22 kwietnia miała miejsce kolejna premiera w Teatrze Ateneum w Warszawie. "Zesłanie, czyli anty-tragedia syberyjska" – to adaptacja XIX-wiecznych wspomnień z syberyjskiego zesłania pewnego polskiego szlachcica, Konstantego Wolickiego. Wolicki, trzy lata po stłumieniu Powstania Listopadowego, w konsekwencji kolejnego nieudanego zrywu niepodległościowego został przypadkowo wplątany w polityczne tryby carskiej Rosji. Na Syberii spędził 7 lat, co obrazowo i z polotem opisał we "Wspomnieniach" wydanych w 1876 roku.
Autorem adaptacji i reżyserem najnowszej sztuki Ateneum jest Mikołaj Grabowski, twórca osobnego, własnego stylu teatralnego. O nowej sztuce rozmawiamy z młodą aktorką teatru z Powiśla, ale już mającą spory bagaż teatralnego doświadczenia Katarzyną Ucherską.
Czym dla Ciebie jest teatr? Jesteś z młodego pokolenia, dla którego - jak obserwuję - teatr jest czymś najważniejszym.
Teatr jest moim drugim domem. Jak wchodzę do teatru Ateneum, to mam ochotę krzyknąć "kochani, wróciłam". Przypomniała mi się moja pani profesor z czasów podstawówki, która zaszczepiła we mnie miłość do teatru, do aktorstwa. Przypomniała mi, że ja kiedyś podobno, jako dziecko powiedziałam, że mogę robić cokolwiek - stać nieruchomo na scenie, mogę być drzewem, piętnastym planem, byle na tej scenie stać. To mi zostało, z tą różnicą, że samo stanie nie wystarcza, chcę czegoś więcej... grać jak najbliżej widza. Jest to niewątpliwie szczególne miejsce spotkań z widownią, wymiany energii, wymiany emocji. Teatr jest emocją, jeśli nie ma przepływu emocji, nie ma sensu wychodzić na scenę, nie ma sensu się spotykać, a spotykamy się po to, aby te emocje wymieniać – mówi nam Kasia Ucherska.
Jesteś bardzo emocjonalna, nie ma dla Ciebie problemu, żeby zapłakać, żeby się zaśmiać...
To jest i dar i przekleństwo. Mam te emocje tak wygimnastykowane przez wyobraźnię, że w pracy to bardzo pomaga, ale w życiu już nie zawsze. Muszę sobie wiele rzeczy sama tłumaczyć, żeby tak emocjonalnie do wielu spraw nie podchodzić. To bardzo trudne...
Grasz bardzo dużo, a wiadomo jak to jest ważne dla młodego aktora...
Mam wielkie szczęście. Zaczynałam, będąc na czwartym roku Akademii Teatralnej w Warszawie, w serialu "Dziewczyny ze Lwowa" główną rolą, potem teatr Ateneum, wymarzony start dla tak młodej aktorki. Mamy mały zespół, ale bardzo mocny. Mam się od kogo uczyć, i dzięki tym mistrzom dawać z siebie wszystko, żeby im dorównywać, krok po kroku dochodzić do ich poziomu. Gram u pana Mikołaja Grabowskiego drugi raz – jakiś czas temu ten pierwszy to był "Don Juan". W bieżącym sezonie to moja druga premiera, więc sporo się dzieje. Dlatego właściwie bez przerwy jestem w teatrze, z czego bardzo się cieszę.
Powiedz coś o nowej sztuce...
Sztuka oparta jest na zapiskach, a zatem dokumentach historycznych. Jest w nich trochę opisu obyczajów, jakie panowały na Syberii w XIX wieku. Konstanty Wolicki, artysta, zostaje zesłany po upadku Powstania Listopadowego na Syberię. Cała nasza opowieść jest jego opowieścią o absurdach, jakie panowały, o przeróżnych charakterach ludzkich, z jakimi miał kontakt. Jak udało mu się przeżyć te siedem lat zsyłki. Przetrwać i przeżyć, nie zwariować i wrócić jako człowiek nieskażony. Uratowało go to, że był muzykiem, i zwolniło się miejsce w orkiestrze gdzie mógł pracować. Zyskał przez to posadę, która go chroniła. W naszej opowieści oprócz tego absurdalnie tragicznego losu zesłańca, jest dużo poezji, bo jednak był to artysta, który w piękny sposób opisał swoje wspomnienia. Nie da się również uciec od tego, że jednak opowiadamy o Rosji. Przytaczamy wiele faktów, że system w Rosji jest samowładny, składający się z jednego cara, któremu wszyscy są podporządkowani. Nie ma w Rosji nauki historii innych narodów, a historia powszechna jest manipulowana i przemielona przez władze.
Debiutujesz również w roli asystentki reżysera...czy ma to związek z dodatkową nauką?
Nie kończę żadnego dodatkowego kierunku. Lubimy się po prostu z reżyserem. Jest on osobą tak bardzo samodzielną, że czasami mi wstyd, że wykonuje wszystko sam, co mógłby zlecić mnie. Moim zasadniczym zadaniem było skompletowanie planu kalendarzowego i umawianie prób, zbieranie wiadomości o innych zajęciach od aktorów, czyli taka najczarniejsza robota. Niewiele więcej mogłam zrobić, bo też jestem w obsadzie i najważniejsze dla mnie jest aktorstwo i moje podstawowe aktorskie zadania. Jednak z pewnością to też pewne kolejne i inne doświadczenie. Serdecznie zapraszam na spektakl.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Ateneum w Warszawie
"Zesłanie, czyli anty-tragedia syberyjska" – premiera 22 kwietnia
"Wspomnienia" Konstantego Wolickiego
Reżyseria i adaptacja Mikołaj Grabowski
Katarzyna Ucherska
Foto Krzysztof Bieliński
Najbliższe spektakle 1 i 2 lipca
26 maja spektakl oglądała Małgosia
środa, 31 maja 2023
wtorek, 28 marca 2023
„Alicji Kraina Czarów” z muzyką Jakuba Gawlika w Teatrze Narodowym
"Alicji Kraina Czarów" to najnowsza premiera Teatru Narodowego w Warszawie.
Muzyczne przedstawienie powstało na motywach słynnych powieści Lewisa Carrolla. Wraz z Synem Alicji wyruszamy w podróż po labiryncie pamięci.
Piosenki z tekstami Sławomira Narlocha do muzyki Jakuba Gawlika wykonuje na żywo Orkiestra Szalonych Kapeluszników. A my mamy tę radość, że możemy porozmawiać z twórcą muzyki do najnowszego spektaklu Sceny Narodowej.
Muzyka wpisana jest w Twoje życie od najmłodszych lat...
Zgadza się. Skończyłem Szkołę Muzyczną drugiego stopnia przy ulicy Bednarskiej w Warszawie w klasie akordeonu. Mam zatem zawodowe wykształcenie muzyczne – mówi w rozmowie z nami Jakub Gawlik. Po maturze dostałem się do Akademii Teatralnej na kierunek aktorstwo. Trzeba było podjąć decyzję... Postanowiłem, że nie będę kontynuował nauki w wyższej uczelni muzycznej, nie miałem na to czasu. Wybrałem aktorstwo; szkoły teatralnej nie da się z niczym połączyć. Przez trzy lata jesteśmy na uczelni od rana do wieczora, w tym okresie niektórzy znajomi zapomnieli nawet o moim istnieniu... tak to wygląda, choć bardzo ciepło wspominam studiowanie w murach przy ulicy Miodowej – dodaje młody aktor Sceny Narodowej.
Jak do tego doszło, że napisałeś muzykę do "Alicji Krainy Czarów"?
Zawsze zaczyna się od reżysera. Przyszedł do mnie Sławek Narloch, a nie jest to nasz pierwszy wspólny projekt, zatem znamy się dobrze. Tym razem powiedział, że w moim Teatrze będziemy wystawiać "Alicji Krainę Czarów", z muzyką na żywo. Udało nam się wynegocjować, że do tego przedsięwzięcia zostanie zatrudnionych aż pięciu dodatkowych muzyków. Oprócz tego jest piątka nas, aktorów, którzy również grają na instrumentach. W Orkiestrze Szalonych Kapeluszników występuje więc dziesięć osób. W spektaklu staramy się uwidocznić wiele rozmaitych talentów; moi koledzy mogą się więc sprawdzić także w innej roli – nie tylko aktorsko, ale także muzycznie.
Macie ogromne szczęście, że taki zdolny jest ten zespół Teatru Narodowego.
Tak, to prawda. Im dłużej tu jestem, tym bardziej to odkrywam. Współpraca z moimi kolegami jest fantastyczna. Nie mogłem sobie lepiej tego wymarzyć. Kiedy przynosiłem utwory, aktorzy od razu je śpiewali. A czasami były to naprawdę bardzo trudne rzeczy, jednak oni momentalnie byli w stanie podjąć wyzwanie, co więcej – świetnie im to wychodziło.
To wielka radość pracować z takim zespołem. A w dzisiejszym świecie jest duże zapotrzebowanie na tego typu sztukę, na muzykę.
Sławek stara się używać określenia teatr muzyczny, akcentując tym samym, że nie jest to musical, ale gatunek z pogranicza. Myślę, że to bardzo trafne sformułowanie. Spektakl jest wypełniony muzyką. Napisałem dziesięć piosenek do pięknych tekstów Sławka, który wywiódł je z powieści Carrolla "Alicja w Krainie Czarów" i "Alicja po drugiej stronie lustra". Ponadto skomponowałem muzykę instrumentalną, która nadaje koloryt poszczególnym scenom.
Czy autorem pomysłu na stworzenie spektaklu "Alicji Kraina Czarów" jest Sławomir Narloch?
Tak, to pomysł reżysera. Ja zostałem postawiony przed faktem: robimy "Alicję". Podczas realizacji nigdy do końca nie wiadomo, co z początkowego pomysłu wyniknie, takie przewidywania zazwyczaj są trudne, tutaj okazały się szczególnie skomplikowane, bowiem chodziło o wypełnione absurdem powieści Carrolla. Wyszliśmy z założenia, że nie chcemy koncentrować się jedynie na tym, co dziwaczne, ale przede wszystkim na tym, co ludzkie i nam najbliższe. Zazwyczaj kiedy współpracuję ze Sławkiem, staram się pisać dość różnorodną muzykę. W przypadku tego przedstawienia każda z piosenek ma trochę inny klimat. Każda odzwierciedla spotkanie Alicji z inną sceniczną postacią. Można powiedzieć, że swoje odrębne gatunki muzyczne mają Jelonek, Rycerz, Królowa Kier, Kapelusznik... Ponadto jest sporo muzyki chóralnej, rozpisanej na głosy i wykonywanej przez wszystkich aktorów, także tych, którzy w spektaklu występują gościnnie. Każdy wykonuje tu na żywo wspaniałą pracę! A niektóre partie są naprawdę bardzo trudne, jednak ten zespół aktorów dramatycznych doskonale potrafi im sprostać.
Dla kogo jest ten spektakl? Do jakiej widowni chcecie trafić?
Mówimy, że przygotowujemy spektakl dla wszystkich. Scenografia jest bardzo bogata, kolorowa, na scenie bardzo dużo się dzieje – wykorzystujemy praktycznie wszystkie możliwości sceny Teatru Narodowego. Mam nadzieję, że dzieci będą zachwycone, nie tylko stroną wizualną, ale także właśnie muzyką. Zresztą jesteśmy bardzo ciekawi reakcji młodej widowni. Sceny, które dla dorosłych są na przykład wzruszające, dla dzieci mogą okazać się śmieszne – i na odwrót. Zależy nam na tym, żeby to był spektakl familijny w dobrym tego słowa znaczeniu, dla dzieci – mniejszych, większych i tych... dorosłych. Zapraszamy serdecznie do Teatru.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Narodowy w Warszawie, Scena Bogusławskiego - "Alicji Kraina Czarów"
adaptacja, teksty piosenek, reżyseria: Sławomir Narloch
scenografia, kostiumy: Martyna Kander
muzyka: Jakub Gawlik
choreografia: Anna Hop
przygotowanie wokalne: Magdalena Czuba
reżyseria światła: Karolina Gębska
foto Marta Ankiersztejn/Archiwum Artystyczne Teatru Narodowego
Najbliższe spektakle 13, 14, 15 i 16 kwietnia
Muzyka wpisana jest w Twoje życie od najmłodszych lat...
