Szłam na sztukę w dobrej obsadzie. Wyszłam ze znakomitego spektaklu z bezbłędnymi rolami.
"Łowca" to rodzaj przypowieści o człowieku, jego emocjach i mechanizmach rządzących ludźmi w mniejszych lub większych zbiorowiskach. O socjotechnikach, tworzeniu poczucia zagrożenia, kreowaniu wspólnego wroga. Ale też o emocjach w skali mikro: radzeniu sobie ze stratą kogoś bliskiego, o przyjaźni, miłości, pożądaniu. Obie perspektywy czasem mają punkty wspólne, choćby w momencie, gdy jedna z bohaterek musi wybierać między lojalnością wobec rodziny a sprawą. Ale przeważnie wszystko się toczy niezależnie od intencji bohaterów, którzy nawet gdy są sobie bliscy, zaskakują się reakcjami w różnych sytuacjach.
Historia dzieje się w bliżej nieokreślonym miejscu. Tak naprawdę nie ono jest istotne, jak też czas i łańcuch zdarzeń w fabule. Najważniejsze znajduje się między wierszami, w pojedynczych słowach, tonie głosu, postawie ciała. Czwórka aktorów rozgrywa ten koncert pierwszorzędnie, nasycając sensem historię opowiadaną w formie pojedynczych scen. Przyznam, że nie mam pewności, czy finał fabularny rozegrał się już po godzinie wyznaczonego spotkania na moście (istotnego dla wyborów bohaterów). Ale nie to było tak naprawdę istotne. Tak jak zazwyczaj lubię uporządkowaną fabułę, czytelne ramy czasowe i starannie domknięte wątki, tak tym razem wystarczyła mi warstwa emocjonalno-intelektualna. Podana bez długich monologów, odwoływania się do toposów i całego rusztowania budowanego przez edukację kulturalną. Bardzo prosto, bardzo uniwersalnie.
Dawno nie oglądałam równie angażującej sztuki. Co ciekawe, zaangażowanie nie oznaczało oczekiwania, co się zdarzy za chwilę, a raczej nieustające zadawanie sobie pytania "dlaczego?". Niewątpliwie duża w tym zasługa reżysera i aktorów. Cała czwórka gra koncertowo: nie ma pokusy analizowania ich dykcji czy ruchu scenicznego, bo są bez zarzutu. Można spokojnie (?) zanurzyć się w świecie, który kreują. Jak ja lubię takie pieczołowicie przygotowane sztuki, które drażnią intelekt i wrażliwość!
Spektakl 1 czerwca oglądała Maria
wtorek, 4 czerwca 2019
poniedziałek, 3 czerwca 2019
Olga Sarzyńska o najnowszej premierze w Teatrze Ateneum
Niepokojący i intrygujący thriller serwuje nam Teatr Ateneum w Warszawie. Ostatnia premiera kończącego się pomału sezonu to „Łowca” pióra Dawn King w reżyserii Wojciecha Urbańskiego.
Kraj pogrążony jest w kryzysie. Obfite opady deszczu, pola są zalane. Brakuje jedzenia. W ludziach rodzi się strach i pytanie – jakie będzie jutro. Kiedy okazuje się, że farma Covey’ów również nie osiągnie założonych celów, władza wysyła do nich Wilhelma Bloora, żeby przeprowadził śledztwo. Wilhelm jest tresowanym od najmłodszych lat łowcą lisów, a jego misja ma na celu odnalezienie zwierząt, które odpowiadają za zarazę.
W trakcie trwającego śledztwa rodzi się jednak więcej pytań niż odpowiedzi, a zaskakujący bieg wydarzeń na zawsze zmieni życie bohaterów…
„Łowca” - to thriller psychologiczny. Rzecz dzieje się nie wiadomo kiedy i nie wiadomo gdzie, dzięki temu fabuła jest bardzo ciekawa i intrygująca – opowiada nam aktorka Ateneum Olga Sarzyńska, która wciela się w postać Sary, przyjaciółki głównej bohaterki.
- Jesteśmy skupieni na bohaterach i na ich historii. Historia jest oczywiście ważnym tłem, ale bardzo ważna jest psychologia tych postaci, ich relacje między sobą. Każda z nich jest inna, reprezentuje różne postawy. Nie brakuje napięcia. Towarzyszy nam świetna muzyka i scenografia - duszna, ciasna - co jeszcze bardziej podsyca napięcie – dodaje aktorka.
Kim jest twoja postać?
Moja postać to Sara, przyjaciółka głównej bohaterki, którą gra Emilka Komarnicka. Jest to osoba mocno stąpająca po ziemi, matka dwójki dzieci. Jest głosem rozsądku, ale jak się potem okaże, nie do końca… Staje przed bardzo trudnym wyborem, i jak się to skończy trzeba obejrzeć spektakl.
W każdym z bohaterów dokonuje się zmiana, zarówno w ich życiu, jak i w nich samych. Nie chcę wszystkiego zdradzać.
W jakim klimacie jest sztuka - skandynawskim czy raczej angielskim?
Autorka jest Brytyjką, ale jej osoba owiana jest tajemnicą, nie za wiele o niej wiemy. Ciężko jest dokładnie określić. Mamy dom, miasteczko, nie sprecyzowane w jakiej szerokości geograficznej - to mi się podoba. Historia ta mogła wydarzyć się wszędzie...
Widać, że zgrany z was zespół...
Zdecydowanie tak. Pracowało się nam fantastycznie. Reżyserem jest Wojtek Urbański, którego znam jeszcze z Akademii Teatralnej – gdyż jego pierwsze wykształcenie to aktor. Dopiero potem skończył reżyserię.
W Teatrze Ateneum już pracował...
Tak, reżyserował spektakl „Pocałunek”. Bardzo się cieszę, że w pracy mogliśmy się spotkać. Jest reżyserem dociekliwym, wymagającym, poszukującym, bardzo otwartym na aktorów, gdyż doskonale nas rozumie z racji tego, że sam też nim jest. Wie czego potrzebujemy i z czym się zmagamy, a to niezwykle pomaga w pracy. My skupialiśmy się na tym, co najważniejsze, na emocjach, na psychologii bohaterów, a nie na nie wiadomo jakiej inscenizacji. Wydaje mi się, że w sposób bardzo rzetelny jest ta cała historia przez nas przedstawiona. Jest to według mnie porządny teatr, to którego każdy widz może przyjść - starszy i młody, i na pewno zainteresuje go ta historia.
Zachęca bardzo dobra obsada. Młodzież Ateneum jest zdolna.
Dziękuję bardzo, to miłe słowa. Obsada jest ciekawa i gra jeden z moich ukochanych aktorów, jakim jest Tomek Schuchardt oraz Emilia Komarnicka, a także bardzo młody Adrian Zaremba i moja skromna osoba. Zapraszamy serdecznie na spektakl.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Ateneum w Warszawie, „Łowca”, reż. Wojciech Urbański
Spektakl widziała 9 maja Małgosia
Najbliższe przedstawienia już w nowym sezonie.
Kraj pogrążony jest w kryzysie. Obfite opady deszczu, pola są zalane. Brakuje jedzenia. W ludziach rodzi się strach i pytanie – jakie będzie jutro. Kiedy okazuje się, że farma Covey’ów również nie osiągnie założonych celów, władza wysyła do nich Wilhelma Bloora, żeby przeprowadził śledztwo. Wilhelm jest tresowanym od najmłodszych lat łowcą lisów, a jego misja ma na celu odnalezienie zwierząt, które odpowiadają za zarazę.
W trakcie trwającego śledztwa rodzi się jednak więcej pytań niż odpowiedzi, a zaskakujący bieg wydarzeń na zawsze zmieni życie bohaterów…
„Łowca” - to thriller psychologiczny. Rzecz dzieje się nie wiadomo kiedy i nie wiadomo gdzie, dzięki temu fabuła jest bardzo ciekawa i intrygująca – opowiada nam aktorka Ateneum Olga Sarzyńska, która wciela się w postać Sary, przyjaciółki głównej bohaterki.
- Jesteśmy skupieni na bohaterach i na ich historii. Historia jest oczywiście ważnym tłem, ale bardzo ważna jest psychologia tych postaci, ich relacje między sobą. Każda z nich jest inna, reprezentuje różne postawy. Nie brakuje napięcia. Towarzyszy nam świetna muzyka i scenografia - duszna, ciasna - co jeszcze bardziej podsyca napięcie – dodaje aktorka.
Kim jest twoja postać?
Moja postać to Sara, przyjaciółka głównej bohaterki, którą gra Emilka Komarnicka. Jest to osoba mocno stąpająca po ziemi, matka dwójki dzieci. Jest głosem rozsądku, ale jak się potem okaże, nie do końca… Staje przed bardzo trudnym wyborem, i jak się to skończy trzeba obejrzeć spektakl.
W każdym z bohaterów dokonuje się zmiana, zarówno w ich życiu, jak i w nich samych. Nie chcę wszystkiego zdradzać.
W jakim klimacie jest sztuka - skandynawskim czy raczej angielskim?
Autorka jest Brytyjką, ale jej osoba owiana jest tajemnicą, nie za wiele o niej wiemy. Ciężko jest dokładnie określić. Mamy dom, miasteczko, nie sprecyzowane w jakiej szerokości geograficznej - to mi się podoba. Historia ta mogła wydarzyć się wszędzie...
Widać, że zgrany z was zespół...
Zdecydowanie tak. Pracowało się nam fantastycznie. Reżyserem jest Wojtek Urbański, którego znam jeszcze z Akademii Teatralnej – gdyż jego pierwsze wykształcenie to aktor. Dopiero potem skończył reżyserię.
W Teatrze Ateneum już pracował...
Tak, reżyserował spektakl „Pocałunek”. Bardzo się cieszę, że w pracy mogliśmy się spotkać. Jest reżyserem dociekliwym, wymagającym, poszukującym, bardzo otwartym na aktorów, gdyż doskonale nas rozumie z racji tego, że sam też nim jest. Wie czego potrzebujemy i z czym się zmagamy, a to niezwykle pomaga w pracy. My skupialiśmy się na tym, co najważniejsze, na emocjach, na psychologii bohaterów, a nie na nie wiadomo jakiej inscenizacji. Wydaje mi się, że w sposób bardzo rzetelny jest ta cała historia przez nas przedstawiona. Jest to według mnie porządny teatr, to którego każdy widz może przyjść - starszy i młody, i na pewno zainteresuje go ta historia.
