Małe mieszkania, kawiarniane stoliki, czarna herbata, kawa po turecku, wódka, wino – to wszystko otoczone papierosowym dymem, który jak mgła wypełnia pomieszczenia. W takiej aurze toczą się rozmowy o istocie teatru. Za nami premiera spektaklu "Sztuka intonacji" na małej scenie Teatru Dramatycznego w Warszawie. W sztuce tej Tadeusz Słobodzianek zagląda głęboko za kulisy i czerpie inspiracje z historii teatru, aby opowiedzieć o geniuszu i tworzeniu się wielkich idei, ale też o słabościach ludzkich i prozie życia. Widzowie będą mogli bawić się odkrywaniem najważniejszych postaci teatru XX wieku, z którym konfrontuje się i z którego czerpie teatr do czasów obecnych.
O nowej sztuce, pracy nad nią i teatrze rozmawiamy z aktorem Sceny Dramatycznej, Modestem Rucińskim.
Spektakl składa się z dwóch dramatów...
Tak, "Sztuki intonacji" i "Powrotu Orfeusza". Dramaty przeplatają się ze sobą. Opowiadają o trzech różnych okresach z życia Jerzego Grotowskiego. Na podstawie jego kariery opowiedziany jest - tak naprawdę - rozwój polskiego teatru. W tych dwóch sztukach występują ikony, prawdziwe filary polskiego teatru – mówi w rozmowie z nami Modest Ruciński.
Postacie są prawdziwe...
Bohaterowie są prawdziwi. Natomiast same spotkania są już pewnego rodzaju fikcją stworzoną przez Tadeusza Słobodzianka. Oczywiście wiadomo, że Jerzy Grotowski studiował w Moskwie, tam musiał się spotkać z Jurijem Zawadzkim, przez którego został subtelnie ze studiów relegowany. W "Powrocie Orfeusza" - drugim po "Sztuce intonacji" dramacie i jednocześnie drugim akcie spektaklu – oglądamy spotkanie w 1959 w Krakowie, przy jednym kawiarnianym stoliku, Jerzego Grotowskiego, Ludwika Flaszena i Tadeusza Kantora – i to jest spotkanie fikcyjne, opowiadające o początkach tworzenia Teatru 13 rzędów w Opolu. Akt trzeci to akt, w którym Grotowski wraca do swojego mistrza Zawadzkiego do Moskwy, jako dojrzały ukształtowany artysta, w dodatku znany na całym świecie.
Istotą jest teatr. Co jest takiego fenomenalnego w tym tworze, że żyje i żyć będzie?
Zadano mi ostatnio pytanie: czym jest dla mnie teatr? Uznałem, że odpowiem na nie dopiero, gdy skończę pracować nad Kantorem, ponieważ wszelkie nasuwające mi się odpowiedzi zbytnio kojarzyły mi się z jego poglądami dotyczącymi teatru. Postanowiłem poszukać własnej odpowiedzi. Przypomniały mi się słowa mojej pani profesor, Barbary Lasockiej, która zawsze powtarzała, że teatr jest wieczny jak trawa, że nigdy istnieć nie przestanie, że przetrwa wszystko. Dzięki najnowszym sztukom Tadeusza Słobodzianka możemy w dosyć syntetycznej formie – choć nie zawsze łatwej – poznać kulisy tworzenia teatru poprzez spotkania ich twórców. Poznać atmosferę, ten rodzaj pasji, wrażliwości i miłości, dzięki której dochodzi potem do spotkania z widzem, by ofiarować mu coś, co go wzruszy, rozbawi, a być może zmieni jego życie.
Jak teatr się zmieniał na przestrzeni lat?
Tak, jak zmieniał się świat. Czasami odwrotnie – to teatr zmieniał świat; niestety znacznie rzadziej, ale i tak się zdarzało. Tadeusz Kantor, niemal jak Miles Davis w jazzie, mimo własnego wyrazistego stylu, zmieniał i wciąż szukał nowych środków oddziaływania i przekazu, zarówno w teatrze, jak i w malarstwie. Mówił: "do ostatniej chwili nie wchodziłem do tego Panteonu Wielkich, po to, aby pozostawać w progu, ponieważ czułem, że za każdym razem mam coś jeszcze do zrobienia". To bardzo inspirujące i uświadamiające, że teatr jest i musi być wciąż żywy, a my – jego twórcy – musimy być gotowi na zmiany, wciąż doskonaląc swoje rzemiosło. Gotowi na spotkanie z widzem, z którym, zamknięci w jednej przestrzeni, przeżyjemy jakiś fragment życia. Ten sam czas nam upłynie. Wszystko może się wydarzyć i paradoksalnie, choć na scenie tworzymy fikcję, wszystko musi nosić znamiona prawdy. Dzięki temu może być ciekawie, mądrze, wzruszająco i zabawnie. Widzowie tego potrzebują, my tego potrzebujemy. Teatr tradycyjny, awangardowy, oparty na sztuce intonacji czy abstrakcji – to nie ma znaczenia. Chodzi o uczciwość. Nie ma miejsca na "ściemę". Ja na przykład w teatrze nie lubię przekonywać przekonanych, a zwykle tak dzieje się w przypadku teatru ideologicznego. Jeśli mi się uda, wolę wzruszyć lub rozśmieszyć. Widz sobie z tego wyciągnie to, czego mu potrzeba.
Wciela się pan w postać Tadeusza...
Otrzymałem postać o imieniu Tadeusz. Treść drugiego aktu "Sztuki intonacji" nie pozostawia wątpliwości, że autor sztuki miał na myśli Kantora. Ten Artysta stał się na nowo moim idolem, jak tylko zacząłem pracę nad rolą. Wgłębiłem się w jego twórczość i w jego widzenie teatru. Research, jaki sobie zrobiłem w Krakowie, był bardzo owocny. Kantor to niesamowita postać; mistrz, który nie poprzestawał na własnym geniuszu, ale postanowił edukować poprzez to co i jak tworzył. Jego pasja, poświęcenie, bezkompromisowość, są dla mnie bardzo inspirujące. Był gotów oddać życie za własną ideę. To cechuje wielkich artystów. Nam trzeba się od nich uczyć, uczyć o nich – po to, by iść naprzód, na czym samemu Kantorowi bardzo zależało.
Posiada pan znakomity głos. Możemy się o tym przekonać wybierając się na bardzo dobry musical Teatru Dramatycznego – "Człowiek z La Manchy".
Śpiewam od dziecka. Bardzo to lubię. Kto nie śpiewa, jest człowiekiem nieszczęśliwym! Polecam, nawet pod prysznicem. Podczas pracy nad "Człowiekiem z La Manchy" mieliśmy treningi wokalne z Jackiem Laszczkowskim, polskim śpiewakiem operowym. Wprowadził nas – a ja w to wszedłem naprawdę głęboko – w tajniki śpiewania operowego. Bardzo mnie to zafascynowało. Tu także nie ma miejsca na "ściemę". Wymagające rzemiosło.
Nie było zakusów na spróbowanie sił w śpiewie operowym?
Do tej pory nie. Nigdy nie myślałem, że śpiew operowy będzie w jakikolwiek sposób częścią mojej drogi aktorskiej. Ten zawód zaskakuje! Przy Don Kichocie zatliła się we mnie myśl, że może mógłbym to robić? To daleka i trudna droga, ale jako aktor mógłbym chyba zapytać: na kiedy?
Teatr Dramatyczny w Warszawie ma to szczęście, że posiada wspaniały zespół, który pięknie śpiewa, to wielki dar dla teatru.
Poczucie rytmu, umiejętność śpiewu, muzykalność – to nigdy nie powinno szufladkować aktora w kategorii, powiedzmy, aktora musicalowego. To błędne myślenie, które pokutuje w naszym środowisku. Wręcz przeciwnie, to wszystko podnosi wartość aktora dramatycznego. Wystarczy przyjść do teatru, żeby się przekonać.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Dramatyczny w Warszawie, "Sztuka intonacji" Tadeusza Słobodzianka, w reżyserii Anny Wieczur. Modest Ruciński jako Tadeusz Kantor. Zdjęcia K. Bieliński
7 stycznia próbę generalną obejrzała – Małgosia
Najbliższe spektakle – 19 i 20 lutego oraz 18, 19 i 20 marca
piątek, 11 lutego 2022
piątek, 4 lutego 2022
Wojciech Młynarski ponownie w Teatrze Ateneum
Aktorzy Teatru Ateneum w Warszawie zabierają nas w muzyczną podróż - ekspedycję pod kryptonimem "Misja: Młynarski". Usłyszymy utwory znane i te mniej rozpoznawalne, ale, znając znakomity warsztat wokalny zespołu z Powiśla, zapowiada się ciekawie. Autorem scenariusza i reżyserem przedstawienia jest Jacek Bończyk, a kierownikiem muzycznym tej ekspedycji – Wojciech Borkowski.
Ostatnie dni przed premierą, to jest taki nerw, który ja osobiście uwielbiam. Ten czas nas podkręca, i cieszymy się, jak widzimy ten koniec tworzenia spektaklu – mówi nam Wojciech Brzeziński, aktor Teatru Ateneum w Warszawie.
Zatem, czeka nas podróż...
Czeka nas piękna podróż - my aktorzy już jesteśmy w tej podróży od ponad miesiąca - ale publiczność jeszcze nie wie, co ją czeka. Niedawno był u nas "Młynarski", ale ten spektakl to zupełnie coś innego.
Widać i słychać, że jesteś w swoim żywiole...
Ja przede wszystkim jestem trochę w premierowej odsłonie, ponieważ - odrobinkę zdradzę - w scenografii są telewizory, i pojawią się krótkie filmiki. Jestem autorem tych zdjęć i montażu, więc jeśli się stresuję, to raczej tym. Jeśli chodzi o piosenkę, to Jacek Bończyk, nasz wspaniały reżyser i mój bardzo dobry przyjaciel, wybrał mi piękne piosenki. Nie wiedziałem, że aż tak pokocham piosenkę "Nie mam jasności w temacie Marioli". Jest to naprawdę jedna z piękniejszych piosenek Wojciecha Młynarskiego.
Usłyszymy piosenki bardziej i mniej znane.
Wybrane zostały różnorodne piosenki. Niektóre będą się powtarzać z naszego poprzedniego wystawienia, ale w nieco innej aranżacji, kto inny je zaśpiewa. Nawet jeśli Jacek wiedział, że ktoś to już wykonywał, to dał tę piosenkę komuś innemu. Nasze dziewczyny przepięknie śpiewają, my też sobie jakoś dajemy radę – mówi z uśmiechem Wojtek Brzeziński.
Piosenki Młynarskiego zawsze będą mile widziane... bo są po prostu kochane od pokoleń.