Zgadza się. Skończyłem Szkołę Muzyczną drugiego stopnia przy ulicy Bednarskiej w Warszawie w klasie akordeonu. Mam zatem zawodowe wykształcenie muzyczne – mówi w rozmowie z nami Jakub Gawlik. Po maturze dostałem się do Akademii Teatralnej na kierunek aktorstwo. Trzeba było podjąć decyzję... Postanowiłem, że nie będę kontynuował nauki w wyższej uczelni muzycznej, nie miałem na to czasu. Wybrałem aktorstwo; szkoły teatralnej nie da się z niczym połączyć. Przez trzy lata jesteśmy na uczelni od rana do wieczora, w tym okresie niektórzy znajomi zapomnieli nawet o moim istnieniu... tak to wygląda, choć bardzo ciepło wspominam studiowanie w murach przy ulicy Miodowej – dodaje młody aktor Sceny Narodowej.
Jak do tego doszło, że napisałeś muzykę do "Alicji Krainy Czarów"?
Zawsze zaczyna się od reżysera. Przyszedł do mnie Sławek Narloch, a nie jest to nasz pierwszy wspólny projekt, zatem znamy się dobrze. Tym razem powiedział, że w moim Teatrze będziemy wystawiać "Alicji Krainę Czarów", z muzyką na żywo. Udało nam się wynegocjować, że do tego przedsięwzięcia zostanie zatrudnionych aż pięciu dodatkowych muzyków. Oprócz tego jest piątka nas, aktorów, którzy również grają na instrumentach. W Orkiestrze Szalonych Kapeluszników występuje więc dziesięć osób. W spektaklu staramy się uwidocznić wiele rozmaitych talentów; moi koledzy mogą się więc sprawdzić także w innej roli – nie tylko aktorsko, ale także muzycznie.
Macie ogromne szczęście, że taki zdolny jest ten zespół Teatru Narodowego.
Tak, to prawda. Im dłużej tu jestem, tym bardziej to odkrywam. Współpraca z moimi kolegami jest fantastyczna. Nie mogłem sobie lepiej tego wymarzyć. Kiedy przynosiłem utwory, aktorzy od razu je śpiewali. A czasami były to naprawdę bardzo trudne rzeczy, jednak oni momentalnie byli w stanie podjąć wyzwanie, co więcej – świetnie im to wychodziło.
To wielka radość pracować z takim zespołem. A w dzisiejszym świecie jest duże zapotrzebowanie na tego typu sztukę, na muzykę.
Sławek stara się używać określenia teatr muzyczny, akcentując tym samym, że nie jest to musical, ale gatunek z pogranicza. Myślę, że to bardzo trafne sformułowanie. Spektakl jest wypełniony muzyką. Napisałem dziesięć piosenek do pięknych tekstów Sławka, który wywiódł je z powieści Carrolla "Alicja w Krainie Czarów" i "Alicja po drugiej stronie lustra". Ponadto skomponowałem muzykę instrumentalną, która nadaje koloryt poszczególnym scenom.
Czy autorem pomysłu na stworzenie spektaklu "Alicji Kraina Czarów" jest Sławomir Narloch?
Tak, to pomysł reżysera. Ja zostałem postawiony przed faktem: robimy "Alicję". Podczas realizacji nigdy do końca nie wiadomo, co z początkowego pomysłu wyniknie, takie przewidywania zazwyczaj są trudne, tutaj okazały się szczególnie skomplikowane, bowiem chodziło o wypełnione absurdem powieści Carrolla. Wyszliśmy z założenia, że nie chcemy koncentrować się jedynie na tym, co dziwaczne, ale przede wszystkim na tym, co ludzkie i nam najbliższe. Zazwyczaj kiedy współpracuję ze Sławkiem, staram się pisać dość różnorodną muzykę. W przypadku tego przedstawienia każda z piosenek ma trochę inny klimat. Każda odzwierciedla spotkanie Alicji z inną sceniczną postacią. Można powiedzieć, że swoje odrębne gatunki muzyczne mają Jelonek, Rycerz, Królowa Kier, Kapelusznik... Ponadto jest sporo muzyki chóralnej, rozpisanej na głosy i wykonywanej przez wszystkich aktorów, także tych, którzy w spektaklu występują gościnnie. Każdy wykonuje tu na żywo wspaniałą pracę! A niektóre partie są naprawdę bardzo trudne, jednak ten zespół aktorów dramatycznych doskonale potrafi im sprostać.
Dla kogo jest ten spektakl? Do jakiej widowni chcecie trafić?
Mówimy, że przygotowujemy spektakl dla wszystkich. Scenografia jest bardzo bogata, kolorowa, na scenie bardzo dużo się dzieje – wykorzystujemy praktycznie wszystkie możliwości sceny Teatru Narodowego. Mam nadzieję, że dzieci będą zachwycone, nie tylko stroną wizualną, ale także właśnie muzyką. Zresztą jesteśmy bardzo ciekawi reakcji młodej widowni. Sceny, które dla dorosłych są na przykład wzruszające, dla dzieci mogą okazać się śmieszne – i na odwrót. Zależy nam na tym, żeby to był spektakl familijny w dobrym tego słowa znaczeniu, dla dzieci – mniejszych, większych i tych... dorosłych. Zapraszamy serdecznie do Teatru.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Narodowy w Warszawie, Scena Bogusławskiego - "Alicji Kraina Czarów"
adaptacja, teksty piosenek, reżyseria: Sławomir Narloch
scenografia, kostiumy: Martyna Kander
muzyka: Jakub Gawlik
choreografia: Anna Hop
przygotowanie wokalne: Magdalena Czuba
reżyseria światła: Karolina Gębska
foto Marta Ankiersztejn/Archiwum Artystyczne Teatru Narodowego
Najbliższe spektakle 13, 14, 15 i 16 kwietnia
środa, 22 marca 2023
Hanna Skarga o premierze „Przygody Koziołka Matołka” w Teatrze Polskim
"Przygody Koziołka Matołka"... Czy jest ktoś, kto nie zna przygód polskiego koziołka opisanych piórem niezapomnianego Kornela Makuszyńskiego? Jeśli ktoś taki jest, niech się do tego nie przyznaje, tylko sięgnie po tę książkę. To czasy dzieciństwa: piękne czasy, które zostają z nami do końca życia, dlatego najnowszy spektakl w Teatrze Polskim jest dla każdego – dla młodego i starszego, po prostu dla całej rodziny.
Niestrudzony, nieustępliwy, uparty, ale i naiwny, taki jest Koziołek Matołek. Zapraszamy na pełną niezwykłych perypetii, niebezpieczeństw oraz nieoczekiwanych zwrotów akcji historię dzielnego podróżnika, który gotów jest przemierzyć morza i oceany, gorące piaski afrykańskiej pustyni, zakamarki azjatyckich miast i amerykańskie bezdroża, by dotrzeć do mitycznego Pacanowa.
O najnowszej premierze rozmawiamy z odtwórczynią jednej z ról, aktorką Teatru Polskiego w Warszawie Hanną Skargą.
Bardzo przyjemna praca, ale i trudna, zagrać dla dzieci...
Dla dzieci zagrać jest najtrudniej, bo to najbardziej wymagający widz. Rozmawialiśmy o tym, że aby zrobić dobre przedstawienie dla dzieci, trzeba je zrobić mądrze. Tak jak dla dorosłych, tylko mądrzej. Z większą odpowiedzialnością, za to o czym mówimy, jak opowiadamy historię. Staramy się traktować naszych młodych widzów poważnie, jak partnerów, przede wszystkim pragniemy uciec od ich infantylizowania. Dodatkowo atmosfera, jaką udało nam się wytworzyć podczas prób, jest wspaniała i jesteśmy niezwykle szczęśliwi, że udało nam się wspólnymi siłami stworzyć to przedstawienie. To duża zbiorowa praca wielu osób, które działały w zgodzie, jak dobrze naoliwiona maszyna. Mamy nadzieję, że ta radość i energia, której doświadczyliśmy i którą wspólnie zbudowaliśmy, przeniesie się na wszystkich widzów, młodych i dorosłych.
Jakim tropem dzielnego Koziołka idziecie?
Opowiadamy dwie historie równolegle. W spektaklu jesteśmy grupą wędrownych kuglarzy maszerujących przez świat, którzy w swoim repertuarze mają historię przygód Koziołka Matołka. Opowiadamy zatem o dzielnym koźle, ale też o aktorskim losie, o ludziach którzy poświęcają życie by iść i nieść historię. Istotny jest tu motyw drogi. Zmierzamy ku celowi, ale to nie on jest najważniejszy, bo istotą wędrówki są doświadczenia, które zbieramy po drodze. To metafora życia, którą mamy nadzieję przekazać dzieciom, a dorosłym przypomnieć o tej prawdzie, by mogli w niej odnaleźć nadzieję także dla siebie.
Opowiedz o przygotowywaniu przedstawienia...
Maksymilian Rogacki, reżyser, który jest też jednym z aktorów w przedstawieniu, zrobił adaptację tekstu Kornela Makuszyńskiego i wybrał przygody Koziołka, które chciałby opowiedzieć w spektaklu. Chodziło o to, żebyśmy tkali tę historię jako tacy zakurzeni aktorzy, niemalże wyciągnięci z najdalszej półki magazynu kostiumów. Ogromną rolę w tej pracy od samego początku odgrywała grupa, to, że jesteśmy zespołem i to, że żywo dyskutowaliśmy o różnych rozwiązaniach jakie chcielibyśmy zastosować. Przed rozpoczęciem pracy wszyscy na nowo obejrzeliśmy "La stradę" Federico Felliniego, która ugruntowała w naszym podejściu do pracy motyw drogi, z którego czerpiemy. Ogromną rolę odegrała tu wyobraźnia Diany Marszałek, która jest scenografką i autorką kostiumów. Stworzyła niebywały świat, który w połączeniu z magicznymi światłami wyczarowanymi przez Pawła Śmiałka tworzy spójną i zachwycającą całość; który jest plastyczny i wzruszający, bo odwołuje się do przeróżnych cytatów kultury. Jestem pewna, że dorośli odnajdą tu znajome tropy, które przypomną im dzieciństwo. Zapraszamy wszystkich, żeby przyszli i zobaczyli to na własne oczy… ja sama za każdym razem kiedy staję na scenie, czuje tę niebywałą magię. To światy zamknięte w naszych małych walizkach i serca, które każdy z nas zostawia na scenie.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Polski w Warszawie, "Przygody Koziołka Matołka" w reżyserii i adaptacji Maksymiliana Rogackiego.
Hanna Skarga, foto Karolina Jóźwiak
Najbliższe spektakle 21-27 kwietnia
Bardzo przyjemna praca, ale i trudna, zagrać dla dzieci...
Dla dzieci zagrać jest najtrudniej, bo to najbardziej wymagający widz. Rozmawialiśmy o tym, że aby zrobić dobre przedstawienie dla dzieci, trzeba je zrobić mądrze. Tak jak dla dorosłych, tylko mądrzej. Z większą odpowiedzialnością, za to o czym mówimy, jak opowiadamy historię. Staramy się traktować naszych młodych widzów poważnie, jak partnerów, przede wszystkim pragniemy uciec od ich infantylizowania. Dodatkowo atmosfera, jaką udało nam się wytworzyć podczas prób, jest wspaniała i jesteśmy niezwykle szczęśliwi, że udało nam się wspólnymi siłami stworzyć to przedstawienie. To duża zbiorowa praca wielu osób, które działały w zgodzie, jak dobrze naoliwiona maszyna. Mamy nadzieję, że ta radość i energia, której doświadczyliśmy i którą wspólnie zbudowaliśmy, przeniesie się na wszystkich widzów, młodych i dorosłych.
Jakim tropem dzielnego Koziołka idziecie?
