mniej umiemy – dodaje.
Teatr Muzyczny w Lublinie był Waszym pierwszym przystankiem w Polsce. – Tak, w Lublinie spędziliśmy pół sezonu, czyli sześć miesięcy, był rok 2007. Znajomy pedagog zbierał tancerzy i chciał stworzyć młody zespół taneczny właśnie w Lublinie. Jednak po dość krótkim czasie pracy w tym teatrze zrozumieliśmy, że to też nie jest to co byśmy chcieli robić, że poziom jest za słaby – stwierdza Vladimir.
- Tradycja baletu w Polsce nie jest taka dobra. Ciężko jest przełamać myślenie ludzi i podejście do wielu spraw. Zwątpiliśmy lekko w ideę, w prezentowany poziom. Nasze umiejętności i podejście do pracy było zdecydowanie na wyższym poziomie. To był taniec w zespole muzycznym, a nam chodziło o prawdziwy zespół baletowy. Dlatego decyzja mogła być tylko jedna. Jedziemy do Warszawy – mówią Olga i Vladimir.
- Bardzo miło wspominamy nasze przyjęcie w stolicy. Do zespołu przyjęto nas od razu. Przyjmowała nas dyrektor Jolanta Rybarska. Pomogła nam się zadomowić, załatwić mieszkanie, od razu poczuliśmy się dobrze. Potem był okres przejściowy, pracował z nami dyrektor Emil Wesołowski, a od sezonu 2008/09 już dyrektorem został Krzysztof Pastor. W latach 2007-2009 tańczyłem jako koryfej, od 2009 byłem solistą, a rok później już zostałem pierwszym solistą - wspomina Vladimir.
Polski Balet Narodowy za dyrekcji Krzysztofa Pastora bardzo się rozwinął, zyskał ogromną sławę, jest zapraszany na występy na całym świecie. Mamy znakomitych tancerzy. – Bardzo się z tego cieszymy. Wszyscy ciężko pracujemy, dlatego wysokie oceny, docenianie pracy jaką wykonujemy dodatkowo nas motywują do jeszcze większego wysiłku – mówi pierwszy solista.
Polski Balet Narodowy nie tak dawno gościnnie wystąpił ze spektaklem „Burza” według sztuki Williama Szekspira w Rosji. Telewizja rosyjska uznała „Burzę” za najbardziej oczekiwany spektakl Międzynarodowego Festiwalu Baletowego Dance Open w Sankt Petersburgu. Fotograficy podglądali naszych tancerzy od samych prób, a wyrazom uznania na scenie i poza nią, już po występie, nie było końca. – Takie zdania i opinie bardzo cieszą, zwłaszcza od rosyjskiej niezwykle konserwatywnej publiczności, którą zadowolić nie jest łatwo – mówi Olga i Vladimir. – Nad każdą nowością muszą pomyśleć, przetrawić ją, nim wydadzą opinię. Zachwytów od razu nie ma, to pewne, nie są tacy szybcy w chwaleniu – śmieje się Olga. – Zdecydowanie łatwiej odnieść sukces jak się do Rosji przyjedzie z klasyką, a „Burza” jest w gatunku neoklasyki. Z tego też względu dobre opinie są dla nas bardzo cenne – podkreśla Vladimir.
- Ja bym jeszcze chciała podkreślić rolę polskich tancerzy, tych starszych i tych młodszych, którzy są w zespole. Nie można tego nie doceniać, tego co robili i co robią. To nie tylko tancerze zza granicy świadczą o sile Polskiego Baletu Narodowego. Starsi zawsze wspominają dawne czasy, lata najfajniejsze dla każdego, bo swojej młodości, że też dużo się działo i było bardzo dużo spektakli. Wszyscy byli ogromnie zaangażowani w to co robią. Nam się też wydaje, że jak przyjechaliśmy z Lublina do Warszawy, to było w repertuarze więcej pozycji baletowych. Aktualnie nam się wydaje, że jest za mało przedstawień. Może to jest taki niedosyt artystyczny, że chciałoby się więcej – mówi Olga.
Trudno jednak nie zauważyć, że popularność baletu rośnie z roku na rok. Bilety znikają z kas jak przysłowiowe ciepłe bułeczki.
– Jak najbardziej. Bardzo nas to cieszy. Trzeba też pamiętać, że dzielimy scenę z Operą, więc ta popularność jest podzielona i nie wiadomo jakby było gdybyśmy byli sami, ale mamy swoją widownię i to nas niezwykle cieszy. Należy również podkreślić, że widownia w Polsce nie ma takiej tradycji kultury oglądania baletu jak w Rosji. Wokół jest wiele atrakcji, kino, teatr, koncerty. W Rosji od najmłodszych lat jest tradycja oglądania baletu. Po prostu trzeba iść na balet, a w Polsce wiele osób nigdy w życiu nie było na balecie. Od najmłodszych lat trzeba zarażać, uczyć takiej myśli, aby chodzenie na balet było czymś normalnym, codziennym, a za to już odpowiadają rodzice i też szkoła. Powinno się dzieci prowadzić na balet, a z mniejszych miejscowości przywozić na spektakle. Zaczynać od „Dziadka do orzechów”, to przepiękny balet, na którym dzieci się nie będą nudzić i stopniowo podnosić poziom baletowej poprzeczki – z zapałem mówi Vladimir. – Do tego przydałaby się współpraca szkół z teatrem, to by pomogło, a my moglibyśmy więcej grać tych dodatkowych spektakli w godzinach południowych – dodaje.
Aktor teatralny ma marzenie, aby zagrać Hamleta, aktorka marzy o roli Lady Makbet.
- Ja też mam takie swoje marzenie, chciałbym zatańczyć Spartakusa. Miałem niespełna 21 lat jak wyjeżdżałem z Krasnodaru do Polski, mimo, że zatańczyłem prawie wszystko jako solista z repertuaru klasycznego, to jeszcze coś pozostało. To są takie marzenia z lat dziecięcych, a cudowna, przejmująca muzyka Arama Chaczaturiana (brat Karena) właśnie do „Spartakusa” jest we mnie i pozostanie. Jak się jej słucha, to po prostu aż chce się tańczyć – słychać rozmarzenie w głosie Vladimira. – Cieszę się, że tuż przed wyjazdem z Rosji udało mi się zatańczyć Iwana Groźnego, ten balet też zapadł mi w serce od najmłodszych lat. Mam też sentyment do „Snu nocy letniej”. W tym balecie w Warszawie wcielam się w dwie postaci – Tezeusza i Oberona, jedna jest postacią ludzką, a druga siłą nadprzyrodzoną i to jest fajnym wyzwaniem dla tancerza. Do moich ulubionych należą też role szlachcica Petruchia w „Poskromieniu złośnicy” oraz Basilia w „Don Kichocie”. Są to role bardzo charakterystyczne, a ja takie lubię – zdradza nam pierwszy solista.
- Vladimir woli role charakterystyczne-aktorskie, romantyczne, w których o wiele trudniej jest przekazać emocje, ale w rolach drapieżnych też się bardzo dobrze sprawdza. Dla niego im trudniej tym lepiej – śmieje się Olga. – Mój mąż sam siebie nie pochwali, a ja jak najbardziej. Jednak bym podkreśliła, że Vladimir lubi każdą rolę, którą tańczy. Tak naprawdę nie ma ról ulubionych. Mogą być tylko te bardziej ulubione w danym momencie, a tak to się to ciągle zmienia – dodaje Olga.
Olga i Vladimir 10 lat mieszkają w Warszawie. – Czujemy się już jak warszawiacy, tu jest nasz dom. Mamy swoje ulubione miejsca, między innymi należą do nich Stare Miasto i Lasek Młociński, bardzo chętnie wybieramy się też na Koncerty Chopinowskie do Łazienek Królewskich – uśmiecha się Vladimir. – Tu się urodziły nasze dzieci, my znaleźliśmy pracę, którą kochamy, która jest naszą pasją. Synek chodzi do szkoły sportowej, ale nie chcieliśmy, aby poszedł w ślady rodziców. Na razie wybrał pływanie. Wiemy jak ciężkim zawodem jest balet, jak wiele trzeba dla niego poświęcić – dodaje. – Od małego tak pracujemy i rozmawiamy z dziećmi, aby im balet wybić z głowy. Oczywiście chodzą z nami na spektakle, oglądają, czasami są na naszych próbach, ale to jest co innego, a co innego zawodowo się tym zajmować – mówi Olga.
Jednak nie jest łatwo żyć z dala od rodziny.
– To był nasz świadomy wybór, którego nie żałujemy. Tęsknota jest oczywiście, ale za ludźmi, za rodziną, za przyjaciółmi, ale nie za krajem. Już niedługo urlop, półtora miesiąca wolnego, wtedy mamy całkowity odpoczynek – mówi Vladimir. - Możemy coś więcej zjeść, to na co mamy ochotę, co lubimy, a rodzina zawsze o to zadba, nie jest lekko, brzuszki są pełne, więc nawet na jakiś ruch brakuje ochoty – śmieje się Olga. – Dlatego po tym okresie leniuchowania niezwykle chętnie wracamy do pracy, do nowych wyzwań – kończy naszą rozmowę Vladimir.