Wychowałem się na Kabarecie "Dudek". Ogromnie się cieszę, że śpiewamy jeden z największych szlagierów, jakim jest "W Polskę idziemy...". Najtrudniej było wyrzucić z głowy coś, co w mojej głowie było od 40 lat - wykonanie samego Wiesława Gołasa. Jako mały chłopiec pamiętam jak tato kupił magnetofon szpulowy i pierwszą płytą, której słuchaliśmy, był Kabaret "Dudek". Jest to wyzwanie, ale dla mnie, to przede wszystkim wielka radość móc zaśpiewać takie piękne piosenki. Jacek mówił od początku - błagam, jak najdalej od oryginałów - a z drugiej strony, to było tak perfekcyjnie stworzone, że trudno zrobić to inaczej. To też jest hołd dla tych wielkich artystów, którzy to śpiewali, a których już nie ma wśród nas. Ulecieli w kosmos - skąd przylatują nasi kosmici, i jestem pewny, że na nas patrzą z góry i bardzo mocno nam kibicują. Dlatego nam - odpukać w niemalowane - zaczyna wychodzić. Cieszymy się tym. Z każdym spektaklem więcej i więcej.
Skąd pomysł z Kosmosem?
Jakiś czas temu spotkaliśmy się z Jackiem i on nam zdradził, że ma takie dwa pomysły na Młynarskiego. Siedzieliśmy przy kawce, była z nami też Julia Konarska. Wspólnie stwierdziliśmy, że „kosmiczny” Młynarski będzie znakomity. Pierwszy tytuł miał być "Misja Młynarski". Końcowy układ tytułu się nam spodobał i ciekawy jest pomysł z filmikami, które dane mi było montować. Filmiki w interesujący sposób prowadzą publiczność - trochę głupawe, trochę śmieszne. Sam Mistrz Młynarski miał tak fantastyczne poczucie humoru i dystans do siebie, że też tam z góry będzie sobie na to patrzył. Przesłanie jest śliczne. Wspaniałe piosenki, które zawsze będą chwytały za serce i radowały widzów, a także nas, aktorów. Ateneum ma Scenę im. Wojciecha Młynarskiego - Scena Na Dole, i cieszę się, że nie zapominamy o tym. Zapraszamy na spektakl.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Ateneum w Warszawie, "Misja: Młynarski", scenariusz i reżyseria: Jacek Bończyk
Foto Bartek Warzecha
Obsada: Julia Konarska, Olga Sarzyńska, Katarzyna Ucherska, Przemysław Bluszcz, Jacek Bończyk, Wojciech Brzeziński, Grzegorz Damięcki, Bartłomiej Nowosielski
2.01 spektakl obejrzała Małgosia
Najbliższe spektakle: 17, 18 lutego (godz. 19:00), 19, 20 lutego (godz. 18:00)
Ostatnie dni przed premierą, to jest taki nerw, który ja osobiście uwielbiam. Ten czas nas podkręca, i cieszymy się, jak widzimy ten koniec tworzenia spektaklu – mówi nam Wojciech Brzeziński, aktor Teatru Ateneum w Warszawie.
Zatem, czeka nas podróż...
Czeka nas piękna podróż - my aktorzy już jesteśmy w tej podróży od ponad miesiąca - ale publiczność jeszcze nie wie, co ją czeka. Niedawno był u nas "Młynarski", ale ten spektakl to zupełnie coś innego.
Widać i słychać, że jesteś w swoim żywiole...
Ja przede wszystkim jestem trochę w premierowej odsłonie, ponieważ - odrobinkę zdradzę - w scenografii są telewizory, i pojawią się krótkie filmiki. Jestem autorem tych zdjęć i montażu, więc jeśli się stresuję, to raczej tym. Jeśli chodzi o piosenkę, to Jacek Bończyk, nasz wspaniały reżyser i mój bardzo dobry przyjaciel, wybrał mi piękne piosenki. Nie wiedziałem, że aż tak pokocham piosenkę "Nie mam jasności w temacie Marioli". Jest to naprawdę jedna z piękniejszych piosenek Wojciecha Młynarskiego.
Usłyszymy piosenki bardziej i mniej znane.
Wybrane zostały różnorodne piosenki. Niektóre będą się powtarzać z naszego poprzedniego wystawienia, ale w nieco innej aranżacji, kto inny je zaśpiewa. Nawet jeśli Jacek wiedział, że ktoś to już wykonywał, to dał tę piosenkę komuś innemu. Nasze dziewczyny przepięknie śpiewają, my też sobie jakoś dajemy radę – mówi z uśmiechem Wojtek Brzeziński.
Piosenki Młynarskiego zawsze będą mile widziane... bo są po prostu kochane od pokoleń.
Wychowałem się na Kabarecie "Dudek". Ogromnie się cieszę, że śpiewamy jeden z największych szlagierów, jakim jest "W Polskę idziemy...". Najtrudniej było wyrzucić z głowy coś, co w mojej głowie było od 40 lat - wykonanie samego Wiesława Gołasa. Jako mały chłopiec pamiętam jak tato kupił magnetofon szpulowy i pierwszą płytą, której słuchaliśmy, był Kabaret "Dudek". Jest to wyzwanie, ale dla mnie, to przede wszystkim wielka radość móc zaśpiewać takie piękne piosenki. Jacek mówił od początku - błagam, jak najdalej od oryginałów - a z drugiej strony, to było tak perfekcyjnie stworzone, że trudno zrobić to inaczej. To też jest hołd dla tych wielkich artystów, którzy to śpiewali, a których już nie ma wśród nas. Ulecieli w kosmos - skąd przylatują nasi kosmici, i jestem pewny, że na nas patrzą z góry i bardzo mocno nam kibicują. Dlatego nam - odpukać w niemalowane - zaczyna wychodzić. Cieszymy się tym. Z każdym spektaklem więcej i więcej.
Skąd pomysł z Kosmosem?
Jakiś czas temu spotkaliśmy się z Jackiem i on nam zdradził, że ma takie dwa pomysły na Młynarskiego. Siedzieliśmy przy kawce, była z nami też Julia Konarska. Wspólnie stwierdziliśmy, że „kosmiczny” Młynarski będzie znakomity. Pierwszy tytuł miał być "Misja Młynarski". Końcowy układ tytułu się nam spodobał i ciekawy jest pomysł z filmikami, które dane mi było montować. Filmiki w interesujący sposób prowadzą publiczność - trochę głupawe, trochę śmieszne. Sam Mistrz Młynarski miał tak fantastyczne poczucie humoru i dystans do siebie, że też tam z góry będzie sobie na to patrzył. Przesłanie jest śliczne. Wspaniałe piosenki, które zawsze będą chwytały za serce i radowały widzów, a także nas, aktorów. Ateneum ma Scenę im. Wojciecha Młynarskiego - Scena Na Dole, i cieszę się, że nie zapominamy o tym. Zapraszamy na spektakl.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Ateneum w Warszawie, "Misja: Młynarski", scenariusz i reżyseria: Jacek Bończyk
Foto Bartek Warzecha
Obsada: Julia Konarska, Olga Sarzyńska, Katarzyna Ucherska, Przemysław Bluszcz, Jacek Bończyk, Wojciech Brzeziński, Grzegorz Damięcki, Bartłomiej Nowosielski
2.01 spektakl obejrzała Małgosia
Najbliższe spektakle: 17, 18 lutego (godz. 19:00), 19, 20 lutego (godz. 18:00)
środa, 12 stycznia 2022
"Wieczór Trzech Króli albo Co chcecie" w Teatrze Narodowym
Teatr Narodowy w Warszawie Nowy Rok 2022 powitał Szekspirowskim "Wieczorem
Trzech Króli albo Co chcecie" w reżyserii Piotra Cieplaka. To znakomicie
muzycznie podane i żywiołowo zinscenizowane skomplikowane intrygi miłosne. Piotr
Cieplak w swojej interpretacji podkreśla muzyczność jednej z najważniejszych
komedii Williama Shakespeare’a.
Premiera przedstawienia odbyła się 4 grudnia na scenie głównej, w sali Bogusławskiego.
O sztuce i pracy z reżyserem rozmawiamy z aktorem młodego pokolenia Teatru Narodowego - Hubertem Paszkiewiczem.
Praca z Piotrem Cieplakiem to niezapomniane chwile, jest po prostu wspaniała. Cieszę się, że po raz trzeci zaufał mi i zaprosił do swojego świata – mówi nam Hubert Paszkiewicz.
Docenia Ciebie. Masz ulubioną sztukę w reżyserii Piotra Cieplaka, w której grasz?
Traktuje to zawsze jako ogromne wyróżnienie. Tak, najcieplej zawsze będę wspominał "UŁANÓW" Rymkiewicza, ponieważ było to nasze pierwsze i wyjątkowe spotkanie. Bardzo dużo się wtedy nauczyłem. Piotr jest zawsze otwarty na nasze propozycje. Bardzo cenię w tej wspólnej pracy to, że z jednej strony chętnie czerpie z pomysłów aktorów, a z drugiej wie, czego chce. To jest konkretna robota.
Wasz spektakl jest jakby "skrojony" na te trudne czasy.
Wydaje mi się, że potrzeba lekkiej muzycznej formy, tak znakomitej komedii Shakespeare'a była paląca. W ciężkich pandemicznych czasach sam, jako widz, wolę oglądać spektakle, które są roztańczone, rozśpiewane, dają nadzieję, że jeszcze będzie pięknie, jeszcze będzie "normalnie". Wspaniałe jest również to, że publiczność od razu to wyczuwa, a fala zwrotna jest nieprawdopodobnie krzepiąca.
A to widać - jak znakomicie się bawicie, a publiczność zostaje zaproszona do tej zabawy i z niej korzysta od pierwszych scen.
To jest coś wspaniałego. Bawić zaczęliśmy się pod koniec prób, ponieważ materiał muzyczny, który napisał Jan Duszyński (kompozytor), wymagał od nas dużej pracy. Teraz wydaje mi się to bardzo proste i przyjemne, ale doskonale pamiętam pierwsze próby. Dla większości z nas, mających różne doświadczenia muzyczne, powinny być proste. Okazały się walką z materią, ale dzięki temu stały się doskonałą szansą na rozwój muzyczny.
I muzyka na żywo...
Muzyka na żywo zawsze mnie wzrusza. Jestem szalenie dumny z tego, że mam szansę grać w przedstawieniach muzycznych ("WIECZÓR TRZECH KRÓLI", czy "ZEMSTA NIETOPERZA"). Przyszło mi pracować ze wspaniałymi muzykami, profesjonalistami, którzy, mam nadzieję, bawią się przynajmniej tak dobrze jak my!
Doświadczyliście jeszcze niesamowitej przygody... Reżyser w ostatniej chwili zastąpił jednego z bohaterów sztuki, który musiał udać się na kwarantannę. Niesamowicie odważna decyzja.
Mieliśmy jedną próbę na to zastępstwo, tego samego dnia przed przedstawieniem. Ogromne ukłony dla Piotra, że zdecydował się na taki skok. Pełen szacunek! Widzowie też to docenili. Owacje były na stojąco. I to jest cudowne w teatrze – wszystko odbywa się na żywo i nigdy nie jest takie samo. Każdy spektakl jest inny. Zapraszam wszystkich na to przedstawienie.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Narodowy w Warszawie - „Wieczór Trzech Króli albo Co chcecie”, reżyseria Piotr Cieplak.