Zachęca bardzo dobra obsada. Młodzież Ateneum jest zdolna.
Dziękuję bardzo, to miłe słowa. Obsada jest ciekawa i gra jeden z moich ukochanych aktorów, jakim jest Tomek Schuchardt oraz Emilia Komarnicka, a także bardzo młody Adrian Zaremba i moja skromna osoba. Zapraszamy serdecznie na spektakl.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Ateneum w Warszawie, „Łowca”, reż. Wojciech Urbański
Spektakl widziała 9 maja Małgosia
Najbliższe przedstawienia już w nowym sezonie.
wtorek, 19 marca 2019
"Gwoździe" w Akademii Teatralnej
"Czołem wbijając gwoździe w podłogę" – tak brzmi oryginalny tytuł monodramu, pióra Erica Bogosiana. Napisany został w 1994 roku. Cezary Kosiński, reżyserujący spektakl w Akademii Teatralnej w Warszawie, skrócił tytuł do jednego słowa – "Gwoździe".
Czytałam gdzieś, że spektakl mógłby być krótszy, bardziej spójny, bardziej prawdziwy w swym przesłaniu. Pozwolę sobie nie do końca zgodzić z tą opinią. Ani przez moment się nie nudziłam, odpowiadało mi i tempo i pomysł i wykonanie. Super praca Cezarego Kosińskiego ze studentami IV roku, którzy zaprezentowali się z bardzo dobrej strony, pokazując warsztat i umiejętności, a także oddali znakomicie to szaleństwo, przez które przemawia po prostu lęk młodych o przyszłość. Może wielkiego przerażenia nie czułam, wychodząc z teatru, ale obawy tak. Myśli o sztuce, jej przesłaniu krążyły mi po głowie przez dłuższy czas, nie tylko ten spędzony przy ulicy Miodowej w Warszawie, a to też sukces młodzieży i jej reżysera.
Tekst cały czas jest bardzo bliski dzisiejszej rzeczywistości. Eric Bogosian opisuje w swoim monodramie społeczeństwo amerykańskie, a raczej wyłowione z tej społeczności typy ludzkie.
Są wśród nich m.in.: neurotyczny sprzedawca płytek ceramicznych, bezdomny, narkomanka, oraz artysta, który chorobliwie pragnie sukcesu. Bohaterów łączy frustracja i zagubienie. Sztuka sprawia, że zaczynamy się zastanawiać razem z aktorami nad sensem i sposobem funkcjonowania w tym zwariowanym świecie, w którym panuje konsumpcja i odosobnienie.
30 lat temu głównym narzędziem manipulacji ludźmi był telewizor, dziś jest nim internet.
Ofiarami natomiast, zarówno wtedy, jak i obecnie, są ludzie. Tematy nie są nowe. I w pierwszej chwili wydają się przebrzmiałe, tylko, czy wyciągnęliśmy wnioski z wcześniejszych doświadczeń? Dostajemy odpowiedź – cały czas jesteśmy zagubieni, nie rozumiemy często świata i nie widzimy zagrożeń, jakie on niesie.
Na szczęście Bogosian pokazuje nam też bardziej optymistyczną stronę życia, uśmiecha się do swoich bohaterów, a widzom pozostawia furtkę bezpieczeństwa. Przysłowiowa szklanka z wodą nie jest do połowy pusta lub pełna, ale od zawsze pusta. Jeśli w jakiejś mierze jest wypełniona, to marzeniami, pragnieniami, a także złudą prowadzącą do katastrofy. Gwoździe są narkotykiem, używką, słabością, religijną mamoną, traumą...itd.
Zdecydowanie zachęcam, aby wybrać się na ten spektakl. Warto.
Akademia Teatralna w Warszawie, "Gwoździe", reż. Cezary Kosiński
zdjęcia: Bartek Warzecha
Najbliższe spektakle 15, 16, 17 kwietnia.
Spektakl widziała 13 lutego Małgosia
Czytałam gdzieś, że spektakl mógłby być krótszy, bardziej spójny, bardziej prawdziwy w swym przesłaniu. Pozwolę sobie nie do końca zgodzić z tą opinią. Ani przez moment się nie nudziłam, odpowiadało mi i tempo i pomysł i wykonanie. Super praca Cezarego Kosińskiego ze studentami IV roku, którzy zaprezentowali się z bardzo dobrej strony, pokazując warsztat i umiejętności, a także oddali znakomicie to szaleństwo, przez które przemawia po prostu lęk młodych o przyszłość. Może wielkiego przerażenia nie czułam, wychodząc z teatru, ale obawy tak. Myśli o sztuce, jej przesłaniu krążyły mi po głowie przez dłuższy czas, nie tylko ten spędzony przy ulicy Miodowej w Warszawie, a to też sukces młodzieży i jej reżysera.
Tekst cały czas jest bardzo bliski dzisiejszej rzeczywistości. Eric Bogosian opisuje w swoim monodramie społeczeństwo amerykańskie, a raczej wyłowione z tej społeczności typy ludzkie.
Są wśród nich m.in.: neurotyczny sprzedawca płytek ceramicznych, bezdomny, narkomanka, oraz artysta, który chorobliwie pragnie sukcesu. Bohaterów łączy frustracja i zagubienie. Sztuka sprawia, że zaczynamy się zastanawiać razem z aktorami nad sensem i sposobem funkcjonowania w tym zwariowanym świecie, w którym panuje konsumpcja i odosobnienie.
30 lat temu głównym narzędziem manipulacji ludźmi był telewizor, dziś jest nim internet.
Ofiarami natomiast, zarówno wtedy, jak i obecnie, są ludzie. Tematy nie są nowe. I w pierwszej chwili wydają się przebrzmiałe, tylko, czy wyciągnęliśmy wnioski z wcześniejszych doświadczeń? Dostajemy odpowiedź – cały czas jesteśmy zagubieni, nie rozumiemy często świata i nie widzimy zagrożeń, jakie on niesie.
Na szczęście Bogosian pokazuje nam też bardziej optymistyczną stronę życia, uśmiecha się do swoich bohaterów, a widzom pozostawia furtkę bezpieczeństwa. Przysłowiowa szklanka z wodą nie jest do połowy pusta lub pełna, ale od zawsze pusta. Jeśli w jakiejś mierze jest wypełniona, to marzeniami, pragnieniami, a także złudą prowadzącą do katastrofy. Gwoździe są narkotykiem, używką, słabością, religijną mamoną, traumą...itd.
Zdecydowanie zachęcam, aby wybrać się na ten spektakl. Warto.
Akademia Teatralna w Warszawie, "Gwoździe", reż. Cezary Kosiński
zdjęcia: Bartek Warzecha
Najbliższe spektakle 15, 16, 17 kwietnia.
Spektakl widziała 13 lutego Małgosia
"Piloci" - zmarnowany temat
Bardzo chciałam zachwycić się tym spektaklem, ale się nie udało. Być może dlatego, że sporo czytałam na temat II wojny światowej i polskich lotników w Anglii, a to nie jest dobry wstęp do oglądania tego przedstawienia...
Mój podstawowy zarzut dotyczy scenariusza: jest stereotypowy aż do bólu, a wygrana zła na całej linii irytuje. Wiadomo, wojna, zdrady, sojusze mocarstw, komunistyczny reżim, ale moim zdaniem na litanię nieszczęść i złe zakończenie musical średniej klasy nie może sobie pozwolić. Gdyby to było arcydzieło, to co innego, ale to zdecydowanie nie jest przyszły klasyk gatunku. Jak się trochę więcej przeczyta o jakiejkolwiek epoce, to się wie, że życie rzadko bywa czarno-białe. Tak, wojna na pewno sprzyja dramatycznym rozwiązaniom, niepomyślnym finałom, ale tu nieszczęście goni nieszczęście, a jeden drewniany tekst goni kolejny nie mniej przewidywalny. Dialogi nie ożywiają papierowych postaci i niewątpliwie uzdolnieni młodzi aktorzy musicalowi nie mają szans na uratowanie całości.
Twórcy nie zdecydowali się chyba do końca, dla kogo robią to przedstawienie. Kilka piosenek rapujących, otwierająca przedstawienie sekwencja gry komputerowej (która akurat bardzo mi się spodobała, ale niewiele miała wspólnego z dalszą akcją sceniczną) - to najwyraźniej ukłony w stronę widzów zdecydowanie młodszych. Ale pomiędzy taką współczesnością królowała ramota nie odstająca poziomem uproszczenia od najstarszych operetek (które rządziły w Romie przed 20 laty i od których dyrektor Kępczyński zdecydowanie się odcina). Jak Żyd, to handlarz, jak polski pilot w Anglii, to zamiast nauki języka będzie podrywanie nauczycielki, angielski lord jest flegmatyczny, jego szkocki lokaj żałuje gościom whisky itp. itd. Jedynie niemiecki pilot wymyka się łatwemu szufladkowaniu i rokuje na postać niejednoznaczną. Niestety, jest bohaterem zdecydowanie drugoplanowym.
Teatr Muzyczny Roma znany jest m.in. z tego, że w przedstawieniach na dużej scenie twórcy dbają o nietuzinkowe efekty specjalne. Tym razem ich wyobraźnia poszła w kierunku niekoniecznie godnym naśladowania. Zrobienie pseudowybuchu bomby lotnicznej (takiego z błyskiem i falą ciepła) to chyba nienajlepszy pomysł w erze, gdy zamachy terrorystyczne stosunkowo często goszczą na pierwszych stronach gazet. Wydaje mi się, że zamiast mozolnej pracy nad tym efektem byłoby lepiej więcej czasu poświęcić na reżyserię dźwięku w początkowych scenach zbiorowych - nagłośnienie orkiestry było wtedy zdecydowanie lepsze niż śpiewaków, przez co kompletnie nie dało się usłyszeć tekstu.