Opowiadamy dwie historie równolegle. W spektaklu jesteśmy grupą wędrownych kuglarzy maszerujących przez świat, którzy w swoim repertuarze mają historię przygód Koziołka Matołka. Opowiadamy zatem o dzielnym koźle, ale też o aktorskim losie, o ludziach którzy poświęcają życie by iść i nieść historię. Istotny jest tu motyw drogi. Zmierzamy ku celowi, ale to nie on jest najważniejszy, bo istotą wędrówki są doświadczenia, które zbieramy po drodze. To metafora życia, którą mamy nadzieję przekazać dzieciom, a dorosłym przypomnieć o tej prawdzie, by mogli w niej odnaleźć nadzieję także dla siebie.
Opowiedz o przygotowywaniu przedstawienia...
Maksymilian Rogacki, reżyser, który jest też jednym z aktorów w przedstawieniu, zrobił adaptację tekstu Kornela Makuszyńskiego i wybrał przygody Koziołka, które chciałby opowiedzieć w spektaklu. Chodziło o to, żebyśmy tkali tę historię jako tacy zakurzeni aktorzy, niemalże wyciągnięci z najdalszej półki magazynu kostiumów. Ogromną rolę w tej pracy od samego początku odgrywała grupa, to, że jesteśmy zespołem i to, że żywo dyskutowaliśmy o różnych rozwiązaniach jakie chcielibyśmy zastosować. Przed rozpoczęciem pracy wszyscy na nowo obejrzeliśmy "La stradę" Federico Felliniego, która ugruntowała w naszym podejściu do pracy motyw drogi, z którego czerpiemy. Ogromną rolę odegrała tu wyobraźnia Diany Marszałek, która jest scenografką i autorką kostiumów. Stworzyła niebywały świat, który w połączeniu z magicznymi światłami wyczarowanymi przez Pawła Śmiałka tworzy spójną i zachwycającą całość; który jest plastyczny i wzruszający, bo odwołuje się do przeróżnych cytatów kultury. Jestem pewna, że dorośli odnajdą tu znajome tropy, które przypomną im dzieciństwo. Zapraszamy wszystkich, żeby przyszli i zobaczyli to na własne oczy… ja sama za każdym razem kiedy staję na scenie, czuje tę niebywałą magię. To światy zamknięte w naszych małych walizkach i serca, które każdy z nas zostawia na scenie.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Polski w Warszawie, "Przygody Koziołka Matołka" w reżyserii i adaptacji Maksymiliana Rogackiego.
Hanna Skarga, foto Karolina Jóźwiak
Najbliższe spektakle 21-27 kwietnia
czwartek, 9 marca 2023
Paweł Gasztold-Wierzbicki o nowej sztuce w Teatrze Ateneum
Teatr Ateneum w Warszawie zaprasza na nowy spektakl - "Wzrusz moje serce" - izraelskiego dramatopisarza i reżysera teatralnego Hanocha Levina.
Sztukę wyreżyserował Artur Tyszkiewicz, znany w świecie teatralnym jako "specjalista od Levina", twórca kilku znakomitych spektakli opartych na jego sztukach (m.in. w Ateneum wyreżyserował w 2011 r. "Shitza"). W głównych rolach najnowszego spektaklu zobaczymy Łukasza Simlata, Julię Kijowską i Grzegorza Damięckiego, a partnerują im bardzo zdolni młodzi adepci Akademii Teatralnej, będący na progu teatralnej drogi – Paweł Gasztold-Wierzbicki, Jan Wieteska i Jakub Pruski.
"Wzrusz moje serce", to sztuka mało jeszcze znana w naszym kraju, ale jej autor, nieżyjący już dramatopisarz, od pewnego czasu jest coraz bardziej u nas popularny. Hanoch Levin był wspaniałym obserwatorem i znakomicie przelewał te swoje obserwacje i spostrzeżenia na papier.
Paweł Gasztold-Wierzbicki jest bohaterem naszego najnowszego materiału teatralnego, w którym rozmawiamy o najnowszej sztuce tak lubianego teatru ze stołecznego Powiśla.
Wyglądacie jak z broadwayowskiego musicalu - taki był zamysł?
Tak, chcieliśmy nadać spektaklowi nieco hollywoodzkiego blichtru, tak żeby nasza obecność - moja, Janka i Kuby – aby ona była całkowicie odrealniona od tego otaczającego nas scenicznego świata. Dlatego te kostiumy, które mamy na sobie, rzucają się w oczy, to ma zwrócić na nas uwagę. Nasze zadanie na scenie w tym spektaklu jest czysto choreograficzne, nie znaczy to, że jest pozbawione jakiegoś czaru i uroku, ale ta choreografia podbija ten efekt pełnego oderwania od rzeczywistości. Jesteśmy w całkowitej kontrze do głównych bohaterów – mówi w rozmowie z nami najmłodszy aktor Teatru Ateneum, Paweł Gasztold-Wierzbicki.
Powiedz coś więcej o Waszych bohaterach?
Postaci, które gramy ja, Kuba i Janek, są to postaci bardzo równorzędne, pełnimy tę samą funkcję. Bardzo często jesteśmy równocześnie na scenie, mamy jakieś wspólne zadanie, trudno tu powiedzieć o charakterze, o jakimś profilu psychologicznym tych postaci, dlatego, że tego nie ma. Zadanie naszej trójki było zupełnie inne na ten spektakl. Nie mieliśmy budować żadnych charakterów, ani charakterystyczności - nic z tych rzeczy. Ciężko nawet nazwać nasze postaci ludźmi, choć oczywiście funkcjonujemy w tym spektaklu i rzeczywiście jesteśmy kochankami bohaterki granej przez Julię Kijowską. Nasz dyrektor i reżyser Artur Tyszkiewicz podczas prób lubił nazywać nas fantomami. My w tej historii bardziej jesteśmy niż żyjemy. Natomiast charakter, jaki razem kreujemy, ma stwarzać coś na wzór tajemniczości, ma być bardziej enigmatyczny niż realny, nasza obecność ma być odrealniona. Dlatego, kiedy wychodzimy na scenę, jesteśmy w sztywnych ramach, mamy konkretne ruchy, precyzyjnie ustawione i wyreżyserowane przez reżysera i naszą choreografkę. To wszystko ma sprawić, że nikt nie będzie patrzył na nas jak na ludzi, ale bardziej jak na element dekoracji. Może to brzmi nieco wyszukanie, ale inaczej nie da się tego nazwać. Jakbym miał powiedzieć komuś, kto kompletnie nic nie wie o tym spektaklu, jaka jest moja rola, to najprościej - gramy kochanków - jednak tylko powiedzieć, że gramy kochanków, to jest za mało. Nasze zadanie jak już wspomniałem jest choreograficzne, z kolegami gramy ze wspólnym wyrazem twarzy, jesteśmy multiplikacją jednego człowieka.
To pewnie jest Twoje pierwsze spotkanie z twórczością Levina?
Jako grającego na scenie w spektaklu – tak. Natomiast jako autor nie jest mi tak obcy – zapoznawałem się z jego twórczością jako widz. Widziałem "Kruma", a teraz dotykam twórczości Levina osobiście, pracując, poznając – to jest dla mnie nowe doświadczenie, jak taki powiew świeżości.
Hanoch Levin był wspaniałym obserwatorem...
Bardzo dobry obserwator, dobry słuchacz, to jest bardzo cenne. Od pierwszego czytania tekstu, zobaczyłem, że jest w porządku, wiem o co mu chodziło. Dobry język, dobre tłumaczenie, spostrzeżenia człowieka. Wszystko to jest dla mnie jasne i przekonujące. Akademia Teatralna to czas na odkrywanie i poznawanie – po to też są te studia. Wtedy zacząłem go odkrywać. Teraz mam pierwszą styczność - może skromną - ale od czegoś trzeba zacząć.
Za Tobą i kolegami pierwsze miesiące pracy w teatrze, jak je opiszesz?
Zacznę od tego, że zostaliśmy wszyscy, cała nasza trójka bardzo ciepło przyjęci do teatru Ateneum, za co jestem niesamowicie wdzięczny. Od razu łatwiej się wchodzi, nabiera pewności siebie. A ta pewność siebie na scenie jest niesamowicie przydatna, a nawet konieczna. Jesteśmy też młodszymi członkami zespołu od całej reszty i nie stanowimy dla naszych kolegów, koleżanek jakiejś, nazwijmy to konkurencji. I dzięki temu wiemy, że zespół nie postrzega nas jako pewnego rodzaju zagrożenie. Pan Grzegorz Damięcki przez cały czas trwania prób odnosił się do nas ze szczególną sympatią, z czego bardzo się cieszymy. To jest niezwykle miłe, ale i na początku drogi teatralnej bardzo potrzebne, aby uwierzyć, że to co robię ma sens i jest zauważone….dobre. Reszta przyjdzie z czasem…
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Ateneum w Warszawie
"Wzrusz moje serce" Hanocha Levina w reżyserii Artura Tyszkiewicza
1. zdjęcie (na czerwonym tle): Pix and Me, 2. zdjęcie: Krzysztof Bieliński
Najbliższe spektakle – 22, 23, 24 marca
Sztukę wyreżyserował Artur Tyszkiewicz, znany w świecie teatralnym jako "specjalista od Levina", twórca kilku znakomitych spektakli opartych na jego sztukach (m.in. w Ateneum wyreżyserował w 2011 r. "Shitza"). W głównych rolach najnowszego spektaklu zobaczymy Łukasza Simlata, Julię Kijowską i Grzegorza Damięckiego, a partnerują im bardzo zdolni młodzi adepci Akademii Teatralnej, będący na progu teatralnej drogi – Paweł Gasztold-Wierzbicki, Jan Wieteska i Jakub Pruski.
"Wzrusz moje serce", to sztuka mało jeszcze znana w naszym kraju, ale jej autor, nieżyjący już dramatopisarz, od pewnego czasu jest coraz bardziej u nas popularny. Hanoch Levin był wspaniałym obserwatorem i znakomicie przelewał te swoje obserwacje i spostrzeżenia na papier.
Paweł Gasztold-Wierzbicki jest bohaterem naszego najnowszego materiału teatralnego, w którym rozmawiamy o najnowszej sztuce tak lubianego teatru ze stołecznego Powiśla.
Wyglądacie jak z broadwayowskiego musicalu - taki był zamysł?
Tak, chcieliśmy nadać spektaklowi nieco hollywoodzkiego blichtru, tak żeby nasza obecność - moja, Janka i Kuby – aby ona była całkowicie odrealniona od tego otaczającego nas scenicznego świata. Dlatego te kostiumy, które mamy na sobie, rzucają się w oczy, to ma zwrócić na nas uwagę. Nasze zadanie na scenie w tym spektaklu jest czysto choreograficzne, nie znaczy to, że jest pozbawione jakiegoś czaru i uroku, ale ta choreografia podbija ten efekt pełnego oderwania od rzeczywistości. Jesteśmy w całkowitej kontrze do głównych bohaterów – mówi w rozmowie z nami najmłodszy aktor Teatru Ateneum, Paweł Gasztold-Wierzbicki.
Powiedz coś więcej o Waszych bohaterach?
Postaci, które gramy ja, Kuba i Janek, są to postaci bardzo równorzędne, pełnimy tę samą funkcję. Bardzo często jesteśmy równocześnie na scenie, mamy jakieś wspólne zadanie, trudno tu powiedzieć o charakterze, o jakimś profilu psychologicznym tych postaci, dlatego, że tego nie ma. Zadanie naszej trójki było zupełnie inne na ten spektakl. Nie mieliśmy budować żadnych charakterów, ani charakterystyczności - nic z tych rzeczy. Ciężko nawet nazwać nasze postaci ludźmi, choć oczywiście funkcjonujemy w tym spektaklu i rzeczywiście jesteśmy kochankami bohaterki granej przez Julię Kijowską. Nasz dyrektor i reżyser Artur Tyszkiewicz podczas prób lubił nazywać nas fantomami. My w tej historii bardziej jesteśmy niż żyjemy. Natomiast charakter, jaki razem kreujemy, ma stwarzać coś na wzór tajemniczości, ma być bardziej enigmatyczny niż realny, nasza obecność ma być odrealniona. Dlatego, kiedy wychodzimy na scenę, jesteśmy w sztywnych ramach, mamy konkretne ruchy, precyzyjnie ustawione i wyreżyserowane przez reżysera i naszą choreografkę. To wszystko ma sprawić, że nikt nie będzie patrzył na nas jak na ludzi, ale bardziej jak na element dekoracji. Może to brzmi nieco wyszukanie, ale inaczej nie da się tego nazwać. Jakbym miał powiedzieć komuś, kto kompletnie nic nie wie o tym spektaklu, jaka jest moja rola, to najprościej - gramy kochanków - jednak tylko powiedzieć, że gramy kochanków, to jest za mało. Nasze zadanie jak już wspomniałem jest choreograficzne, z kolegami gramy ze wspólnym wyrazem twarzy, jesteśmy multiplikacją jednego człowieka.