Fotografia zbiorowa – Krzysztof Bieliński
Premiera 4 grudnia 2021
30 grudnia 2021 obejrzała – Małgosia
Najbliższe spektakle – 29 i 30 stycznia i 1 lutego
Premiera przedstawienia odbyła się 4 grudnia na scenie głównej, w sali Bogusławskiego.
O sztuce i pracy z reżyserem rozmawiamy z aktorem młodego pokolenia Teatru Narodowego - Hubertem Paszkiewiczem.
Praca z Piotrem Cieplakiem to niezapomniane chwile, jest po prostu wspaniała. Cieszę się, że po raz trzeci zaufał mi i zaprosił do swojego świata – mówi nam Hubert Paszkiewicz.
Docenia Ciebie. Masz ulubioną sztukę w reżyserii Piotra Cieplaka, w której grasz?
Traktuje to zawsze jako ogromne wyróżnienie. Tak, najcieplej zawsze będę wspominał "UŁANÓW" Rymkiewicza, ponieważ było to nasze pierwsze i wyjątkowe spotkanie. Bardzo dużo się wtedy nauczyłem. Piotr jest zawsze otwarty na nasze propozycje. Bardzo cenię w tej wspólnej pracy to, że z jednej strony chętnie czerpie z pomysłów aktorów, a z drugiej wie, czego chce. To jest konkretna robota.
Wasz spektakl jest jakby "skrojony" na te trudne czasy.
Wydaje mi się, że potrzeba lekkiej muzycznej formy, tak znakomitej komedii Shakespeare'a była paląca. W ciężkich pandemicznych czasach sam, jako widz, wolę oglądać spektakle, które są roztańczone, rozśpiewane, dają nadzieję, że jeszcze będzie pięknie, jeszcze będzie "normalnie". Wspaniałe jest również to, że publiczność od razu to wyczuwa, a fala zwrotna jest nieprawdopodobnie krzepiąca.
A to widać - jak znakomicie się bawicie, a publiczność zostaje zaproszona do tej zabawy i z niej korzysta od pierwszych scen.
To jest coś wspaniałego. Bawić zaczęliśmy się pod koniec prób, ponieważ materiał muzyczny, który napisał Jan Duszyński (kompozytor), wymagał od nas dużej pracy. Teraz wydaje mi się to bardzo proste i przyjemne, ale doskonale pamiętam pierwsze próby. Dla większości z nas, mających różne doświadczenia muzyczne, powinny być proste. Okazały się walką z materią, ale dzięki temu stały się doskonałą szansą na rozwój muzyczny.
I muzyka na żywo...
Muzyka na żywo zawsze mnie wzrusza. Jestem szalenie dumny z tego, że mam szansę grać w przedstawieniach muzycznych ("WIECZÓR TRZECH KRÓLI", czy "ZEMSTA NIETOPERZA"). Przyszło mi pracować ze wspaniałymi muzykami, profesjonalistami, którzy, mam nadzieję, bawią się przynajmniej tak dobrze jak my!
Doświadczyliście jeszcze niesamowitej przygody... Reżyser w ostatniej chwili zastąpił jednego z bohaterów sztuki, który musiał udać się na kwarantannę. Niesamowicie odważna decyzja.
Mieliśmy jedną próbę na to zastępstwo, tego samego dnia przed przedstawieniem. Ogromne ukłony dla Piotra, że zdecydował się na taki skok. Pełen szacunek! Widzowie też to docenili. Owacje były na stojąco. I to jest cudowne w teatrze – wszystko odbywa się na żywo i nigdy nie jest takie samo. Każdy spektakl jest inny. Zapraszam wszystkich na to przedstawienie.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Narodowy w Warszawie - „Wieczór Trzech Króli albo Co chcecie”, reżyseria Piotr Cieplak.
Fotografia zbiorowa – Krzysztof Bieliński
Premiera 4 grudnia 2021
30 grudnia 2021 obejrzała – Małgosia
Najbliższe spektakle – 29 i 30 stycznia i 1 lutego
niedziela, 18 lipca 2021
Tomasz Schuchardt o „Don Juanie” w Teatrze Ateneum
"Don Juan" Moliera – słynny na całym świecie uwodziciel i łamacz kobiecych serc – kto nie zna tej postaci, do której tak często sięgają teatralni reżyserzy? "Don Juan" jest między innymi o świętoszkowatym świecie otaczającym bohatera, a erotyczne podboje bohatera są również skierowane przeciw niemu. Jednak za swoje życie zapłaci najwyższą cenę...
Jaki jest nowy "Don Juan" w reżyserii Mikołaja Grabowskiego, którego premiera odbyła się 11 czerwca w tak lubianym przez publiczność Teatrze Ateneum w Warszawie..? Pytamy o to głównego bohatera, odtwórcę tytułowej roli, aktora stołecznej sceny Tomasza Schuchardta.
To Twój pierwszy kontakt z Molierem, czy już w Akademii miałeś okazję wcielać się w którąś postać tego słynnego pisarza?
W Akademii tylko oglądałem inscenizacje Moliera w wykonaniu kolegów, zatem jest to mój pierwszy Molier na koncie, a jaki będzie..? Staraliśmy się jak zawsze, nieco odświeżyć literaturę - przede wszystkim patrzenie na Don Juana. Ta sztuka była napisana przez Moliera już w jego czasach inaczej, a był to XVII wiek. Inaczej niż jego inne sztuki - mówi w rozmowie z nami Tomasz Schuchardt.
- Jest to Molier podróżujący. Zmieniają się przestrzenie, akcja nie dzieje się w jednym domu, miejscu, nie znajdziemy w naszej interpretacji jedności miejsca. Jedność akcji jest zaburzona. Długo szukaliśmy, jaki powinien być grany przeze mnie bohater – dodaje aktor.
I jak wspólne poszukiwania się skończyły?
Daliśmy mu więcej romantyzmu, ale okazało się, że pierwsze trzy akty, które miały pokazywać ogólnie jego miłość do kobiet, nie jego zafascynowanie od razu łamaniem niewieścich serc, to zakochiwanie się w nich, przestało nam trochę pracować na pozostałe akty - czwarty i piąty, czyli drugą część spektaklu - kiedy tak na prawdę mój bohater dostaje zewsząd po głowie za swoje postępowanie. Ale nie działało, dlatego dorzuciliśmy mu trochę więcej zapalczywości, diabelskości i chęci działania. No i oczywiście, że nie jest do końca w porządku, bo jednak łamie te kobiece serca. Reżyser Mikołaj Grabowski powiedział, że to przedstawienie nie jest dla niego o Don Juanie i kobietach, ale o seksualności samej w sobie. Są zaledwie trzy sceny, w których bohater jest z kobietami, jest za to masa innych rzeczy, innych sytuacji.
Nasz spektakl, jest trochę o rozpychaniu granic wolności. Jest tam jasno przedstawiony świat chrześcijański, i moralności chrześcijańskiej. Oraz świat ludzi, którzy po prostu żyją inaczej - czyli np. grany przeze mnie Don Juan. On widzi tę moralność inaczej. W inny sposób chce korzystać z tego świata. Fakt ten doprowadza do tego, że ten cały świat w ten sposób zakłamany - bo są to ludzie bez serc i bez ducha, a tylko nazywają siebie wiernymi Bogu - są do gruntu źli. Nawet gorsi niż sam Don Juan. Natomiast doprowadza to wszystko do tego - tak jak w dramacie jest pokazana jego przemiana, trochę świętoszkowatego - że staje się troszkę jak oni. Dorzuciliśmy jednak nieco więcej cynizmu i tego, że on to robi z premedytacją. On zmienia się - chcecie żebym był taki, to taki będę - mówi. Ale wtedy już nie będę dobrym, nie będę człowiekiem, który sobie żyje, korzysta z życia, ale gdzieś w głębi jest dobry - będę zły, taki jak wy.
To bardzo bolesna nauka...
Tak, to jest bardzo bolesna nauka. Oczywiście kończy się to dla niego dramatycznie, gdzieś w końcu bohatera dopadają, ale on wie, że gdzieś żył w duchu wolności, a ludzie którzy mówili o wolności, zabrali mu tę wolność. Widzimy, że dyskusja o tym w Polsce dopiero się zaczyna, to co we Francji odbywało się cztery wieki temu. Dlatego chyba ten wybór Don Juana jest adekwatny. Spór taki właśnie społeczno-moralny - tak zresztą politycy ustawili trochę rozmowę, odwracając uwagę od spraw ważnych typu ekonomia i socjalizm, przerzucili to wszystko na światopogląd. My też bierzemy na warsztat ten światopogląd i staramy się poprowadzić taką dyskusję. Zwłaszcza że w naszym zabiegu scenicznym – Don Juan z Sganarelem, czyli najlepszym swoim przyjacielem i sługą jednocześnie - ta postać jest mężczyzną, granym przez kobietę, cudowna Dorota Nowakowska wciela się w tę postać, - i ma swoją moralność bardziej boską, bliżej Boga i Don Juana. My tu nie robimy między nimi kłótni, czy nienawiści, ale pokazujemy przyjaźń. Są to ludzie, którzy muszą ze sobą żyć, są skazani na siebie, ale też chcą być na siebie skazani, i to jest też piękne. Dobrze, że Mikołaj to tak ustawił, w taki sposób, że to gra kobieta. Nie zmieniamy tu płci Sganarela, ale w jakiś sposób jest zmieniona, chcąc nie chcąc, tym zabiegiem. W ten sposób jest to dialog o kobietach i mężczyznach. Myślę, że jest to takie trochę nowe odczytanie sztuki.
Tłumaczenie jest nowe, Jerzego Radziwiłowicza.
Tak, sam tłumacz jest człowiekiem bardzo zajętym, i nie mieliśmy okazji się z nim spotkać, też czas temu nie służy. Spektakl dopracowywaliśmy już dwa miesiące temu, w czasie pandemii, i zamknięcia teatrów. Spotykanie się z dodatkową osobą, i narażanie jej na dodatkowe ryzyko nie było potrzebne.
Dobrze się pracowało z Mikołajem Grabowskim?
Ja mam z nim podobne poczucie humoru, przekomarzamy się cały czas. Ale strzelamy do tej samej bramki. Mnie się z nim pracowało super. To rasowy reżyser, wie co chce zrobić, wie jak prowadzić aktora, czyli jakie mu pytania zadawać, jakie mu stawiać zadania, żebyśmy osiągnęli ten efekt który gdzieś tam w głowie miał już wcześniej. Poza tym ma wykształcenie aktorskie, więc wie, na czym problem polega, i z czym je się ten chleb. Występować znowu przed publicznością, to jest cudowne uczucie. Ja już tydzień wcześniej grałem w Krakowie, coś wspaniałego. Przez pandemię wiele rzeczy odbieramy inaczej i doceniamy więcej...Zapraszam do teatru.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Ateneum w Warszawie.