Mimo wszystko "Piloci" mają też parę zalet. Bardzo spodobała mi się scenografia, której głównym elementem są mobilne ekrany LED. Rozwiązanie zdecydowanie bardziej uniwersalne niż tradycyjna teatralna kombinacja zapadni i scen obrotowych. Ekrany doskonale uzupełniają sceny miejskie, kabaretowe, sprawdzają się w scenach walk lotniczych, a otwierająca spektakl sekwencja z grą komputerową mogłaby być pięknym łącznikiem historii i współczesności (gdyby udało się jakoś zgrabnie skontrapunktować historię lotników współczesnością). Podobały mi się kostiumy - umiejętnie łączące styl epoki i wygodę aktorów. Wykonawcy umieli tańczyć i śpiewać, a grający główny szwarccharakter Jan Bzdawka wyraziście zagrał swoją rolę. Trochę tych zalet było, ale jeśli ktoś szuka naprawdę doskonałego przedstawienia muzycznego, to lepiej zrobi, jeśli wybierze "Tuwima dla dorosłych" na małej scenie tego samego teatru. Albo "Kinky Boots" w pobliskim Teatrze Dramatycznym. A o polskich pilotach w Wielkiej Brytanii warto poczytać, zaczynając chociażby od porywająco napisanej "Sprawy honoru" autorstwa Lynne Olson i Stanleya Clouda.
"Piloci", Teatr Roma
Spektakl oglądała 16 lutego Maria
Mój podstawowy zarzut dotyczy scenariusza: jest stereotypowy aż do bólu, a wygrana zła na całej linii irytuje. Wiadomo, wojna, zdrady, sojusze mocarstw, komunistyczny reżim, ale moim zdaniem na litanię nieszczęść i złe zakończenie musical średniej klasy nie może sobie pozwolić. Gdyby to było arcydzieło, to co innego, ale to zdecydowanie nie jest przyszły klasyk gatunku. Jak się trochę więcej przeczyta o jakiejkolwiek epoce, to się wie, że życie rzadko bywa czarno-białe. Tak, wojna na pewno sprzyja dramatycznym rozwiązaniom, niepomyślnym finałom, ale tu nieszczęście goni nieszczęście, a jeden drewniany tekst goni kolejny nie mniej przewidywalny. Dialogi nie ożywiają papierowych postaci i niewątpliwie uzdolnieni młodzi aktorzy musicalowi nie mają szans na uratowanie całości.
Twórcy nie zdecydowali się chyba do końca, dla kogo robią to przedstawienie. Kilka piosenek rapujących, otwierająca przedstawienie sekwencja gry komputerowej (która akurat bardzo mi się spodobała, ale niewiele miała wspólnego z dalszą akcją sceniczną) - to najwyraźniej ukłony w stronę widzów zdecydowanie młodszych. Ale pomiędzy taką współczesnością królowała ramota nie odstająca poziomem uproszczenia od najstarszych operetek (które rządziły w Romie przed 20 laty i od których dyrektor Kępczyński zdecydowanie się odcina). Jak Żyd, to handlarz, jak polski pilot w Anglii, to zamiast nauki języka będzie podrywanie nauczycielki, angielski lord jest flegmatyczny, jego szkocki lokaj żałuje gościom whisky itp. itd. Jedynie niemiecki pilot wymyka się łatwemu szufladkowaniu i rokuje na postać niejednoznaczną. Niestety, jest bohaterem zdecydowanie drugoplanowym.
Teatr Muzyczny Roma znany jest m.in. z tego, że w przedstawieniach na dużej scenie twórcy dbają o nietuzinkowe efekty specjalne. Tym razem ich wyobraźnia poszła w kierunku niekoniecznie godnym naśladowania. Zrobienie pseudowybuchu bomby lotnicznej (takiego z błyskiem i falą ciepła) to chyba nienajlepszy pomysł w erze, gdy zamachy terrorystyczne stosunkowo często goszczą na pierwszych stronach gazet. Wydaje mi się, że zamiast mozolnej pracy nad tym efektem byłoby lepiej więcej czasu poświęcić na reżyserię dźwięku w początkowych scenach zbiorowych - nagłośnienie orkiestry było wtedy zdecydowanie lepsze niż śpiewaków, przez co kompletnie nie dało się usłyszeć tekstu.
Mimo wszystko "Piloci" mają też parę zalet. Bardzo spodobała mi się scenografia, której głównym elementem są mobilne ekrany LED. Rozwiązanie zdecydowanie bardziej uniwersalne niż tradycyjna teatralna kombinacja zapadni i scen obrotowych. Ekrany doskonale uzupełniają sceny miejskie, kabaretowe, sprawdzają się w scenach walk lotniczych, a otwierająca spektakl sekwencja z grą komputerową mogłaby być pięknym łącznikiem historii i współczesności (gdyby udało się jakoś zgrabnie skontrapunktować historię lotników współczesnością). Podobały mi się kostiumy - umiejętnie łączące styl epoki i wygodę aktorów. Wykonawcy umieli tańczyć i śpiewać, a grający główny szwarccharakter Jan Bzdawka wyraziście zagrał swoją rolę. Trochę tych zalet było, ale jeśli ktoś szuka naprawdę doskonałego przedstawienia muzycznego, to lepiej zrobi, jeśli wybierze "Tuwima dla dorosłych" na małej scenie tego samego teatru. Albo "Kinky Boots" w pobliskim Teatrze Dramatycznym. A o polskich pilotach w Wielkiej Brytanii warto poczytać, zaczynając chociażby od porywająco napisanej "Sprawy honoru" autorstwa Lynne Olson i Stanleya Clouda.
"Piloci", Teatr Roma
Spektakl oglądała 16 lutego Maria
środa, 6 marca 2019
"Orfeusz" Monteverdiego na Zamku Królewskim w Warszawie
Sala Wielka na Zamku Królewskim w Warszawie znakomicie nadaje się do przyjmowania w swoje progi takich wspaniałych dzieł jak "Orfeusz" Claudio Monteverdiego. Od pierwszych dźwięków orkiestry i od pierwszych wyśpiewanych nut śpiewaków przenosimy się w mitologiczny czas. Piękna architektura, wystrój wnętrz, odpowiednia akustyka i cudowne oświetlenie sprawiają, że...czujemy się jak w raju. Po prostu jest pięknie i możemy w pełni oddać się przeżywaniu przepięknej muzyki w wykonaniu zespołu instrumentów dawnych Capella Regia Polona i słuchać partii wokalnych w bardzo dobrych interpretacjach śpiewaków Polskiej Opery Królewskiej.
Zmarły 23 stycznia Ryszard Peryt, Dyrektor Polskiej Opery Królewskiej, aktor, reżyser, profesor sztuki teatru, wykładowca Akademii Teatralnej w Warszawie, wielki znawca i twórca inscenizacji oper barokowych, klasycznych i dziewiętnastowiecznych oraz polskich prawykonań oper dwudziestowiecznych tak pisał o tym znakomitym dziele:
A mnie pozostaje tylko zaprosić i zachęcić miłośników pięknej muzyki, aby sprawdzali, kiedy następne spektakle. To trzeba koniecznie usłyszeć i zobaczyć, aby przeżyć coś muzycznie niebiańskiego.
Widziała i słuchała 26 lutego Małgosia
Claudio Monteverdi
"Orfeusz"
Dyrygent: Krzysztof Garstka
Inscenizacja, scenografia, reżyseria: według koncepcji Ryszarda Peryta
Opieka reżyserska: Sławomir Jurczak
Gest i ruch sceniczny: Romana Agnel
Kostiumy i rekwizyty: Marlena Skoneczko
Projekcje: Marek Zamojski
Światło: Piotr Rudzki
Przygotowanie zespołu wokalnego: Lilianna Krych
Obsada
Orfeo: Karol Kozłowski
Euridice, La Musica: Marta Boberska
Speranza: Aneta Łukaszewicz
Messaggera: Anna Radziejewska
Proserpina: Olga Pasiecznik
Pastore (alto): Marcin Gadaliński
Pastore (tenore): Zbigniew Malak
Pastore (tenore): Mikołaj Zgódka
Ninfa: Julita Mirosławska
Caronte: Sławomir Jurczak
Plutone: Marcin Pawelec
Apollo, Eco: Sylwester Smulczyński
Zespół wokalny Polskiej Opery Królewskiej
Capella Regia Polona
Zmarły 23 stycznia Ryszard Peryt, Dyrektor Polskiej Opery Królewskiej, aktor, reżyser, profesor sztuki teatru, wykładowca Akademii Teatralnej w Warszawie, wielki znawca i twórca inscenizacji oper barokowych, klasycznych i dziewiętnastowiecznych oraz polskich prawykonań oper dwudziestowiecznych tak pisał o tym znakomitym dziele:
- Cała partytura Monteverdiego zbudowana jest z emocjonalnych i sonorycznych kontrastów. W swej strukturze nawiązuje do reguł dramaturgii w teatrze starożytnej Grecji. Monteverdi podkreśla całkowitą i absolutną jednorodność muzyki, nadając jej w ten sposób ascetyczny wymiar filozoficzny i mistyczny. Jego muzyka przedstawia w sposób widzialny to, co niewidzialne. W jego partyturze wyraziście widoczna jest orficka metafizyka oraz wzajemne przenikanie się trzech głównych żywiołów antyku: omoiosis – pathopois – katharsis, tworzących stylistyczną jedność i zupełnie nowy kształt ekspresji dla Prawdy, Dobra i Piękna, rozpiętych między "grecką filozofię" i "europejską teologię".
Monteverdi w finale swojej genialnej opery to, co mitologiczne, przenika tym, co teologiczne, i ojciec (Apollo) wraz z synem (Orfeusz) wstępują do Nieba. Ten finał stanowi niezwykle ważny i znaczący akt dla całej późniejszej historii opery w Europie. To iście platońskie zakończenie, w którym miłość Orfeusza jest niewzruszona i pewna, a jego droga nie kończy się tu – na ziemi, lecz prowadzi do Ojca, do Nieba.
"Orfeo" Monteverdiego stanowi operową alegorię świata, która poprzez wiarę odsłania Nadzieję, która prowadzi ku Wiecznej Miłości.
A mnie pozostaje tylko zaprosić i zachęcić miłośników pięknej muzyki, aby sprawdzali, kiedy następne spektakle. To trzeba koniecznie usłyszeć i zobaczyć, aby przeżyć coś muzycznie niebiańskiego.
