Teatr to ruch, to wymiana energii pomiędzy aktorami i widownią. To płynne uzupełnianie się. Jedno bez drugiego nie istnieje. W marcu cały świat się zatrzymał, zapanował strach i niepewność o to, co przyniesie jutrzejszy dzień, i nic się w tej kwestii nie zmieniło. Pandemia koronawirusa po lekkim spadku z powrotem coraz mocniej daje o sobie znać.
Nowa "Scena 20" w Teatrze Ateneum, foto Bartek Warzecha
Świat się zatrzymał, sport, kultura….walczymy o ten powrót do normalności, ale jest to trudniejsze, niż się tego spodziewaliśmy. Miłośnicy teatru czekali na otwarcie drzwi do swoich ukochanych scen, a gdy te się uchyliły na bardzo rygorystycznych zasadach – po prostu dalej się boimy, czy te drzwi nie zostaną ponownie zamknięte.
Czekaliśmy na ten nowy sezon pełni obaw, ale i nadziei, a jak mówią - nadzieja umiera ostatnia…Wrzesień był tym miesiącem, w którym spora grupa spragnionych tej sztuki zawitała do swoich ulubionych teatrów. Teatry szybciej niż normalnie wystawiają premierę za premierą, jakby chciały zrobić jak najwięcej, wykonać jak największą pracę i dać radość spragnionym sztuki na żywo. Większość z nas, mimo, że wdzięczna za spektakle online – pragnie tego kontaktu na żywo ze swoimi ukochanymi aktorami i scenami.
Po 185 dniach przerwy Teatr Wielki – Opera Narodowa rozpoczął nowy sezon artystyczny 2020/21. Na inaugurację zaśpiewał dla nas znakomity młody polski kontratenor Jakub Józef Orliński...i to była niebiańska uczta i niezapomniany koncert. Po wspaniałym artyście w kolejnym dniu na scenę wkroczył cykliczny już koncert "Głosy Gór" z muzyką wybitnych polskich kompozytorów – Karola Szymanowskiego, Henryka Mikołaja Góreckiego i Wojciech Kilara, a w wykonaniu w nowoczesnej aranżacji przez takich mistrzów jak Janusz Olejniczak, Jan Smoczyński oraz Atom String Quartet, Neo Quartet, po Kwartet góralski znakomitego Sebastiana Karpiela-Bułecki, Jana Młynarskiego i Andrzeja Święsa.
Kilka dni później, 17 września baletowa publiczność spragniona swoich ulubieńców z Polskiego Baletu Narodowego obejrzała premierę jednego z najsłynniejszych i najbardziej widowiskowych baletów światowego repertuaru pod tytułem "Korsarz". Balet ten wrócił na stołeczną scenę po 150-letniej nieobecności. Oglądamy go w wersji inscenizacyjnej Manuela Legris, wybitnego francuskiego tancerza i baletmistrza. Na scenie nasze asy baletu, między innymi – Yuka Ebihara, Mai Kageyama, Vladimir Yaroshenko, Maksim Woitiul, Patryk Walczak.
8 października będziemy mogli usłyszeć jednego z najlepszych tenorów na świecie – Piotra Beczałę. Na sezon 2020/21 została bowiem przeniesiona premiera opery "Werther" Julesa Masseneta w wersji Willy'ego Deckera, w którym partię tytułową zaśpiewa właśnie Piotr Beczała.
Bardzo lubiany przez publiczność Teatr Ateneum również rozpoczął nowy sezon bardzo mocnym akcentem – otwierając nową "Scenę 20". Działalność nowej sceny zainaugurował spektakl "Kwartet" Ronalda Harwooda w reż. Wojciecha Adamczyka. W bardzo ciekawym, nostalgicznym, ale i zabawnym oraz pełnym ciepła przedstawieniu plejada gwiazd – Magdalena Zawadzka, Marzena Trybała, Sylwia Zmitrowicz, Krzysztof Tyniec i Krzysztof Gosztyła.
Stanowisko dyrektora artystycznego Teatru Ateneum objął 5 października Wojciech Adamczyk, reżyser teatralny i telewizyjny, nauczyciel akademicki w warszawskiej Akademii Teatralnej -
poinformował teatr.
Dużo się dzieje, my się cieszymy, ale ta niepewność i lęk cały czas nam towarzyszy. Uważajmy, przestrzegajmy obostrzeń i zasad, które mają nam pomóc w tym trudnym dojściu do upragnionego celu, jakim będzie normalność.
Małgorzata Gotowiec
czwartek, 8 października 2020
wtorek, 28 kwietnia 2020
Grzegorz Kwiecień o ostatniej premierze Teatru Narodowego
Cały świat przeżywa obecnie bardzo trudny okres z powodu szalejącej pandemii koronawirusa. Życie się zatrzymało, a kiedy wrócimy do jakiejś normalności? – trudno dziś odpowiedzieć na to pytanie. Ludzie sztuki, artyści, ale i my widzowie, mamy nadzieję, że we wrześniu będzie nam dane oglądanie przedstawień teatralnych na żywo, ale czy tak się stanie...tego nie wie nikt. Ostatnią premierą Sceny Narodowej w Warszawie był "Woyzeck" Georga Büchnera w reżyserii Piotra Cieplaka.