"Don Juan, albo kamienna uczta", reż. Mikołaj Grabowski, w roli tytułowej Tomasz Schuchardt. Foto Bartek Warzecha
Spektakl obejrzała 13 czerwca Małgosia
Następne przedstawienia – 21, 22, 23 i 24 września
Jaki jest nowy "Don Juan" w reżyserii Mikołaja Grabowskiego, którego premiera odbyła się 11 czerwca w tak lubianym przez publiczność Teatrze Ateneum w Warszawie..? Pytamy o to głównego bohatera, odtwórcę tytułowej roli, aktora stołecznej sceny Tomasza Schuchardta.
To Twój pierwszy kontakt z Molierem, czy już w Akademii miałeś okazję wcielać się w którąś postać tego słynnego pisarza?
W Akademii tylko oglądałem inscenizacje Moliera w wykonaniu kolegów, zatem jest to mój pierwszy Molier na koncie, a jaki będzie..? Staraliśmy się jak zawsze, nieco odświeżyć literaturę - przede wszystkim patrzenie na Don Juana. Ta sztuka była napisana przez Moliera już w jego czasach inaczej, a był to XVII wiek. Inaczej niż jego inne sztuki - mówi w rozmowie z nami Tomasz Schuchardt.
- Jest to Molier podróżujący. Zmieniają się przestrzenie, akcja nie dzieje się w jednym domu, miejscu, nie znajdziemy w naszej interpretacji jedności miejsca. Jedność akcji jest zaburzona. Długo szukaliśmy, jaki powinien być grany przeze mnie bohater – dodaje aktor.
I jak wspólne poszukiwania się skończyły?
Daliśmy mu więcej romantyzmu, ale okazało się, że pierwsze trzy akty, które miały pokazywać ogólnie jego miłość do kobiet, nie jego zafascynowanie od razu łamaniem niewieścich serc, to zakochiwanie się w nich, przestało nam trochę pracować na pozostałe akty - czwarty i piąty, czyli drugą część spektaklu - kiedy tak na prawdę mój bohater dostaje zewsząd po głowie za swoje postępowanie. Ale nie działało, dlatego dorzuciliśmy mu trochę więcej zapalczywości, diabelskości i chęci działania. No i oczywiście, że nie jest do końca w porządku, bo jednak łamie te kobiece serca. Reżyser Mikołaj Grabowski powiedział, że to przedstawienie nie jest dla niego o Don Juanie i kobietach, ale o seksualności samej w sobie. Są zaledwie trzy sceny, w których bohater jest z kobietami, jest za to masa innych rzeczy, innych sytuacji.
Nasz spektakl, jest trochę o rozpychaniu granic wolności. Jest tam jasno przedstawiony świat chrześcijański, i moralności chrześcijańskiej. Oraz świat ludzi, którzy po prostu żyją inaczej - czyli np. grany przeze mnie Don Juan. On widzi tę moralność inaczej. W inny sposób chce korzystać z tego świata. Fakt ten doprowadza do tego, że ten cały świat w ten sposób zakłamany - bo są to ludzie bez serc i bez ducha, a tylko nazywają siebie wiernymi Bogu - są do gruntu źli. Nawet gorsi niż sam Don Juan. Natomiast doprowadza to wszystko do tego - tak jak w dramacie jest pokazana jego przemiana, trochę świętoszkowatego - że staje się troszkę jak oni. Dorzuciliśmy jednak nieco więcej cynizmu i tego, że on to robi z premedytacją. On zmienia się - chcecie żebym był taki, to taki będę - mówi. Ale wtedy już nie będę dobrym, nie będę człowiekiem, który sobie żyje, korzysta z życia, ale gdzieś w głębi jest dobry - będę zły, taki jak wy.
To bardzo bolesna nauka...
Tak, to jest bardzo bolesna nauka. Oczywiście kończy się to dla niego dramatycznie, gdzieś w końcu bohatera dopadają, ale on wie, że gdzieś żył w duchu wolności, a ludzie którzy mówili o wolności, zabrali mu tę wolność. Widzimy, że dyskusja o tym w Polsce dopiero się zaczyna, to co we Francji odbywało się cztery wieki temu. Dlatego chyba ten wybór Don Juana jest adekwatny. Spór taki właśnie społeczno-moralny - tak zresztą politycy ustawili trochę rozmowę, odwracając uwagę od spraw ważnych typu ekonomia i socjalizm, przerzucili to wszystko na światopogląd. My też bierzemy na warsztat ten światopogląd i staramy się poprowadzić taką dyskusję. Zwłaszcza że w naszym zabiegu scenicznym – Don Juan z Sganarelem, czyli najlepszym swoim przyjacielem i sługą jednocześnie - ta postać jest mężczyzną, granym przez kobietę, cudowna Dorota Nowakowska wciela się w tę postać, - i ma swoją moralność bardziej boską, bliżej Boga i Don Juana. My tu nie robimy między nimi kłótni, czy nienawiści, ale pokazujemy przyjaźń. Są to ludzie, którzy muszą ze sobą żyć, są skazani na siebie, ale też chcą być na siebie skazani, i to jest też piękne. Dobrze, że Mikołaj to tak ustawił, w taki sposób, że to gra kobieta. Nie zmieniamy tu płci Sganarela, ale w jakiś sposób jest zmieniona, chcąc nie chcąc, tym zabiegiem. W ten sposób jest to dialog o kobietach i mężczyznach. Myślę, że jest to takie trochę nowe odczytanie sztuki.
Tłumaczenie jest nowe, Jerzego Radziwiłowicza.
Tak, sam tłumacz jest człowiekiem bardzo zajętym, i nie mieliśmy okazji się z nim spotkać, też czas temu nie służy. Spektakl dopracowywaliśmy już dwa miesiące temu, w czasie pandemii, i zamknięcia teatrów. Spotykanie się z dodatkową osobą, i narażanie jej na dodatkowe ryzyko nie było potrzebne.
Dobrze się pracowało z Mikołajem Grabowskim?
Ja mam z nim podobne poczucie humoru, przekomarzamy się cały czas. Ale strzelamy do tej samej bramki. Mnie się z nim pracowało super. To rasowy reżyser, wie co chce zrobić, wie jak prowadzić aktora, czyli jakie mu pytania zadawać, jakie mu stawiać zadania, żebyśmy osiągnęli ten efekt który gdzieś tam w głowie miał już wcześniej. Poza tym ma wykształcenie aktorskie, więc wie, na czym problem polega, i z czym je się ten chleb. Występować znowu przed publicznością, to jest cudowne uczucie. Ja już tydzień wcześniej grałem w Krakowie, coś wspaniałego. Przez pandemię wiele rzeczy odbieramy inaczej i doceniamy więcej...Zapraszam do teatru.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Ateneum w Warszawie.
"Don Juan, albo kamienna uczta", reż. Mikołaj Grabowski, w roli tytułowej Tomasz Schuchardt. Foto Bartek Warzecha
Spektakl obejrzała 13 czerwca Małgosia
Następne przedstawienia – 21, 22, 23 i 24 września
poniedziałek, 11 stycznia 2021
"Ława przysięgłych" - historyczna premiera online w Teatrze Ateneum
Teatr Ateneum 19 grudnia 2020 zaprosił widzów na premierę online spektaklu "Ława przysięgłych" Ivana Klimy w reż. Jakuba Krofty. W spektaklu występują: Maria Ciunelis, Przemysław Bluszcz, Tomasz Kozłowicz, Janusz Łagodziński, Magdalena Schejbal, Grzegorz Damięcki, Dorota Nowakowska, Bartłomiej Nowosielski i Tadeusz Borowski.
Sprawa na pierwsze spojrzenie wydaje się niezbyt skomplikowana. Mamy sądową ławę przysięgłych, która składa się ze zwykłych ludzi – od sklepikarki po fryzjera – oni mają orzec, czy pewien obywatel zamordował swoją narzeczoną, czy też nie. Okoliczności wskazują, że raczej nie, i że zrobił to ktoś inny. Problem w tym, że sąd, dla którego pracuje ława przysięgłych, jest trochę dziwny. Zdaje się oczekiwać, że ława wyda werdykt nie mający się nijak do rzeczywistości, i robi wszystko, żeby tak właśnie się stało. To powoduje, że sprawa zaczyna się komplikować i plątać, zmierzając w stronę horroru i absurdu.
Premiera online – o tym raczej nigdy nikt nawet nie pomyślał?.. Jednak w obecnym tak trudnym czasie, to chyba jedyne dobre rozwiązanie? Jaka jest Pana opinia w tej kwestii?
Mam naprawdę mieszane uczucia. To taki teatr w pół drogi, ale znalazłem pewien pozytyw. Do tych działań musiałem wypracować zupełnie nowy rodzaj koncentracji. Jakość tego typu realizacji bywa bardzo słaba i internet zalewa masa bylejakości. Tym bardziej trzeba walczyć o artystyczny poziom wydarzenia. Dla mnie to jest adrenalina, bo lubię eksperymenty – powiedział w rozmowie z nami aktor Teatru Ateneum, Grzegorz Damięcki. "Ława przysięgłych" – czarna komedia nawet pasuje do tego pandemicznego czasu. Proszę powiedzieć kilka słów o granej przez Pana postaci?
Mój bohater, to ktoś, kogo bałbym się spotkać w sądzie. Władza oddana w ręce takich ludzi budzi we mnie niepokój...
Jak się pracowało z czeskim reżyserem i scenografem? W jakim języku się porozumiewaliście? Były jakieś zabawne sytuacje? Coraz częściej zagraniczni twórcy przyjeżdżają do nas reżyserować spektakle, a to chyba jest też z korzyścią dla nas?
Są same plusy takich spotkań. Inne doświadczenie, inna kultura, poczucie humoru i tak dalej. Środowisko wymarzone do artystycznego rozwoju. Śmieszne jest to, co się dzieje na styku podobnych z grubsza języków. Pozornie... no właśnie po czesku znaczy uważnie. A miłość to láska. Śmialiśmy się z siebie co chwila...
Sztuka powstała w latach 60-tych. Jak się ma do naszych czasów?
Oczywiście, niestety jest aktualna. Dla teatru to świetna wiadomość. Dla obywateli trochę gorsza. Łatwo wejść w buty konformisty, łatwo zrobić jeszcze jeden krok i sprzedać swoje przekonania, krok następny i już można zostać kanalią. Mamy to dziś, żadna ze stron polskiej wojenki nie ma co do tego wątpliwości.
Jak się Pan odnajduje w tych ciężkich pandemicznych czasach? Ma Pan swój lek na to, aby nie zwariować?
10 dni przesiedziałem w garażu podczas kwarantanny. Dużo myślałem, czytałem i słuchałem muzyki. Dotarło do mnie ile czasu przecieka nam między palcami. Lek? Żyć blisko ludzi, więcej słuchać niż gadać. Zadawać trudne pytania i łatwo się nie zniechęcać.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Sztukę online 19 grudnia obejrzała Małgosia
Teatr Ateneum w Warszawie, "Ława przysięgłych", reż. Jakub Krofta
Grzegorz Damięcki w roli lobbysty, foto Bartek Warzecha.
Premiera online – o tym raczej nigdy nikt nawet nie pomyślał?.. Jednak w obecnym tak trudnym czasie, to chyba jedyne dobre rozwiązanie? Jaka jest Pana opinia w tej kwestii?