Widziała i słuchała 26 lutego Małgosia
Claudio Monteverdi
"Orfeusz"
Dyrygent: Krzysztof Garstka
Inscenizacja, scenografia, reżyseria: według koncepcji Ryszarda Peryta
Opieka reżyserska: Sławomir Jurczak
Gest i ruch sceniczny: Romana Agnel
Kostiumy i rekwizyty: Marlena Skoneczko
Projekcje: Marek Zamojski
Światło: Piotr Rudzki
Przygotowanie zespołu wokalnego: Lilianna Krych
Obsada
Orfeo: Karol Kozłowski
Euridice, La Musica: Marta Boberska
Speranza: Aneta Łukaszewicz
Messaggera: Anna Radziejewska
Proserpina: Olga Pasiecznik
Pastore (alto): Marcin Gadaliński
Pastore (tenore): Zbigniew Malak
Pastore (tenore): Mikołaj Zgódka
Ninfa: Julita Mirosławska
Caronte: Sławomir Jurczak
Plutone: Marcin Pawelec
Apollo, Eco: Sylwester Smulczyński
Zespół wokalny Polskiej Opery Królewskiej
Capella Regia Polona
czwartek, 21 lutego 2019
Mateusz Weber: "Twórczość Szekspira jest ponadczasowa, cały czas aktualna"
Szekspirowska historia księcia Hamleta, który musi zmierzyć się z nagłą i tajemniczą śmiercią ojca, to jeden z najważniejszych światowych dramatów. "Hamlet" w reżyserii Tadeusza Bradeckiego opowiedziany jest w konwencji ponadczasowej, tak jak ponadczasowa jest spirala zła, która otacza młodego księcia. To pełna intryg, spisków i walki o tron opowieść o tragiczności ludzkiej historii, w której pokój zapada tylko po to, by mogła zacząć się kolejna wojna. Teatr Dramatyczny w Warszawie jako pierwszy w Polsce wystawia "Hamleta" w nowym tłumaczeniu Piotra Kamińskiego.
O sztuce, fenomenie wielkości Williama Szekspira i pracy nad "Hamletem" rozmawiamy z aktorem Teatru Dramatycznego, Mateuszem Weberem, który wciela się w postać Horacego.
Wieki przemijają, a Szekspir trwa i ma się cały czas znakomicie.
Pewnie znajdą się tacy, którzy za twórczością Szekspira nie przepadają, ale tych pewnie jest zdecydowanie mniej niż jego miłośników. Jedno jest pewne - Szekspir jest dziś nadal aktualny. Jego twórczość jest ponadczasowa, znakomita – mówi w rozmowie z nami Mateusz Weber.
- Często się zdarza, że mówimy, że sztuka grana w teatrze jest aktualna, cały czas na czasie. Szekspir i jego thrillery i intrygi są niby proste, ale jakże wciągające. Cały czas to są bardzo aktualne rzeczy: morderstwa, zabójstwa, krew przelana, często zupełnie niepotrzebnie, ale mająca odzwierciedlenie w naszym realnym świecie. Podobnie rzecz się miała z "Miarką za miarkę", gdzie rzecz się dzieje w Sejmie. W piątym akcie reakcje i szaleństwo publiczności było dobitne, a my dolewaliśmy jeszcze oliwy do ognia – współgraliśmy z widownią. To dotyka, daje do myślenia, powoduje jakieś reakcje, i mam nadzieję, że nasz "Hamlet" też taki będzie. Mimo, że nie mamy jakiegoś super przekazu, wspaniałej inscenizacji, a raczej staramy się to zrobić "po bożemu", w tradycyjny sposób. Historia jest historią i wierzę, że uda nam się ją jak najlepiej opowiedzieć.
Pierwszy raz widzowie zobaczą "Hamleta" w nowym tłumaczeniu.
Tak, jest całkiem nowe tłumaczenie, nie "Hamlet" Barańczaka – jakiego chyba najlepiej znamy - a Kamińskiego. Uważam, że bardzo fajnie się go czyta. Jest bardzo dostępny. Jak go czytaliśmy pierwszy raz, byliśmy zachwyceni, doszliśmy do wniosku, że każde słowo jakie pada, jest zrozumiałe dla widza. Całość podana jest do odbioru w dość prosty sposób. Jest w tym siła naszego spektaklu. Spektakl mimo, że zrobiony „po bożemu”, dobrze znany, a i tak spowoduje, że przyjdziemy do teatru i spędzimy z tą historią znakomity wieczór. Nie silimy się na coś nowego. Robimy "Hamleta" w taki sposób, jak go napisał William Szekspir. Główny bohater ma w sobie ból, emocje, tak samo jak inne postaci, i przeżywa swój dramat.
Lubisz swoją postać – Horacego? - to bardzo pozytywny bohater.
Dużo o niej rozmawialiśmy i doszliśmy do wniosku, że to jest taki troszeczkę Szekspir. Obserwuje sytuację, mało mówi, w całej sztuce - z tym miałem na początku kłopoty - bo bycie na scenie też jest trudne. W końcu chyba udało nam się znaleźć tego najwierniejszego, oddanego człowieka. Stworzyliśmy troszeczkę inne zakończenie niż zazwyczaj - i to jest ta jedyna zmiana, na jaką sobie pozwoliliśmy – ale nie chcę zdradzać…trzeba przyjść i zobaczyć i wyrobić sobie swoją ocenę. Myślę, że jest zaskakujące. Nasze zakończenie pokazuje aktualność tekstu – ono dotyka… Horacy, to trudna postać. Cały czas jej dotykam, uczę się jej i z biegiem przedstawień będzie ona dojrzewała - to jest taki Szekspir obserwator, który chce przekazać potem tę historię, który służy zawsze radą, trwa u boku Hamleta. Myślę, że są momenty, kiedy on mówi: "Boże kochany, co ty robisz, przyjacielu?!" Jednak szacunek, jaki ma do Hamleta, do jego mądrości, pozycji, nie pozwala mu nic powiedzieć, nic poradzić, sprzeciwić mu się. On ma swoje zdanie, Horacy nie zawsze go popiera, ale milczy, trwa przy nim i wspiera. Na tym polega przyjaźń.
"Hamlet", to zawsze wielkie wydarzenie teatralne. Niektóre sztuki przechodzą bez echa. A ten dramat należy do takich, o których się mówi, który każdy chce zobaczyć.
Mam nadzieję, że właśnie tak to zostanie odebrane. Jako ważne teatralne wydarzenie. Wielka sztuka na 70-lecie Teatru Dramatycznego. Jest to czwarty "Hamlet" w tym teatrze. Sami wielcy go grali, z Gustawem Holoubkiem na czele. Niestety nie zostało ono zarejestrowane. Każdy z nas indywidualnie oglądał jakieś inscenizacje nagrane, też te hollywoodzkie i brytyjskie. Ja osobiście, nie jestem fanem szukania i podglądania, jak ktoś inny zagrał moją rolę. Wolę sam wypracować swoją postać, dojść do czegoś, wyciągnąć wnioski…ale każdy ma swoje metody. Serdecznie zapraszamy na tę najbardziej znaną sztukę świata do Teatru Dramatycznego.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Dramatyczny w Warszawie, "Hamlet", reżyseria Tadeusz Bradecki, przekład Piotr Kamiński
Mateusz Weber, foto: Katarzyna Chmura
Najbliższe spektakle – 14, 15, 16 marca
O sztuce, fenomenie wielkości Williama Szekspira i pracy nad "Hamletem" rozmawiamy z aktorem Teatru Dramatycznego, Mateuszem Weberem, który wciela się w postać Horacego.
Wieki przemijają, a Szekspir trwa i ma się cały czas znakomicie.
Pewnie znajdą się tacy, którzy za twórczością Szekspira nie przepadają, ale tych pewnie jest zdecydowanie mniej niż jego miłośników. Jedno jest pewne - Szekspir jest dziś nadal aktualny. Jego twórczość jest ponadczasowa, znakomita – mówi w rozmowie z nami Mateusz Weber.
- Często się zdarza, że mówimy, że sztuka grana w teatrze jest aktualna, cały czas na czasie. Szekspir i jego thrillery i intrygi są niby proste, ale jakże wciągające. Cały czas to są bardzo aktualne rzeczy: morderstwa, zabójstwa, krew przelana, często zupełnie niepotrzebnie, ale mająca odzwierciedlenie w naszym realnym świecie. Podobnie rzecz się miała z "Miarką za miarkę", gdzie rzecz się dzieje w Sejmie. W piątym akcie reakcje i szaleństwo publiczności było dobitne, a my dolewaliśmy jeszcze oliwy do ognia – współgraliśmy z widownią. To dotyka, daje do myślenia, powoduje jakieś reakcje, i mam nadzieję, że nasz "Hamlet" też taki będzie. Mimo, że nie mamy jakiegoś super przekazu, wspaniałej inscenizacji, a raczej staramy się to zrobić "po bożemu", w tradycyjny sposób. Historia jest historią i wierzę, że uda nam się ją jak najlepiej opowiedzieć.
Pierwszy raz widzowie zobaczą "Hamleta" w nowym tłumaczeniu.
Tak, jest całkiem nowe tłumaczenie, nie "Hamlet" Barańczaka – jakiego chyba najlepiej znamy - a Kamińskiego. Uważam, że bardzo fajnie się go czyta. Jest bardzo dostępny. Jak go czytaliśmy pierwszy raz, byliśmy zachwyceni, doszliśmy do wniosku, że każde słowo jakie pada, jest zrozumiałe dla widza. Całość podana jest do odbioru w dość prosty sposób. Jest w tym siła naszego spektaklu. Spektakl mimo, że zrobiony „po bożemu”, dobrze znany, a i tak spowoduje, że przyjdziemy do teatru i spędzimy z tą historią znakomity wieczór. Nie silimy się na coś nowego. Robimy "Hamleta" w taki sposób, jak go napisał William Szekspir. Główny bohater ma w sobie ból, emocje, tak samo jak inne postaci, i przeżywa swój dramat.
Lubisz swoją postać – Horacego? - to bardzo pozytywny bohater.
Dużo o niej rozmawialiśmy i doszliśmy do wniosku, że to jest taki troszeczkę Szekspir. Obserwuje sytuację, mało mówi, w całej sztuce - z tym miałem na początku kłopoty - bo bycie na scenie też jest trudne. W końcu chyba udało nam się znaleźć tego najwierniejszego, oddanego człowieka. Stworzyliśmy troszeczkę inne zakończenie niż zazwyczaj - i to jest ta jedyna zmiana, na jaką sobie pozwoliliśmy – ale nie chcę zdradzać…trzeba przyjść i zobaczyć i wyrobić sobie swoją ocenę. Myślę, że jest zaskakujące. Nasze zakończenie pokazuje aktualność tekstu – ono dotyka… Horacy, to trudna postać. Cały czas jej dotykam, uczę się jej i z biegiem przedstawień będzie ona dojrzewała - to jest taki Szekspir obserwator, który chce przekazać potem tę historię, który służy zawsze radą, trwa u boku Hamleta. Myślę, że są momenty, kiedy on mówi: "Boże kochany, co ty robisz, przyjacielu?!" Jednak szacunek, jaki ma do Hamleta, do jego mądrości, pozycji, nie pozwala mu nic powiedzieć, nic poradzić, sprzeciwić mu się. On ma swoje zdanie, Horacy nie zawsze go popiera, ale milczy, trwa przy nim i wspiera. Na tym polega przyjaźń.