W garnizonie dochodzi do morderstwa. Prosty żołnierz zabija narzeczoną.
Z czego wynika jego zbrodnia? Czyn ten przeraża czy może budzi współczucie? Kto jest zbrodniarzem, a kto ofiarą? Gdzie kończy się ciało, a gdzie zaczyna się dusza?
Arcydzieło europejskiego romantyzmu, dramat Georga Büchnera "Woyzeck" w reżyserii Piotra Cieplaka 15 lutego miał premierę w Teatrze Narodowym w Warszawie.
O ostatniej premierze rozmawiamy z aktorem Sceny Narodowej, Grzegorzem Kwietniem.
Miłość, śmierć, to są tematy, które zawsze będą towarzyszyć ludziom. Jaki jest wasz dramat?
Przede wszystkim jest to dramat smutny. Jest też stosunkowo krótki, dodatkowo zaznaczona będzie dominująca historia jednostki. Na pewno uwikłanej w nieswoje sprawy. Z tego wychodzi dramat tej jednostki przekładający się na szerszą sprawę. Poczucie smutku - i mam nadzieję - kibicowania przez widza bohaterowi, będzie sprawiało - mam nadzieję - pobudzenie do refleksji nad tym losem. Także co powoduje ten dramat jednostki, która niczemu nie jest winna, a przynajmniej na początku na nic złego nie zasługuje. To jest klucz sprawy.
Jak to jest z karą śmierci w przedstawieniu?
Nie chciałbym za dużo zdradzać, bo nasz reżyser znany jest z tego, że operuje metaforą, i nie męczy widza takim epatowaniem kawy na ławę, że ja sądzę tak, i proszę się z tym pogodzić. Raczej otwiera temat, tym bardziej dosmacza pewne sprawy, żeby otworzyć szerszy kontekst, aby pootwierać jak najwięcej ścieżek, żeby widz mógł sam po swojemu spojrzeć na pewne rzeczy. Temat jest trudny - oko za oko, ząb za ząb - zrezygnowaliśmy z tego systemu. Jako zachodnia cywilizacja, uważamy że słusznie. Ale można mieć oczywiście odmienne zdanie.
Dramat, jak pan powiedział, jest trudny, nieskończony przez autora...
Zakończenie jest na pewno nieoczywiste. Potraktowane wprost, tak jak jest w dramacie. Jestem przekonany, że nie odbywa się żaden "gwałt" na autorze, a tak jak wcześniej powiedziałem, jest to raczej kwestia otwarcia tematu, i pogłębienia go na tyle, na ile jest to możliwe.
Lubicie pracować z Piotrem Cieplakiem.
Zdecydowanie tak. Z Piotrem nam się super pracuje. Nie pierwszy raz się spotykamy, to jest nasz reżyser, my go kochamy i jestem pewien, że z wzajemnością. Grupa, która została dobrana do spektaklu, jest też taką grupą, która się zna, przyjaźni, której ze sobą się dobrze pracuje. Natomiast sama praca była ciężka. Było bardzo ciężko, mimo tego, że przedstawienie jest krótkie, to mamy wiele scen zbiorowych, gdzie musieliśmy się porządnie urobić. Mamy też kostiumy w scenie jarmarku, w których jest mało wygodnie i komfortowo. Jest to jednak scena bardzo nieoczywista. Jestem ciekaw, jak widzowie na nią zareagują, ponieważ jest to wymysł na temat, w ramach sprawy, której de facto postaci nie ma w sztuce.
Dawno nikt nie sięgał po ten dramat.
Poniekąd dlatego, że uchodzi za dramat trudny, długi i straszący, że może być nudno. Ale my się nie boimy.
Proszę nieco zdradzić, jaka jest pana rola?
Ja pracuję w zbiorowości, jestem - jak wielu – żołnierzem w smutnym garnizonie, smutnego małego miasteczka. Mam też solówkę pijanego czeladnika, który pijany wstaje i opowiada jak to po pijanemu w nocy podczas męskich rozmów opowiada ni głupio, ni mądrze - po gombrowiczowsku. Piotr pracuje poezją w dużej mierze, i ta jego poezja, ta metafora, to pozostawienie w takim pięknym, ale dominującym określeniu, to siła rozgrzebywania tych spraw o których będzie w spektaklu. Ja się zawsze zastanawiam, jak on to robi. Pracujemy przez bardzo długi czas na takich plamach - plamy myśli, plamy scen. I potem nie wiadomo jak, to wszystko wychodzi i widzimy całość. Jesteśmy świadkami tematu, który trzeba najpierw przedyskutować, nie można zatrzymywać się na samej fabule, bo byłaby bardzo licha.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Narodowy w Warszawie, "Woyzeck" Georga Büchnera, reżyseria Piotr Cieplak.