Mam naprawdę mieszane uczucia. To taki teatr w pół drogi, ale znalazłem pewien pozytyw. Do tych działań musiałem wypracować zupełnie nowy rodzaj koncentracji. Jakość tego typu realizacji bywa bardzo słaba i internet zalewa masa bylejakości. Tym bardziej trzeba walczyć o artystyczny poziom wydarzenia. Dla mnie to jest adrenalina, bo lubię eksperymenty – powiedział w rozmowie z nami aktor Teatru Ateneum, Grzegorz Damięcki. "Ława przysięgłych" – czarna komedia nawet pasuje do tego pandemicznego czasu. Proszę powiedzieć kilka słów o granej przez Pana postaci?
Mój bohater, to ktoś, kogo bałbym się spotkać w sądzie. Władza oddana w ręce takich ludzi budzi we mnie niepokój...
Jak się pracowało z czeskim reżyserem i scenografem? W jakim języku się porozumiewaliście? Były jakieś zabawne sytuacje? Coraz częściej zagraniczni twórcy przyjeżdżają do nas reżyserować spektakle, a to chyba jest też z korzyścią dla nas?
Są same plusy takich spotkań. Inne doświadczenie, inna kultura, poczucie humoru i tak dalej. Środowisko wymarzone do artystycznego rozwoju. Śmieszne jest to, co się dzieje na styku podobnych z grubsza języków. Pozornie... no właśnie po czesku znaczy uważnie. A miłość to láska. Śmialiśmy się z siebie co chwila...
Sztuka powstała w latach 60-tych. Jak się ma do naszych czasów?
Oczywiście, niestety jest aktualna. Dla teatru to świetna wiadomość. Dla obywateli trochę gorsza. Łatwo wejść w buty konformisty, łatwo zrobić jeszcze jeden krok i sprzedać swoje przekonania, krok następny i już można zostać kanalią. Mamy to dziś, żadna ze stron polskiej wojenki nie ma co do tego wątpliwości.
Jak się Pan odnajduje w tych ciężkich pandemicznych czasach? Ma Pan swój lek na to, aby nie zwariować?
10 dni przesiedziałem w garażu podczas kwarantanny. Dużo myślałem, czytałem i słuchałem muzyki. Dotarło do mnie ile czasu przecieka nam między palcami. Lek? Żyć blisko ludzi, więcej słuchać niż gadać. Zadawać trudne pytania i łatwo się nie zniechęcać.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Sztukę online 19 grudnia obejrzała Małgosia
Teatr Ateneum w Warszawie, "Ława przysięgłych", reż. Jakub Krofta
Grzegorz Damięcki w roli lobbysty, foto Bartek Warzecha.
czwartek, 8 października 2020
Nowy sezon teatralny i nowa rzeczywistość
Teatr to ruch, to wymiana energii pomiędzy aktorami i widownią. To płynne uzupełnianie się. Jedno bez drugiego nie istnieje. W marcu cały świat się zatrzymał, zapanował strach i niepewność o to, co przyniesie jutrzejszy dzień, i nic się w tej kwestii nie zmieniło. Pandemia koronawirusa po lekkim spadku z powrotem coraz mocniej daje o sobie znać.
Nowa "Scena 20" w Teatrze Ateneum, foto Bartek Warzecha
Świat się zatrzymał, sport, kultura….walczymy o ten powrót do normalności, ale jest to trudniejsze, niż się tego spodziewaliśmy. Miłośnicy teatru czekali na otwarcie drzwi do swoich ukochanych scen, a gdy te się uchyliły na bardzo rygorystycznych zasadach – po prostu dalej się boimy, czy te drzwi nie zostaną ponownie zamknięte.
Czekaliśmy na ten nowy sezon pełni obaw, ale i nadziei, a jak mówią - nadzieja umiera ostatnia…Wrzesień był tym miesiącem, w którym spora grupa spragnionych tej sztuki zawitała do swoich ulubionych teatrów. Teatry szybciej niż normalnie wystawiają premierę za premierą, jakby chciały zrobić jak najwięcej, wykonać jak największą pracę i dać radość spragnionym sztuki na żywo. Większość z nas, mimo, że wdzięczna za spektakle online – pragnie tego kontaktu na żywo ze swoimi ukochanymi aktorami i scenami.
Po 185 dniach przerwy Teatr Wielki – Opera Narodowa rozpoczął nowy sezon artystyczny 2020/21. Na inaugurację zaśpiewał dla nas znakomity młody polski kontratenor Jakub Józef Orliński...i to była niebiańska uczta i niezapomniany koncert. Po wspaniałym artyście w kolejnym dniu na scenę wkroczył cykliczny już koncert "Głosy Gór" z muzyką wybitnych polskich kompozytorów – Karola Szymanowskiego, Henryka Mikołaja Góreckiego i Wojciech Kilara, a w wykonaniu w nowoczesnej aranżacji przez takich mistrzów jak Janusz Olejniczak, Jan Smoczyński oraz Atom String Quartet, Neo Quartet, po Kwartet góralski znakomitego Sebastiana Karpiela-Bułecki, Jana Młynarskiego i Andrzeja Święsa.
Kilka dni później, 17 września baletowa publiczność spragniona swoich ulubieńców z Polskiego Baletu Narodowego obejrzała premierę jednego z najsłynniejszych i najbardziej widowiskowych baletów światowego repertuaru pod tytułem "Korsarz". Balet ten wrócił na stołeczną scenę po 150-letniej nieobecności. Oglądamy go w wersji inscenizacyjnej Manuela Legris, wybitnego francuskiego tancerza i baletmistrza. Na scenie nasze asy baletu, między innymi – Yuka Ebihara, Mai Kageyama, Vladimir Yaroshenko, Maksim Woitiul, Patryk Walczak.
8 października będziemy mogli usłyszeć jednego z najlepszych tenorów na świecie – Piotra Beczałę. Na sezon 2020/21 została bowiem przeniesiona premiera opery "Werther" Julesa Masseneta w wersji Willy'ego Deckera, w którym partię tytułową zaśpiewa właśnie Piotr Beczała.
Bardzo lubiany przez publiczność Teatr Ateneum również rozpoczął nowy sezon bardzo mocnym akcentem – otwierając nową "Scenę 20". Działalność nowej sceny zainaugurował spektakl "Kwartet" Ronalda Harwooda w reż. Wojciecha Adamczyka. W bardzo ciekawym, nostalgicznym, ale i zabawnym oraz pełnym ciepła przedstawieniu plejada gwiazd – Magdalena Zawadzka, Marzena Trybała, Sylwia Zmitrowicz, Krzysztof Tyniec i Krzysztof Gosztyła.
Stanowisko dyrektora artystycznego Teatru Ateneum objął 5 października Wojciech Adamczyk, reżyser teatralny i telewizyjny, nauczyciel akademicki w warszawskiej Akademii Teatralnej - poinformował teatr.
Dużo się dzieje, my się cieszymy, ale ta niepewność i lęk cały czas nam towarzyszy. Uważajmy, przestrzegajmy obostrzeń i zasad, które mają nam pomóc w tym trudnym dojściu do upragnionego celu, jakim będzie normalność.
Małgorzata Gotowiec
Nowa "Scena 20" w Teatrze Ateneum, foto Bartek Warzecha
Świat się zatrzymał, sport, kultura….walczymy o ten powrót do normalności, ale jest to trudniejsze, niż się tego spodziewaliśmy. Miłośnicy teatru czekali na otwarcie drzwi do swoich ukochanych scen, a gdy te się uchyliły na bardzo rygorystycznych zasadach – po prostu dalej się boimy, czy te drzwi nie zostaną ponownie zamknięte.
Czekaliśmy na ten nowy sezon pełni obaw, ale i nadziei, a jak mówią - nadzieja umiera ostatnia…Wrzesień był tym miesiącem, w którym spora grupa spragnionych tej sztuki zawitała do swoich ulubionych teatrów. Teatry szybciej niż normalnie wystawiają premierę za premierą, jakby chciały zrobić jak najwięcej, wykonać jak największą pracę i dać radość spragnionym sztuki na żywo. Większość z nas, mimo, że wdzięczna za spektakle online – pragnie tego kontaktu na żywo ze swoimi ukochanymi aktorami i scenami.
Po 185 dniach przerwy Teatr Wielki – Opera Narodowa rozpoczął nowy sezon artystyczny 2020/21. Na inaugurację zaśpiewał dla nas znakomity młody polski kontratenor Jakub Józef Orliński...i to była niebiańska uczta i niezapomniany koncert. Po wspaniałym artyście w kolejnym dniu na scenę wkroczył cykliczny już koncert "Głosy Gór" z muzyką wybitnych polskich kompozytorów – Karola Szymanowskiego, Henryka Mikołaja Góreckiego i Wojciech Kilara, a w wykonaniu w nowoczesnej aranżacji przez takich mistrzów jak Janusz Olejniczak, Jan Smoczyński oraz Atom String Quartet, Neo Quartet, po Kwartet góralski znakomitego Sebastiana Karpiela-Bułecki, Jana Młynarskiego i Andrzeja Święsa.
Kilka dni później, 17 września baletowa publiczność spragniona swoich ulubieńców z Polskiego Baletu Narodowego obejrzała premierę jednego z najsłynniejszych i najbardziej widowiskowych baletów światowego repertuaru pod tytułem "Korsarz". Balet ten wrócił na stołeczną scenę po 150-letniej nieobecności. Oglądamy go w wersji inscenizacyjnej Manuela Legris, wybitnego francuskiego tancerza i baletmistrza. Na scenie nasze asy baletu, między innymi – Yuka Ebihara, Mai Kageyama, Vladimir Yaroshenko, Maksim Woitiul, Patryk Walczak.
8 października będziemy mogli usłyszeć jednego z najlepszych tenorów na świecie – Piotra Beczałę. Na sezon 2020/21 została bowiem przeniesiona premiera opery "Werther" Julesa Masseneta w wersji Willy'ego Deckera, w którym partię tytułową zaśpiewa właśnie Piotr Beczała.
Bardzo lubiany przez publiczność Teatr Ateneum również rozpoczął nowy sezon bardzo mocnym akcentem – otwierając nową "Scenę 20". Działalność nowej sceny zainaugurował spektakl "Kwartet" Ronalda Harwooda w reż. Wojciecha Adamczyka. W bardzo ciekawym, nostalgicznym, ale i zabawnym oraz pełnym ciepła przedstawieniu plejada gwiazd – Magdalena Zawadzka, Marzena Trybała, Sylwia Zmitrowicz, Krzysztof Tyniec i Krzysztof Gosztyła.
Stanowisko dyrektora artystycznego Teatru Ateneum objął 5 października Wojciech Adamczyk, reżyser teatralny i telewizyjny, nauczyciel akademicki w warszawskiej Akademii Teatralnej - poinformował teatr.
Dużo się dzieje, my się cieszymy, ale ta niepewność i lęk cały czas nam towarzyszy. Uważajmy, przestrzegajmy obostrzeń i zasad, które mają nam pomóc w tym trudnym dojściu do upragnionego celu, jakim będzie normalność.