"Hamlet", to zawsze wielkie wydarzenie teatralne. Niektóre sztuki przechodzą bez echa. A ten dramat należy do takich, o których się mówi, który każdy chce zobaczyć.
Mam nadzieję, że właśnie tak to zostanie odebrane. Jako ważne teatralne wydarzenie. Wielka sztuka na 70-lecie Teatru Dramatycznego. Jest to czwarty "Hamlet" w tym teatrze. Sami wielcy go grali, z Gustawem Holoubkiem na czele. Niestety nie zostało ono zarejestrowane. Każdy z nas indywidualnie oglądał jakieś inscenizacje nagrane, też te hollywoodzkie i brytyjskie. Ja osobiście, nie jestem fanem szukania i podglądania, jak ktoś inny zagrał moją rolę. Wolę sam wypracować swoją postać, dojść do czegoś, wyciągnąć wnioski…ale każdy ma swoje metody. Serdecznie zapraszamy na tę najbardziej znaną sztukę świata do Teatru Dramatycznego.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Dramatyczny w Warszawie, "Hamlet", reżyseria Tadeusz Bradecki, przekład Piotr Kamiński
Mateusz Weber, foto: Katarzyna Chmura
Najbliższe spektakle – 14, 15, 16 marca
środa, 20 lutego 2019
Krzysztof Szczepaniak: „Trzeba teraz brać się do roboty”
„Hamlet” Williama Szekspira był wystawiany w Teatrze Dramatycznym w Warszawie trzy razy – w 1962 roku spektakl wyreżyserował niezapomniany Gustaw Holoubek i zagrał również tytułową rolę. W 1979 roku Holoubek ponownie sięgnął po ten chyba najbardziej znany w świecie dramat, a rolę księcia Hamleta powierzył Piotrowi Fronczewskiemu. Kolejna adaptacja miała miejsce w 1992 roku – reżyserii podjął się wtedy Andrzej Domalik, a tytułową rolę zagrał Mariusz Bonaszewski.
Czas na nowego księcia Hamleta – od stycznia 2019 roku w tę postać wciela się aktor młodego pokolenia – Krzysztof Szczepaniak. Spektakl reżyseruje Tadeusz Bradecki. Sztuka po raz pierwszy w Polsce prezentowana jest w nowym przekładzie Piotra Kamińskiego.
Krzysztof Szczepaniak, czego się dotknie, zamienia w złoto. Wszystkie role aktora to postaci, które zapadają głęboko w pamięć, obok których nie da się przejść obojętnie. Młody, niezwykle zdolny, z dystansem do siebie i kochający to, co robi. Christopher, geniusz matematyczny ze sztuki „Dziwny przypadek psa nocną porą”, Mistrz ceremonii z „Cabaretu”, Lola/Simon z „Kinky Boots”, Lucjo z „Miarki za miarkę”, czy fantastyczny, napędzający intrygę Arlekino ze „Sługi dwóch panów”. Czas zatem na Hamleta.
O najnowszej premierze Teatru Dramatycznego w Warszawie rozmawiamy z odtwórcą tytułowej roli, Krzysztofem Szczepaniakiem.
Zastanawiałeś się, ilu już „Hamletów” zostało zagranych?
Mnóstwo... Ogromna liczba.
Jak zagrać, czym zaskoczyć? Kiedy właściwie wszystko już zostało powiedziane.
Myślę, że nie skupiać się na tym, żeby czymś zaskakiwać, bo już wszystko było: Hamlet kobieta, Hamlet pijany, Hamlet dziecko. Nie ma sensu na silenie się na coś oryginalnego. Można go wystawić na bogato, pięknie, jak w National Theatre, a można go wystawić w zupełnie skromnych warunkach, przy czarnej kotarze. Na tym polega siła tego dramatu, że nie da się zrobić inscenizacji, która będzie w pełni kompleksowa, będzie ujmowała wszystkie aspekty. Była wersja, która stawiała na jego seksualność, wersja, która stawiała na mord założycielski, na siłę śmierci, morderstwa, które wynika z morderstwa. Czy aspekt depresji. Jest tyle różnych rzeczy, że nie da się tego ująć, trzeba na coś postawić – mówi w rozmowie z nami Krzysztof Szczepaniak.
Zatem na co stawiacie?
Sądzę, że my postawimy na Hamleta jako na osobę, która demaskuje rzeczywistość, ale jej nie wytrzymuje i w związku z tym wariuje. Monologi, które służą tylko, i aż po to, żeby on sam sobie uświadomił, na którym etapie w danym momencie dramatu jest. Przeskakuje na kolejne etapy, aż mówi sam do siebie – „teraz każda myśl moja ocieka krwią” - jest kimś w rodzaju rewolucjonisty, działacza jakiegoś, maszyny, której nikt już nie zatrzyma. Wyzywa los na pojedynek, i można powiedzieć - na herbatę. Jest w pewnym momencie nieobliczalny. Nastawiony już tylko na to, żeby zabić Klaudiusza. On się bardzo z tym męczy, bo szuka tego właściwego momentu. Z drugiej jednak strony, nie chce stać się mordercą, też z tym walczy. Wiemy, że morduje, ale nie w ramach rewanżu za swego ojca, ale w ramach tego, co na jego oczach się zadziało z Gertrudą. Widzi to morderstwo naocznie - i jak pisze o tym Stanisław Wyspiański w Studium o Hamlecie - można karać tylko za to, co ciebie bezpośrednio dotyczy. Zawarta jest tam historia o tym międzypokoleniowym przekładaniu winy. Bo co to jest za duch, który mówi „pomścij mnie, bo jak nie to jesteś niemęski, nie jesteś moim synem”. Możemy się domyślać, jaką osobą był Hamlet docelowy, jaki był ojciec Hamleta i, że ta relacja między nimi nie była idealna. To kolejny aspekt ojca i syna, matki i syna. Bzdurą jest to, że niby tam jest kompleks Edypa. Jednak aktor musi podjąć ekonomiczny wybór, i decydować - moim zdaniem - jest to lepiej gdy jest ten kompleks Edypa, kiedy on jest zakochany w matce, w jakiś sposób i przekłada się to, że nie jest w stanie kochać - bo Hamlet nie jest w stanie kochać. Walczy z tym. Pojawia się Ofelia - ale ciągle ta mocna relacja z matką blokuje to uczucie. Mamy tyle wątków, że ciężko ująć wszystkie i z tego też względu trzeba się na coś zdecydować. Wiem, że są już kolejne adaptacje „Hamleta” w przygotowaniach innych teatrów. I bardzo dobrze.
Tworzycie spektakl w nowym tłumaczeniu...
Tak, jest to tłumaczenie Piotra Kamińskiego, z którym już pracowałem w „Miarce za miarkę” i w „Kupcu Weneckim”, więc znamy się z Piotrkiem dobrze. Bardzo się ucieszyłem, że będziemy razem pracowali. Walorem jest to, że jest to debiut jego tłumaczenia „Hamleta”. Musieliśmy zrobić pewne skróty, bo inaczej przedstawienie by trwało ok. 4 godzin, a nasza wersja trwa 3:15. Dla dobra spektaklu musieliśmy pewne rzeczy usunąć.
„Hamlet”, to zawsze wielkie wydarzenie kulturalne.
Tak, to zawsze kilo mniej pod koniec. Nie mówiąc o kosztach psychicznych, psychologicznych. Jest to pewna podróż, którą się odbywa. Bezkarnie i bez kosztów, człowiek nie jest w stanie jej przebyć. Ale wiem, że warto, bardzo warto…
Jaki jest Twój stosunek do Szekspira?
Ja bardzo lubię Szekspira. Pokazuje takie różne elementy, jak choćby to, że niekonsekwencja postaci jest również jej konsekwencją. Miesza konwencje, np. bardzo dramatyczne wydarzenia z niezwykle zabawnymi. Na początku końcowej szermierki nikt się nie spodziewa, jak się to wszystko potoczy. Jest to rodzaj turnieju. Mamy uśpioną czujność widza, więc on idealnie stopniuje napięcie - niczym wczesny Hitchcock - jego charaktery są bardzo złożone, nie tylko w tym, co napisał, ale także w tym, czego możemy się również domyślić czy wyobrazić sobie, co tam jest pomiędzy, dlatego on jest taki pojemny.
Zagrałeś Hamleta. Co to dla Ciebie znaczy? Czy to było Twoim marzeniem, spełnieniem, czy po prostu wykonaniem powierzonej pracy, kolejnym etapem na aktorskiej drodze?
Oczywiście, jest to wielki zaszczyt zagrać Hamleta, ale po uświadomieniu sobie tego, trzeba się wziąć za robotę. Dla aktora jest to ogromna satysfakcja. To jest tak, że ta rola się nie kończy na jednym, na dwóch spektaklach. Ona będzie różna za każdym razem. Już nawet na etapie prób, pewnych rzeczy nie da się ustawić jakoś idealnie sytuacyjnie - i lepiej tego nie robić - bo rodzaj szaleństwa jest niekontrolowany momentami. Zdecydowanie, jest to ogromna nobilitacja dla aktora. Zdaję sobie też sprawę z tego, że w odpowiednim wieku przystąpiłem do zagrania tej postaci, która jest mniej więcej w takim właśnie wieku jak ja. Nie jest to osoba w pełni dorosła, dojrzała, miota się ze swoimi hormonami, nastrojami, dlatego ten moment jest według mnie doskonały.
Miałeś trochę swobody, czy reżyser narzucał, jak grać?
Miałem dużo swobody. Są rzeczy, których nie da się narzucić odgórnie, musi to być spontaniczne. Monologi powinny być bardzo spontaniczne. Dlatego nie da się tego wyliczyć jak w matematyce, jeden do jednego ustawić. Są momenty, w których ta swoboda jest większa, w innych mniejsza, ale podczas pracy jak najbardziej miałem dużo wolności. A jak to wyszło…zapraszam do Teatru Dramatycznego, aby się przekonać.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Dramatyczny w Warszawie, „Hamlet”, reżyseria Tadeusz Bradecki
Krzysztof Szczepaniak, foto Katarzyna Chmura
Spektakl widziała Małgosia 17 stycznia
Najbliższe przedstawienia – 19 lutego, 14, 15 i 16 marca
Czas na nowego księcia Hamleta – od stycznia 2019 roku w tę postać wciela się aktor młodego pokolenia – Krzysztof Szczepaniak. Spektakl reżyseruje Tadeusz Bradecki. Sztuka po raz pierwszy w Polsce prezentowana jest w nowym przekładzie Piotra Kamińskiego.