Grzegorz Kwiecień – Żołnierz, Kaznodzieja, Koń.
Fot. Krzysztof Bieliński
W garnizonie dochodzi do morderstwa. Prosty żołnierz zabija narzeczoną.
Z czego wynika jego zbrodnia? Czyn ten przeraża czy może budzi współczucie? Kto jest zbrodniarzem, a kto ofiarą? Gdzie kończy się ciało, a gdzie zaczyna się dusza?
Arcydzieło europejskiego romantyzmu, dramat Georga Büchnera "Woyzeck" w reżyserii Piotra Cieplaka 15 lutego miał premierę w Teatrze Narodowym w Warszawie.
O ostatniej premierze rozmawiamy z aktorem Sceny Narodowej, Grzegorzem Kwietniem.
Miłość, śmierć, to są tematy, które zawsze będą towarzyszyć ludziom. Jaki jest wasz dramat?
Przede wszystkim jest to dramat smutny. Jest też stosunkowo krótki, dodatkowo zaznaczona będzie dominująca historia jednostki. Na pewno uwikłanej w nieswoje sprawy. Z tego wychodzi dramat tej jednostki przekładający się na szerszą sprawę. Poczucie smutku - i mam nadzieję - kibicowania przez widza bohaterowi, będzie sprawiało - mam nadzieję - pobudzenie do refleksji nad tym losem. Także co powoduje ten dramat jednostki, która niczemu nie jest winna, a przynajmniej na początku na nic złego nie zasługuje. To jest klucz sprawy.
Jak to jest z karą śmierci w przedstawieniu?
Nie chciałbym za dużo zdradzać, bo nasz reżyser znany jest z tego, że operuje metaforą, i nie męczy widza takim epatowaniem kawy na ławę, że ja sądzę tak, i proszę się z tym pogodzić. Raczej otwiera temat, tym bardziej dosmacza pewne sprawy, żeby otworzyć szerszy kontekst, aby pootwierać jak najwięcej ścieżek, żeby widz mógł sam po swojemu spojrzeć na pewne rzeczy. Temat jest trudny - oko za oko, ząb za ząb - zrezygnowaliśmy z tego systemu. Jako zachodnia cywilizacja, uważamy że słusznie. Ale można mieć oczywiście odmienne zdanie.
Dramat, jak pan powiedział, jest trudny, nieskończony przez autora...
Zakończenie jest na pewno nieoczywiste. Potraktowane wprost, tak jak jest w dramacie. Jestem przekonany, że nie odbywa się żaden "gwałt" na autorze, a tak jak wcześniej powiedziałem, jest to raczej kwestia otwarcia tematu, i pogłębienia go na tyle, na ile jest to możliwe.
Lubicie pracować z Piotrem Cieplakiem.
Zdecydowanie tak. Z Piotrem nam się super pracuje. Nie pierwszy raz się spotykamy, to jest nasz reżyser, my go kochamy i jestem pewien, że z wzajemnością. Grupa, która została dobrana do spektaklu, jest też taką grupą, która się zna, przyjaźni, której ze sobą się dobrze pracuje. Natomiast sama praca była ciężka. Było bardzo ciężko, mimo tego, że przedstawienie jest krótkie, to mamy wiele scen zbiorowych, gdzie musieliśmy się porządnie urobić. Mamy też kostiumy w scenie jarmarku, w których jest mało wygodnie i komfortowo. Jest to jednak scena bardzo nieoczywista. Jestem ciekaw, jak widzowie na nią zareagują, ponieważ jest to wymysł na temat, w ramach sprawy, której de facto postaci nie ma w sztuce.
Dawno nikt nie sięgał po ten dramat.
Poniekąd dlatego, że uchodzi za dramat trudny, długi i straszący, że może być nudno. Ale my się nie boimy.
Proszę nieco zdradzić, jaka jest pana rola?
Ja pracuję w zbiorowości, jestem - jak wielu – żołnierzem w smutnym garnizonie, smutnego małego miasteczka. Mam też solówkę pijanego czeladnika, który pijany wstaje i opowiada jak to po pijanemu w nocy podczas męskich rozmów opowiada ni głupio, ni mądrze - po gombrowiczowsku. Piotr pracuje poezją w dużej mierze, i ta jego poezja, ta metafora, to pozostawienie w takim pięknym, ale dominującym określeniu, to siła rozgrzebywania tych spraw o których będzie w spektaklu. Ja się zawsze zastanawiam, jak on to robi. Pracujemy przez bardzo długi czas na takich plamach - plamy myśli, plamy scen. I potem nie wiadomo jak, to wszystko wychodzi i widzimy całość. Jesteśmy świadkami tematu, który trzeba najpierw przedyskutować, nie można zatrzymywać się na samej fabule, bo byłaby bardzo licha.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Narodowy w Warszawie, "Woyzeck" Georga Büchnera, reżyseria Piotr Cieplak.