To pewnie jest Twoje pierwsze spotkanie z twórczością Levina?
Jako grającego na scenie w spektaklu – tak. Natomiast jako autor nie jest mi tak obcy – zapoznawałem się z jego twórczością jako widz. Widziałem "Kruma", a teraz dotykam twórczości Levina osobiście, pracując, poznając – to jest dla mnie nowe doświadczenie, jak taki powiew świeżości.
Hanoch Levin był wspaniałym obserwatorem...
Bardzo dobry obserwator, dobry słuchacz, to jest bardzo cenne. Od pierwszego czytania tekstu, zobaczyłem, że jest w porządku, wiem o co mu chodziło. Dobry język, dobre tłumaczenie, spostrzeżenia człowieka. Wszystko to jest dla mnie jasne i przekonujące. Akademia Teatralna to czas na odkrywanie i poznawanie – po to też są te studia. Wtedy zacząłem go odkrywać. Teraz mam pierwszą styczność - może skromną - ale od czegoś trzeba zacząć.
Za Tobą i kolegami pierwsze miesiące pracy w teatrze, jak je opiszesz?
Zacznę od tego, że zostaliśmy wszyscy, cała nasza trójka bardzo ciepło przyjęci do teatru Ateneum, za co jestem niesamowicie wdzięczny. Od razu łatwiej się wchodzi, nabiera pewności siebie. A ta pewność siebie na scenie jest niesamowicie przydatna, a nawet konieczna. Jesteśmy też młodszymi członkami zespołu od całej reszty i nie stanowimy dla naszych kolegów, koleżanek jakiejś, nazwijmy to konkurencji. I dzięki temu wiemy, że zespół nie postrzega nas jako pewnego rodzaju zagrożenie. Pan Grzegorz Damięcki przez cały czas trwania prób odnosił się do nas ze szczególną sympatią, z czego bardzo się cieszymy. To jest niezwykle miłe, ale i na początku drogi teatralnej bardzo potrzebne, aby uwierzyć, że to co robię ma sens i jest zauważone….dobre. Reszta przyjdzie z czasem…
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Ateneum w Warszawie
"Wzrusz moje serce" Hanocha Levina w reżyserii Artura Tyszkiewicza
1. zdjęcie (na czerwonym tle): Pix and Me, 2. zdjęcie: Krzysztof Bieliński
Najbliższe spektakle – 22, 23, 24 marca
wtorek, 14 lutego 2023
Siła dramatu „Mizantrop” – rozmowa z Hubertem Paszkiewiczem
Premiera dramatu "Mizantrop" miała miejsce w 1666 roku. Sztuka była odbierana jako satyra na ówczesne paryskie salony, a zatem ich snobizm i zakłamanie. Jednak Molier zawarł w utworze uniwersalne pytanie o sens postawy tytułowego bohatera. Czym jest mizantropia głównego bohatera Alcesta – czy jest bezkompromisowym przywiązaniem do prawdy, czy też skazanym na porażkę buntem przeciwko społecznym konwencjom? I odwieczne pytanie - czy miłość może mizantropię uleczyć?
Premiera "Mizantropa" w Teatrze Narodowym w Warszawie, na Scenie Studio miała miejsce w grudniu ubiegłego roku. "Uważam, że każdy widz znajdzie w tym przedstawieniu coś, z czym się będzie identyfikował, i coś, z czym się nie będzie zgadzał. Mówię tu o ludzkich postawach" – powiedział w rozmowie z PAP reżyser spektaklu Jan Englert. I dodał - "Dla mnie praca nad tym spektaklem to była dodatkowa frajda, bo to jest dramat napisany fantastycznie w stylu i formie. Mam takie uczucie, że po tym, co obecnie króluje w kulturze, czyli naszej 'golonce z chrzanem', ja mogę wreszcie zjeść ptysia" – dodał reżyser.
W czym tkwi siła dramatu "Mizantrop"?
Wydaje mi się, że siła tego dramatu, pomimo, że jego premiera odbyła się w 1666 roku, tkwi w sięganiu po ten tekst również w dzisiejszych czasach. Znaczy to, że bez względu na czasy, w których żyjemy, "Mizantrop" jest permanentnie współczesny – mówi aktor Sceny Narodowej Hubert Paszkiewicz.
O czym jest dramat Moliera: o nas, ludziach, o społeczeństwie?
Z mojej perspektywy wydaje się być procesem usadawiania się w społeczeństwie. Pytaniem o autorytety, o wakaty tych autorytetów. Jest "rozkrokiem między szlachetnością, a interesownością, pychą a skromnością, miedzy wyrzutami sumienia a własną korzyścią". Chcielibyśmy coś zrobić, zmienić, postanowić, ale się boimy.
Molier był wspaniałym obserwatorem ludzkich charakterów. Niezwykle trafnie pokazuje ludzkie wady...to czyni go tak cały czas aktualnym...
Jak mówi nasz reżyser Jan Englert, "Mizantrop" Moliera "to tekst inteligentny, więc warto go wystawić dla niego samego". Zasadne jest w tym momencie podkreślić również znakomite tłumaczenie utworu przez Jerzego Radziwiłowicza. Wiersz, którym się posługujemy, pozwala nam na zabiegi, które w tekście pisanym prozą mogłyby wydawać się pretensjonalne. Przez formę wiersza możemy sobie pozwolić na wiele więcej. Na ukazanie tych niekoniecznie najlepszych cech charakteru, na obserwacje i podglądanie.
Michał Mizera powiedział, że "Mizantrop" jest takim zwieńczeniem - po "Tartuffe" i "Don Juanie" - trylogii hipokryzji, finałowym jej akcentem....zgodzisz się z tym?
Oczywiście. To jest bardzo trafne podsumowanie. Potrzeba bycia kimś więcej niż tylko zjadaczem chleba towarzyszy nam każdego dnia. Jasne jest, że zmieniają się nam okoliczności i narzędzia. Nie zmienia się natomiast chęć bycia lepszym od innych, walki o własne racje, ciągłej rywalizacji, czy to instagramowej - z lajkami i serduszkami, czy listownej - z pieczęcią i zapachem perfum na papierze. Niczym się nie różnimy od XVII-wiecznego Paryża. Wtedy i teraz jesteśmy tylko ludźmi. Ze wszystkimi swoimi słabostkami i małostkami. Tak było, jest i będzie...
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
"Mizantrop", Teatr Narodowy w Warszawie, Scena Studio
Reżyseria - Jan Englert
Scenografia i kostiumy - Martyna Kander
Muzyka - Paweł Paprocki
Reżyseria światła - Karolina Gębska
Foto - Marta Ankiersztejn
Występują: Grzegorz Małecki (Alcest), Paweł Paprocki (Filint), Przemysław Stippa (Oront), Justyna Kowalska (Celimena), Edyta Olszówka (Elianta), Beata Ścibakówna (Arsinoe), Robert Jarociński (Akast), Hubert Paszkiewicz (Klitander), Robert Czerwiński (Drewniak), gościnnie: Damian Mirga (Bask) i Mariusz Urbaniec (Gwardzista).
Najbliższe spektakle 24, 25, 26 lutego
Premiera "Mizantropa" w Teatrze Narodowym w Warszawie, na Scenie Studio miała miejsce w grudniu ubiegłego roku. "Uważam, że każdy widz znajdzie w tym przedstawieniu coś, z czym się będzie identyfikował, i coś, z czym się nie będzie zgadzał. Mówię tu o ludzkich postawach" – powiedział w rozmowie z PAP reżyser spektaklu Jan Englert. I dodał - "Dla mnie praca nad tym spektaklem to była dodatkowa frajda, bo to jest dramat napisany fantastycznie w stylu i formie. Mam takie uczucie, że po tym, co obecnie króluje w kulturze, czyli naszej 'golonce z chrzanem', ja mogę wreszcie zjeść ptysia" – dodał reżyser.
W czym tkwi siła dramatu "Mizantrop"?
Wydaje mi się, że siła tego dramatu, pomimo, że jego premiera odbyła się w 1666 roku, tkwi w sięganiu po ten tekst również w dzisiejszych czasach. Znaczy to, że bez względu na czasy, w których żyjemy, "Mizantrop" jest permanentnie współczesny – mówi aktor Sceny Narodowej Hubert Paszkiewicz.
O czym jest dramat Moliera: o nas, ludziach, o społeczeństwie?
Z mojej perspektywy wydaje się być procesem usadawiania się w społeczeństwie. Pytaniem o autorytety, o wakaty tych autorytetów. Jest "rozkrokiem między szlachetnością, a interesownością, pychą a skromnością, miedzy wyrzutami sumienia a własną korzyścią". Chcielibyśmy coś zrobić, zmienić, postanowić, ale się boimy.
Molier był wspaniałym obserwatorem ludzkich charakterów. Niezwykle trafnie pokazuje ludzkie wady...to czyni go tak cały czas aktualnym...
Jak mówi nasz reżyser Jan Englert, "Mizantrop" Moliera "to tekst inteligentny, więc warto go wystawić dla niego samego". Zasadne jest w tym momencie podkreślić również znakomite tłumaczenie utworu przez Jerzego Radziwiłowicza. Wiersz, którym się posługujemy, pozwala nam na zabiegi, które w tekście pisanym prozą mogłyby wydawać się pretensjonalne. Przez formę wiersza możemy sobie pozwolić na wiele więcej. Na ukazanie tych niekoniecznie najlepszych cech charakteru, na obserwacje i podglądanie.
Michał Mizera powiedział, że "Mizantrop" jest takim zwieńczeniem - po "Tartuffe" i "Don Juanie" - trylogii hipokryzji, finałowym jej akcentem....zgodzisz się z tym?
Oczywiście. To jest bardzo trafne podsumowanie. Potrzeba bycia kimś więcej niż tylko zjadaczem chleba towarzyszy nam każdego dnia. Jasne jest, że zmieniają się nam okoliczności i narzędzia. Nie zmienia się natomiast chęć bycia lepszym od innych, walki o własne racje, ciągłej rywalizacji, czy to instagramowej - z lajkami i serduszkami, czy listownej - z pieczęcią i zapachem perfum na papierze. Niczym się nie różnimy od XVII-wiecznego Paryża. Wtedy i teraz jesteśmy tylko ludźmi. Ze wszystkimi swoimi słabostkami i małostkami. Tak było, jest i będzie...
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
"Mizantrop", Teatr Narodowy w Warszawie, Scena Studio
Reżyseria - Jan Englert
Scenografia i kostiumy - Martyna Kander
Muzyka - Paweł Paprocki
Reżyseria światła - Karolina Gębska
Foto - Marta Ankiersztejn
Występują: Grzegorz Małecki (Alcest), Paweł Paprocki (Filint), Przemysław Stippa (Oront), Justyna Kowalska (Celimena), Edyta Olszówka (Elianta), Beata Ścibakówna (Arsinoe), Robert Jarociński (Akast), Hubert Paszkiewicz (Klitander), Robert Czerwiński (Drewniak), gościnnie: Damian Mirga (Bask) i Mariusz Urbaniec (Gwardzista).
Najbliższe spektakle 24, 25, 26 lutego
piątek, 18 listopada 2022
Olga Sarzyńska o "Alicji w Krainie Snów"
5 listopada 2022 roku na Scenie Głównej Teatru Ateneum premierę miała „Alicja w Krainie Snów” - specjalnie napisana dla ATENEUM sztuka dwojga autorów: dramatopisarki Małgorzaty Sikorskiej-Miszczuk i reżysera Wawrzyńca Kostrzewskiego, zainspirowanych słynną „Alicją w Krainie Czarów” Lewisa Carrolla. W roli Alicji będziemy oglądać Katarzynę Ucherską.