Krzysztof Szczepaniak, czego się dotknie, zamienia w złoto. Wszystkie role aktora to postaci, które zapadają głęboko w pamięć, obok których nie da się przejść obojętnie. Młody, niezwykle zdolny, z dystansem do siebie i kochający to, co robi. Christopher, geniusz matematyczny ze sztuki „Dziwny przypadek psa nocną porą”, Mistrz ceremonii z „Cabaretu”, Lola/Simon z „Kinky Boots”, Lucjo z „Miarki za miarkę”, czy fantastyczny, napędzający intrygę Arlekino ze „Sługi dwóch panów”. Czas zatem na Hamleta.
O najnowszej premierze Teatru Dramatycznego w Warszawie rozmawiamy z odtwórcą tytułowej roli, Krzysztofem Szczepaniakiem.
Zastanawiałeś się, ilu już „Hamletów” zostało zagranych?
Mnóstwo... Ogromna liczba.
Jak zagrać, czym zaskoczyć? Kiedy właściwie wszystko już zostało powiedziane.
Myślę, że nie skupiać się na tym, żeby czymś zaskakiwać, bo już wszystko było: Hamlet kobieta, Hamlet pijany, Hamlet dziecko. Nie ma sensu na silenie się na coś oryginalnego. Można go wystawić na bogato, pięknie, jak w National Theatre, a można go wystawić w zupełnie skromnych warunkach, przy czarnej kotarze. Na tym polega siła tego dramatu, że nie da się zrobić inscenizacji, która będzie w pełni kompleksowa, będzie ujmowała wszystkie aspekty. Była wersja, która stawiała na jego seksualność, wersja, która stawiała na mord założycielski, na siłę śmierci, morderstwa, które wynika z morderstwa. Czy aspekt depresji. Jest tyle różnych rzeczy, że nie da się tego ująć, trzeba na coś postawić – mówi w rozmowie z nami Krzysztof Szczepaniak.
Zatem na co stawiacie?
Sądzę, że my postawimy na Hamleta jako na osobę, która demaskuje rzeczywistość, ale jej nie wytrzymuje i w związku z tym wariuje. Monologi, które służą tylko, i aż po to, żeby on sam sobie uświadomił, na którym etapie w danym momencie dramatu jest. Przeskakuje na kolejne etapy, aż mówi sam do siebie – „teraz każda myśl moja ocieka krwią” - jest kimś w rodzaju rewolucjonisty, działacza jakiegoś, maszyny, której nikt już nie zatrzyma. Wyzywa los na pojedynek, i można powiedzieć - na herbatę. Jest w pewnym momencie nieobliczalny. Nastawiony już tylko na to, żeby zabić Klaudiusza. On się bardzo z tym męczy, bo szuka tego właściwego momentu. Z drugiej jednak strony, nie chce stać się mordercą, też z tym walczy. Wiemy, że morduje, ale nie w ramach rewanżu za swego ojca, ale w ramach tego, co na jego oczach się zadziało z Gertrudą. Widzi to morderstwo naocznie - i jak pisze o tym Stanisław Wyspiański w Studium o Hamlecie - można karać tylko za to, co ciebie bezpośrednio dotyczy. Zawarta jest tam historia o tym międzypokoleniowym przekładaniu winy. Bo co to jest za duch, który mówi „pomścij mnie, bo jak nie to jesteś niemęski, nie jesteś moim synem”. Możemy się domyślać, jaką osobą był Hamlet docelowy, jaki był ojciec Hamleta i, że ta relacja między nimi nie była idealna. To kolejny aspekt ojca i syna, matki i syna. Bzdurą jest to, że niby tam jest kompleks Edypa. Jednak aktor musi podjąć ekonomiczny wybór, i decydować - moim zdaniem - jest to lepiej gdy jest ten kompleks Edypa, kiedy on jest zakochany w matce, w jakiś sposób i przekłada się to, że nie jest w stanie kochać - bo Hamlet nie jest w stanie kochać. Walczy z tym. Pojawia się Ofelia - ale ciągle ta mocna relacja z matką blokuje to uczucie. Mamy tyle wątków, że ciężko ująć wszystkie i z tego też względu trzeba się na coś zdecydować. Wiem, że są już kolejne adaptacje „Hamleta” w przygotowaniach innych teatrów. I bardzo dobrze.
Tworzycie spektakl w nowym tłumaczeniu...
Tak, jest to tłumaczenie Piotra Kamińskiego, z którym już pracowałem w „Miarce za miarkę” i w „Kupcu Weneckim”, więc znamy się z Piotrkiem dobrze. Bardzo się ucieszyłem, że będziemy razem pracowali. Walorem jest to, że jest to debiut jego tłumaczenia „Hamleta”. Musieliśmy zrobić pewne skróty, bo inaczej przedstawienie by trwało ok. 4 godzin, a nasza wersja trwa 3:15. Dla dobra spektaklu musieliśmy pewne rzeczy usunąć.
„Hamlet”, to zawsze wielkie wydarzenie kulturalne.
Tak, to zawsze kilo mniej pod koniec. Nie mówiąc o kosztach psychicznych, psychologicznych. Jest to pewna podróż, którą się odbywa. Bezkarnie i bez kosztów, człowiek nie jest w stanie jej przebyć. Ale wiem, że warto, bardzo warto…
Jaki jest Twój stosunek do Szekspira?
Ja bardzo lubię Szekspira. Pokazuje takie różne elementy, jak choćby to, że niekonsekwencja postaci jest również jej konsekwencją. Miesza konwencje, np. bardzo dramatyczne wydarzenia z niezwykle zabawnymi. Na początku końcowej szermierki nikt się nie spodziewa, jak się to wszystko potoczy. Jest to rodzaj turnieju. Mamy uśpioną czujność widza, więc on idealnie stopniuje napięcie - niczym wczesny Hitchcock - jego charaktery są bardzo złożone, nie tylko w tym, co napisał, ale także w tym, czego możemy się również domyślić czy wyobrazić sobie, co tam jest pomiędzy, dlatego on jest taki pojemny.
Zagrałeś Hamleta. Co to dla Ciebie znaczy? Czy to było Twoim marzeniem, spełnieniem, czy po prostu wykonaniem powierzonej pracy, kolejnym etapem na aktorskiej drodze?
Oczywiście, jest to wielki zaszczyt zagrać Hamleta, ale po uświadomieniu sobie tego, trzeba się wziąć za robotę. Dla aktora jest to ogromna satysfakcja. To jest tak, że ta rola się nie kończy na jednym, na dwóch spektaklach. Ona będzie różna za każdym razem. Już nawet na etapie prób, pewnych rzeczy nie da się ustawić jakoś idealnie sytuacyjnie - i lepiej tego nie robić - bo rodzaj szaleństwa jest niekontrolowany momentami. Zdecydowanie, jest to ogromna nobilitacja dla aktora. Zdaję sobie też sprawę z tego, że w odpowiednim wieku przystąpiłem do zagrania tej postaci, która jest mniej więcej w takim właśnie wieku jak ja. Nie jest to osoba w pełni dorosła, dojrzała, miota się ze swoimi hormonami, nastrojami, dlatego ten moment jest według mnie doskonały.
Miałeś trochę swobody, czy reżyser narzucał, jak grać?
Miałem dużo swobody. Są rzeczy, których nie da się narzucić odgórnie, musi to być spontaniczne. Monologi powinny być bardzo spontaniczne. Dlatego nie da się tego wyliczyć jak w matematyce, jeden do jednego ustawić. Są momenty, w których ta swoboda jest większa, w innych mniejsza, ale podczas pracy jak najbardziej miałem dużo wolności. A jak to wyszło…zapraszam do Teatru Dramatycznego, aby się przekonać.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Dramatyczny w Warszawie, „Hamlet”, reżyseria Tadeusz Bradecki
Krzysztof Szczepaniak, foto Katarzyna Chmura
Spektakl widziała Małgosia 17 stycznia
Najbliższe przedstawienia – 19 lutego, 14, 15 i 16 marca
wtorek, 5 lutego 2019
Finałowy sezon "House of Cards"
(uwaga: recenzja zawiera spojlery)
Od listopada ubiegłego roku możemy oglądać na kanale Netflix finałowy, szósty sezon niezwykle lubianego i popularnego serialu "House of Cards". Po skandalach seksualnych Kevina Spaceya producenci nie mieli dużo czasu na stworzenie całkiem nowej fabuły, już bez głównego bohatera - Franka Underwooda - za to z jego żoną Claire na piedestale.
Po zakończeniu piątego sezonu zapowiadano, że szósty będzie ostatnim i losy bohaterów Białego Domu zakończą długą przygodę z serialem. Jednak nikt nie przypuszczał, że zakończenie będzie przebiegało w tak dramatyczny sposób. Długo czekałam na finałowy sezon, jednak nie mogę powiedzieć, że spełnił on moje oczekiwania.
Niestety cała otoczka związana z aferą Spaceya odbiła się na jakości ostatniego sezonu. Pomysł z tajemniczą śmiercią "we śnie" Franka Underwooda był nieco na siłę, a pomysłodawcy mogli się bardziej postarać, jeśli idzie o ciekawy scenariusz. Bardzo dobra w poprzednich sezonach Robin Wright niestety nie podołała głównej roli, a jej postaci zabrakło charakteru i mocy przyciągania. Pomysł z ciążą był śmieszny i naciągany, już w pierwszym sezonie bohaterka zmagała się z trudami menopauzy. Bodajże w drugim lekarka dawała mało czasu na decyzję, czy państwo Underwood chcą mieć potomka czy nie. Ok, czepiam się, żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku, zdarzają się nawet rodzące dzieci siedemdziesięciolatki, więc nie zabieram pani prezydentowej radości z późnego macierzyństwa, ale nie jest to dla mnie przekonujące rozwiązanie fabularne.