Grzegorz Kwiecień – Żołnierz, Kaznodzieja, Koń.
Fot. Krzysztof Bieliński
czwartek, 27 lutego 2020
Mateusz Weber o premierze musicalu "Człowiek z La Manchy"
31 stycznia na deskach Teatru Dramatycznego, Sceny im. Gustawa Holoubka odbyła się premiera musicalu "Człowiek z La Manchy". Tak teatr zachęca do obejrzenia nowego spektaklu: „Piękna i ponadczasowa opowieść o sile słowa, która przemienia marzenia w rzeczywistość. Kto nie lubi baśni? Kto nie lubi wracać do lat dzieciństwa? Czy szaleńcem jest ten, który walczy z wiatrakami i pragnie naprawiać krzywdy, czy ten, który uznaje świat za niezmienny i oczywisty? W historii o nieustraszonym Don Kichocie sprawy głębokie i dotkliwe stykają się z rubasznością i dowcipem, a czułość przeplata się z brutalnością. Człowiek z La Manchy to pełen rozmachu musical. W broadwayowskim hicie zainspirowanym powieścią Miguela de Cervantesa nie zabraknie historii miłosnej, wartkich dialogów i dużej dawki humoru.”
O premierze Teatru Dramatycznego rozmawiamy z Mateuszem Weberem, który wciela się w postać Padre.
Zapowiada się gorąco...
Tak, oglądałem kawałek próby z pierwszego balkonu i wygląda to niesamowicie. Ten hiszpański duch, i aranżacja Adama Sztaby jest porywająca. To jak wspaniale Adam z nami pracował, miło na to było patrzeć i w tym uczestniczyć – mówi nam Mateusz Weber.
- Po raz kolejny udało nam się zbudować ciekawy zespół, który świetnie ze sobą współgra – cieszy się Mateusz.
To chyba nie było aż takie trudne? Zespół macie znakomity.
Dziękuje. To prawda, zgadzam się z tym całkowicie. Mamy dobrany zespół w Teatrze Dramatycznym. To nie pierwsze nasze przedstawienie na taką skalę. Reżyser Anna Wieczur-Bluszcz wprowadziła nas w bajkowy świat. Scenografia jest ręcznie malowana, fantastycznie to z całością się komponuje. Opowiadamy historię, która jest piękną legendą. Ktoś mnie ostatnio zapytał - po co się robi dziś Don Kichota? A ja odpowiadam, że porusza podstawowe z najważniejszych kwestii: wiarę i lepszy świat. I chce urzeczywistnić marzenia. Pokazuje, jak ważne są rzeczywistość i marzenia, i to, by żyć po prostu w zgodzie z samym sobą i być dobrym dla innych. Tego brakuje nam w codziennym, dzisiejszym życiu, dlatego uważam, że to przedstawienie jest ważne. A dodatkowo, w jakiej wersji jest pokazane - bardzo klasycznie. Są także wplecione pewne elementy współczesności, zupełnie świadomie, i dobrze, niech będą. Ania Wieczur-Bluszcz jest perfekcjonistką w każdym calu.
Powiedz coś o swoim bohaterze...
Gram Padre, człowieka, który przyjaźni się z Kichaną. Myślę, że też jest marzycielem, w swoim patrzeniu na świat. Kiedy Kichana znika, razem ruszają w poszukiwania dwóch światów: wiary i nauki. Te dwa światy się gdzieś ze sobą ścierają. Mam nadzieję, że udało nam się wypracować jakiś ciekawy konflikt. Pojawia się też wątek miłosny. Jest zakochany, ale nie zdradzajmy wszystkiego…
Czy jak w powieści pojawia się wątek więzienny?
Będą sceny więzienne. Nie chcę za dużo mówić, żeby widz sam przyszedł i się przekonał, jak nam się udało przedstawić całą tę historię.
Dodam tylko, że więzienie jest zupełnie innym światem, jest nieco uwspółcześnione. Jest to świat stworzony przez Don Kichota. Na tym się przede wszystkim historia opiera. Akcja jest dość wartka. Wszystkie sceny rozgrywają się w niesamowitym tempie.
Trzy musicale z najwyższej półki w repertuarze. Jest się czym pochwalić.
Musimy pamiętać, że jesteśmy teatrem dramatycznym, ale repertuar musicalowy, którym się zajmujemy, daje nam ogromne możliwości. Chodzi o granie dramatyczne, i na szczęście dobrze się w nim czujemy. Mamy wszechstronny zespół, który potrafi na równi śpiewać i grać dramatyczne role. Szczególnie udowadnia to praca z dziesięcioosobową orkiestrą i dyrygentem. Praca pod batutą jest czymś zupełnie innym, to jest dla mnie nowe doświadczenie. No i znakomity zespół Adama Sztaby... Bardzo się cieszę, że biorę udział w tym projekcie, muzyka towarzyszy nam praktycznie cały czas. Zapraszamy w progi naszego teatru!