Vladimir Yaroshenko jest gwiazdą Polskiego Baletu Narodowego, ale zupełnie nie przypomina gwiazd, do jakich w większości przyzwyczaiły nas współczesne realia. Ujęła mnie Jego niezwykła skromność, pokora do życia i pracy, a także nieśmiałość. Vladimir ma swój świat, w którym czuje się najlepiej, w którym jest bezpieczny. Balet i rodzina to Jego oaza. Na scenie jest królem, pewnym siebie tancerzem, pewnym swoich wartości, tego co potrafi i co chce przekazać widowni. Idealna sylwetka tancerza „noble”. Znakomita technika, lekkość tańca, dopracowany każdy detal, każdy ruch i gest czemuś służy, wszystko wykonane w sposób niezwykle naturalny. Na scenie przykuwa uwagę widza od pierwszego pojawienia się na niej. Wystarczy, że zejdzie ze sceny, gdy kurtyna opadnie – od razu widzimy inne oblicze pierwszego solisty. Nie mówi za dużo, tyle ile potrzeba, to żona Olga jest „mózgiem” rodziny. I w tym miejscu przychodzą mi na myśl słowa naszego wielkiego aktora, niezapomnianego Gustawa Holoubka – „Człowiek wielki to człowiek skromny, a za niego mówi Jego praca i to co po nim zostanie, a nie słowa”.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Zdjęcia: 1. Don Kichot, Ewa Krasucka, 2. Olga i Vladimir Yaroshenko, Piotr Leczkowski, 3. Iwan Groźny, Tatiana Zubkova, 4. Sen Nocy Letniej, Ewa Krasucka.
Vladimir Yaroshenko – pierwszy solista Polskiego Baletu Narodowego w Warszawie urodził się w Sławiańsku nad Kubaniem w Rosji. W 2003 roku ukończył Krasnodarską Szkołę Baletową i w tym samym roku został solistą Krasnodarskiego Teatru Baletu Jurija Grigorowicza. Pierwszym solistą został trzy lata później. W 2007 roku ukończył Państwowy Krasnodarski Uniwersytet Kultury i Sztuki. To był ostatni okres jego zawodowej pracy w kraju rodzinnym. Jako bardzo młody tancerz miał swoje marzenia – z żoną Olgą pragnęli wyjechać z Krasnodaru, aby w nowym dla nich otoczeniu i miejscu doskonalić umiejętności baletowe, tańczyć i dawać radość widzom i również sobie. Jego wielki talent nie raz już został doceniony – między innymi w 2016 roku został uhonorowany Brązowym Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”. Występy Vladimira Yaroshenko oklaskiwane są na całym świecie, a w naszej stolicy jest jednym z ulubieńców warszawskiej publiczności.
Zabierzemy teraz naszych czytelników w świat tancerzy baletowych, który nie jest przecież tak znany jak świat innych przedstawicieli kultury. Polska widownia baletowa nie jest duża, a przy rosyjskiej publiczności to przysłowiowa „kropla w morzu”. Jednak poprzez tak znakomitych tancerzy jak właśnie Vladimir Yaroshenko – ta widownia z każdym rokiem się powiększa. Świat baletu jest piękny, jest romantyczny i jak trzeba drapieżny i tak wspaniale oddaje uczucia i emocje, dowodząc, że słowa są zbędne.
Vladimir od najmłodszych lat pokochał taniec. - W mojej rodzinie nie było ani tancerzy, ani sportowców, ale ja od małego przejawiałem zamiłowania w kierunku tańca, również śpiewałem. Nie mogłem usiedzieć spokojnie, zawsze coś nuciłem i podskakiwałem, byłem takim roztańczonym dzieckiem – rozpoczyna swoją opowieść Vladimir Yaroshenko. - Mama zapisała mnie do szkoły muzycznej, a moje pierwsze tańce to były ludowe. Rosjanie są niezwykle muzykalni. Mamy duży kraj, jest w czym wybierać, dlatego też jest olbrzymia konkurencja i nie jest łatwo się przebić, z tego też powodu wyjeżdżamy i tańczymy na całym świecie.
- Szkół baletowych w Rosji jest chyba porównywalna ilość co w Polsce, ale mamy bardzo dobrych pedagogów, wykładowców, wspaniałą tradycję i zdecydowanie więcej ludzi do nauki. Do szkół zgłasza się duża ilość dzieci, a wiadomo, że wszyscy nie zostaną przyjęci. Nabór jest prowadzony od małego, ale odsiew jest ogromny. Konkurencja istnieje od samego początku, a przez to poziom też jest niezwykle wysoki. To prawda, że tancerzami możemy obdarować cały świat – mówi Olga Yaroshenko.
- Miałem 11 lat jak zrozumiałem, że balet będzie moim życiem, pasją i jest moim powołaniem. Pojechałem na obóz z zespołem ludowym, w którym tańczyłem w szkole muzycznej. Na tym samym obozie wypoczywały dzieci ze szkoły baletowej. Odbywały się lekcje pokazowe, różne ćwiczenia. Bardzo mi się to wszystko spodobało. Wróciłem do domu i powiedziałem, że bardzo bym chciał iść do szkoły baletowej. Tylko cały czas jeszcze preferowałem kierunek tańca ludowego, a o klasyce wtedy nie myślałem. Jednak tak się złożyło, że w moim roczniku na ten kierunek byłem jedynym chłopcem. Podczas przyjmowania mnie do szkoły powiedziano mi, żebym przez rok spróbował sił na kierunku klasycznym, a potem zobaczymy.
I chyba dobrze się stało?
- Chyba tak, opatrzność nade mną czuwała, a los tak pokierował i zostałem na kierunku klasycznym w szkole baletowej w Krasnodarze. Z Olgą poznaliśmy się już na egzaminach, ale tak jak razem wspominamy tamten czas, to nie pamiętamy się z tego pierwszego okresu.
- Jednak po kilku miesiącach już razem tańczyliśmy – wspomina Olga. – Szkoła baletowa w Rosji trwa osiem lat, w Warszawie dzieci chodzą o rok dłużej. W tym roku krasnodarska szkoła obchodzi 25-lecie istnienia, ale nawet jubileusz nie sprawia, że warunki bytowe będą lepsze. Nie było nam lekko, gdyż szkoła nie ma jednego budynku, tylko dzieci muszą podróżować po całym mieście, jeżdżąc na różne zajęcia. Rano mieliśmy zajęcia z baletu w Pałacu Kultury, który należał do szkoły, po nich mieliśmy lekcje ogólne, ponownie zajęcia baletowe, a wieczorem praktyki w teatrze. Dla dzieci to nie jest łatwe, szybko trzeba stawać się w miarę samodzielnym – mówią nam Olga z Vladimirem.
Krasnodarska Szkoła Baletowa jest szkołą młodą z mniejszymi tradycjami niż te najbardziej znane z największych miast Rosji. – Te najlepsze i najbardziej znane to szkoła z Moskwy, Sankt Petersburga, Permu, Nowosybirska i Woroneża. My pochodzimy z mniejszego miasta. Krasnodar jest w miarę duży, ale to nie stolica, ale też mieliśmy szczęście, że się do niej dostaliśmy. Oczywiście nie wiadomo co by było, gdybyśmy pojechali na egzaminy do tych największych szkół. Może trochę na tym straciliśmy, ale ryzyko mogłoby być takie, że moglibyśmy nie zostać przyjęci, albo by nas przyjęto, ale na przykład byśmy się gdzieś po drodze zagubili na tle innych tancerzy. Tego nie wiemy – mówi Olga. – Dziś, z perspektywy czasu, jestem pewna, że Vladimir by sobie na pewno poradził, z takim talentem i pracowitością spokojnie dałby radę. – Los chciał inaczej i może dobrze się stało, bo jesteśmy razem – dodał Vladimir.
Pierwsze przedstawienia, w których się występuje, pamięta się dobrze. To pierwsze baletowe kroki w dorosłe życie. – Tak, to był balet dziecięcy "Czipollino", do którego muzykę napisał Karen Chaczaturian. Jest to balet według „Opowieści o Cebulku" Gianniego Rodari. To cudowna rosyjska bajka animowana. Tańczyłem razem z profesjonalnymi tancerzami, więc to też było niezapomniane przeżycie. Balet szkolno-artystyczny w teatrze dla zgromadzonej widowni, z rodzicami, prawdziwe widowisko, super doświadczenie dla 14-latka. Mam to nagranie, niesamowita pamiątka – uśmiecha się Vladimir wspominając tamten czas. – A jeżeli chodzi o nerwy towarzyszące występowi, to wydaje mi się, że jako dziecko mniej się denerwowałem. Teraz, jak już się jest dorosłym, świadomym wszystkiego, to nerwy są większe.
– Ja bym powiedziała, że mój mąż wcale się nie denerwuje. Widziałam bardziej stresujących się tancerzy. On jest oazą spokoju – śmieje się Olga.
…No może tak…, ale emocje zawsze jakieś są. Żona dobrze mnie zna, ja mało co po sobie pokazuję – mówi. – Znam Go dobrze, ale to prawda, że emocje trzyma w sobie, w środku, trudno poznać, czy się denerwuje czy nie, ale to mu wychodzi na dobre. Jest wielu tancerzy, którzy energię oddają na stres, a jak przychodzi do wejścia na scenę i zatańczenia – wtedy tej energii brakuje. Natomiast Wołodia całą energię oddaje na scenie, nie marnuje jej, całe swoje emocje przekazuje widowni i to jest wielki dar – chwali męża Olga. Widać, jaka jest z niego dumna.