W szóstym sezonie dołączyli do serialu Diane Lane i jako jej serialowy brat - Greg Kinnear. Postaci mało pozytywne, ale też na przestrzeni lat tych pozytywnych postaci można było ze świecą szukać. Nowi bohaterowie mieli za zadanie ubarwić serię. Czy im się to udało… widzowie sami ocenią.
Doug Stamper do końca był sobą: wkurzający, jedyny wierny Frankowi giermek. Chyba najlepiej stworzona i odegrana rola. Przeczuwałam jego marny koniec. Oglądając szóstą serię, domyślałam się, że na końcu zginie albo Doug albo pani prezydent Hale (Claire wróciła bowiem do panieńskiego nazwiska i wyparła się całkowicie męża). Jak ktoś oglądał, to wie, kto przetrwał. Ostatnia niemal szekspirowska scena mordu kończy ten ciekawy serial. Szkoda, że jego losy musiały się tak potoczyć. I mimo, że nie pochwalam czynów Kevina Spaceya, muszę przyznać, że serial bił rekordy popularności właśnie dzięki niemu. Swoją znakomitą grą, świetnie skonstruowanym złym charakterem i cynizmem przyciągał przed telewizory miliony widzów - miłośników tego serialu. Żałuję, że tak wielki aktor zmarnował swoje i przy okazji innych życie.
Katarzyna Gotowiec
Od listopada ubiegłego roku możemy oglądać na kanale Netflix finałowy, szósty sezon niezwykle lubianego i popularnego serialu "House of Cards". Po skandalach seksualnych Kevina Spaceya producenci nie mieli dużo czasu na stworzenie całkiem nowej fabuły, już bez głównego bohatera - Franka Underwooda - za to z jego żoną Claire na piedestale.
Po zakończeniu piątego sezonu zapowiadano, że szósty będzie ostatnim i losy bohaterów Białego Domu zakończą długą przygodę z serialem. Jednak nikt nie przypuszczał, że zakończenie będzie przebiegało w tak dramatyczny sposób. Długo czekałam na finałowy sezon, jednak nie mogę powiedzieć, że spełnił on moje oczekiwania.
Niestety cała otoczka związana z aferą Spaceya odbiła się na jakości ostatniego sezonu. Pomysł z tajemniczą śmiercią "we śnie" Franka Underwooda był nieco na siłę, a pomysłodawcy mogli się bardziej postarać, jeśli idzie o ciekawy scenariusz. Bardzo dobra w poprzednich sezonach Robin Wright niestety nie podołała głównej roli, a jej postaci zabrakło charakteru i mocy przyciągania. Pomysł z ciążą był śmieszny i naciągany, już w pierwszym sezonie bohaterka zmagała się z trudami menopauzy. Bodajże w drugim lekarka dawała mało czasu na decyzję, czy państwo Underwood chcą mieć potomka czy nie. Ok, czepiam się, żyjemy w dwudziestym pierwszym wieku, zdarzają się nawet rodzące dzieci siedemdziesięciolatki, więc nie zabieram pani prezydentowej radości z późnego macierzyństwa, ale nie jest to dla mnie przekonujące rozwiązanie fabularne.
W szóstym sezonie dołączyli do serialu Diane Lane i jako jej serialowy brat - Greg Kinnear. Postaci mało pozytywne, ale też na przestrzeni lat tych pozytywnych postaci można było ze świecą szukać. Nowi bohaterowie mieli za zadanie ubarwić serię. Czy im się to udało… widzowie sami ocenią.
Doug Stamper do końca był sobą: wkurzający, jedyny wierny Frankowi giermek. Chyba najlepiej stworzona i odegrana rola. Przeczuwałam jego marny koniec. Oglądając szóstą serię, domyślałam się, że na końcu zginie albo Doug albo pani prezydent Hale (Claire wróciła bowiem do panieńskiego nazwiska i wyparła się całkowicie męża). Jak ktoś oglądał, to wie, kto przetrwał. Ostatnia niemal szekspirowska scena mordu kończy ten ciekawy serial. Szkoda, że jego losy musiały się tak potoczyć. I mimo, że nie pochwalam czynów Kevina Spaceya, muszę przyznać, że serial bił rekordy popularności właśnie dzięki niemu. Swoją znakomitą grą, świetnie skonstruowanym złym charakterem i cynizmem przyciągał przed telewizory miliony widzów - miłośników tego serialu. Żałuję, że tak wielki aktor zmarnował swoje i przy okazji innych życie.
Katarzyna Gotowiec
piątek, 1 lutego 2019
Anna Grycewicz o „Zemście nietoperza” w Teatrze Narodowym
Ekskluzywne imprezy, przebieranki, salonowe intrygi – wykroczenia, występki, małżeńskie zdrady. Służące aspirują do gwiazdorskiej kariery, a ekscentryczni milionerzy idą do więzienia jak na bal. Tak się bawi, tak się bawi Warszawa!
"Zemsta nietoperza" Johanna Straussa syna, to porywająca operetka wszech czasów. Jej premiera miała miejsce 5 kwietnia 1874 roku w Wiedniu. Reżyser Michał Zadara wystawia ją w Warszawie na dużej scenie Teatru Narodowego.
- "Zemsta nietoperza", jest wielkim wydarzeniem. My, granicząc z Teatrem Wielkim, porywamy się na operetkowe przedsięwzięcie i tworzymy spektakl typowo śpiewany i próbujemy sił jako śpiewacy. Ale mamy taką przewagę, że też gramy tę operetkę. Potraktowaliśmy ją bardzo poważnie aktorsko, a nie brakuje nam wokalnie bardzo uzdolnionych aktorów, którzy świetnie sobie radzą z takimi wyzwaniami – mówi w rozmowie z nami aktorka Sceny Narodowej Anna Grycewicz, wcielająca się w postać Minni.
Pracowaliście na oryginalnej partyturze, zatem dokładnie takiej, jaką napisał Johann Strauss.
Tak, wszystko jak w oryginale, a dodatkowo śpiewamy takie nutki, które zazwyczaj w przedstawieniach tej operetki są pomijane. Jak "Marianka", która u nas zabrzmi ze sceny.
Kto wpadł na taki pomysł wystawienia "Zemsty nietoperza"?
Sam reżyser Michał Zadara. Mamy nowe tłumaczenie i nowe libretto. Nowe tłumaczenie, bo chcieliśmy być jak najbliżej oryginału niemieckiego. A jak wyszło, każdy musi sam przyjść i ocenić.
Akcja przedstawienia jest przeniesiona z Wiednia do Warszawy..?
Dokładnie tak. Bawimy się tutaj, i wszystko się dzieje w naszych polskich realiach.
Kto was wokalnie przygotowywał?
Justyna Skoczek. Gra na fortepianie, dyryguje nami i orkiestrą. Zebrała specjalny zespół muzyków, którzy nam akompaniują. Jest wspaniałą osobą. Z Justyną same partie śpiewane ćwiczyliśmy od pół roku. Spotykaliśmy się co jakiś czas. Każdy był "w innych próbach", w innym rytmie pracy. Natomiast wszystko składaliśmy i pracowaliśmy nad resztą od dwóch miesięcy.
Operetka to jest słowo i śpiew, i jak wspominałaś, macie aktorską przewagę nad profesjonalnymi śpiewakami. Jednak jak z poziomem samego śpiewu?
Zgadza się, jednak nie możemy udawać, że mamy wykształcone głosy. Wokalnie nie jesteśmy śpiewakami operowymi. Pamiętajmy też, że jest to jednak operetka, nie opera. W tym upatrujemy, że może się uda wokalnie - prawie dorównać.
Chyba nadeszła pora na zapotrzebowanie różnego rodzaju muzycznych występów, sztuk śpiewanych. Był moment, że nie było takich spektakli, a teraz jest ich całkiem sporo na wielu scenach teatralnych w Polsce.
Myślę, że po prostu po ciężkim repertuarze potrzebujemy czegoś innego, żeby przyjść i po ludzku się rozerwać i miło spędzić wieczór w teatrze, odpocząć i nie myśleć za dużo. My oczywiście próbujemy w treści przedstawić prawdziwe realia, tu też są ludzkie dramaty, o których próbujemy opowiedzieć. Sztuka jest o małżeństwie, w którym coś się wypaliło. Na szczęście okazuje się, że wcale się nie wypaliło tak do końca i potrzeba tylko odrobinę „tego pieprzu” w życiu, innego spojrzenia na siebie, żeby się sobą na nowo zauroczyć.
Bawiliście się dobrze, mimo ciężkiej pracy.
Tak, była to bardzo ciężka praca fizyczna, bo mamy też sporo układów tanecznych - poza śpiewem. Jestem jednak pewna, że będziemy to z wielką przyjemnością grać. I bardzo byśmy chcieli dać radość widzom. Serdecznie zapraszamy na naszą operetkę w gościnne progi Teatru Narodowego.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Narodowy w Warszawie, "Zemsta nietoperza" Johanna Straussa syna,
Reżyseria Michał Zadara.
Anna Grycewicz, foto K. Bieliński.
Najbliższe spektakle – 5, 6 lutego, 12 i 13 marca.
"Zemsta nietoperza" Johanna Straussa syna, to porywająca operetka wszech czasów. Jej premiera miała miejsce 5 kwietnia 1874 roku w Wiedniu. Reżyser Michał Zadara wystawia ją w Warszawie na dużej scenie Teatru Narodowego.
- "Zemsta nietoperza", jest wielkim wydarzeniem. My, granicząc z Teatrem Wielkim, porywamy się na operetkowe przedsięwzięcie i tworzymy spektakl typowo śpiewany i próbujemy sił jako śpiewacy. Ale mamy taką przewagę, że też gramy tę operetkę. Potraktowaliśmy ją bardzo poważnie aktorsko, a nie brakuje nam wokalnie bardzo uzdolnionych aktorów, którzy świetnie sobie radzą z takimi wyzwaniami – mówi w rozmowie z nami aktorka Sceny Narodowej Anna Grycewicz, wcielająca się w postać Minni.
Pracowaliście na oryginalnej partyturze, zatem dokładnie takiej, jaką napisał Johann Strauss.
Tak, wszystko jak w oryginale, a dodatkowo śpiewamy takie nutki, które zazwyczaj w przedstawieniach tej operetki są pomijane. Jak "Marianka", która u nas zabrzmi ze sceny.
Kto wpadł na taki pomysł wystawienia "Zemsty nietoperza"?