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
"Człowiek z La Manchy" D. Wasserman, M. Leigh, J. Darion
Teatr Dramatyczny w Warszawie, Scena im. G. Holoubka
reżyseria Anna Wieczur-Bluszcz
PREMIERA 31 stycznia 2020 r.
Mateusz Weber w roli Padre
Foto Krzysztof Bieliński
Najbliższe spektakle – 28 i 29 lutego, 1, 28, 29 marca
O premierze Teatru Dramatycznego rozmawiamy z Mateuszem Weberem, który wciela się w postać Padre.
Zapowiada się gorąco...
Tak, oglądałem kawałek próby z pierwszego balkonu i wygląda to niesamowicie. Ten hiszpański duch, i aranżacja Adama Sztaby jest porywająca. To jak wspaniale Adam z nami pracował, miło na to było patrzeć i w tym uczestniczyć – mówi nam Mateusz Weber.
- Po raz kolejny udało nam się zbudować ciekawy zespół, który świetnie ze sobą współgra – cieszy się Mateusz.
To chyba nie było aż takie trudne? Zespół macie znakomity.
Dziękuje. To prawda, zgadzam się z tym całkowicie. Mamy dobrany zespół w Teatrze Dramatycznym. To nie pierwsze nasze przedstawienie na taką skalę. Reżyser Anna Wieczur-Bluszcz wprowadziła nas w bajkowy świat. Scenografia jest ręcznie malowana, fantastycznie to z całością się komponuje. Opowiadamy historię, która jest piękną legendą. Ktoś mnie ostatnio zapytał - po co się robi dziś Don Kichota? A ja odpowiadam, że porusza podstawowe z najważniejszych kwestii: wiarę i lepszy świat. I chce urzeczywistnić marzenia. Pokazuje, jak ważne są rzeczywistość i marzenia, i to, by żyć po prostu w zgodzie z samym sobą i być dobrym dla innych. Tego brakuje nam w codziennym, dzisiejszym życiu, dlatego uważam, że to przedstawienie jest ważne. A dodatkowo, w jakiej wersji jest pokazane - bardzo klasycznie. Są także wplecione pewne elementy współczesności, zupełnie świadomie, i dobrze, niech będą. Ania Wieczur-Bluszcz jest perfekcjonistką w każdym calu.
Powiedz coś o swoim bohaterze...
Gram Padre, człowieka, który przyjaźni się z Kichaną. Myślę, że też jest marzycielem, w swoim patrzeniu na świat. Kiedy Kichana znika, razem ruszają w poszukiwania dwóch światów: wiary i nauki. Te dwa światy się gdzieś ze sobą ścierają. Mam nadzieję, że udało nam się wypracować jakiś ciekawy konflikt. Pojawia się też wątek miłosny. Jest zakochany, ale nie zdradzajmy wszystkiego…
Czy jak w powieści pojawia się wątek więzienny?
Będą sceny więzienne. Nie chcę za dużo mówić, żeby widz sam przyszedł i się przekonał, jak nam się udało przedstawić całą tę historię.
Dodam tylko, że więzienie jest zupełnie innym światem, jest nieco uwspółcześnione. Jest to świat stworzony przez Don Kichota. Na tym się przede wszystkim historia opiera. Akcja jest dość wartka. Wszystkie sceny rozgrywają się w niesamowitym tempie.
Trzy musicale z najwyższej półki w repertuarze. Jest się czym pochwalić.
Musimy pamiętać, że jesteśmy teatrem dramatycznym, ale repertuar musicalowy, którym się zajmujemy, daje nam ogromne możliwości. Chodzi o granie dramatyczne, i na szczęście dobrze się w nim czujemy. Mamy wszechstronny zespół, który potrafi na równi śpiewać i grać dramatyczne role. Szczególnie udowadnia to praca z dziesięcioosobową orkiestrą i dyrygentem. Praca pod batutą jest czymś zupełnie innym, to jest dla mnie nowe doświadczenie. No i znakomity zespół Adama Sztaby... Bardzo się cieszę, że biorę udział w tym projekcie, muzyka towarzyszy nam praktycznie cały czas. Zapraszamy w progi naszego teatru!
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
"Człowiek z La Manchy" D. Wasserman, M. Leigh, J. Darion
Teatr Dramatyczny w Warszawie, Scena im. G. Holoubka
reżyseria Anna Wieczur-Bluszcz
PREMIERA 31 stycznia 2020 r.