Tancerze, tak jak i inni ludzie sceny mają swoje przyzwyczajenia, przesądy, co robić przed premierą, czy przed każdym spektaklem. – Słyszałem, że artyści mają pewne swoje tradycje przed ważnym wydarzeniem. Dla mnie czymś takim ważnym jest sen. Nieważne, czy to jest premiera, czy normalny spektakl, bo przed każdym tak samo trzeba się skupić, wyciszyć, każdy jest ważny. Nie zawsze można zasnąć, ale lubię spać, i sen bardzo mi pomaga. Ja też przeżywam, też mam nerwy. W czasie snu umysł odpoczywa, a to jest najlepszym lekarstwem na wszystko. Oczywiście, nie zawsze się to udaje, ale wypoczynek jest ważny. Innych przyzwyczajeń raczej nie mam – zwierza się nam Vladimir. – To ja dodam, że mąż bardzo lubi też w wolnym czasie majsterkować, to taka „złota rączka”, prace domowe też na niego działają pozytywnie – mówi Olga.
Pierwszy zawodowy angaż Vladimir Yaroshenko podpisał w 2003 roku w Krasnodarskim Teatrze Baletu Jurija Grigorowicza w Krasnodarze. – Było to od razu po skończeniu szkoły – wspomina tancerz.
- Na papierku był to rok 2003, ale już od dwóch lat tańczyłem i wyjeżdżałem za granicę z zespołem. Pierwsze podróże baletowe – Japonia i Stany Zjednoczone, to był rok 2001. Nabierałem doświadczenia, chłonąłem wiedzę i szlifowałem technikę. Już wtedy myśleliśmy z Olgą o wyjeździe z naszego miasta. Los i przypadek poprowadził nas do Polski. Marzyło nam się coś nowego, gdyż krasnodarski teatr uczył nas tylko klasyki. Wiedzieliśmy, że to jest za mało, chcieliśmy czegoś więcej. Poza tym w Krasnodarze tańczyliśmy od małego. Nic poza tym miastem nie widzieliśmy. Nie mieliśmy dostępu do internetu, nie wiedzieliśmy co się w świecie dzieje – mówi Vladimir. – Międzynarodowy Konkurs w Soczi, w którym zatańczyliśmy uświadomił nam, że czas na zmiany. Mimo, że tam nie było jakoś bardzo międzynarodowo, ale potwierdziły się nasze myśli, że trzeba wyjechać, aby się dalej rozwijać. Zobaczyliśmy, że nasz poziom nie jest światowy. O Moskwie i Sankt Petersburgu nie myśleliśmy, nie wierzyliśmy do końca w swoje siły, że możemy tam się dostać. Nie mieliśmy racji, bo nasi koledzy pojechali i dostali się. Tak nas wychowano, że jesteśmy z mniejszego miasta to już raczej nam się nie uda, bo mniej umiemy – dodaje.
Teatr Muzyczny w Lublinie był Waszym pierwszym przystankiem w Polsce. – Tak, w Lublinie spędziliśmy pół sezonu, czyli sześć miesięcy, był rok 2007. Znajomy pedagog zbierał tancerzy i chciał stworzyć młody zespół taneczny właśnie w Lublinie. Jednak po dość krótkim czasie pracy w tym teatrze zrozumieliśmy, że to też nie jest to co byśmy chcieli robić, że poziom jest za słaby – stwierdza Vladimir.
- Tradycja baletu w Polsce nie jest taka dobra. Ciężko jest przełamać myślenie ludzi i podejście do wielu spraw. Zwątpiliśmy lekko w ideę, w prezentowany poziom. Nasze umiejętności i podejście do pracy było zdecydowanie na wyższym poziomie. To był taniec w zespole muzycznym, a nam chodziło o prawdziwy zespół baletowy. Dlatego decyzja mogła być tylko jedna. Jedziemy do Warszawy – mówią Olga i Vladimir.
- Bardzo miło wspominamy nasze przyjęcie w stolicy. Do zespołu przyjęto nas od razu. Przyjmowała nas dyrektor Jolanta Rybarska. Pomogła nam się zadomowić, załatwić mieszkanie, od razu poczuliśmy się dobrze. Potem był okres przejściowy, pracował z nami dyrektor Emil Wesołowski, a od sezonu 2008/09 już dyrektorem został Krzysztof Pastor. W latach 2007-2009 tańczyłem jako koryfej, od 2009 byłem solistą, a rok później już zostałem pierwszym solistą - wspomina Vladimir.
Polski Balet Narodowy za dyrekcji Krzysztofa Pastora bardzo się rozwinął, zyskał ogromną sławę, jest zapraszany na występy na całym świecie. Mamy znakomitych tancerzy. – Bardzo się z tego cieszymy. Wszyscy ciężko pracujemy, dlatego wysokie oceny, docenianie pracy jaką wykonujemy dodatkowo nas motywują do jeszcze większego wysiłku – mówi pierwszy solista.
Polski Balet Narodowy nie tak dawno gościnnie wystąpił ze spektaklem „Burza” według sztuki Williama Szekspira w Rosji. Telewizja rosyjska uznała „Burzę” za najbardziej oczekiwany spektakl Międzynarodowego Festiwalu Baletowego Dance Open w Sankt Petersburgu. Fotograficy podglądali naszych tancerzy od samych prób, a wyrazom uznania na scenie i poza nią, już po występie, nie było końca. – Takie zdania i opinie bardzo cieszą, zwłaszcza od rosyjskiej niezwykle konserwatywnej publiczności, którą zadowolić nie jest łatwo – mówi Olga i Vladimir. – Nad każdą nowością muszą pomyśleć, przetrawić ją, nim wydadzą opinię. Zachwytów od razu nie ma, to pewne, nie są tacy szybcy w chwaleniu – śmieje się Olga. – Zdecydowanie łatwiej odnieść sukces jak się do Rosji przyjedzie z klasyką, a „Burza” jest w gatunku neoklasyki. Z tego też względu dobre opinie są dla nas bardzo cenne – podkreśla Vladimir.
- Ja bym jeszcze chciała podkreślić rolę polskich tancerzy, tych starszych i tych młodszych, którzy są w zespole. Nie można tego nie doceniać, tego co robili i co robią. To nie tylko tancerze zza granicy świadczą o sile Polskiego Baletu Narodowego. Starsi zawsze wspominają dawne czasy, lata najfajniejsze dla każdego, bo swojej młodości, że też dużo się działo i było bardzo dużo spektakli. Wszyscy byli ogromnie zaangażowani w to co robią. Nam się też wydaje, że jak przyjechaliśmy z Lublina do Warszawy, to było w repertuarze więcej pozycji baletowych. Aktualnie nam się wydaje, że jest za mało przedstawień. Może to jest taki niedosyt artystyczny, że chciałoby się więcej – mówi Olga.
Trudno jednak nie zauważyć, że popularność baletu rośnie z roku na rok. Bilety znikają z kas jak przysłowiowe ciepłe bułeczki.
– Jak najbardziej. Bardzo nas to cieszy. Trzeba też pamiętać, że dzielimy scenę z Operą, więc ta popularność jest podzielona i nie wiadomo jakby było gdybyśmy byli sami, ale mamy swoją widownię i to nas niezwykle cieszy. Należy również podkreślić, że widownia w Polsce nie ma takiej tradycji kultury oglądania baletu jak w Rosji. Wokół jest wiele atrakcji, kino, teatr, koncerty. W Rosji od najmłodszych lat jest tradycja oglądania baletu. Po prostu trzeba iść na balet, a w Polsce wiele osób nigdy w życiu nie było na balecie. Od najmłodszych lat trzeba zarażać, uczyć takiej myśli, aby chodzenie na balet było czymś normalnym, codziennym, a za to już odpowiadają rodzice i też szkoła. Powinno się dzieci prowadzić na balet, a z mniejszych miejscowości przywozić na spektakle. Zaczynać od „Dziadka do orzechów”, to przepiękny balet, na którym dzieci się nie będą nudzić i stopniowo podnosić poziom baletowej poprzeczki – z zapałem mówi Vladimir. – Do tego przydałaby się współpraca szkół z teatrem, to by pomogło, a my moglibyśmy więcej grać tych dodatkowych spektakli w godzinach południowych – dodaje.
Aktor teatralny ma marzenie, aby zagrać Hamleta, aktorka marzy o roli Lady Makbet.
- Ja też mam takie swoje marzenie, chciałbym zatańczyć Spartakusa. Miałem niespełna 21 lat jak wyjeżdżałem z Krasnodaru do Polski, mimo, że zatańczyłem prawie wszystko jako solista z repertuaru klasycznego, to jeszcze coś pozostało. To są takie marzenia z lat dziecięcych, a cudowna, przejmująca muzyka Arama Chaczaturiana (brat Karena) właśnie do „Spartakusa” jest we mnie i pozostanie. Jak się jej słucha, to po prostu aż chce się tańczyć – słychać rozmarzenie w głosie Vladimira. – Cieszę się, że tuż przed wyjazdem z Rosji udało mi się zatańczyć Iwana Groźnego, ten balet też zapadł mi w serce od najmłodszych lat. Mam też sentyment do „Snu nocy letniej”. W tym balecie w Warszawie wcielam się w dwie postaci – Tezeusza i Oberona, jedna jest postacią ludzką, a druga siłą nadprzyrodzoną i to jest fajnym wyzwaniem dla tancerza. Do moich ulubionych należą też role szlachcica Petruchia w „Poskromieniu złośnicy” oraz Basilia w „Don Kichocie”. Są to role bardzo charakterystyczne, a ja takie lubię – zdradza nam pierwszy solista.