Z dwuczęściowej powieści autorzy pozostawili główny wątek - przygody dziewczynki w wyimaginowanym świecie ludzi i zwierząt zaludniających fantazję nadwrażliwego dziecka. Spektakl dla nastolatków, ich rodziców i wychowawców, którzy stęsknili się za Alicją, jest zaproszeniem do wspólnej podróży po podziemnym świecie Białego Królika, Kota z Cheshire, Kapelusznika, Myszy, Gąsienicy, Króla, Królowej i Księżnej.
O nowym spektaklu rozmawiamy z Olgą Sarzyńską, która wciela się w postać Królowej Kier.
Jaka to będzie Alicja?
Zupełnie odmienna, o innym spojrzeniu. Scenariusz został napisany specjalnie na zamówienie naszego teatru przez Małgorzatę Sikorską-Miszczuk i Wawrzyńca Kostrzewskiego. Jest to nowa odsłona „Alicji w Krainie Czarów”. Oczywiście jest bardzo dużo wątków i postaci, są żywcem zaczerpnięte z tej fantastycznej książki. Natomiast spektakl kierujemy do widza nastoletniego, ale jest również - moim zdaniem - dla dorosłych. Sam spektakl jest bardzo wielowymiarowy i dotyka wielu aspektów naszego życia, naszego dorastania, a przede wszystkim dzieciństwa.
Co jest w tym najważniejsze?
Takim najważniejszym motywem jest pudełko z dzieciństwa. To, co każdy z nas chował w swoim pudełku z dzieciństwa: wspomnienia, gałązka, zasuszony motyl, którego trzymaliśmy, gdy byliśmy mali. To są także ludzie, o których pamiętamy, sytuacje, obrazy, które pozostają w nas przez całe życie. Nie są dopełnione historiami, są to bardziej zdjęcia, które byśmy zrobili i one z nami zostały. Czy dobre czy złe, chowamy to w pudełku. Spektakl stawia takie pytanie, czy warto z tymi wspomnieniami iść w dorosłe życie i rozgrzebywać je na nowo, otwierając to pudełko, czy jednak warto zakończyć, zamknąć je i schować pod łóżko i iść do przodu.
I znaleźliście odpowiedź?
Myślę, że każdy będzie mógł sobie po tym spektaklu odpowiedzieć na to pytanie. Spektakl jest o dorastaniu, o spotykaniu różnych ludzi, o tych, którzy chcą nam pomóc, ale i o tych, którzy chcą nam przeszkodzić. Niektórzy sami są straszliwie sfrustrowani i tę frustrację przerzucają na nas. Dotyczy także tych wszystkich naszych pierwszych razów, pierwszej miłości, pierwszych spotkań z różnymi osobami. Alicja poznaje tu miłość, i to, co za sobą niesie. Czy jest trwała i na zawsze, czy jest tylko mgnieniem, a nam się wydaje, że jest w tym momencie całym światem. Wielu aspektów ten spektakl dotyka i jest bardzo osobisty dla twórców, czyli dla Wawrzyńca i dla Małgosi, którzy też kilka wątków zaczerpnęli ze swojego życia. To wszystko przybliża nas do takiej prawdy, a wiadomo, że jest to niebywale trudne w takiej sztuce jak „Alicja…”, gdzie wszystko jest absurdem. My, aktorzy, szukaliśmy tych postaci, żeby były bardzo blisko człowieka, bliskie nam. Sama Alicja grana przez Kasię Ucherską jest młodą dziewczyną, jeszcze nastolatką, ale nie jest słodką blondynką, i taka która wszystkiemu się dziwi, tylko rozmawia z tymi postaciami, które spotyka, i denerwuje się, dlaczego oni są tacy. Dlaczego są sfrustrowani i dlaczego są nieszczęśliwi.
Czy to jest spektakl dla ludzi o dużej wyobraźni i wrażliwości?
Spektakl jest multimedialny i pozwala nam tę wyobraźnię wyzwolić. Mamy tutaj ogromną machinę projekcji, wizualizacji, więc pomaga nam to uruchomić wyobraźnię, ale myślę, że każdy gdzieś w którymś z tych wątków znajdzie coś, co go wzruszy.
Jak długo pracowaliście nad spektaklem?
Dwa miesiące. Na bieżąco dokonywaliśmy poprawek. Ja gram Królową Kier i moja scena była rozpisywana chyba pięć razy, bo ciągle coś nie grało. My też coś dokładaliśmy od siebie, postaci przeszły przez nas. Wawrzyniec, pisząc tę sztukę, miał przed oczami już konkretnych aktorów. Role napisane są specjalnie dla każdego z tych aktorów. To jest ogromnie miłe wiedzieć, że ktoś dla nas pisze rolę. Spektakl będzie cały czas dojrzewał, w miarę grania. Ja też coraz bardziej poznaję ten świat Alicji, swoją postać. Czytam tę książkę mojej 5-letniej córce, która jest powieścią zachwycona. Zapraszam serdecznie na spektakl – dodaje Olga Sarzyńska.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Ateneum w Warszawie
„Alicja w Krainie Snów”, scenariusz Małgorzata Sikorska-Miszczuk, Wawrzyniec Kostrzewski, reżyseria Wawrzyniec Kostrzewski
Olga Sarzyńska, foto Krzysztof Bieliński
W obsadzie: Katarzyna Ucherska, Olga Sarzyńska, Emilia Komarnicka-Klynstra, Maria Ciunelis, Dorota Nowakowska, Wojciech Brzeziński, Bartłomiej Nowosielski, Dariusz Wnuk i Przemysław Bluszcz.
Spektakl widziała 9 listopada Małgosia
Najbliższe spektakle – 6, 7, 8, 10 i 11 grudnia
Z dwuczęściowej powieści autorzy pozostawili główny wątek - przygody dziewczynki w wyimaginowanym świecie ludzi i zwierząt zaludniających fantazję nadwrażliwego dziecka. Spektakl dla nastolatków, ich rodziców i wychowawców, którzy stęsknili się za Alicją, jest zaproszeniem do wspólnej podróży po podziemnym świecie Białego Królika, Kota z Cheshire, Kapelusznika, Myszy, Gąsienicy, Króla, Królowej i Księżnej.
O nowym spektaklu rozmawiamy z Olgą Sarzyńską, która wciela się w postać Królowej Kier.
Jaka to będzie Alicja?
Zupełnie odmienna, o innym spojrzeniu. Scenariusz został napisany specjalnie na zamówienie naszego teatru przez Małgorzatę Sikorską-Miszczuk i Wawrzyńca Kostrzewskiego. Jest to nowa odsłona „Alicji w Krainie Czarów”. Oczywiście jest bardzo dużo wątków i postaci, są żywcem zaczerpnięte z tej fantastycznej książki. Natomiast spektakl kierujemy do widza nastoletniego, ale jest również - moim zdaniem - dla dorosłych. Sam spektakl jest bardzo wielowymiarowy i dotyka wielu aspektów naszego życia, naszego dorastania, a przede wszystkim dzieciństwa.
Co jest w tym najważniejsze?
Takim najważniejszym motywem jest pudełko z dzieciństwa. To, co każdy z nas chował w swoim pudełku z dzieciństwa: wspomnienia, gałązka, zasuszony motyl, którego trzymaliśmy, gdy byliśmy mali. To są także ludzie, o których pamiętamy, sytuacje, obrazy, które pozostają w nas przez całe życie. Nie są dopełnione historiami, są to bardziej zdjęcia, które byśmy zrobili i one z nami zostały. Czy dobre czy złe, chowamy to w pudełku. Spektakl stawia takie pytanie, czy warto z tymi wspomnieniami iść w dorosłe życie i rozgrzebywać je na nowo, otwierając to pudełko, czy jednak warto zakończyć, zamknąć je i schować pod łóżko i iść do przodu.
I znaleźliście odpowiedź?
Myślę, że każdy będzie mógł sobie po tym spektaklu odpowiedzieć na to pytanie. Spektakl jest o dorastaniu, o spotykaniu różnych ludzi, o tych, którzy chcą nam pomóc, ale i o tych, którzy chcą nam przeszkodzić. Niektórzy sami są straszliwie sfrustrowani i tę frustrację przerzucają na nas. Dotyczy także tych wszystkich naszych pierwszych razów, pierwszej miłości, pierwszych spotkań z różnymi osobami. Alicja poznaje tu miłość, i to, co za sobą niesie. Czy jest trwała i na zawsze, czy jest tylko mgnieniem, a nam się wydaje, że jest w tym momencie całym światem. Wielu aspektów ten spektakl dotyka i jest bardzo osobisty dla twórców, czyli dla Wawrzyńca i dla Małgosi, którzy też kilka wątków zaczerpnęli ze swojego życia. To wszystko przybliża nas do takiej prawdy, a wiadomo, że jest to niebywale trudne w takiej sztuce jak „Alicja…”, gdzie wszystko jest absurdem. My, aktorzy, szukaliśmy tych postaci, żeby były bardzo blisko człowieka, bliskie nam. Sama Alicja grana przez Kasię Ucherską jest młodą dziewczyną, jeszcze nastolatką, ale nie jest słodką blondynką, i taka która wszystkiemu się dziwi, tylko rozmawia z tymi postaciami, które spotyka, i denerwuje się, dlaczego oni są tacy. Dlaczego są sfrustrowani i dlaczego są nieszczęśliwi.
Czy to jest spektakl dla ludzi o dużej wyobraźni i wrażliwości?
Spektakl jest multimedialny i pozwala nam tę wyobraźnię wyzwolić. Mamy tutaj ogromną machinę projekcji, wizualizacji, więc pomaga nam to uruchomić wyobraźnię, ale myślę, że każdy gdzieś w którymś z tych wątków znajdzie coś, co go wzruszy.
Jak długo pracowaliście nad spektaklem?
Dwa miesiące. Na bieżąco dokonywaliśmy poprawek. Ja gram Królową Kier i moja scena była rozpisywana chyba pięć razy, bo ciągle coś nie grało. My też coś dokładaliśmy od siebie, postaci przeszły przez nas. Wawrzyniec, pisząc tę sztukę, miał przed oczami już konkretnych aktorów. Role napisane są specjalnie dla każdego z tych aktorów. To jest ogromnie miłe wiedzieć, że ktoś dla nas pisze rolę. Spektakl będzie cały czas dojrzewał, w miarę grania. Ja też coraz bardziej poznaję ten świat Alicji, swoją postać. Czytam tę książkę mojej 5-letniej córce, która jest powieścią zachwycona. Zapraszam serdecznie na spektakl – dodaje Olga Sarzyńska.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Ateneum w Warszawie
„Alicja w Krainie Snów”, scenariusz Małgorzata Sikorska-Miszczuk, Wawrzyniec Kostrzewski, reżyseria Wawrzyniec Kostrzewski
Olga Sarzyńska, foto Krzysztof Bieliński
W obsadzie: Katarzyna Ucherska, Olga Sarzyńska, Emilia Komarnicka-Klynstra, Maria Ciunelis, Dorota Nowakowska, Wojciech Brzeziński, Bartłomiej Nowosielski, Dariusz Wnuk i Przemysław Bluszcz.
Spektakl widziała 9 listopada Małgosia
Najbliższe spektakle – 6, 7, 8, 10 i 11 grudnia
wtorek, 18 października 2022
Mateusz Kmiecik o premierze „Dekalogu” w Teatrze Narodowym
Wojciech Faruga już po raz drugi reżyseruje spektakl w Teatrze Narodowym w Warszawie. Po "Matce Joannie od Aniołów" sięga teraz po ikoniczne dzieło polskiego filmu, ponownie przemyślane po trzydziestu pięciu latach od powstania – Dekalog - Krzysztofa Kieślowskiego i Krzysztofa Piesiewicza. Dziesięć przykazań – drogowskaz, a zarazem trudne życiowe zadanie. O nowej sztuce sceny narodowej rozmawiamy z odtwórcą jednej z ról, aktorem młodej generacji Mateuszem Kmiecikiem.