Mateusz Weber w roli Padre
Foto Krzysztof Bieliński
Najbliższe spektakle – 28 i 29 lutego, 1, 28, 29 marca
czwartek, 16 stycznia 2020
Maja Komorowska w wyśmienitej formie
- Gramy już 25 lat. Serdecznie dziękujemy, że są państwo z nami i życzymy dobrej nocy - tymi słowami Mai Komorowskiej zakończył się kolejny spektakl "Szczęśliwych dni", który miał miejsce w niedzielę 12 stycznia na Scenie Haliny Mikołajskiej Teatru Dramatycznego w Warszawie.
Spektakl "Szczęśliwe dni" na podstawie sztuki Samuela Becketta miał swoją premierę w Teatrze Dramatycznym w 1995 roku. To znakomita adaptacja Becketta w wykonaniu mistrza Antoniego Libery - tłumacza oraz wybitnego znawcy jego twórczości, ale również popis gry i talentu Mai Komorowskiej. Kobiecie nie zagląda się w papiery, ale muszę podkreślić, że forma wspaniałej polskiej aktorki jest po prostu wyśmienita. Pani profesor przykuwa widza do teatralnego krzesła, sprawia, że skupiamy się na niełatwym i dość ponurym w nastroju tekście od pierwszych wypowiedzianych słów. Energia Mai Komorowskiej w tym czarnym humorze Becketta sprawia, że mamy do czynienia z wybitną kreacją aktorską.
"Szczęśliwe dni" to głównie monolog, ale dzięki znakomitej grze aktorskiej obserwujemy przebieg wydarzeń z zainteresowaniem. Możemy się pośmiać, pomyśleć. Wykonanie zmusza do refleksji nad sensem życia i nad tym, co życie niesie ze sobą - starzenie się, trudy funkcjonowania, samotność, brak komunikacji między ludźmi i powolne umieranie, czyli o wszystkim, co nieuchronne. Taki już jest ten człowieczy los.
Każdy kolejny przeżyty przez bohaterkę sztuki dzień jest taki sam, wypełniony absurdalnymi zdarzeniami, codziennymi rytuałami, które wypełniają jej życie. Optymistycznym akcentem w tej pesymistycznej wizji jest postrzeganie pozytywnych, drobnych zdarzeń i rzeczy jako szczęście. Dzieje się tak za sprawą miłości, którą bohaterka darzy męża, chyba z wzajemnością... Niewiele słów wypowiedzianych przez męża, ale znaczące istnienie tej postaci. W tej roli znakomity aktor Teatru Dramatycznego Adam Ferency.
Nie mogłam dotrzeć na to przedstawienie. A gdy wreszcie dotarłam, zrozumiałam, dlaczego sztuka grana jest tak długo, a sala jest zawsze pełna. Cieszę się ogromnie, że w końcu zawitałam na to wysokie piętro w Pałacu Kultury i Nauki. Oj, warto było. Jeśli ktoś jeszcze przez ćwierć wieku nie dotarł na "Szczęśliwe dni", niech szybko skieruje tam swoje kroki.
Małgorzata Gotowiec
Kolejne spektakle – 22 i 23 lutego
Spektakl "Szczęśliwe dni" na podstawie sztuki Samuela Becketta miał swoją premierę w Teatrze Dramatycznym w 1995 roku. To znakomita adaptacja Becketta w wykonaniu mistrza Antoniego Libery - tłumacza oraz wybitnego znawcy jego twórczości, ale również popis gry i talentu Mai Komorowskiej. Kobiecie nie zagląda się w papiery, ale muszę podkreślić, że forma wspaniałej polskiej aktorki jest po prostu wyśmienita. Pani profesor przykuwa widza do teatralnego krzesła, sprawia, że skupiamy się na niełatwym i dość ponurym w nastroju tekście od pierwszych wypowiedzianych słów. Energia Mai Komorowskiej w tym czarnym humorze Becketta sprawia, że mamy do czynienia z wybitną kreacją aktorską.
"Szczęśliwe dni" to głównie monolog, ale dzięki znakomitej grze aktorskiej obserwujemy przebieg wydarzeń z zainteresowaniem. Możemy się pośmiać, pomyśleć. Wykonanie zmusza do refleksji nad sensem życia i nad tym, co życie niesie ze sobą - starzenie się, trudy funkcjonowania, samotność, brak komunikacji między ludźmi i powolne umieranie, czyli o wszystkim, co nieuchronne. Taki już jest ten człowieczy los.
Każdy kolejny przeżyty przez bohaterkę sztuki dzień jest taki sam, wypełniony absurdalnymi zdarzeniami, codziennymi rytuałami, które wypełniają jej życie. Optymistycznym akcentem w tej pesymistycznej wizji jest postrzeganie pozytywnych, drobnych zdarzeń i rzeczy jako szczęście. Dzieje się tak za sprawą miłości, którą bohaterka darzy męża, chyba z wzajemnością... Niewiele słów wypowiedzianych przez męża, ale znaczące istnienie tej postaci. W tej roli znakomity aktor Teatru Dramatycznego Adam Ferency.