- Vladimir woli role charakterystyczne-aktorskie, romantyczne, w których o wiele trudniej jest przekazać emocje, ale w rolach drapieżnych też się bardzo dobrze sprawdza. Dla niego im trudniej tym lepiej – śmieje się Olga. – Mój mąż sam siebie nie pochwali, a ja jak najbardziej. Jednak bym podkreśliła, że Vladimir lubi każdą rolę, którą tańczy. Tak naprawdę nie ma ról ulubionych. Mogą być tylko te bardziej ulubione w danym momencie, a tak to się to ciągle zmienia – dodaje Olga.
Olga i Vladimir 10 lat mieszkają w Warszawie. – Czujemy się już jak warszawiacy, tu jest nasz dom. Mamy swoje ulubione miejsca, między innymi należą do nich Stare Miasto i Lasek Młociński, bardzo chętnie wybieramy się też na Koncerty Chopinowskie do Łazienek Królewskich – uśmiecha się Vladimir. – Tu się urodziły nasze dzieci, my znaleźliśmy pracę, którą kochamy, która jest naszą pasją. Synek chodzi do szkoły sportowej, ale nie chcieliśmy, aby poszedł w ślady rodziców. Na razie wybrał pływanie. Wiemy jak ciężkim zawodem jest balet, jak wiele trzeba dla niego poświęcić – dodaje. – Od małego tak pracujemy i rozmawiamy z dziećmi, aby im balet wybić z głowy. Oczywiście chodzą z nami na spektakle, oglądają, czasami są na naszych próbach, ale to jest co innego, a co innego zawodowo się tym zajmować – mówi Olga.
Jednak nie jest łatwo żyć z dala od rodziny.
– To był nasz świadomy wybór, którego nie żałujemy. Tęsknota jest oczywiście, ale za ludźmi, za rodziną, za przyjaciółmi, ale nie za krajem. Już niedługo urlop, półtora miesiąca wolnego, wtedy mamy całkowity odpoczynek – mówi Vladimir. - Możemy coś więcej zjeść, to na co mamy ochotę, co lubimy, a rodzina zawsze o to zadba, nie jest lekko, brzuszki są pełne, więc nawet na jakiś ruch brakuje ochoty – śmieje się Olga. – Dlatego po tym okresie leniuchowania niezwykle chętnie wracamy do pracy, do nowych wyzwań – kończy naszą rozmowę Vladimir.
Vladimir Yaroshenko jest gwiazdą Polskiego Baletu Narodowego, ale zupełnie nie przypomina gwiazd, do jakich w większości przyzwyczaiły nas współczesne realia. Ujęła mnie Jego niezwykła skromność, pokora do życia i pracy, a także nieśmiałość. Vladimir ma swój świat, w którym czuje się najlepiej, w którym jest bezpieczny. Balet i rodzina to Jego oaza. Na scenie jest królem, pewnym siebie tancerzem, pewnym swoich wartości, tego co potrafi i co chce przekazać widowni. Idealna sylwetka tancerza „noble”. Znakomita technika, lekkość tańca, dopracowany każdy detal, każdy ruch i gest czemuś służy, wszystko wykonane w sposób niezwykle naturalny. Na scenie przykuwa uwagę widza od pierwszego pojawienia się na niej. Wystarczy, że zejdzie ze sceny, gdy kurtyna opadnie – od razu widzimy inne oblicze pierwszego solisty. Nie mówi za dużo, tyle ile potrzeba, to żona Olga jest „mózgiem” rodziny. I w tym miejscu przychodzą mi na myśl słowa naszego wielkiego aktora, niezapomnianego Gustawa Holoubka – „Człowiek wielki to człowiek skromny, a za niego mówi Jego praca i to co po nim zostanie, a nie słowa”.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Zdjęcia: 1. Don Kichot, Ewa Krasucka, 2. Olga i Vladimir Yaroshenko, Piotr Leczkowski, 3. Iwan Groźny, Tatiana Zubkova, 4. Sen Nocy Letniej, Ewa Krasucka.
poniedziałek, 22 maja 2017
Dlaczego czytamy coraz mniej?
Trudno jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Gdy brakuje nam pieniędzy na zakup nowej, ładnie wydanej, kolorowej pozycji, można z małym opóźnieniem wypożyczyć ją w bibliotece. Można skorzystać z miejsc, gdzie po przeczytaniu zostawia się książkę innym. Jak mówi przysłowie: Dla chcącego, nic trudnego. Dlaczego zatem odsetek moli książkowych w naszym kraju spada z roku na rok...
Od kilku lat docierają do nas wiadomości, że czytamy coraz mniej. Dzieje się tak w czasach, gdy księgarnie zmieniają się w salony pełne pięknie wydanych książek. Kiedy nie mamy już powodu narzekać, że światowe bestsellery nie tłumaczone są w Polsce, a my ciągniemy się gdzieś w ogonie. Wręcz przeciwnie, popularne na zachodzie książki wydawane są w Polsce chwilę po ich premierze. Regały uginają się pod ciężarem pięknie wydanych albumów o różnorodnej tematyce. Mamy do dyspozycji thrillery, kryminały, klasykę z całego świata, książki fantasy i science fiction. Równolegle do premier kinowych pojawiają się książki, na podstawie których nakręcono film, lub te napisane do filmu. Nie brakuje pozycji historycznych, przyrodniczych, poradników - od jogi po psychologię. Mnogość książek kulinarnych i tematycznych w kolorowych okładkach zachęca, by po nie sięgnąć. Księgarnie, to dziś nie tylko sklep z książkami, ale miejsce pełne ciepła, atmosfery domowego zacisza, gdzie można zagłębić się w fotelu – niczym w domu - a nawet napić się świeżo zaparzonej kawy. Dwadzieścia lat temu mogliśmy jedynie pomarzyć o wystroju księgarni, jakie podziwiało się w Wielkiej Brytanii czy USA. Dziś nasze niewiele im ustępują. Jest jednak jeden dość znaczący szczegół – nie kupujemy w nich książek, i czytamy coraz mniej.
Biblioteka Narodowa w Warszawie od początku lat 90. prowadzi badania na temat czytelnictwa w Polsce. Tegoroczne badania wskazują, że zaledwie 37 proc. Polaków w ciągu ostatniego roku przeczytało przynajmniej jedną książkę. Liczba deklarowanych przeczytanie tej jednej książki w roku wyraźnie spada. Zmalał też odsetek czytelników intensywnych, czyli takich, którzy przeczytali w roku 7 i więcej książek. Co jest tego powodem? Nie mamy czasu na czytanie? Czy wokół nas jest za dużo innych atrakcji, czy zbyt wiele czasu pochłania nam ślęczenie nad ekranem tabletów czy smartfonów, że papierowa książka wydaje nam się nieatrakcyjna, z ubiegłej epoki? Można czytać w formie elektronicznej, ale i to nie poprawia statystyk czytelnictwa. Można jedynie nad tym ubolewać i zachęcać do czytania. Czytanie uwrażliwia, czyni nas mądrzejszymi, wzbogaca słownictwo, a mózg starzeje się wolniej.
Kasia
wtorek, 2 maja 2017
„Ojciec” Floriana Zellera w Ateneum
8 kwietnia na Scenie Głównej Teatru Ateneum w Warszawie odbyła się polska prapremiera tragikomedii Floriana Zellera „Ojciec”, z Marianem Opanią w roli tytułowej. Reżyserem spektaklu jest Iwona Kempa.
Osiemdziesięcioletni André (w tej roli Marian Opania), wydaje się być ciągle w niezłej formie. Jednak niepokój najbliższych budzą pojawiające się coraz częściej u niego kłopoty z pamięcią. Jego córka Anna (Magdalena Schejbal) stara się zapewnić ojcu możliwie najlepszą opiekę, licząc, że to spowolni postęp choroby. Ale to nie utrata pamięci zdaje się być największym problemem starszego pana. Prawdziwym dramatem jest niepokojące rozpadanie się więzi rodzinnych, zanik wzajemnego zrozumienia, społecznej empatii, szczęścia oraz… zwykłego zdrowego rozsądku. Kto w tych okolicznościach zachowa się uczciwie, a kto będzie wykorzystywał nieszczęście?
O pracy nad spektaklem i trudnych początkach w zawodzie aktorskim rozmawiamy z Małgorzatą Mikołajczak, absolwentką Akademii Teatralnej w Warszawie, która współpracuje z Teatrem Ateneum.
Małgorzata Mikołajczak – niezwykle utalentowana aktorka młodego pokolenia, o ogromnej charyzmie, pięknej barwie głosu, nietuzinkowej urodzie i co nie częste w dzisiejszym świecie – z wielką pokorą do życia i wykonywanej pracy.