Sam reżyser Michał Zadara. Mamy nowe tłumaczenie i nowe libretto. Nowe tłumaczenie, bo chcieliśmy być jak najbliżej oryginału niemieckiego. A jak wyszło, każdy musi sam przyjść i ocenić.
Akcja przedstawienia jest przeniesiona z Wiednia do Warszawy..?
Dokładnie tak. Bawimy się tutaj, i wszystko się dzieje w naszych polskich realiach.
Kto was wokalnie przygotowywał?
Justyna Skoczek. Gra na fortepianie, dyryguje nami i orkiestrą. Zebrała specjalny zespół muzyków, którzy nam akompaniują. Jest wspaniałą osobą. Z Justyną same partie śpiewane ćwiczyliśmy od pół roku. Spotykaliśmy się co jakiś czas. Każdy był "w innych próbach", w innym rytmie pracy. Natomiast wszystko składaliśmy i pracowaliśmy nad resztą od dwóch miesięcy.
Operetka to jest słowo i śpiew, i jak wspominałaś, macie aktorską przewagę nad profesjonalnymi śpiewakami. Jednak jak z poziomem samego śpiewu?
Zgadza się, jednak nie możemy udawać, że mamy wykształcone głosy. Wokalnie nie jesteśmy śpiewakami operowymi. Pamiętajmy też, że jest to jednak operetka, nie opera. W tym upatrujemy, że może się uda wokalnie - prawie dorównać.
Chyba nadeszła pora na zapotrzebowanie różnego rodzaju muzycznych występów, sztuk śpiewanych. Był moment, że nie było takich spektakli, a teraz jest ich całkiem sporo na wielu scenach teatralnych w Polsce.
Myślę, że po prostu po ciężkim repertuarze potrzebujemy czegoś innego, żeby przyjść i po ludzku się rozerwać i miło spędzić wieczór w teatrze, odpocząć i nie myśleć za dużo. My oczywiście próbujemy w treści przedstawić prawdziwe realia, tu też są ludzkie dramaty, o których próbujemy opowiedzieć. Sztuka jest o małżeństwie, w którym coś się wypaliło. Na szczęście okazuje się, że wcale się nie wypaliło tak do końca i potrzeba tylko odrobinę „tego pieprzu” w życiu, innego spojrzenia na siebie, żeby się sobą na nowo zauroczyć.
Bawiliście się dobrze, mimo ciężkiej pracy.
Tak, była to bardzo ciężka praca fizyczna, bo mamy też sporo układów tanecznych - poza śpiewem. Jestem jednak pewna, że będziemy to z wielką przyjemnością grać. I bardzo byśmy chcieli dać radość widzom. Serdecznie zapraszamy na naszą operetkę w gościnne progi Teatru Narodowego.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Narodowy w Warszawie, "Zemsta nietoperza" Johanna Straussa syna,
Reżyseria Michał Zadara.
Anna Grycewicz, foto K. Bieliński.
Najbliższe spektakle – 5, 6 lutego, 12 i 13 marca.
czwartek, 13 grudnia 2018
Anna Grycewicz o sztuce „Kilka dziewczyn” w Teatrze Narodowym
Najnowsza premiera Teatru Narodowego w Warszawie jest o miłości, manipulacjach i zawiedzionych nadziejach. „Kilka dziewczyn” pióra Neila LaBute’a w tłumaczeniu Jacka Kaduczaka reżyseruje Bożena Suchocka.
Cztery kobiety, z którymi kiedyś związał się bohater. Erotyczny bilans? Szukanie ideału? Próby odwetu? Zmyślne intrygi czy prawdziwe wyznania? O spektaklu rozmawiamy z aktorką Sceny Narodowej Anną Grycewicz, która wciela się w jedną z tytułowych kobiet imieniem Sam.
Wszystko brzmi niezwykle intrygująco i ciekawie. Opowieść o czterech kobietach, które łączyło coś z jednym mężczyzną...
Mężczyzna zaprasza je nagle po latach, na spotkanie w pokoju hotelowym. Każda z nich decyduje się jednak na nie przyjść. Pewnie każda z innych względów, zapewne dlatego, że ów mężczyzna był dla nich ważny na pewnym etapie życia. To jest punkt wyjściowy tej sztuki.
Czy rozmowy w takiej sytuacji między tymi kobietami mogą być szczere?
Kobiety spotykają się po latach, przywołują różne wspomnienia z tamtych lat, z tego okresu. Ludzie w takich chwilach chcą dla siebie przede wszystkim być takimi jak kiedyś. Już na wstępie coś przed sobą udają, chcą lepiej się zaprezentować przed drugą osobą. Szczególnie kobiety zdają sobie sprawę z upływu lat, że się starzeją, że wyglądają mniej atrakcyjnie. Nagle przed sobą mają kogoś, kto osiągnął pewien sukces - został pisarzem. Bohaterkę, którą gram - postać Sam - została w małym miasteczku, nie udało jej się zrealizować wielkich celów. Nie osiągnęła sukcesu. Ona już na wstępie czuje się kimś gorszym. Rzecz jasna, nie chce tego pokazać, przyznać się do porażki. Jest to bardzo ciekawy punkt wyjścia do jej historii.
Miejsce spotkania, pokój hotelowy, wymyśla mężczyzna?
Tak, on rozsyła wiadomości do tych kobiet, a one tak na prawdę nie wiedzą, dlaczego chce się z nimi spotkać. Mają nadzieję pewnie, że zechce je przeprosić, być może za to, co się kiedyś stało. W niektórych przypadkach, mają nadzieję na to, że może zechce do nich wrócić? Może coś jeszcze się tli w jego sercu.
Czy te kobiety się znają?
Słyszały o sobie, z różnych etapów życia mężczyzny. Jednak nigdy się nie spotkały, nie widziały się. Czy będą ze sobą rozmawiać?, jak to spotkanie się potoczy? - tego nie będę zdradzać. Zapraszamy na spektakl. Sztuka bardzo współczesna, oparta na codziennych, życiowych relacjach. Dlatego cieszę się, że jest to na małej scenie, bardziej odda nastrój. Jesteśmy tu blisko z widzem, i te niuanse, myślę, że na tej scenie będą widoczne.
Jak długo się przygotowywaliście do premiery?
Próby trwały dwa miesiące. Dobrze nam się pracowało. Panią reżyser poznałam już na studiach. Jak Pani Zofia Kucówna przestała być opiekunem naszego roku, wtedy właśnie reżyser Bożena Suchocka objęła nasz rok. I od tamtej pory - a jestem już w teatrze 16 lat - nie miałyśmy okazji razem pracować. Jest to bardzo ciekawe spotkanie po latach. Cieszę się, że mnie wybrała do spektaklu. Nie oczekiwałam tego, nie liczyłam na to, a jest to bardzo miłe.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Narodowy w Warszawie, „Kilka dziewczyn”, reż. Bożena Suchocka
foto Tomasz Urbanek
Najbliższe spektakle – 11, 12 i 13 stycznia
Cztery kobiety, z którymi kiedyś związał się bohater. Erotyczny bilans? Szukanie ideału? Próby odwetu? Zmyślne intrygi czy prawdziwe wyznania? O spektaklu rozmawiamy z aktorką Sceny Narodowej Anną Grycewicz, która wciela się w jedną z tytułowych kobiet imieniem Sam.
Wszystko brzmi niezwykle intrygująco i ciekawie. Opowieść o czterech kobietach, które łączyło coś z jednym mężczyzną...
Mężczyzna zaprasza je nagle po latach, na spotkanie w pokoju hotelowym. Każda z nich decyduje się jednak na nie przyjść. Pewnie każda z innych względów, zapewne dlatego, że ów mężczyzna był dla nich ważny na pewnym etapie życia. To jest punkt wyjściowy tej sztuki.
Czy rozmowy w takiej sytuacji między tymi kobietami mogą być szczere?
Kobiety spotykają się po latach, przywołują różne wspomnienia z tamtych lat, z tego okresu. Ludzie w takich chwilach chcą dla siebie przede wszystkim być takimi jak kiedyś. Już na wstępie coś przed sobą udają, chcą lepiej się zaprezentować przed drugą osobą. Szczególnie kobiety zdają sobie sprawę z upływu lat, że się starzeją, że wyglądają mniej atrakcyjnie. Nagle przed sobą mają kogoś, kto osiągnął pewien sukces - został pisarzem. Bohaterkę, którą gram - postać Sam - została w małym miasteczku, nie udało jej się zrealizować wielkich celów. Nie osiągnęła sukcesu. Ona już na wstępie czuje się kimś gorszym. Rzecz jasna, nie chce tego pokazać, przyznać się do porażki. Jest to bardzo ciekawy punkt wyjścia do jej historii.
Miejsce spotkania, pokój hotelowy, wymyśla mężczyzna?
Tak, on rozsyła wiadomości do tych kobiet, a one tak na prawdę nie wiedzą, dlaczego chce się z nimi spotkać. Mają nadzieję pewnie, że zechce je przeprosić, być może za to, co się kiedyś stało. W niektórych przypadkach, mają nadzieję na to, że może zechce do nich wrócić? Może coś jeszcze się tli w jego sercu.
Czy te kobiety się znają?
Słyszały o sobie, z różnych etapów życia mężczyzny. Jednak nigdy się nie spotkały, nie widziały się. Czy będą ze sobą rozmawiać?, jak to spotkanie się potoczy? - tego nie będę zdradzać. Zapraszamy na spektakl. Sztuka bardzo współczesna, oparta na codziennych, życiowych relacjach. Dlatego cieszę się, że jest to na małej scenie, bardziej odda nastrój. Jesteśmy tu blisko z widzem, i te niuanse, myślę, że na tej scenie będą widoczne.
Jak długo się przygotowywaliście do premiery?
Próby trwały dwa miesiące. Dobrze nam się pracowało. Panią reżyser poznałam już na studiach. Jak Pani Zofia Kucówna przestała być opiekunem naszego roku, wtedy właśnie reżyser Bożena Suchocka objęła nasz rok. I od tamtej pory - a jestem już w teatrze 16 lat - nie miałyśmy okazji razem pracować. Jest to bardzo ciekawe spotkanie po latach. Cieszę się, że mnie wybrała do spektaklu. Nie oczekiwałam tego, nie liczyłam na to, a jest to bardzo miłe.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Narodowy w Warszawie, „Kilka dziewczyn”, reż. Bożena Suchocka
foto Tomasz Urbanek
Najbliższe spektakle – 11, 12 i 13 stycznia
Subskrybuj:
Posty (Atom)