Dekalog – jak to dziś z nim jest?
Powiem szczerze, że w warstwie scenariuszowej trochę się zmienił. Jednak w warstwie emocjonalnej, ludzkiej, społecznej, to jest w dalszym ciągu - niestety – bardzo aktualne. Cały czas rodzice zostawiają swoje dzieci, cały czas są niesprawiedliwe wyroki, świat jest zaburzony i nie widzimy w tym wszystkim tego co jest najważniejsze – człowieka – mówi w rozmowie z nami aktor Teatru Narodowego Mateusz Kmiecik. - Funkcjonuje taki system, który nas - za przeproszeniem - dojeżdża. Przeglądając każde przykazanie widzimy w nich samych siebie i nie wygląda to dobrze. Oby ten Dekalog przedstawiony przez nas, otworzył nam wszystkim oczy, może po obejrzeniu stwierdzimy, że czasem warto zrobić krok do tyłu i spojrzeć na to wszystko z innej perspektywy – kończy myśl Mateusz.
Przenieść scenariusz filmowy na scenę pewnie nie było łatwo?
Wojtek Faruga z Julią Holewińską starali się oddać w pełni "Dekalog" Kieślowskiego. Mówię o wszystkich częściach 10 przykazań, ale rzecz jasna, trzeba było wybrać najistotniejsze wątki z każdego filmu i przełożyć je na język teatralny. W teatrze nie da się opowiadać językiem czysto filmowym. Trzeba dodać trochę abstrakcji, czasem formy, ale jest dużo realizmu, który się nadaje typowo pod kamerę, bo ten tekst tak jest skrojony. Polega na wielu emocjach, które w nas się kłębią. Jest pod kamerę fenomenalny, ale uważam, że zrobiliśmy tu kawałek dobrej roboty i na deskach teatru to się będzie dobrze czytało.
Ciekawe co by pan Kieślowski powiedział o Waszej pracy?
Rozmawialiśmy o tym. Zastanawialiśmy się, czy by się na nas obraził, czy też stwierdził, że zrobiliśmy coś wartościowego. Krótka anegdota mi się przypomina. Kiedyś robiliśmy czytanie "Pana Tadeusza" - w pełni bez skreślenia - przyszedł Andrzej Wajda do teatru Narodowego i powiedział, że gdyby wiedział, że ten tekst jest tak zabawny, to by zrobił inny film. Dlatego jest wielce prawdopodobne, że gdyby dziś śp. pan Kieślowski przyszedł do nas, to może też powiedziałby podobne słowa.
Jak przebiegała Wasza praca? Czy reżyser był otwarty na propozycje?
W tym zespołem mieliśmy już okazję pracować z Wojtkiem Farugą przy "Matce Joannie od Aniołów" na podstawie Iwaszkiewicza. Znamy się z Wojtkiem świetnie. Bardzo inteligentny reżyser, z szeroko otwartym umysłem na nasze propozycje, na propozycje całego swojego zespołu. Dlatego praca była fenomenalna, bez żadnych nerwów i merytoryczna. Staraliśmy się oddać ducha tego tekstu i przełożyć na deski teatralne. Wydaje mi się, że zarówno nasza strona aktorów i realizatorów, jak strona widzów będzie zadowolona..., ale oczywiście to zostawiam pod ocenę tym, którzy przyjdą obejrzeć spektakl.
Widać, że dobrze się czujesz w teatrze.
Tak. Z mojego roku kilka osób miało tę radość, że trafiliśmy do zespołu Teatru Narodowego. Zespół jest fantastyczny, jest się od kogo uczyć. Przychodzą pracować z nami świetni reżyserzy, jest tu wszystko, o czym może marzyć człowiek w pięciu pierwszych latach po skończeniu studiów. Doceniam tę szansę, którą otrzymałem. Dużo gram, to wielka radość.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
"Dekalog"
Teatr Narodowy w Warszawie, Scena przy Wierzbowej
Reżyseria - Wojciech Faruga
Asystent reżysera i aktor - Mateusz Kmiecik
Foto Natalia Kabanow
Najbliższe spektakle 15, 16 i 17 listopada
Dekalog – jak to dziś z nim jest?
Powiem szczerze, że w warstwie scenariuszowej trochę się zmienił. Jednak w warstwie emocjonalnej, ludzkiej, społecznej, to jest w dalszym ciągu - niestety – bardzo aktualne. Cały czas rodzice zostawiają swoje dzieci, cały czas są niesprawiedliwe wyroki, świat jest zaburzony i nie widzimy w tym wszystkim tego co jest najważniejsze – człowieka – mówi w rozmowie z nami aktor Teatru Narodowego Mateusz Kmiecik. - Funkcjonuje taki system, który nas - za przeproszeniem - dojeżdża. Przeglądając każde przykazanie widzimy w nich samych siebie i nie wygląda to dobrze. Oby ten Dekalog przedstawiony przez nas, otworzył nam wszystkim oczy, może po obejrzeniu stwierdzimy, że czasem warto zrobić krok do tyłu i spojrzeć na to wszystko z innej perspektywy – kończy myśl Mateusz.
Przenieść scenariusz filmowy na scenę pewnie nie było łatwo?
Wojtek Faruga z Julią Holewińską starali się oddać w pełni "Dekalog" Kieślowskiego. Mówię o wszystkich częściach 10 przykazań, ale rzecz jasna, trzeba było wybrać najistotniejsze wątki z każdego filmu i przełożyć je na język teatralny. W teatrze nie da się opowiadać językiem czysto filmowym. Trzeba dodać trochę abstrakcji, czasem formy, ale jest dużo realizmu, który się nadaje typowo pod kamerę, bo ten tekst tak jest skrojony. Polega na wielu emocjach, które w nas się kłębią. Jest pod kamerę fenomenalny, ale uważam, że zrobiliśmy tu kawałek dobrej roboty i na deskach teatru to się będzie dobrze czytało.
Ciekawe co by pan Kieślowski powiedział o Waszej pracy?
Rozmawialiśmy o tym. Zastanawialiśmy się, czy by się na nas obraził, czy też stwierdził, że zrobiliśmy coś wartościowego. Krótka anegdota mi się przypomina. Kiedyś robiliśmy czytanie "Pana Tadeusza" - w pełni bez skreślenia - przyszedł Andrzej Wajda do teatru Narodowego i powiedział, że gdyby wiedział, że ten tekst jest tak zabawny, to by zrobił inny film. Dlatego jest wielce prawdopodobne, że gdyby dziś śp. pan Kieślowski przyszedł do nas, to może też powiedziałby podobne słowa.
Jak przebiegała Wasza praca? Czy reżyser był otwarty na propozycje?
W tym zespołem mieliśmy już okazję pracować z Wojtkiem Farugą przy "Matce Joannie od Aniołów" na podstawie Iwaszkiewicza. Znamy się z Wojtkiem świetnie. Bardzo inteligentny reżyser, z szeroko otwartym umysłem na nasze propozycje, na propozycje całego swojego zespołu. Dlatego praca była fenomenalna, bez żadnych nerwów i merytoryczna. Staraliśmy się oddać ducha tego tekstu i przełożyć na deski teatralne. Wydaje mi się, że zarówno nasza strona aktorów i realizatorów, jak strona widzów będzie zadowolona..., ale oczywiście to zostawiam pod ocenę tym, którzy przyjdą obejrzeć spektakl.
Widać, że dobrze się czujesz w teatrze.
Tak. Z mojego roku kilka osób miało tę radość, że trafiliśmy do zespołu Teatru Narodowego. Zespół jest fantastyczny, jest się od kogo uczyć. Przychodzą pracować z nami świetni reżyserzy, jest tu wszystko, o czym może marzyć człowiek w pięciu pierwszych latach po skończeniu studiów. Doceniam tę szansę, którą otrzymałem. Dużo gram, to wielka radość.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
"Dekalog"
Teatr Narodowy w Warszawie, Scena przy Wierzbowej
Reżyseria - Wojciech Faruga
Asystent reżysera i aktor - Mateusz Kmiecik
Foto Natalia Kabanow
Najbliższe spektakle 15, 16 i 17 listopada
poniedziałek, 3 października 2022
Wojciech Czerwiński o premierze sztuki Sławomira Mrożka w Teatrze Polskim
Sezon teatralny 2022/23 Teatr Polski w Warszawie rozpoczął sztuką Sławomira Mrożka "Czekoladki dla Prezesa" w reżyserii Ewy Domańskiej i Ewy Makomaskiej. Premiera odbyła się 17 września na Scenie Kameralnej im. Sławomira Mrożka.
Prezesa zna każdy?.. O Prezesie się mówi, cytuje się go, chce naśladować i mieć z nim dobre układy. To się wiąże z różnymi działaniami, nie zawsze pozytywnymi – typu podsłuchiwanie czy donoszenie. Prezes ma na nas wpływ i jak mówią... ma zawsze rację... Sławomir Mrożek w cyklu opowiadań "Czekoladki dla prezesa" opisał perypetie członków Spółdzielni "Jasna Przyszłość", oczywiście z Prezesem w roli głównej. Abstrakcyjny mrożkowski humor, tak kochany przez czytelników i widzów i tym razem na scenie im. samego mistrza zabłyśnie i porwie nas swoją uniwersalnością i aktualnością. Słabość świata, słabość człowieka zawsze będzie na czasie. Będziemy świadkami perypetii piątki bohaterów uwikłanych w codzienność i niedostrzegających beznadziejności swego położenia.
O spektaklu rozmawiamy z odtwórcą jednej z postaci, aktorem Teatru Polskiego Wojciechem Czerwińskim.
To wielki przywilej i radość grać w sztukach takich twórców, którzy cały czas są aktualni.
Drugi raz w teatrze spotykam się z Mrożkiem. Każda praca z tego typu twórcą jest wielkim wyzwaniem. Myślę, że tak jak Witkacy, Gombrowicz, tak i Mrożek potrzebuje niebywałej precyzji, niebywałej formy. Oprócz tego, że był świetnym malarzem, był też rysownikiem, pisarzem - myślę, że był też świetnym muzykiem. Jego twórczość zawsze przyrównuje do fug Bacha. Tak tworzy zdania, że wie, gdzie jest tonika, subdominanta i dominanta, czyli jakby rozwinięcie, i to jest tak precyzyjnie u Mrożka zrobione, że jeżeli aktor rozczyta odpowiednio ten język mrożkowski, tekst będzie wtedy zrozumiały dla widza. Tu spotykamy się z opowiadaniami, i z tych opowiadań powstaje przedstawienie. Jest to dodatkowe piętro, z którym musieliśmy się zmierzyć. Zwykle dramat ma swoje funkcje, a tu były tylko opowiadania. Trzeba było połączyć je w taki sposób, aby te poszczególne opowiadania stały się głębszą opowieścią. Jednocześnie też formalną, doprowadzającą do jakiejś konkluzji. A praca była dość krótka, bo zaledwie miesięczna. Niebywale krótka praca jak na Mrożka, i uważam, że spektakl jeszcze będzie dojrzewał, trzeba być czujnym. Jak muzyk musi codziennie ćwiczyć wprawki, tak my musimy codziennie dojrzewać do tego słowa, żeby ta precyzja była mistrzowska, wtedy ten spektakl będzie lekki i czytelny.
Koleżanki z teatru - Ewa Domańska i Ewa Makomaska reżyserują spektakl. Jaka to jest sytuacja dla całego zespołu?
Pani Makomaska wcześniej reżyserowała w teatrze poezję. Pani Domańska natomiast "Babę - Dziwo". Muszę przyznać, że była to trudna współpraca, bo nie ma reżysera z zewnątrz, a jest potrzeba trzeźwego oka, aby tak z boku na to wszystko spojrzał. Koleżanki oprócz tego, że mierzyły się z reżyserią, to też grają w tym spektaklu.
Reżyser i aktor za jednym zamachem...
Nie jest to proste, to kolejna trudność. Mamy na szczęście znakomitych dyrektorów, mistrza Andrzeja Seweryna i pana Janusza Majcherka. Pan Seweryn był wczoraj na próbie, pilnuje uważnie wszystkiego co się dzieje w teatrze, więc ogląda i dzieli się bardzo trafnymi uwagami. To jest to niezbędne oko z zewnątrz. Trafne i dobre uwagi, które pomagają.