Niezmiernie się cieszę widząc Ciebie w teatrze. Pamiętam znakomite Twoje kreacje z Akademii Teatralnej. Wasz rok był bardzo zdolny, ale Ty od razu przykuwałaś uwagę i zwracałaś na siebie uwagę – talentem i urodą. Czekałam, który teatr się Tobą zainteresuje. Start dla młodych nie jest prosty, a widać, że bardzo chciałaś grać w teatrze. Twoja Nastasja Filipowna ze „Szkiców z Dostojewskiego” na zawsze pozostanie w mojej pamięci.
Dziękuję bardzo za te miłe słowa. Tak, ja mam taką swoją drogę – muszę trochę o siebie powalczyć. To jest teraz mój trzeci spektakl, który robię w ogóle w teatrze państwowym. Drugi w Teatrze Ateneum. Wcześniej spotkałam się dwa razy z Januszem Wiśniewskim - w Radomiu i w Warszawie, teraz drugi raz w Ateneum z Iwoną Kempą, która zaprosiła mnie do współtworzenia tego spektaklu. W „Ojcu” mam epizodyczną rólkę, ale cieszę się bo każde bycie na scenie daje mi bardzo dużą satysfakcję i pozwala być cały czas w tym zawodzie. Mieć styczność z widzem, z samym sobą jako aktorem, to bardzo ważne. Ta propozycja w Ateneum była bardzo ciekawa - moja postać jest trochę takim ucieleśnieniem, zobrazowaniem choroby ojca, głównego bohatera, którego gra Marian Opania. W jednej ze scen przychodzę i trochę mieszam mu w głowie. Miesza mu się cały czas rzeczywistość, a ja jestem jakby symbolem tego. Oczywiście, nawet nie muszę mówić, że spotkanie i praca z Panem Marianem, który jest legendą kina i teatru, jest zaszczytem i ten fakt doceniam ogromnie.
Nie jest łatwo zagrać dobrze tragifarsę, prawda?
Tak. Ja bym powiedziała, że to jest bardziej tragikomedia, bo Iwona Kempa tak wprowadziła aktorów, żeby skupić się bardziej na obrazie psychologicznym. Ja co prawda nigdy wcześniej nie grałam farsy, toteż nie wiem jak się na tym pracuje. Wydaje mi się, że gdzieś te rytmy są ważne, jakieś takie szybkie granie. A tutaj Iwona pozwoliła nam na taki duży komfort, żeby to wszystko było skupione na tym problemie psychologicznym postaci Pana Mariana Opani. Nie mieliśmy takiej presji: „szybciej, szybciej grajcie, teraz mówisz tekst tutaj z puentą, raz, dwa trzy!” Nie, nie tu wszystko jest na spokojnie. Przede wszystkim, żeby temat przeszedł i cały wybrzmiał.
Problem sztuki zawsze będzie aktualny. Problem starości, radzenia sobie z nim.
Jak tylko sztukę przeczytałam, to od razu poczułam do niej sympatię. Jest to bardzo ważny problem, ważny poruszony temat i wydaje mi się, że Iwona bardzo dobrze wybrała tę sztukę i, że ona będzie trafiać przede wszystkim do publiczności Ateneum, do osób w średnim wieku.
Boimy się takich tematów. Nie umiemy o przemijaniu swobodnie rozmawiać.
Tak. Te osoby często mogą stawać właśnie przed takim wyborem. I ciekawa jest w ogóle forma całego spektaklu – gdyż w nim nie jest powiedziane wszystko wprost. Tylko widz ma szansę jakby wejść do głowy głównego bohatera. Jemu się miesza rzeczywistość i tak samo publiczności się miesza. I to jest bardzo ciekawy zabieg dramaturgiczny i literacki. Cały czas myślimy, chcemy odkrywać prawdę.
W pewnym momencie nie będziemy wiedzieć co jest prawdą…
Tak. Czy wszyscy jakby go nabierają, czy nie? Czy oni głównego bohatera wkręcają? To jest jego choroba? O co chodzi w ogóle? My zresztą przy pracy nad tym spektaklem rozmawialiśmy o jakiś swoich osobistych doświadczeniach rodzinnych i okazuje się, że każdy z nas ma w rodzinie osobę starszą, która wymaga dodatkowej opieki właśnie, cierpliwości, czułości. Myślę więc, że to jest bardzo aktualny temat i wspaniale, że takie przedstawienie powstało.
Fajnie, że w ogóle sięgnięto po tego dramatopisarza. Florian Zeller jest bardzo znany w Europie, a u nas to będzie prapremiera jego sztuki.
Uważam, że to też ze względu na bardzo trudny tekst do nauki. Zeller jest Francuzem i tłumaczenie sztuki jest bardzo francuskie. A Francuzi inaczej dialogują – to było dla nas duże wyzwanie przy nauce tekstu, aby to dobrze przekazać. Trudność dla Pana Mariana, żeby te jego postaci się mieszały, jeszcze ten język, ten dialog, który był bardzo szybki, niuansowy. Krótkie, szybkie odpowiedzi... To wymaga czasu, aby na dobre rozgościć się w tym tekście. Granie przedstawień nam w tym z pewnością pomoże, z każdym spektaklem będzie coraz lepiej. Czy się uda? To już widz musi na to pytanie odpowiedzieć.
Rozmawiała Małgosia
„Ojciec” F. Zellera w Ateneum w Warszawie, Małgorzata Mikołajczak, foto Krzysztof Bieliński
Spektakl oglądała 12 kwietnia - Małgosia
Najbliższe przedstawienia - 27, 28, 30 i 31 maja
Osiemdziesięcioletni André (w tej roli Marian Opania), wydaje się być ciągle w niezłej formie. Jednak niepokój najbliższych budzą pojawiające się coraz częściej u niego kłopoty z pamięcią. Jego córka Anna (Magdalena Schejbal) stara się zapewnić ojcu możliwie najlepszą opiekę, licząc, że to spowolni postęp choroby. Ale to nie utrata pamięci zdaje się być największym problemem starszego pana. Prawdziwym dramatem jest niepokojące rozpadanie się więzi rodzinnych, zanik wzajemnego zrozumienia, społecznej empatii, szczęścia oraz… zwykłego zdrowego rozsądku. Kto w tych okolicznościach zachowa się uczciwie, a kto będzie wykorzystywał nieszczęście?
O pracy nad spektaklem i trudnych początkach w zawodzie aktorskim rozmawiamy z Małgorzatą Mikołajczak, absolwentką Akademii Teatralnej w Warszawie, która współpracuje z Teatrem Ateneum.
Małgorzata Mikołajczak – niezwykle utalentowana aktorka młodego pokolenia, o ogromnej charyzmie, pięknej barwie głosu, nietuzinkowej urodzie i co nie częste w dzisiejszym świecie – z wielką pokorą do życia i wykonywanej pracy.
Niezmiernie się cieszę widząc Ciebie w teatrze. Pamiętam znakomite Twoje kreacje z Akademii Teatralnej. Wasz rok był bardzo zdolny, ale Ty od razu przykuwałaś uwagę i zwracałaś na siebie uwagę – talentem i urodą. Czekałam, który teatr się Tobą zainteresuje. Start dla młodych nie jest prosty, a widać, że bardzo chciałaś grać w teatrze. Twoja Nastasja Filipowna ze „Szkiców z Dostojewskiego” na zawsze pozostanie w mojej pamięci.
Dziękuję bardzo za te miłe słowa. Tak, ja mam taką swoją drogę – muszę trochę o siebie powalczyć. To jest teraz mój trzeci spektakl, który robię w ogóle w teatrze państwowym. Drugi w Teatrze Ateneum. Wcześniej spotkałam się dwa razy z Januszem Wiśniewskim - w Radomiu i w Warszawie, teraz drugi raz w Ateneum z Iwoną Kempą, która zaprosiła mnie do współtworzenia tego spektaklu. W „Ojcu” mam epizodyczną rólkę, ale cieszę się bo każde bycie na scenie daje mi bardzo dużą satysfakcję i pozwala być cały czas w tym zawodzie. Mieć styczność z widzem, z samym sobą jako aktorem, to bardzo ważne. Ta propozycja w Ateneum była bardzo ciekawa - moja postać jest trochę takim ucieleśnieniem, zobrazowaniem choroby ojca, głównego bohatera, którego gra Marian Opania. W jednej ze scen przychodzę i trochę mieszam mu w głowie. Miesza mu się cały czas rzeczywistość, a ja jestem jakby symbolem tego. Oczywiście, nawet nie muszę mówić, że spotkanie i praca z Panem Marianem, który jest legendą kina i teatru, jest zaszczytem i ten fakt doceniam ogromnie.
Nie jest łatwo zagrać dobrze tragifarsę, prawda?
Tak. Ja bym powiedziała, że to jest bardziej tragikomedia, bo Iwona Kempa tak wprowadziła aktorów, żeby skupić się bardziej na obrazie psychologicznym. Ja co prawda nigdy wcześniej nie grałam farsy, toteż nie wiem jak się na tym pracuje. Wydaje mi się, że gdzieś te rytmy są ważne, jakieś takie szybkie granie. A tutaj Iwona pozwoliła nam na taki duży komfort, żeby to wszystko było skupione na tym problemie psychologicznym postaci Pana Mariana Opani. Nie mieliśmy takiej presji: „szybciej, szybciej grajcie, teraz mówisz tekst tutaj z puentą, raz, dwa trzy!” Nie, nie tu wszystko jest na spokojnie. Przede wszystkim, żeby temat przeszedł i cały wybrzmiał.