Nie mogłam dotrzeć na to przedstawienie. A gdy wreszcie dotarłam, zrozumiałam, dlaczego sztuka grana jest tak długo, a sala jest zawsze pełna. Cieszę się ogromnie, że w końcu zawitałam na to wysokie piętro w Pałacu Kultury i Nauki. Oj, warto było. Jeśli ktoś jeszcze przez ćwierć wieku nie dotarł na "Szczęśliwe dni", niech szybko skieruje tam swoje kroki.
Małgorzata Gotowiec
Kolejne spektakle – 22 i 23 lutego
piątek, 10 stycznia 2020
Olga Sarzyńska o sztuce „Źli Żydzi”
"Źli Żydzi" Joshuy Harmona jest od lat przebojem na teatralnych scenach całego świata.
Sztuka opowiada współczesną historię z życia nowojorskich Żydów. Czarna komedia pełna Allenowskiego humoru, mająca w tle pytania o tożsamość kulturową i wierność tradycji. Mocny, hipnotyzujący i momentami przezabawny tekst o rodzinie, która spotyka się po pogrzebie dziadka i toczy spór o pozostałą po nim pamiątkę. Nie patrzmy tylko na tytuł - będzie nie tylko o Żydach. Premiera w stołecznym Ateneum odbyła się 7 grudnia. Spektakl wyreżyserował Maciej Kowalewski.
- Mamy żydowską rodzinę, mieszkającą w Nowym Jorku. Pojawia się problem, jaki często się zdarza w życiu, gdy ktoś umiera, a mianowicie, kto dziedziczy majątek po zmarłym. Często wtedy wychodzą na światło dzienne prawdziwe ludzkie oblicza, jacy tak naprawdę jesteśmy i co jest dla nas ważne - mówi w rozmowie z nami aktorka Teatru Ateneum, grająca postać Daphne, Olga Sarzyńska.
Samo życie...
Tak. Zaczyna się walka między nimi. Spektakl ma wiele aspektów. Dotyczy takiego podwójnego wzorca. Mamy dwie postawy. Konserwatywna, czyli pielęgnująca przynależność do tradycji. Pytanie o tożsamość - czy ona jest ważna, czy powinniśmy się od niej odciąć i zacząć tworzyć swoją własną historię? Czy powinniśmy tę własną historię budować na podwalinach tradycji? Jak wiemy, w religii żydowskiej ta tradycja ma ponad pięć tysięcy lat i jest bardzo, bardzo mocna. Z drugiej strony mamy w rodzinie Liama, którego gra Wojtek Brzeziński, który postanawia, że chce żyć swoim życiem, i nie chce wszystkiego odnosić do przeszłości. Moja postać jest tą konserwatywną, która tradycję uważa za dar, który trzeba pielęgnować i utrzymywać.
Daphne i Liam - kim są dla siebie?
Jesteśmy kuzynami. Jest też dziewczyna o imieniu Melody, grana przez Julkę Konarską. Melody jest osobą poznaną przez Liama. To dziewczyna wyluzowana, która tych relacji po prostu nie rozumie. Każda z tych postaw - mam nadzieję, że tak to prowadzimy - że widz do końca nie wie, po której chciałby być stronie, i uważam, że tak powinno być. Niech każdy wybierze sam, gdzie i w jakich rejestrach się mieści, ale myślę, że to jest bardzo płynne. Raz racja jest po tej stronie, zaraz po drugiej. Tak naprawdę między nami odbywa się walka o widzów, po której stronie oni staną.
Woody Allen w Teatrze Ateneum...
Zdecydowanie, humor dość mocno osadzony w realiach Woody Allena i Nowego Jorku. Zapowiada to przednią zabawę i ciekawą historię. Jest nostalgicznie, wzruszająco. Mnie w teatrze najbardziej interesuje opowiadanie o ludziach, a nie o wyimaginowanych sytuacjach. Staram się najbardziej zrozumieć bohaterów, ich sytuację oraz bohaterkę, którą gram. Czasami jest wredna, czasami denerwująca, ale gdzieś w środku bierze się to z samotności, ze słabości, nic nie jest takie wprost. Jest to postać wielowymiarowa. Ja wierzę w to, że tak jest, że ludzie, którzy wyrzucają swoje frustracje, są nieznośni dla innych, mają tego zachowania ukrytą przyczynę, to nie dzieje się z niczego. Oni czują się samotni, albo się boją. Czują się nieakceptowani, nie mogą znaleźć wspólnego języka ze światem. Zapraszam serdecznie na przedstawienie - dodaje Olga Sarzyńska.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Ateneum w Warszawie, "Źli Żydzi", reżyseria Maciej Kowalewski
Daphne - Olga Sarzyńska
Foto - Bartek Warzecha
Najbliższe spektakle - 16, 17, 18 stycznia
Sztuka opowiada współczesną historię z życia nowojorskich Żydów. Czarna komedia pełna Allenowskiego humoru, mająca w tle pytania o tożsamość kulturową i wierność tradycji. Mocny, hipnotyzujący i momentami przezabawny tekst o rodzinie, która spotyka się po pogrzebie dziadka i toczy spór o pozostałą po nim pamiątkę. Nie patrzmy tylko na tytuł - będzie nie tylko o Żydach. Premiera w stołecznym Ateneum odbyła się 7 grudnia. Spektakl wyreżyserował Maciej Kowalewski.