Małgorzata Gotowiec
wtorek, 28 kwietnia 2020
Grzegorz Kwiecień o ostatniej premierze Teatru Narodowego
Cały świat przeżywa obecnie bardzo trudny okres z powodu szalejącej pandemii koronawirusa. Życie się zatrzymało, a kiedy wrócimy do jakiejś normalności? – trudno dziś odpowiedzieć na to pytanie. Ludzie sztuki, artyści, ale i my widzowie, mamy nadzieję, że we wrześniu będzie nam dane oglądanie przedstawień teatralnych na żywo, ale czy tak się stanie...tego nie wie nikt. Ostatnią premierą Sceny Narodowej w Warszawie był "Woyzeck" Georga Büchnera w reżyserii Piotra Cieplaka.
W garnizonie dochodzi do morderstwa. Prosty żołnierz zabija narzeczoną.
Z czego wynika jego zbrodnia? Czyn ten przeraża czy może budzi współczucie? Kto jest zbrodniarzem, a kto ofiarą? Gdzie kończy się ciało, a gdzie zaczyna się dusza?
Arcydzieło europejskiego romantyzmu, dramat Georga Büchnera "Woyzeck" w reżyserii Piotra Cieplaka 15 lutego miał premierę w Teatrze Narodowym w Warszawie.
O ostatniej premierze rozmawiamy z aktorem Sceny Narodowej, Grzegorzem Kwietniem.
Miłość, śmierć, to są tematy, które zawsze będą towarzyszyć ludziom. Jaki jest wasz dramat?
Przede wszystkim jest to dramat smutny. Jest też stosunkowo krótki, dodatkowo zaznaczona będzie dominująca historia jednostki. Na pewno uwikłanej w nieswoje sprawy. Z tego wychodzi dramat tej jednostki przekładający się na szerszą sprawę. Poczucie smutku - i mam nadzieję - kibicowania przez widza bohaterowi, będzie sprawiało - mam nadzieję - pobudzenie do refleksji nad tym losem. Także co powoduje ten dramat jednostki, która niczemu nie jest winna, a przynajmniej na początku na nic złego nie zasługuje. To jest klucz sprawy.
Jak to jest z karą śmierci w przedstawieniu?
Nie chciałbym za dużo zdradzać, bo nasz reżyser znany jest z tego, że operuje metaforą, i nie męczy widza takim epatowaniem kawy na ławę, że ja sądzę tak, i proszę się z tym pogodzić. Raczej otwiera temat, tym bardziej dosmacza pewne sprawy, żeby otworzyć szerszy kontekst, aby pootwierać jak najwięcej ścieżek, żeby widz mógł sam po swojemu spojrzeć na pewne rzeczy. Temat jest trudny - oko za oko, ząb za ząb - zrezygnowaliśmy z tego systemu. Jako zachodnia cywilizacja, uważamy że słusznie. Ale można mieć oczywiście odmienne zdanie.
Dramat, jak pan powiedział, jest trudny, nieskończony przez autora...
Zakończenie jest na pewno nieoczywiste. Potraktowane wprost, tak jak jest w dramacie. Jestem przekonany, że nie odbywa się żaden "gwałt" na autorze, a tak jak wcześniej powiedziałem, jest to raczej kwestia otwarcia tematu, i pogłębienia go na tyle, na ile jest to możliwe.
Lubicie pracować z Piotrem Cieplakiem.
Zdecydowanie tak. Z Piotrem nam się super pracuje. Nie pierwszy raz się spotykamy, to jest nasz reżyser, my go kochamy i jestem pewien, że z wzajemnością. Grupa, która została dobrana do spektaklu, jest też taką grupą, która się zna, przyjaźni, której ze sobą się dobrze pracuje. Natomiast sama praca była ciężka. Było bardzo ciężko, mimo tego, że przedstawienie jest krótkie, to mamy wiele scen zbiorowych, gdzie musieliśmy się porządnie urobić. Mamy też kostiumy w scenie jarmarku, w których jest mało wygodnie i komfortowo. Jest to jednak scena bardzo nieoczywista. Jestem ciekaw, jak widzowie na nią zareagują, ponieważ jest to wymysł na temat, w ramach sprawy, której de facto postaci nie ma w sztuce.
Dawno nikt nie sięgał po ten dramat.
Poniekąd dlatego, że uchodzi za dramat trudny, długi i straszący, że może być nudno. Ale my się nie boimy.
Proszę nieco zdradzić, jaka jest pana rola?
Ja pracuję w zbiorowości, jestem - jak wielu – żołnierzem w smutnym garnizonie, smutnego małego miasteczka. Mam też solówkę pijanego czeladnika, który pijany wstaje i opowiada jak to po pijanemu w nocy podczas męskich rozmów opowiada ni głupio, ni mądrze - po gombrowiczowsku. Piotr pracuje poezją w dużej mierze, i ta jego poezja, ta metafora, to pozostawienie w takim pięknym, ale dominującym określeniu, to siła rozgrzebywania tych spraw o których będzie w spektaklu. Ja się zawsze zastanawiam, jak on to robi. Pracujemy przez bardzo długi czas na takich plamach - plamy myśli, plamy scen. I potem nie wiadomo jak, to wszystko wychodzi i widzimy całość. Jesteśmy świadkami tematu, który trzeba najpierw przedyskutować, nie można zatrzymywać się na samej fabule, bo byłaby bardzo licha.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Narodowy w Warszawie, "Woyzeck" Georga Büchnera, reżyseria Piotr Cieplak.
Grzegorz Kwiecień – Żołnierz, Kaznodzieja, Koń.
Fot. Krzysztof Bieliński
W garnizonie dochodzi do morderstwa. Prosty żołnierz zabija narzeczoną.
Z czego wynika jego zbrodnia? Czyn ten przeraża czy może budzi współczucie? Kto jest zbrodniarzem, a kto ofiarą? Gdzie kończy się ciało, a gdzie zaczyna się dusza?
Arcydzieło europejskiego romantyzmu, dramat Georga Büchnera "Woyzeck" w reżyserii Piotra Cieplaka 15 lutego miał premierę w Teatrze Narodowym w Warszawie.
O ostatniej premierze rozmawiamy z aktorem Sceny Narodowej, Grzegorzem Kwietniem.
Miłość, śmierć, to są tematy, które zawsze będą towarzyszyć ludziom. Jaki jest wasz dramat?
Przede wszystkim jest to dramat smutny. Jest też stosunkowo krótki, dodatkowo zaznaczona będzie dominująca historia jednostki. Na pewno uwikłanej w nieswoje sprawy. Z tego wychodzi dramat tej jednostki przekładający się na szerszą sprawę. Poczucie smutku - i mam nadzieję - kibicowania przez widza bohaterowi, będzie sprawiało - mam nadzieję - pobudzenie do refleksji nad tym losem. Także co powoduje ten dramat jednostki, która niczemu nie jest winna, a przynajmniej na początku na nic złego nie zasługuje. To jest klucz sprawy.
Jak to jest z karą śmierci w przedstawieniu?
Nie chciałbym za dużo zdradzać, bo nasz reżyser znany jest z tego, że operuje metaforą, i nie męczy widza takim epatowaniem kawy na ławę, że ja sądzę tak, i proszę się z tym pogodzić. Raczej otwiera temat, tym bardziej dosmacza pewne sprawy, żeby otworzyć szerszy kontekst, aby pootwierać jak najwięcej ścieżek, żeby widz mógł sam po swojemu spojrzeć na pewne rzeczy. Temat jest trudny - oko za oko, ząb za ząb - zrezygnowaliśmy z tego systemu. Jako zachodnia cywilizacja, uważamy że słusznie. Ale można mieć oczywiście odmienne zdanie.
Dramat, jak pan powiedział, jest trudny, nieskończony przez autora...
Zakończenie jest na pewno nieoczywiste. Potraktowane wprost, tak jak jest w dramacie. Jestem przekonany, że nie odbywa się żaden "gwałt" na autorze, a tak jak wcześniej powiedziałem, jest to raczej kwestia otwarcia tematu, i pogłębienia go na tyle, na ile jest to możliwe.
Lubicie pracować z Piotrem Cieplakiem.
Zdecydowanie tak. Z Piotrem nam się super pracuje. Nie pierwszy raz się spotykamy, to jest nasz reżyser, my go kochamy i jestem pewien, że z wzajemnością. Grupa, która została dobrana do spektaklu, jest też taką grupą, która się zna, przyjaźni, której ze sobą się dobrze pracuje. Natomiast sama praca była ciężka. Było bardzo ciężko, mimo tego, że przedstawienie jest krótkie, to mamy wiele scen zbiorowych, gdzie musieliśmy się porządnie urobić. Mamy też kostiumy w scenie jarmarku, w których jest mało wygodnie i komfortowo. Jest to jednak scena bardzo nieoczywista. Jestem ciekaw, jak widzowie na nią zareagują, ponieważ jest to wymysł na temat, w ramach sprawy, której de facto postaci nie ma w sztuce.
Dawno nikt nie sięgał po ten dramat.
Poniekąd dlatego, że uchodzi za dramat trudny, długi i straszący, że może być nudno. Ale my się nie boimy.
Proszę nieco zdradzić, jaka jest pana rola?
Ja pracuję w zbiorowości, jestem - jak wielu – żołnierzem w smutnym garnizonie, smutnego małego miasteczka. Mam też solówkę pijanego czeladnika, który pijany wstaje i opowiada jak to po pijanemu w nocy podczas męskich rozmów opowiada ni głupio, ni mądrze - po gombrowiczowsku. Piotr pracuje poezją w dużej mierze, i ta jego poezja, ta metafora, to pozostawienie w takim pięknym, ale dominującym określeniu, to siła rozgrzebywania tych spraw o których będzie w spektaklu. Ja się zawsze zastanawiam, jak on to robi. Pracujemy przez bardzo długi czas na takich plamach - plamy myśli, plamy scen. I potem nie wiadomo jak, to wszystko wychodzi i widzimy całość. Jesteśmy świadkami tematu, który trzeba najpierw przedyskutować, nie można zatrzymywać się na samej fabule, bo byłaby bardzo licha.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Narodowy w Warszawie, "Woyzeck" Georga Büchnera, reżyseria Piotr Cieplak.
Grzegorz Kwiecień – Żołnierz, Kaznodzieja, Koń.
Fot. Krzysztof Bieliński
czwartek, 27 lutego 2020
Mateusz Weber o premierze musicalu "Człowiek z La Manchy"
31 stycznia na deskach Teatru Dramatycznego, Sceny im. Gustawa Holoubka odbyła się premiera musicalu "Człowiek z La Manchy". Tak teatr zachęca do obejrzenia nowego spektaklu: „Piękna i ponadczasowa opowieść o sile słowa, która przemienia marzenia w rzeczywistość. Kto nie lubi baśni? Kto nie lubi wracać do lat dzieciństwa? Czy szaleńcem jest ten, który walczy z wiatrakami i pragnie naprawiać krzywdy, czy ten, który uznaje świat za niezmienny i oczywisty? W historii o nieustraszonym Don Kichocie sprawy głębokie i dotkliwe stykają się z rubasznością i dowcipem, a czułość przeplata się z brutalnością. Człowiek z La Manchy to pełen rozmachu musical. W broadwayowskim hicie zainspirowanym powieścią Miguela de Cervantesa nie zabraknie historii miłosnej, wartkich dialogów i dużej dawki humoru.”