Problem sztuki zawsze będzie aktualny. Problem starości, radzenia sobie z nim.
Jak tylko sztukę przeczytałam, to od razu poczułam do niej sympatię. Jest to bardzo ważny problem, ważny poruszony temat i wydaje mi się, że Iwona bardzo dobrze wybrała tę sztukę i, że ona będzie trafiać przede wszystkim do publiczności Ateneum, do osób w średnim wieku.
Boimy się takich tematów. Nie umiemy o przemijaniu swobodnie rozmawiać.
Tak. Te osoby często mogą stawać właśnie przed takim wyborem. I ciekawa jest w ogóle forma całego spektaklu – gdyż w nim nie jest powiedziane wszystko wprost. Tylko widz ma szansę jakby wejść do głowy głównego bohatera. Jemu się miesza rzeczywistość i tak samo publiczności się miesza. I to jest bardzo ciekawy zabieg dramaturgiczny i literacki. Cały czas myślimy, chcemy odkrywać prawdę.
W pewnym momencie nie będziemy wiedzieć co jest prawdą…
Tak. Czy wszyscy jakby go nabierają, czy nie? Czy oni głównego bohatera wkręcają? To jest jego choroba? O co chodzi w ogóle? My zresztą przy pracy nad tym spektaklem rozmawialiśmy o jakiś swoich osobistych doświadczeniach rodzinnych i okazuje się, że każdy z nas ma w rodzinie osobę starszą, która wymaga dodatkowej opieki właśnie, cierpliwości, czułości. Myślę więc, że to jest bardzo aktualny temat i wspaniale, że takie przedstawienie powstało.
Fajnie, że w ogóle sięgnięto po tego dramatopisarza. Florian Zeller jest bardzo znany w Europie, a u nas to będzie prapremiera jego sztuki.
Uważam, że to też ze względu na bardzo trudny tekst do nauki. Zeller jest Francuzem i tłumaczenie sztuki jest bardzo francuskie. A Francuzi inaczej dialogują – to było dla nas duże wyzwanie przy nauce tekstu, aby to dobrze przekazać. Trudność dla Pana Mariana, żeby te jego postaci się mieszały, jeszcze ten język, ten dialog, który był bardzo szybki, niuansowy. Krótkie, szybkie odpowiedzi... To wymaga czasu, aby na dobre rozgościć się w tym tekście. Granie przedstawień nam w tym z pewnością pomoże, z każdym spektaklem będzie coraz lepiej. Czy się uda? To już widz musi na to pytanie odpowiedzieć.
Rozmawiała Małgosia
„Ojciec” F. Zellera w Ateneum w Warszawie, Małgorzata Mikołajczak, foto Krzysztof Bieliński
Spektakl oglądała 12 kwietnia - Małgosia
Najbliższe przedstawienia - 27, 28, 30 i 31 maja
czwartek, 13 kwietnia 2017
Dobrych Świąt Wielkanocnych
Budzimy się rano, patrzymy przez okno… i się zastanawiamy
jaką porę roku obecnie mamy? Aura zdecydowanie bardziej zimowa niż wiosenna,
ale to dość częsty dla nas obrazek na Święta Wielkanocne. Jak mówi przysłowie -
kwiecień plecień, bo przeplata trochę zimy trochę lata... i tak jest w tym
roku. Jak pomyślę o latach dziecięcych to często Święta Wielkanocne były zimne,
potrafił padać śnieg. W tym roku Wielkanoc też zapowiada się zimowo. Zostawmy
jeszcze pod ręką kurtki, czapki i szaliki – te zimowe akcesoria się przydadzą.
Cóż… za oknem jest
jak jest, na to wpływu nie mamy, ale najważniejsze co mamy w sercach. Cieszmy
się kilkoma dniami wolnymi od pracy, spędźmy je jak najlepiej potrafimy z
naszymi najbliższymi i oczywiście nie zapominajmy o kulturze. Dużo się dzieje.
W stolicy sporo premier teatralnych, o których już po świętach Was drodzy
czytelnicy powiadomimy.
Zatem Dobrych, Zdrowych i jak najbardziej rodzinnych Świąt
Zmartwychwstania Pańskiego i optymizmu i słoneczka, tego w sercu i tego na
niebie.
Życzą
MKM
poniedziałek, 10 kwietnia 2017
Mrożek się wyczerpał…? Absolutnie nie!
W 104. rocznicę powstania Teatru Polskiego w Warszawie odbyła się premiera trzech jednoaktówek Sławomira Mrożka. Spektakl zatytułowano „3 x Mrożek”. W latach osiemdziesiątych Teatr Polski nazywany był domem pisarza. Mrożek wszystkie powstające w tamtych latach sztuki, poza zakazanym przez cenzurę "Alfą", przekazywał do prapremierowej realizacji ówczesnemu dyrektorowi Kazimierzowi Dejmkowi. Chętnie też gościł w Polskim. Ostatni raz Sławomir Mrożek był obecny podczas jubileuszu 100-lecia istnienia Teatru Polskiego.
29 stycznia 2017 roku po premierze spektaklu „3 x Mrożek” odbyła się uroczystość nadania imienia Sławomira Mrożka Scenie Kameralnej Teatru Polskiego w Warszawie. Uroczystościom towarzyszyła obecność żony i córki dramaturga, który w Teatrze Polskim święcił swe największe triumfy w okresie dyrekcji Kazimierza Dejmka. Tego dnia, w foyer Sceny Kameralnej otwarta została również wystawa poświęcona jego twórczości.
Dla uczczenia pamięci znakomitego dramatopisarza i prozaika wyreżyserowano jego trzy jednoaktówki. Reżyserii podjęli się aktorzy Teatru Polskiego - Jerzy Schejbal wyreżyserował „Karola”, Szymon Kuśmider – „Na pełnym morzu”, a Piotr Cyrwus - „Zabawę”.
Te trzy jednoaktówki powstały w latach 1960-1962 i śmiało można powiedzieć, że nie straciły na świeżości i aktualności. Znakomite dialogi, zaskakujące zwroty akcji i Mrożkowskie poczucie humoru są wiecznie żywe, a tematyka cały czas aktualna. Mrożek dołącza do grona klasyków polskiej literatury wnosząc uniwersalne spojrzenie nie tylko na naszą przeszłość, ale też, jak się okazuje - naszą współczesność.
O pracy nad spektaklem rozmawiamy z odtwórcą roli wnuczka z jednoaktówki „Karol” – Krzysztofem Kwiatkowskim.
- Byłem bardzo szczęśliwy, że dostałem możliwość zagrania w jednej z trzech jednoaktówek Sławomira Mrożka. Jest to moje pierwsze doświadczenie i spotkanie z twórczością polskiego dramatopisarza. Pierwsza styczność z taką literaturą, wymagającą specyficznego rodzaju aktorstwa. Było to dla mnie spore wyzwanie i jednocześnie fantastyczna, intensywna praca nad doskonałym materiałem – mówi w rozmowie z nami aktor Teatru Polskiego, Krzysztof Kwiatkowski.
Myślę, że z każdym kolejnym spektaklem sztuka cały czas będzie dojrzewała, nabierała nowych znaczeń i kontekstów. Treść „Karola” jest jak „gąbka”, pochłania to wszystko, co się w rzeczywistości aktualnie dzieje i pokazuje nam świat jak w lustrzanym odbiciu. Nieco wykrzywiony, wyolbrzymiony i dzięki temu niebywale prawdziwy i bolesny. Jako widzowie nie jesteśmy w stanie uniknąć konfrontacji z tym światem wykreowanym przez Sławomira Mrożka. Podobnie jest w przypadku pozostałych jednoaktówek: „Na pełnym morzu” i „Zabawy”. Gdy pracowaliśmy nad tekstem, obawialiśmy się momentami, że coś będzie zbyt dosadne, za bardzo będzie odnosiło się do dzisiejszej rzeczywistości. Mimo to, nie modyfikowaliśmy warstwy literackiej Mrożka. Założyliśmy, że przedstawiamy całość od początku do końca, że nie boimy się wyostrzonego spojrzenia autora „Karola” na świat, na Europę, na Polskę i na kondycję współczesnego człowieka.
Przerażająca historia dwóch światów – dziadka z wnuczkiem i lekarza. Jak zachować się w sytuacji zagrażającej życiu? Co człowiek jest w stanie zrobić, aby się uratować?
Mamy tu zderzenie dwóch postaw. Z jednej strony postawa lekarza intelektualisty, uczonego, możemy powiedzieć liberała, wykształconego, oczytanego, pełnego ideałów. Z drugiej strony mamy dziadka z wnuczkiem, którzy reprezentują skrajnie odmienną postawę życiową, zupełnie inny rodzaj myślenia i spojrzenia na świat, które stanowią tak wielką opozycję dla postaci lekarza, że już od początku mamy świadomość, że nie będzie jakiegokolwiek dialogu między nimi. O ile lekarz próbuje nawiązać dialog, zderza się ze ścianą, z żelazną logiką absurdalnych kontrargumentów tandemu wnuczek i dziadek. Normalna rozmowa jest niestety niemożliwa. Ta perspektywa dziadkowo-wnuczkowa jest do głębi przerażająca. W naszej interpretacji wnuczek jest bardzo fundamentalny, wręcz „narodowy”. I z takim niepokojącym fundamentalizmem, do którego nie dociera żaden dialog i do którego nie wiadomo jak się ustosunkować mamy do czynienia. Rozpoczyna się powolna dekonstrukcja ideowa i światopoglądowa lekarza. Przypomina się „Proces” Franza Kafki i jego bohater, który również jest w beznadziejnej sytuacji bez wyjścia. W „Karolu” argumenty wnuczka są niezwykle silne, momentami piekielnie logiczne, innym razem emocjonalne lub wyrachowane. Lekarz w pewnym momencie wątpi w rzeczy, o których mówi, do których jest od zawsze przekonany, ponieważ wnuczek i dziadek ze swoją radykalną postawą są niewiarygodnie przekonywującymi postaciami.