Czy obie panie były otwarte na państwa propozycje?
Do pewnego stopnia tak. Współpraca, mimo że koleżeńska, była owocna. Całość będzie dojrzewała z każdym kolejnym przedstawieniem. Serdecznie zapraszamy do Teatru Polskiego.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Polski w Warszawie
"Czekoladki dla Prezesa" Sławomira Mrożka w reżyserii Ewy Domańskiej i Ewy Makomaskiej
Wojciech Czerwiński, foto M. Ankiersztejn
Najbliższe spektakle 19 i 20 października
Prezesa zna każdy?.. O Prezesie się mówi, cytuje się go, chce naśladować i mieć z nim dobre układy. To się wiąże z różnymi działaniami, nie zawsze pozytywnymi – typu podsłuchiwanie czy donoszenie. Prezes ma na nas wpływ i jak mówią... ma zawsze rację... Sławomir Mrożek w cyklu opowiadań "Czekoladki dla prezesa" opisał perypetie członków Spółdzielni "Jasna Przyszłość", oczywiście z Prezesem w roli głównej. Abstrakcyjny mrożkowski humor, tak kochany przez czytelników i widzów i tym razem na scenie im. samego mistrza zabłyśnie i porwie nas swoją uniwersalnością i aktualnością. Słabość świata, słabość człowieka zawsze będzie na czasie. Będziemy świadkami perypetii piątki bohaterów uwikłanych w codzienność i niedostrzegających beznadziejności swego położenia.
O spektaklu rozmawiamy z odtwórcą jednej z postaci, aktorem Teatru Polskiego Wojciechem Czerwińskim.
To wielki przywilej i radość grać w sztukach takich twórców, którzy cały czas są aktualni.
Drugi raz w teatrze spotykam się z Mrożkiem. Każda praca z tego typu twórcą jest wielkim wyzwaniem. Myślę, że tak jak Witkacy, Gombrowicz, tak i Mrożek potrzebuje niebywałej precyzji, niebywałej formy. Oprócz tego, że był świetnym malarzem, był też rysownikiem, pisarzem - myślę, że był też świetnym muzykiem. Jego twórczość zawsze przyrównuje do fug Bacha. Tak tworzy zdania, że wie, gdzie jest tonika, subdominanta i dominanta, czyli jakby rozwinięcie, i to jest tak precyzyjnie u Mrożka zrobione, że jeżeli aktor rozczyta odpowiednio ten język mrożkowski, tekst będzie wtedy zrozumiały dla widza. Tu spotykamy się z opowiadaniami, i z tych opowiadań powstaje przedstawienie. Jest to dodatkowe piętro, z którym musieliśmy się zmierzyć. Zwykle dramat ma swoje funkcje, a tu były tylko opowiadania. Trzeba było połączyć je w taki sposób, aby te poszczególne opowiadania stały się głębszą opowieścią. Jednocześnie też formalną, doprowadzającą do jakiejś konkluzji. A praca była dość krótka, bo zaledwie miesięczna. Niebywale krótka praca jak na Mrożka, i uważam, że spektakl jeszcze będzie dojrzewał, trzeba być czujnym. Jak muzyk musi codziennie ćwiczyć wprawki, tak my musimy codziennie dojrzewać do tego słowa, żeby ta precyzja była mistrzowska, wtedy ten spektakl będzie lekki i czytelny.
Koleżanki z teatru - Ewa Domańska i Ewa Makomaska reżyserują spektakl. Jaka to jest sytuacja dla całego zespołu?
Pani Makomaska wcześniej reżyserowała w teatrze poezję. Pani Domańska natomiast "Babę - Dziwo". Muszę przyznać, że była to trudna współpraca, bo nie ma reżysera z zewnątrz, a jest potrzeba trzeźwego oka, aby tak z boku na to wszystko spojrzał. Koleżanki oprócz tego, że mierzyły się z reżyserią, to też grają w tym spektaklu.
Reżyser i aktor za jednym zamachem...
Nie jest to proste, to kolejna trudność. Mamy na szczęście znakomitych dyrektorów, mistrza Andrzeja Seweryna i pana Janusza Majcherka. Pan Seweryn był wczoraj na próbie, pilnuje uważnie wszystkiego co się dzieje w teatrze, więc ogląda i dzieli się bardzo trafnymi uwagami. To jest to niezbędne oko z zewnątrz. Trafne i dobre uwagi, które pomagają.
Czy obie panie były otwarte na państwa propozycje?
Do pewnego stopnia tak. Współpraca, mimo że koleżeńska, była owocna. Całość będzie dojrzewała z każdym kolejnym przedstawieniem. Serdecznie zapraszamy do Teatru Polskiego.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Polski w Warszawie
"Czekoladki dla Prezesa" Sławomira Mrożka w reżyserii Ewy Domańskiej i Ewy Makomaskiej
Wojciech Czerwiński, foto M. Ankiersztejn
Najbliższe spektakle 19 i 20 października
piątek, 3 czerwca 2022
Zdolna młodzież w Teatrze Ateneum
Warszawski Teatr Ateneum kończy sezon bardzo mocnym akcentem. Premiera goni premierę, na nudę absolutnie nie można narzekać. Scena 20 zaprasza na spektakl "To wiem na pewno". Andrew Bovell jest Australijczykiem, a jego sztukę niezwykle uniwersalną można wystawiać wszędzie, bo w każdym zakątku taka historia może się wydarzyć. Iwona Kempa opracowała i wyreżyserowała ten spektakl, a na deskach Ateneum – Agata Kulesza, Przemysław Bluszcz, Paulina Gałązka i bardzo zdolna młodzież, kończąca w tym roku warszawską Akademię Teatralną – Waleria Gorobets, Paweł Gasztold-Wierzbicki i Jan Wieteska.
Małżeństwo w średnim wieku, czwórka dorosłych dzieci. Prowadzą zwykłe życie, tylko młodsza córka nadal mieszka z rodzicami. Jak to często bywa, coś powolutku zaczyna się rozłazić w ich życiu. Ktoś postanawia wyprowadzić się z własnej rodziny, drugi odkrywa, że nie mieści się w skórze swojej płci, a jeszcze ktoś nie może znieść własnej bezradności po utracie pracy. Samo życie... O nowym spektaklu rozmawiamy z trójką najmłodszych aktorów, którzy dopiero kończą Akademię Teatralną w Warszawie.
Szybko zamykacie etap studencki, a przed Wami dorosłe wyzwanie. Jak sobie z tym radzicie?
Muszę przyznać, że to jest bardzo niezwykłe. Mamy ogromne szczęście, że debiutujemy pod okiem Iwony Kempy, z którą mieliśmy już okazję wcześniej się spotkać, przy okazji spektaklu "Szklarnia" w Akademii Teatralnej. Znakomicie się bawiliśmy. Jestem niezwykle szczęśliwa, że mogłam współpracować z tak fantastyczną reżyserką, i oczywiście z tak wspaniałymi aktorami, od których możemy się wiele nauczyć. Pracować z nimi to zaszczyt - Agata Kulesza, Przemysław Bluszcz – nazwiska same mówią za siebie – powiedziała nam Waleria Gorobets.
Chyba lepszego startu nie mogliście sobie wymarzyć?
Jak najbardziej. To wymarzony debiut. Waleria pięknie to ujęła. Po raz pierwszy mierzymy się z publicznością, która nie jest złożona głównie z naszych kolegów, przyjaciół, rodziny. W Akademii Teatralnej publiczność ma jednak świadomość, że ogląda studentów, tutaj już będą oglądać aktorów. Będą od nas wymagać znacznie więcej, a my musimy sobie poradzić z tą dodatkową presją i odpowiedzialnością – mówi Paweł Gasztold-Wierzbicki.
Chyba wiem, jak trafiliście do tego spektaklu?
Iwona Kempa pracowała z nami w Akademii przy sztuce "Szklarnia" i zaprosiła nas do tego spektaklu w Ateneum. Wielka radość, satysfakcja, że nas zauważyła i dała nam szansę na taki dorosły start w teatrze – komentuje Jan Wieteska.
Za co jesteśmy jej bardzo wdzięczni – dodaje Waleria. - Jestem szczęśliwa, że robimy taki rodzaj sztuki, to mnie najbardziej interesuje. Teatr o relacjach, o ludziach, gdzie opowiadamy jakąś konkretną historię, mamy coś ważnego do przekazania. Sztuka opowiada o problemach dotykających nas obecnie na co dzień, ale jest prosta w swojej formie. Jest to coś, co ja osobiście bardzo lubię w tej pracy – mówi Waleria.
Jesteście rodziną…
Rodzina z problemami, bardzo chaotyczna, ale też mocno zżyta ze sobą, przynajmniej do jakiegoś czasu. Rodzina, która wie, co dzieje się u każdego z nas. Spotykamy się na scenie w momencie kryzysu, gdy jesteśmy nieco rozsypani, pogubieni, każdy znajduje się gdzieś indziej. W międzyczasie wychodzą na światło dzienne rzeczy, które każdy ukrywał, zatajał – mówi Jan.
To jest na pozór zwykła rodzina. Staramy się budować taki wizerunek, przynajmniej w pierwszej scenie tak to wygląda. Każdy z nas przychodzi z dość niezwykłymi problemami – mówi Paweł.
Moja bohaterka Róża jest nastolatką, która nie wie, czego chce. Z drugiej strony kocha swoją rodzinę, chciałaby zostać w niej na zawsze. Jednak życie pisze dla niej nieco inny scenariusz – dodaje Waleria.
Ty jesteś też obserwatorką w tym spektaklu i dojrzewasz w miarę trwania sztuki. Na pozór zwykła rodzina, która musi się zmierzyć z rzeczywistością. Kochający rodzice, którzy bardzo kochają swoje dzieci, i chcą dla nich jak najlepiej. Jednak ich wizja - jak najlepiej - jest inna od wizji dzieci. Nie chcemy za dużo zdradzać i serdecznie zapraszamy na spektakl – mówi Paweł.
Jak wam się pracowało? Kiedy zaczęliście próby?
Próby zaczęliśmy na początku marca – razem trwały 2,5 miesiąca. Spotykaliśmy się dość intensywnie. Na czwartym roku nie mamy już tak dużo zajęć. Trzeba było tylko zgrać nasze spektakle w Collegium Nobilium. To skutkowało tym, że próby wieczorne odbywały się często bez nas. Szczęśliwie się złożyło, że próby zaczęliśmy dokładnie trzy tygodnie po premierze naszej ostatniej sztuki dyplomowej - mówią razem nasi bohaterowie.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Ateneum w Warszawie
"To wiem na pewno", reżyseria i opracowanie Iwona Kempa
Foto Krzysztof Bieliński
Obsada: Agata Kulesza
Przemysław Bluszcz
Paulina Gałązka
Waleria Gorobets
Paweł Gasztold-Wierzbicki
Jan Wieteska
Najbliższe spektakle – 9, 10, 11 i 12 czerwca
Małżeństwo w średnim wieku, czwórka dorosłych dzieci. Prowadzą zwykłe życie, tylko młodsza córka nadal mieszka z rodzicami. Jak to często bywa, coś powolutku zaczyna się rozłazić w ich życiu. Ktoś postanawia wyprowadzić się z własnej rodziny, drugi odkrywa, że nie mieści się w skórze swojej płci, a jeszcze ktoś nie może znieść własnej bezradności po utracie pracy. Samo życie... O nowym spektaklu rozmawiamy z trójką najmłodszych aktorów, którzy dopiero kończą Akademię Teatralną w Warszawie.
Szybko zamykacie etap studencki, a przed Wami dorosłe wyzwanie. Jak sobie z tym radzicie?
Muszę przyznać, że to jest bardzo niezwykłe. Mamy ogromne szczęście, że debiutujemy pod okiem Iwony Kempy, z którą mieliśmy już okazję wcześniej się spotkać, przy okazji spektaklu "Szklarnia" w Akademii Teatralnej. Znakomicie się bawiliśmy. Jestem niezwykle szczęśliwa, że mogłam współpracować z tak fantastyczną reżyserką, i oczywiście z tak wspaniałymi aktorami, od których możemy się wiele nauczyć. Pracować z nimi to zaszczyt - Agata Kulesza, Przemysław Bluszcz – nazwiska same mówią za siebie – powiedziała nam Waleria Gorobets.