O premierze Teatru Dramatycznego rozmawiamy z Mateuszem Weberem, który wciela się w postać Padre.
Zapowiada się gorąco...
Tak, oglądałem kawałek próby z pierwszego balkonu i wygląda to niesamowicie. Ten hiszpański duch, i aranżacja Adama Sztaby jest porywająca. To jak wspaniale Adam z nami pracował, miło na to było patrzeć i w tym uczestniczyć – mówi nam Mateusz Weber.
- Po raz kolejny udało nam się zbudować ciekawy zespół, który świetnie ze sobą współgra – cieszy się Mateusz.
To chyba nie było aż takie trudne? Zespół macie znakomity.
Dziękuje. To prawda, zgadzam się z tym całkowicie. Mamy dobrany zespół w Teatrze Dramatycznym. To nie pierwsze nasze przedstawienie na taką skalę. Reżyser Anna Wieczur-Bluszcz wprowadziła nas w bajkowy świat. Scenografia jest ręcznie malowana, fantastycznie to z całością się komponuje. Opowiadamy historię, która jest piękną legendą. Ktoś mnie ostatnio zapytał - po co się robi dziś Don Kichota? A ja odpowiadam, że porusza podstawowe z najważniejszych kwestii: wiarę i lepszy świat. I chce urzeczywistnić marzenia. Pokazuje, jak ważne są rzeczywistość i marzenia, i to, by żyć po prostu w zgodzie z samym sobą i być dobrym dla innych. Tego brakuje nam w codziennym, dzisiejszym życiu, dlatego uważam, że to przedstawienie jest ważne. A dodatkowo, w jakiej wersji jest pokazane - bardzo klasycznie. Są także wplecione pewne elementy współczesności, zupełnie świadomie, i dobrze, niech będą. Ania Wieczur-Bluszcz jest perfekcjonistką w każdym calu.
Powiedz coś o swoim bohaterze...
Gram Padre, człowieka, który przyjaźni się z Kichaną. Myślę, że też jest marzycielem, w swoim patrzeniu na świat. Kiedy Kichana znika, razem ruszają w poszukiwania dwóch światów: wiary i nauki. Te dwa światy się gdzieś ze sobą ścierają. Mam nadzieję, że udało nam się wypracować jakiś ciekawy konflikt. Pojawia się też wątek miłosny. Jest zakochany, ale nie zdradzajmy wszystkiego…
Czy jak w powieści pojawia się wątek więzienny?
Będą sceny więzienne. Nie chcę za dużo mówić, żeby widz sam przyszedł i się przekonał, jak nam się udało przedstawić całą tę historię.
Dodam tylko, że więzienie jest zupełnie innym światem, jest nieco uwspółcześnione. Jest to świat stworzony przez Don Kichota. Na tym się przede wszystkim historia opiera. Akcja jest dość wartka. Wszystkie sceny rozgrywają się w niesamowitym tempie.
Trzy musicale z najwyższej półki w repertuarze. Jest się czym pochwalić.
Musimy pamiętać, że jesteśmy teatrem dramatycznym, ale repertuar musicalowy, którym się zajmujemy, daje nam ogromne możliwości. Chodzi o granie dramatyczne, i na szczęście dobrze się w nim czujemy. Mamy wszechstronny zespół, który potrafi na równi śpiewać i grać dramatyczne role. Szczególnie udowadnia to praca z dziesięcioosobową orkiestrą i dyrygentem. Praca pod batutą jest czymś zupełnie innym, to jest dla mnie nowe doświadczenie. No i znakomity zespół Adama Sztaby... Bardzo się cieszę, że biorę udział w tym projekcie, muzyka towarzyszy nam praktycznie cały czas. Zapraszamy w progi naszego teatru!
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
"Człowiek z La Manchy" D. Wasserman, M. Leigh, J. Darion
Teatr Dramatyczny w Warszawie, Scena im. G. Holoubka
reżyseria Anna Wieczur-Bluszcz
PREMIERA 31 stycznia 2020 r.
Mateusz Weber w roli Padre
Foto Krzysztof Bieliński
Najbliższe spektakle – 28 i 29 lutego, 1, 28, 29 marca
O premierze Teatru Dramatycznego rozmawiamy z Mateuszem Weberem, który wciela się w postać Padre.
Zapowiada się gorąco...
Tak, oglądałem kawałek próby z pierwszego balkonu i wygląda to niesamowicie. Ten hiszpański duch, i aranżacja Adama Sztaby jest porywająca. To jak wspaniale Adam z nami pracował, miło na to było patrzeć i w tym uczestniczyć – mówi nam Mateusz Weber.
- Po raz kolejny udało nam się zbudować ciekawy zespół, który świetnie ze sobą współgra – cieszy się Mateusz.
To chyba nie było aż takie trudne? Zespół macie znakomity.
Dziękuje. To prawda, zgadzam się z tym całkowicie. Mamy dobrany zespół w Teatrze Dramatycznym. To nie pierwsze nasze przedstawienie na taką skalę. Reżyser Anna Wieczur-Bluszcz wprowadziła nas w bajkowy świat. Scenografia jest ręcznie malowana, fantastycznie to z całością się komponuje. Opowiadamy historię, która jest piękną legendą. Ktoś mnie ostatnio zapytał - po co się robi dziś Don Kichota? A ja odpowiadam, że porusza podstawowe z najważniejszych kwestii: wiarę i lepszy świat. I chce urzeczywistnić marzenia. Pokazuje, jak ważne są rzeczywistość i marzenia, i to, by żyć po prostu w zgodzie z samym sobą i być dobrym dla innych. Tego brakuje nam w codziennym, dzisiejszym życiu, dlatego uważam, że to przedstawienie jest ważne. A dodatkowo, w jakiej wersji jest pokazane - bardzo klasycznie. Są także wplecione pewne elementy współczesności, zupełnie świadomie, i dobrze, niech będą. Ania Wieczur-Bluszcz jest perfekcjonistką w każdym calu.
Powiedz coś o swoim bohaterze...
Gram Padre, człowieka, który przyjaźni się z Kichaną. Myślę, że też jest marzycielem, w swoim patrzeniu na świat. Kiedy Kichana znika, razem ruszają w poszukiwania dwóch światów: wiary i nauki. Te dwa światy się gdzieś ze sobą ścierają. Mam nadzieję, że udało nam się wypracować jakiś ciekawy konflikt. Pojawia się też wątek miłosny. Jest zakochany, ale nie zdradzajmy wszystkiego…
Czy jak w powieści pojawia się wątek więzienny?
Będą sceny więzienne. Nie chcę za dużo mówić, żeby widz sam przyszedł i się przekonał, jak nam się udało przedstawić całą tę historię.
Dodam tylko, że więzienie jest zupełnie innym światem, jest nieco uwspółcześnione. Jest to świat stworzony przez Don Kichota. Na tym się przede wszystkim historia opiera. Akcja jest dość wartka. Wszystkie sceny rozgrywają się w niesamowitym tempie.
Trzy musicale z najwyższej półki w repertuarze. Jest się czym pochwalić.
Musimy pamiętać, że jesteśmy teatrem dramatycznym, ale repertuar musicalowy, którym się zajmujemy, daje nam ogromne możliwości. Chodzi o granie dramatyczne, i na szczęście dobrze się w nim czujemy. Mamy wszechstronny zespół, który potrafi na równi śpiewać i grać dramatyczne role. Szczególnie udowadnia to praca z dziesięcioosobową orkiestrą i dyrygentem. Praca pod batutą jest czymś zupełnie innym, to jest dla mnie nowe doświadczenie. No i znakomity zespół Adama Sztaby... Bardzo się cieszę, że biorę udział w tym projekcie, muzyka towarzyszy nam praktycznie cały czas. Zapraszamy w progi naszego teatru!
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
"Człowiek z La Manchy" D. Wasserman, M. Leigh, J. Darion
Teatr Dramatyczny w Warszawie, Scena im. G. Holoubka
reżyseria Anna Wieczur-Bluszcz
PREMIERA 31 stycznia 2020 r.
Mateusz Weber w roli Padre
Foto Krzysztof Bieliński
Najbliższe spektakle – 28 i 29 lutego, 1, 28, 29 marca
czwartek, 16 stycznia 2020
Maja Komorowska w wyśmienitej formie
- Gramy już 25 lat. Serdecznie dziękujemy, że są państwo z nami i życzymy dobrej nocy - tymi słowami Mai Komorowskiej zakończył się kolejny spektakl "Szczęśliwych dni", który miał miejsce w niedzielę 12 stycznia na Scenie Haliny Mikołajskiej Teatru Dramatycznego w Warszawie.
Spektakl "Szczęśliwe dni" na podstawie sztuki Samuela Becketta miał swoją premierę w Teatrze Dramatycznym w 1995 roku. To znakomita adaptacja Becketta w wykonaniu mistrza Antoniego Libery - tłumacza oraz wybitnego znawcy jego twórczości, ale również popis gry i talentu Mai Komorowskiej. Kobiecie nie zagląda się w papiery, ale muszę podkreślić, że forma wspaniałej polskiej aktorki jest po prostu wyśmienita. Pani profesor przykuwa widza do teatralnego krzesła, sprawia, że skupiamy się na niełatwym i dość ponurym w nastroju tekście od pierwszych wypowiedzianych słów. Energia Mai Komorowskiej w tym czarnym humorze Becketta sprawia, że mamy do czynienia z wybitną kreacją aktorską.
"Szczęśliwe dni" to głównie monolog, ale dzięki znakomitej grze aktorskiej obserwujemy przebieg wydarzeń z zainteresowaniem. Możemy się pośmiać, pomyśleć. Wykonanie zmusza do refleksji nad sensem życia i nad tym, co życie niesie ze sobą - starzenie się, trudy funkcjonowania, samotność, brak komunikacji między ludźmi i powolne umieranie, czyli o wszystkim, co nieuchronne. Taki już jest ten człowieczy los.
Każdy kolejny przeżyty przez bohaterkę sztuki dzień jest taki sam, wypełniony absurdalnymi zdarzeniami, codziennymi rytuałami, które wypełniają jej życie. Optymistycznym akcentem w tej pesymistycznej wizji jest postrzeganie pozytywnych, drobnych zdarzeń i rzeczy jako szczęście. Dzieje się tak za sprawą miłości, którą bohaterka darzy męża, chyba z wzajemnością... Niewiele słów wypowiedzianych przez męża, ale znaczące istnienie tej postaci. W tej roli znakomity aktor Teatru Dramatycznego Adam Ferency.