Ciekawy jest proces, w którym człowiek się zmienia, jak trwoga zajrzy mu w oczy. Tak naprawdę nikt z nas nie wie, jakby się w sytuacji zagrażającej jego życiu zachował. Różne rzeczy mogą wtedy wyjść z człowieka…
Okazuje się, że gdy człowiek zaczyna tracić grunt pod nogami, to zachowuje się zupełnie inaczej niż zazwyczaj. Lekarz zostaje postawiony w trudnej, wręcz ekstremalnej sytuacji i ostatecznie musi walczyć o swoje życie, ponieważ ma świadomość, że „Karol” to tylko tożsamość-maska, którą można nałożyć każdemu, łącznie z nim samym. Kiedy dyskutowaliśmy na temat samej retoryki wnuka, to czuliśmy, że jest w niej coś niebywale niepokojącego, że tkwi w tym ogromna destrukcyjna siła, która powoli szuka ujścia. Ja z racji tego, że jestem, nazwijmy to w skrócie - „dzieckiem wolnej Polski” i mam szansę spotkać się z takim tekstem, to wyłącznie odczytuję to przez tę rzeczywistość i te czasy, w których aktualnie żyję. Obecna sytuacja polityczno-społeczna w Polsce stanowiła zresztą dla nas nieustanne źródło inspiracji w trakcie pracy nad spektaklem.
Młode pokolenie często mówi, że formuła teatru Mrożka się wyczerpała razem z epoką w której pisał. Ty jesteś z młodego pokolenia i w naszej rozmowie bardzo czytelnie ustosunkowałeś się do tej opinii.
W tym momencie nie wyobrażam sobie teatru bez sztuk Sławomira Mrożka. Znakomity obserwator ludzkich zachowań i komentator rzeczywistości. Był, jest i pewnie będzie aktualny. Ludzie zawsze będą sięgać po jego twórczość. Mogą oczywiście być różne interpretacje, reinterpretacje i inscenizacje sztuk, ale będą. A jak ktoś uważa, że czas Mrożka minął…zapraszam serdecznie do Teatru Polskiego…niech się każdy sam przekona jak to z tym Mrożkiem jest… - puentuje Krzysztof Kwiatkowski.
Rozmawiała Małgosia
Przedstawienie: "3 x Mrożek", Teatr Polski w Warszawie, foto Krzysztof Bieliński. Oglądała 19 marca Małgosia
najbliższe spektakle - 12, 13 i 14 maja
29 stycznia 2017 roku po premierze spektaklu „3 x Mrożek” odbyła się uroczystość nadania imienia Sławomira Mrożka Scenie Kameralnej Teatru Polskiego w Warszawie. Uroczystościom towarzyszyła obecność żony i córki dramaturga, który w Teatrze Polskim święcił swe największe triumfy w okresie dyrekcji Kazimierza Dejmka. Tego dnia, w foyer Sceny Kameralnej otwarta została również wystawa poświęcona jego twórczości.
Dla uczczenia pamięci znakomitego dramatopisarza i prozaika wyreżyserowano jego trzy jednoaktówki. Reżyserii podjęli się aktorzy Teatru Polskiego - Jerzy Schejbal wyreżyserował „Karola”, Szymon Kuśmider – „Na pełnym morzu”, a Piotr Cyrwus - „Zabawę”.
Te trzy jednoaktówki powstały w latach 1960-1962 i śmiało można powiedzieć, że nie straciły na świeżości i aktualności. Znakomite dialogi, zaskakujące zwroty akcji i Mrożkowskie poczucie humoru są wiecznie żywe, a tematyka cały czas aktualna. Mrożek dołącza do grona klasyków polskiej literatury wnosząc uniwersalne spojrzenie nie tylko na naszą przeszłość, ale też, jak się okazuje - naszą współczesność.
O pracy nad spektaklem rozmawiamy z odtwórcą roli wnuczka z jednoaktówki „Karol” – Krzysztofem Kwiatkowskim.
- Byłem bardzo szczęśliwy, że dostałem możliwość zagrania w jednej z trzech jednoaktówek Sławomira Mrożka. Jest to moje pierwsze doświadczenie i spotkanie z twórczością polskiego dramatopisarza. Pierwsza styczność z taką literaturą, wymagającą specyficznego rodzaju aktorstwa. Było to dla mnie spore wyzwanie i jednocześnie fantastyczna, intensywna praca nad doskonałym materiałem – mówi w rozmowie z nami aktor Teatru Polskiego, Krzysztof Kwiatkowski.
Myślę, że z każdym kolejnym spektaklem sztuka cały czas będzie dojrzewała, nabierała nowych znaczeń i kontekstów. Treść „Karola” jest jak „gąbka”, pochłania to wszystko, co się w rzeczywistości aktualnie dzieje i pokazuje nam świat jak w lustrzanym odbiciu. Nieco wykrzywiony, wyolbrzymiony i dzięki temu niebywale prawdziwy i bolesny. Jako widzowie nie jesteśmy w stanie uniknąć konfrontacji z tym światem wykreowanym przez Sławomira Mrożka. Podobnie jest w przypadku pozostałych jednoaktówek: „Na pełnym morzu” i „Zabawy”. Gdy pracowaliśmy nad tekstem, obawialiśmy się momentami, że coś będzie zbyt dosadne, za bardzo będzie odnosiło się do dzisiejszej rzeczywistości. Mimo to, nie modyfikowaliśmy warstwy literackiej Mrożka. Założyliśmy, że przedstawiamy całość od początku do końca, że nie boimy się wyostrzonego spojrzenia autora „Karola” na świat, na Europę, na Polskę i na kondycję współczesnego człowieka.
Przerażająca historia dwóch światów – dziadka z wnuczkiem i lekarza. Jak zachować się w sytuacji zagrażającej życiu? Co człowiek jest w stanie zrobić, aby się uratować?
Mamy tu zderzenie dwóch postaw. Z jednej strony postawa lekarza intelektualisty, uczonego, możemy powiedzieć liberała, wykształconego, oczytanego, pełnego ideałów. Z drugiej strony mamy dziadka z wnuczkiem, którzy reprezentują skrajnie odmienną postawę życiową, zupełnie inny rodzaj myślenia i spojrzenia na świat, które stanowią tak wielką opozycję dla postaci lekarza, że już od początku mamy świadomość, że nie będzie jakiegokolwiek dialogu między nimi. O ile lekarz próbuje nawiązać dialog, zderza się ze ścianą, z żelazną logiką absurdalnych kontrargumentów tandemu wnuczek i dziadek. Normalna rozmowa jest niestety niemożliwa. Ta perspektywa dziadkowo-wnuczkowa jest do głębi przerażająca. W naszej interpretacji wnuczek jest bardzo fundamentalny, wręcz „narodowy”. I z takim niepokojącym fundamentalizmem, do którego nie dociera żaden dialog i do którego nie wiadomo jak się ustosunkować mamy do czynienia. Rozpoczyna się powolna dekonstrukcja ideowa i światopoglądowa lekarza. Przypomina się „Proces” Franza Kafki i jego bohater, który również jest w beznadziejnej sytuacji bez wyjścia. W „Karolu” argumenty wnuczka są niezwykle silne, momentami piekielnie logiczne, innym razem emocjonalne lub wyrachowane. Lekarz w pewnym momencie wątpi w rzeczy, o których mówi, do których jest od zawsze przekonany, ponieważ wnuczek i dziadek ze swoją radykalną postawą są niewiarygodnie przekonywującymi postaciami.
Ciekawy jest proces, w którym człowiek się zmienia, jak trwoga zajrzy mu w oczy. Tak naprawdę nikt z nas nie wie, jakby się w sytuacji zagrażającej jego życiu zachował. Różne rzeczy mogą wtedy wyjść z człowieka…
Okazuje się, że gdy człowiek zaczyna tracić grunt pod nogami, to zachowuje się zupełnie inaczej niż zazwyczaj. Lekarz zostaje postawiony w trudnej, wręcz ekstremalnej sytuacji i ostatecznie musi walczyć o swoje życie, ponieważ ma świadomość, że „Karol” to tylko tożsamość-maska, którą można nałożyć każdemu, łącznie z nim samym. Kiedy dyskutowaliśmy na temat samej retoryki wnuka, to czuliśmy, że jest w niej coś niebywale niepokojącego, że tkwi w tym ogromna destrukcyjna siła, która powoli szuka ujścia. Ja z racji tego, że jestem, nazwijmy to w skrócie - „dzieckiem wolnej Polski” i mam szansę spotkać się z takim tekstem, to wyłącznie odczytuję to przez tę rzeczywistość i te czasy, w których aktualnie żyję. Obecna sytuacja polityczno-społeczna w Polsce stanowiła zresztą dla nas nieustanne źródło inspiracji w trakcie pracy nad spektaklem.