Chyba lepszego startu nie mogliście sobie wymarzyć?
Jak najbardziej. To wymarzony debiut. Waleria pięknie to ujęła. Po raz pierwszy mierzymy się z publicznością, która nie jest złożona głównie z naszych kolegów, przyjaciół, rodziny. W Akademii Teatralnej publiczność ma jednak świadomość, że ogląda studentów, tutaj już będą oglądać aktorów. Będą od nas wymagać znacznie więcej, a my musimy sobie poradzić z tą dodatkową presją i odpowiedzialnością – mówi Paweł Gasztold-Wierzbicki.
Chyba wiem, jak trafiliście do tego spektaklu?
Iwona Kempa pracowała z nami w Akademii przy sztuce "Szklarnia" i zaprosiła nas do tego spektaklu w Ateneum. Wielka radość, satysfakcja, że nas zauważyła i dała nam szansę na taki dorosły start w teatrze – komentuje Jan Wieteska.
Za co jesteśmy jej bardzo wdzięczni – dodaje Waleria. - Jestem szczęśliwa, że robimy taki rodzaj sztuki, to mnie najbardziej interesuje. Teatr o relacjach, o ludziach, gdzie opowiadamy jakąś konkretną historię, mamy coś ważnego do przekazania. Sztuka opowiada o problemach dotykających nas obecnie na co dzień, ale jest prosta w swojej formie. Jest to coś, co ja osobiście bardzo lubię w tej pracy – mówi Waleria.
Jesteście rodziną…
Rodzina z problemami, bardzo chaotyczna, ale też mocno zżyta ze sobą, przynajmniej do jakiegoś czasu. Rodzina, która wie, co dzieje się u każdego z nas. Spotykamy się na scenie w momencie kryzysu, gdy jesteśmy nieco rozsypani, pogubieni, każdy znajduje się gdzieś indziej. W międzyczasie wychodzą na światło dzienne rzeczy, które każdy ukrywał, zatajał – mówi Jan.
To jest na pozór zwykła rodzina. Staramy się budować taki wizerunek, przynajmniej w pierwszej scenie tak to wygląda. Każdy z nas przychodzi z dość niezwykłymi problemami – mówi Paweł.
Moja bohaterka Róża jest nastolatką, która nie wie, czego chce. Z drugiej strony kocha swoją rodzinę, chciałaby zostać w niej na zawsze. Jednak życie pisze dla niej nieco inny scenariusz – dodaje Waleria.
Ty jesteś też obserwatorką w tym spektaklu i dojrzewasz w miarę trwania sztuki. Na pozór zwykła rodzina, która musi się zmierzyć z rzeczywistością. Kochający rodzice, którzy bardzo kochają swoje dzieci, i chcą dla nich jak najlepiej. Jednak ich wizja - jak najlepiej - jest inna od wizji dzieci. Nie chcemy za dużo zdradzać i serdecznie zapraszamy na spektakl – mówi Paweł.
Jak wam się pracowało? Kiedy zaczęliście próby?
Próby zaczęliśmy na początku marca – razem trwały 2,5 miesiąca. Spotykaliśmy się dość intensywnie. Na czwartym roku nie mamy już tak dużo zajęć. Trzeba było tylko zgrać nasze spektakle w Collegium Nobilium. To skutkowało tym, że próby wieczorne odbywały się często bez nas. Szczęśliwie się złożyło, że próby zaczęliśmy dokładnie trzy tygodnie po premierze naszej ostatniej sztuki dyplomowej - mówią razem nasi bohaterowie.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Ateneum w Warszawie
"To wiem na pewno", reżyseria i opracowanie Iwona Kempa
Foto Krzysztof Bieliński
Obsada: Agata Kulesza
Przemysław Bluszcz
Paulina Gałązka
Waleria Gorobets
Paweł Gasztold-Wierzbicki
Jan Wieteska
Najbliższe spektakle – 9, 10, 11 i 12 czerwca
środa, 18 maja 2022
"Don Juan" w Teatrze Polskim
Premiera "Don Juana" odbyła się w 400. rocznicę urodzin Moliera i 109. rocznicę otwarcia Teatru Polskiego w Warszawie. Spektakl wyreżyserował Piotr Kurzawa, a w roli tytułowej oglądamy Krzysztofa Kwiatkowskiego.
"Don Juan" w mojej interpretacji jest historią młodego człowieka, który żyje w czasach niezliczonych odpowiedzi na pytania o sens życia i otrzymał wolność ich wyboru. Mógłbym go nazwać – dzieckiem naszych czasów. Słucha tylko własnych pragnień, buntuje się przeciwko społecznemu porządkowi, sam dla siebie stanowi prawo, wierzy w nieistnienie Boga. Jest w tym autentyczny, uczciwy i nieustępliwy. Trudność w ocenie jego postawy polega na tym, że niełatwo odmówić mu racji. Powstaje przy tym paradoks; to nie obecność Don Juana destabilizuje ustalony porządek, ale jego śmierć – tak o swoim "Don Juanie" powiedział reżyser Piotr Kurzawa.
Molier, właściwie Jean Baptiste Poquelin urodził się 15 stycznia 1622, zmarł 17 lutego 1673 w Paryżu.
Dlaczego warto przyjść na Moliera? Czym w dzisiejszych czasach broni się geniusz pióra XVII wieku?
Molier w swoim geniuszu zbudował tak fantastyczne postaci, które są aktualne w każdej epoce. 400 lat temu mówiły do nas ze sceny rzeczy niezwykle ważne, i tak samo jest dziś – mówi w rozmowie z nami Krzysztof Kwiatkowski.
Są to niezwykle ważne rzeczy, dotyczące sensu życia, pytania o istnienie Boga, jak postępować w życiu. To pytania fundamentalne, które stawiamy sobie każdego dnia. Pytania ubrane w piękny język, we wspaniałą literaturę. Wszystko niezwykle efektownie podkreślone pięknymi strojami, wspaniałym kostiumem, aby widz zobaczył epokę, którą Molier reprezentuje – dodaje odtwórca Don Juana.
Nie tak dawno widziałam wersję bardziej uwspółcześnioną. Jaka jest wasza inscenizacja?
Oczywiście można to było zrobić współcześnie, z komórką, w koszulce, w garniturach, ale my to robimy prawdziwie, oddając konwencję i estetykę epoki. Bardzo nam na tym zależało, aby to było wierne mistrzowi z Paryża. Don Juan jest postacią kontrowersyjną. Nie chciałem budować granego przeze mnie bohatera jako formy przeszłej, zamkniętej. On jest całkowicie współczesny, ma problemy jak każdy człowiek. Wiemy, że jest kobieciarzem, uwodzicielem, kochankiem, ale co jest pod spodem, pod skórą tego człowieka? Don Juan zadaje sobie pytania o istnienie Boga. Nie boi się przekraczać granic. On musi łamać zasady, badać, dotykać, iść tam, gdzie inni nie doszli. Inni żyją bezpiecznie, on nie, on lubi ryzyko i to, co niebezpieczne.
Jest to niezwykle pojemny dramat. Chcemy w nim pokazać rzeczywiste problemy. Jesteśmy wierni tekstowi, uczciwie przekazujemy tekst widzowi i trudne pytania Moliera, na które nie ma jednej konkretnej odpowiedzi.
Jak się do tej roli przygotowywałeś?
Skupiałem się na tekście, bardzo głęboko go czytałem, analizowałem.
Obejrzałem dostępne materiały, na przykład na youtube, który jest skarbnicą wiedzy, różne realizacje z Francji, w tym spektakl z panem dyrektorem Andrzejem Sewerynem. Jednak to były tylko prace pomocnicze, chciałem stworzyć swojego Don Juana, takiego, który będzie mi najbliższy, mnie dotykający, mojego rozumienia i wyrażenia tej postaci na scenie.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
"Don Juan", Teatr Polski w Warszawie,
reżyseria Piotr Kurzawa, w roli Don Juana – Krzysztof Kwiatkowski
Spektakl obejrzała 18 marca Małgosia
Kolejne spektakle w nowym sezonie od września
"Don Juan" w mojej interpretacji jest historią młodego człowieka, który żyje w czasach niezliczonych odpowiedzi na pytania o sens życia i otrzymał wolność ich wyboru. Mógłbym go nazwać – dzieckiem naszych czasów. Słucha tylko własnych pragnień, buntuje się przeciwko społecznemu porządkowi, sam dla siebie stanowi prawo, wierzy w nieistnienie Boga. Jest w tym autentyczny, uczciwy i nieustępliwy. Trudność w ocenie jego postawy polega na tym, że niełatwo odmówić mu racji. Powstaje przy tym paradoks; to nie obecność Don Juana destabilizuje ustalony porządek, ale jego śmierć – tak o swoim "Don Juanie" powiedział reżyser Piotr Kurzawa.
Molier, właściwie Jean Baptiste Poquelin urodził się 15 stycznia 1622, zmarł 17 lutego 1673 w Paryżu.
Dlaczego warto przyjść na Moliera? Czym w dzisiejszych czasach broni się geniusz pióra XVII wieku?
Molier w swoim geniuszu zbudował tak fantastyczne postaci, które są aktualne w każdej epoce. 400 lat temu mówiły do nas ze sceny rzeczy niezwykle ważne, i tak samo jest dziś – mówi w rozmowie z nami Krzysztof Kwiatkowski.
Są to niezwykle ważne rzeczy, dotyczące sensu życia, pytania o istnienie Boga, jak postępować w życiu. To pytania fundamentalne, które stawiamy sobie każdego dnia. Pytania ubrane w piękny język, we wspaniałą literaturę. Wszystko niezwykle efektownie podkreślone pięknymi strojami, wspaniałym kostiumem, aby widz zobaczył epokę, którą Molier reprezentuje – dodaje odtwórca Don Juana.
Nie tak dawno widziałam wersję bardziej uwspółcześnioną. Jaka jest wasza inscenizacja?
Oczywiście można to było zrobić współcześnie, z komórką, w koszulce, w garniturach, ale my to robimy prawdziwie, oddając konwencję i estetykę epoki. Bardzo nam na tym zależało, aby to było wierne mistrzowi z Paryża. Don Juan jest postacią kontrowersyjną. Nie chciałem budować granego przeze mnie bohatera jako formy przeszłej, zamkniętej. On jest całkowicie współczesny, ma problemy jak każdy człowiek. Wiemy, że jest kobieciarzem, uwodzicielem, kochankiem, ale co jest pod spodem, pod skórą tego człowieka? Don Juan zadaje sobie pytania o istnienie Boga. Nie boi się przekraczać granic. On musi łamać zasady, badać, dotykać, iść tam, gdzie inni nie doszli. Inni żyją bezpiecznie, on nie, on lubi ryzyko i to, co niebezpieczne.
Jest to niezwykle pojemny dramat. Chcemy w nim pokazać rzeczywiste problemy. Jesteśmy wierni tekstowi, uczciwie przekazujemy tekst widzowi i trudne pytania Moliera, na które nie ma jednej konkretnej odpowiedzi.
Jak się do tej roli przygotowywałeś?
Skupiałem się na tekście, bardzo głęboko go czytałem, analizowałem.
Obejrzałem dostępne materiały, na przykład na youtube, który jest skarbnicą wiedzy, różne realizacje z Francji, w tym spektakl z panem dyrektorem Andrzejem Sewerynem. Jednak to były tylko prace pomocnicze, chciałem stworzyć swojego Don Juana, takiego, który będzie mi najbliższy, mnie dotykający, mojego rozumienia i wyrażenia tej postaci na scenie.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
"Don Juan", Teatr Polski w Warszawie,
reżyseria Piotr Kurzawa, w roli Don Juana – Krzysztof Kwiatkowski
Spektakl obejrzała 18 marca Małgosia
Kolejne spektakle w nowym sezonie od września
Subskrybuj:
Posty (Atom)