Nie mogłam dotrzeć na to przedstawienie. A gdy wreszcie dotarłam, zrozumiałam, dlaczego sztuka grana jest tak długo, a sala jest zawsze pełna. Cieszę się ogromnie, że w końcu zawitałam na to wysokie piętro w Pałacu Kultury i Nauki. Oj, warto było. Jeśli ktoś jeszcze przez ćwierć wieku nie dotarł na "Szczęśliwe dni", niech szybko skieruje tam swoje kroki.
Małgorzata Gotowiec
Kolejne spektakle – 22 i 23 lutego
Spektakl "Szczęśliwe dni" na podstawie sztuki Samuela Becketta miał swoją premierę w Teatrze Dramatycznym w 1995 roku. To znakomita adaptacja Becketta w wykonaniu mistrza Antoniego Libery - tłumacza oraz wybitnego znawcy jego twórczości, ale również popis gry i talentu Mai Komorowskiej. Kobiecie nie zagląda się w papiery, ale muszę podkreślić, że forma wspaniałej polskiej aktorki jest po prostu wyśmienita. Pani profesor przykuwa widza do teatralnego krzesła, sprawia, że skupiamy się na niełatwym i dość ponurym w nastroju tekście od pierwszych wypowiedzianych słów. Energia Mai Komorowskiej w tym czarnym humorze Becketta sprawia, że mamy do czynienia z wybitną kreacją aktorską.
"Szczęśliwe dni" to głównie monolog, ale dzięki znakomitej grze aktorskiej obserwujemy przebieg wydarzeń z zainteresowaniem. Możemy się pośmiać, pomyśleć. Wykonanie zmusza do refleksji nad sensem życia i nad tym, co życie niesie ze sobą - starzenie się, trudy funkcjonowania, samotność, brak komunikacji między ludźmi i powolne umieranie, czyli o wszystkim, co nieuchronne. Taki już jest ten człowieczy los.
Każdy kolejny przeżyty przez bohaterkę sztuki dzień jest taki sam, wypełniony absurdalnymi zdarzeniami, codziennymi rytuałami, które wypełniają jej życie. Optymistycznym akcentem w tej pesymistycznej wizji jest postrzeganie pozytywnych, drobnych zdarzeń i rzeczy jako szczęście. Dzieje się tak za sprawą miłości, którą bohaterka darzy męża, chyba z wzajemnością... Niewiele słów wypowiedzianych przez męża, ale znaczące istnienie tej postaci. W tej roli znakomity aktor Teatru Dramatycznego Adam Ferency.
Nie mogłam dotrzeć na to przedstawienie. A gdy wreszcie dotarłam, zrozumiałam, dlaczego sztuka grana jest tak długo, a sala jest zawsze pełna. Cieszę się ogromnie, że w końcu zawitałam na to wysokie piętro w Pałacu Kultury i Nauki. Oj, warto było. Jeśli ktoś jeszcze przez ćwierć wieku nie dotarł na "Szczęśliwe dni", niech szybko skieruje tam swoje kroki.
Małgorzata Gotowiec
Kolejne spektakle – 22 i 23 lutego
piątek, 10 stycznia 2020
Olga Sarzyńska o sztuce „Źli Żydzi”
"Źli Żydzi" Joshuy Harmona jest od lat przebojem na teatralnych scenach całego świata.
Sztuka opowiada współczesną historię z życia nowojorskich Żydów. Czarna komedia pełna Allenowskiego humoru, mająca w tle pytania o tożsamość kulturową i wierność tradycji. Mocny, hipnotyzujący i momentami przezabawny tekst o rodzinie, która spotyka się po pogrzebie dziadka i toczy spór o pozostałą po nim pamiątkę. Nie patrzmy tylko na tytuł - będzie nie tylko o Żydach. Premiera w stołecznym Ateneum odbyła się 7 grudnia. Spektakl wyreżyserował Maciej Kowalewski.
- Mamy żydowską rodzinę, mieszkającą w Nowym Jorku. Pojawia się problem, jaki często się zdarza w życiu, gdy ktoś umiera, a mianowicie, kto dziedziczy majątek po zmarłym. Często wtedy wychodzą na światło dzienne prawdziwe ludzkie oblicza, jacy tak naprawdę jesteśmy i co jest dla nas ważne - mówi w rozmowie z nami aktorka Teatru Ateneum, grająca postać Daphne, Olga Sarzyńska.
Samo życie...
Tak. Zaczyna się walka między nimi. Spektakl ma wiele aspektów. Dotyczy takiego podwójnego wzorca. Mamy dwie postawy. Konserwatywna, czyli pielęgnująca przynależność do tradycji. Pytanie o tożsamość - czy ona jest ważna, czy powinniśmy się od niej odciąć i zacząć tworzyć swoją własną historię? Czy powinniśmy tę własną historię budować na podwalinach tradycji? Jak wiemy, w religii żydowskiej ta tradycja ma ponad pięć tysięcy lat i jest bardzo, bardzo mocna. Z drugiej strony mamy w rodzinie Liama, którego gra Wojtek Brzeziński, który postanawia, że chce żyć swoim życiem, i nie chce wszystkiego odnosić do przeszłości. Moja postać jest tą konserwatywną, która tradycję uważa za dar, który trzeba pielęgnować i utrzymywać.
Daphne i Liam - kim są dla siebie?
Jesteśmy kuzynami. Jest też dziewczyna o imieniu Melody, grana przez Julkę Konarską. Melody jest osobą poznaną przez Liama. To dziewczyna wyluzowana, która tych relacji po prostu nie rozumie. Każda z tych postaw - mam nadzieję, że tak to prowadzimy - że widz do końca nie wie, po której chciałby być stronie, i uważam, że tak powinno być. Niech każdy wybierze sam, gdzie i w jakich rejestrach się mieści, ale myślę, że to jest bardzo płynne. Raz racja jest po tej stronie, zaraz po drugiej. Tak naprawdę między nami odbywa się walka o widzów, po której stronie oni staną.
Woody Allen w Teatrze Ateneum...
Zdecydowanie, humor dość mocno osadzony w realiach Woody Allena i Nowego Jorku. Zapowiada to przednią zabawę i ciekawą historię. Jest nostalgicznie, wzruszająco. Mnie w teatrze najbardziej interesuje opowiadanie o ludziach, a nie o wyimaginowanych sytuacjach. Staram się najbardziej zrozumieć bohaterów, ich sytuację oraz bohaterkę, którą gram. Czasami jest wredna, czasami denerwująca, ale gdzieś w środku bierze się to z samotności, ze słabości, nic nie jest takie wprost. Jest to postać wielowymiarowa. Ja wierzę w to, że tak jest, że ludzie, którzy wyrzucają swoje frustracje, są nieznośni dla innych, mają tego zachowania ukrytą przyczynę, to nie dzieje się z niczego. Oni czują się samotni, albo się boją. Czują się nieakceptowani, nie mogą znaleźć wspólnego języka ze światem. Zapraszam serdecznie na przedstawienie - dodaje Olga Sarzyńska.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Ateneum w Warszawie, "Źli Żydzi", reżyseria Maciej Kowalewski
Daphne - Olga Sarzyńska
Foto - Bartek Warzecha
Najbliższe spektakle - 16, 17, 18 stycznia
Sztuka opowiada współczesną historię z życia nowojorskich Żydów. Czarna komedia pełna Allenowskiego humoru, mająca w tle pytania o tożsamość kulturową i wierność tradycji. Mocny, hipnotyzujący i momentami przezabawny tekst o rodzinie, która spotyka się po pogrzebie dziadka i toczy spór o pozostałą po nim pamiątkę. Nie patrzmy tylko na tytuł - będzie nie tylko o Żydach. Premiera w stołecznym Ateneum odbyła się 7 grudnia. Spektakl wyreżyserował Maciej Kowalewski.
- Mamy żydowską rodzinę, mieszkającą w Nowym Jorku. Pojawia się problem, jaki często się zdarza w życiu, gdy ktoś umiera, a mianowicie, kto dziedziczy majątek po zmarłym. Często wtedy wychodzą na światło dzienne prawdziwe ludzkie oblicza, jacy tak naprawdę jesteśmy i co jest dla nas ważne - mówi w rozmowie z nami aktorka Teatru Ateneum, grająca postać Daphne, Olga Sarzyńska.
Samo życie...
Tak. Zaczyna się walka między nimi. Spektakl ma wiele aspektów. Dotyczy takiego podwójnego wzorca. Mamy dwie postawy. Konserwatywna, czyli pielęgnująca przynależność do tradycji. Pytanie o tożsamość - czy ona jest ważna, czy powinniśmy się od niej odciąć i zacząć tworzyć swoją własną historię? Czy powinniśmy tę własną historię budować na podwalinach tradycji? Jak wiemy, w religii żydowskiej ta tradycja ma ponad pięć tysięcy lat i jest bardzo, bardzo mocna. Z drugiej strony mamy w rodzinie Liama, którego gra Wojtek Brzeziński, który postanawia, że chce żyć swoim życiem, i nie chce wszystkiego odnosić do przeszłości. Moja postać jest tą konserwatywną, która tradycję uważa za dar, który trzeba pielęgnować i utrzymywać.
Daphne i Liam - kim są dla siebie?
Jesteśmy kuzynami. Jest też dziewczyna o imieniu Melody, grana przez Julkę Konarską. Melody jest osobą poznaną przez Liama. To dziewczyna wyluzowana, która tych relacji po prostu nie rozumie. Każda z tych postaw - mam nadzieję, że tak to prowadzimy - że widz do końca nie wie, po której chciałby być stronie, i uważam, że tak powinno być. Niech każdy wybierze sam, gdzie i w jakich rejestrach się mieści, ale myślę, że to jest bardzo płynne. Raz racja jest po tej stronie, zaraz po drugiej. Tak naprawdę między nami odbywa się walka o widzów, po której stronie oni staną.
Woody Allen w Teatrze Ateneum...
Zdecydowanie, humor dość mocno osadzony w realiach Woody Allena i Nowego Jorku. Zapowiada to przednią zabawę i ciekawą historię. Jest nostalgicznie, wzruszająco. Mnie w teatrze najbardziej interesuje opowiadanie o ludziach, a nie o wyimaginowanych sytuacjach. Staram się najbardziej zrozumieć bohaterów, ich sytuację oraz bohaterkę, którą gram. Czasami jest wredna, czasami denerwująca, ale gdzieś w środku bierze się to z samotności, ze słabości, nic nie jest takie wprost. Jest to postać wielowymiarowa. Ja wierzę w to, że tak jest, że ludzie, którzy wyrzucają swoje frustracje, są nieznośni dla innych, mają tego zachowania ukrytą przyczynę, to nie dzieje się z niczego. Oni czują się samotni, albo się boją. Czują się nieakceptowani, nie mogą znaleźć wspólnego języka ze światem. Zapraszam serdecznie na przedstawienie - dodaje Olga Sarzyńska.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Ateneum w Warszawie, "Źli Żydzi", reżyseria Maciej Kowalewski
Daphne - Olga Sarzyńska
Foto - Bartek Warzecha
Najbliższe spektakle - 16, 17, 18 stycznia
Subskrybuj:
Posty (Atom)