Młode pokolenie często mówi, że formuła teatru Mrożka się wyczerpała razem z epoką w której pisał. Ty jesteś z młodego pokolenia i w naszej rozmowie bardzo czytelnie ustosunkowałeś się do tej opinii.
W tym momencie nie wyobrażam sobie teatru bez sztuk Sławomira Mrożka. Znakomity obserwator ludzkich zachowań i komentator rzeczywistości. Był, jest i pewnie będzie aktualny. Ludzie zawsze będą sięgać po jego twórczość. Mogą oczywiście być różne interpretacje, reinterpretacje i inscenizacje sztuk, ale będą. A jak ktoś uważa, że czas Mrożka minął…zapraszam serdecznie do Teatru Polskiego…niech się każdy sam przekona jak to z tym Mrożkiem jest… - puentuje Krzysztof Kwiatkowski.
Rozmawiała Małgosia
Przedstawienie: "3 x Mrożek", Teatr Polski w Warszawie, foto Krzysztof Bieliński. Oglądała 19 marca Małgosia
najbliższe spektakle - 12, 13 i 14 maja
środa, 5 kwietnia 2017
Zatańczone, rozśmieszone
Balet potrafi być bardzo wesołą sztuką. I choć uwielbiam oglądać każdy rodzaj dobrego baletu, a szerzej - każdy dobry taniec, to komediowe przedstawienia baletowe są moimi ulubionymi na każdą pogodę.
Takim właśnie spektaklem jest "Poskromienie złośnicy" z choreografią Johna Cranko wystawiane przez Polski Balet Narodowy. Pięknie ułożone, zatańczone i zagrane. To balet dla tancerzy, którzy lubią też być aktorami. Takich mamy w warszawskim zespole pod dostatkiem, więc spokojnie można było ułożyć kilka obsad spektaklu. Widziałam spośród nich trzy i każda była znakomita. Moją ulubioną złośnicą jest Mai Kageyama, niezwykle ekspresyjna solistka (w chwili premiery tego baletu w 2015 roku - koryfejka). Przyznam, że po zobaczeniu jej Katarzyny nie przypuszczałam, by inna tancerka mogła być równie dobra w tej roli. Ale niedługo potem zachwyciła mnie także Yuka Ebihara, która łączy precyzyjną technikę taneczną z doskonałym aktorstwem.
Co do Petruchia... trudno mi się zdecydować, bo każdy z oglądanych w tej roli solistów był znakomity i nadawał indywidualny rys postaci. Od grudnia 2015 roku widziałam w tej roli: Pawła Koncewoja, Maksima Woitiula i Vladimira Yaroshenkę (w kolejności oglądania). Wszyscy trzej panowie tworzyli świetną, całościową kreację sceniczną jako Petruchio. Byli męscy, zabawni i pięknie partnerowali Katarzynie na scenie. Duetem zasługującym na wyróżnienie jest para Ebihara - Yaroshenko. Osobno oboje tancerze są znakomici, ale w duecie wznoszą się na nadzwyczajne wyżyny kunsztu baletowego.
Od pierwszego obejrzenia "Poskromienia złośnicy" zastanawiam się, czy jest ktoś, komu bym NIE polecała tego spektaklu... Chyba takiej publiczności nie ma, bo to przedstawienie wyjątkowo uniwersalne dla każdego wieku i stopnia znajomości sztuki baletowej, bezsprzecznie zabawne i warte wielokrotnego oglądania. Co też regularnie czynię :)
Poskromienie złośnicy, Polski Balet Narodowy, Warszawa
Balet oglądała 2 kwietnia 2017 Maria
(i był to ostatni dzień z tym przedstawieniem w sezonie 2016/2017)
Takim właśnie spektaklem jest "Poskromienie złośnicy" z choreografią Johna Cranko wystawiane przez Polski Balet Narodowy. Pięknie ułożone, zatańczone i zagrane. To balet dla tancerzy, którzy lubią też być aktorami. Takich mamy w warszawskim zespole pod dostatkiem, więc spokojnie można było ułożyć kilka obsad spektaklu. Widziałam spośród nich trzy i każda była znakomita. Moją ulubioną złośnicą jest Mai Kageyama, niezwykle ekspresyjna solistka (w chwili premiery tego baletu w 2015 roku - koryfejka). Przyznam, że po zobaczeniu jej Katarzyny nie przypuszczałam, by inna tancerka mogła być równie dobra w tej roli. Ale niedługo potem zachwyciła mnie także Yuka Ebihara, która łączy precyzyjną technikę taneczną z doskonałym aktorstwem.
Co do Petruchia... trudno mi się zdecydować, bo każdy z oglądanych w tej roli solistów był znakomity i nadawał indywidualny rys postaci. Od grudnia 2015 roku widziałam w tej roli: Pawła Koncewoja, Maksima Woitiula i Vladimira Yaroshenkę (w kolejności oglądania). Wszyscy trzej panowie tworzyli świetną, całościową kreację sceniczną jako Petruchio. Byli męscy, zabawni i pięknie partnerowali Katarzynie na scenie. Duetem zasługującym na wyróżnienie jest para Ebihara - Yaroshenko. Osobno oboje tancerze są znakomici, ale w duecie wznoszą się na nadzwyczajne wyżyny kunsztu baletowego.
Od pierwszego obejrzenia "Poskromienia złośnicy" zastanawiam się, czy jest ktoś, komu bym NIE polecała tego spektaklu... Chyba takiej publiczności nie ma, bo to przedstawienie wyjątkowo uniwersalne dla każdego wieku i stopnia znajomości sztuki baletowej, bezsprzecznie zabawne i warte wielokrotnego oglądania. Co też regularnie czynię :)
Poskromienie złośnicy, Polski Balet Narodowy, Warszawa
Balet oglądała 2 kwietnia 2017 Maria
(i był to ostatni dzień z tym przedstawieniem w sezonie 2016/2017)
poniedziałek, 3 kwietnia 2017
Złoty okres telewizji
Od kilku lat telewizja przeżywa swoją drugą młodość. W dobie internetu, gdy wydawałoby się, że niedługo przejdzie do lamusa jak winylowa płyta, ona jednak rozkwita. Ten rozkwit jest niejako zasługą internetu. Wszystkie najlepsze stacje komercyjne są dostępne w necie. Dziś nic już nam nie umknie, gdy zapomnimy o ulubionym serialu. Można go obejrzeć, gdzie się chce, kiedy się chce i na czym się chce. Niepotrzebny nam dziś wielki telewizor, może go zastąpić smartfon, laptop czy tablet – dla mnie jednak rozmiar ma znaczenie. Zdecydowanie wolę oglądać ulubione seriale czy filmy na większym ekranie. Dlatego nic też nie zastąpi atmosfery sali kinowej.
Gdy pojawił się serial HBO „Gra o Tron” popularność telewizji zdecydowanie zaczęła iść w górę. Za oceanem rozpoczęła się bitwa kilku stacji, które walczą o widza. Trzeba zaznaczyć, że z powodzeniem. Do czołowych należą: HBO, Netflix, TNT – z bardzo dobrym serialem kryminalnym „Dobre zachowanie” - ABS, CBS, NBC, FOX i kilka innych. Jednak na czele zdecydowanie znajdują się dwa kanały, które na szczęście są dostępne także w Polsce. Mowa tu o HBO i Netflixie - i co ważne - także polski widz może z dokładnością co do sekundy delektować się premierą każdego odcinka, który pojawia się za oceanem. Pod koniec ubiegłego roku mieliśmy możliwość oglądania na HBO długo zapowiadanego serialu "Westworld", który na świecie odniósł wielki sukces. Twórcy już pracują nad jego kontynuacją.
Na Netflixie prym wiodą seriale Marvela: "Jessica Jones", "Daredevil", "Luke Cage", czy najnowszy "Iron Fist". Ja nie mogę się już doczekać zapowiadanego na jesień "Punishera", w rolach głównych Jon Berthal i Ben Barnes.
Dla miłośników bardziej klasycznych seriali, do których także się zaliczam, Netflix proponuje historyczny „The Crown” o panowaniu królowej Elżbiety II, z rewelacyjną w roli Elżbiety Claire Foy.
W Europie bezapelacyjnie bardzo dobre seriale oferuje brytyjska ITV „Grantchester” z Jamesem Nortonem w roli księdza w powojennej Anglii oraz BBC, od historycznych: „Victoria”, „Wojna i Pokój”, „Ripper Street” po współczesne „Nocny recepcjonista” z Tomem Hiddlestonem i Hugh Laurie. Godny polecenia jest wielokrotnie nagradzany „Happy Valley”, „Hinterland”, czy „Broadchurch” emitowane w Polsce przez stację Ale kino+. Jak prezentują się na ich tle polskie seriale? Warto wymienić tu przynajmniej trzy: niedawno emitowany na Canal + serial „Belfer” z plejadą polskich aktorów oraz na HBO „Wataha” i „Pakt”. Każdy z nich doczekał się albo drugiego sezonu, albo zapowiedzi, że powstanie.
Jeśli ktoś nie lubi oglądać seriali, zawsze może udać się do kina, teatru czy poczytać dobrą książkę. Dziś – na szczęście – dla każdego coś miłego.
Kasia
Subskrybuj:
Posty (Atom)