- Mamy żydowską rodzinę, mieszkającą w Nowym Jorku. Pojawia się problem, jaki często się zdarza w życiu, gdy ktoś umiera, a mianowicie, kto dziedziczy majątek po zmarłym. Często wtedy wychodzą na światło dzienne prawdziwe ludzkie oblicza, jacy tak naprawdę jesteśmy i co jest dla nas ważne - mówi w rozmowie z nami aktorka Teatru Ateneum, grająca postać Daphne, Olga Sarzyńska.
Samo życie...
Tak. Zaczyna się walka między nimi. Spektakl ma wiele aspektów. Dotyczy takiego podwójnego wzorca. Mamy dwie postawy. Konserwatywna, czyli pielęgnująca przynależność do tradycji. Pytanie o tożsamość - czy ona jest ważna, czy powinniśmy się od niej odciąć i zacząć tworzyć swoją własną historię? Czy powinniśmy tę własną historię budować na podwalinach tradycji? Jak wiemy, w religii żydowskiej ta tradycja ma ponad pięć tysięcy lat i jest bardzo, bardzo mocna. Z drugiej strony mamy w rodzinie Liama, którego gra Wojtek Brzeziński, który postanawia, że chce żyć swoim życiem, i nie chce wszystkiego odnosić do przeszłości. Moja postać jest tą konserwatywną, która tradycję uważa za dar, który trzeba pielęgnować i utrzymywać.
Daphne i Liam - kim są dla siebie?
Jesteśmy kuzynami. Jest też dziewczyna o imieniu Melody, grana przez Julkę Konarską. Melody jest osobą poznaną przez Liama. To dziewczyna wyluzowana, która tych relacji po prostu nie rozumie. Każda z tych postaw - mam nadzieję, że tak to prowadzimy - że widz do końca nie wie, po której chciałby być stronie, i uważam, że tak powinno być. Niech każdy wybierze sam, gdzie i w jakich rejestrach się mieści, ale myślę, że to jest bardzo płynne. Raz racja jest po tej stronie, zaraz po drugiej. Tak naprawdę między nami odbywa się walka o widzów, po której stronie oni staną.
Woody Allen w Teatrze Ateneum...
Zdecydowanie, humor dość mocno osadzony w realiach Woody Allena i Nowego Jorku. Zapowiada to przednią zabawę i ciekawą historię. Jest nostalgicznie, wzruszająco. Mnie w teatrze najbardziej interesuje opowiadanie o ludziach, a nie o wyimaginowanych sytuacjach. Staram się najbardziej zrozumieć bohaterów, ich sytuację oraz bohaterkę, którą gram. Czasami jest wredna, czasami denerwująca, ale gdzieś w środku bierze się to z samotności, ze słabości, nic nie jest takie wprost. Jest to postać wielowymiarowa. Ja wierzę w to, że tak jest, że ludzie, którzy wyrzucają swoje frustracje, są nieznośni dla innych, mają tego zachowania ukrytą przyczynę, to nie dzieje się z niczego. Oni czują się samotni, albo się boją. Czują się nieakceptowani, nie mogą znaleźć wspólnego języka ze światem. Zapraszam serdecznie na przedstawienie - dodaje Olga Sarzyńska.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Ateneum w Warszawie, "Źli Żydzi", reżyseria Maciej Kowalewski
Daphne - Olga Sarzyńska
Foto - Bartek Warzecha
Najbliższe spektakle - 16, 17, 18 stycznia
poniedziałek, 30 grudnia 2019
Martyna Kowalik o sztuce „Biesy” i miłości do klasyki
Skandale towarzyskie, popełnione w przeszłości zbrodnie, spiski polityczne i plany rewolucji – taki jest świat Fiodora Dostojewskiego. Pisarz wyprzedził swoją epokę i dziś przeglądamy się w jego arcydziele jak w krzywym zwierciadle. Szaleństwo tekstu, żarliwość dialogów pokazują świat pijany od idei.
"Biesy", najnowszy spektakl Teatru Dramatycznego, Sceny na Woli im. Tadeusza Łomnickiego w Warszawie, w ślad za wieloznacznością utworów pisarza nie ocenia i nie wskazuje, gdzie jest racja. Przedstawienie powstało w koprodukcji Teatru Dramatycznego z Teatrem Provisorium, jednym z najważniejszych teatrów alternatywnych, który od zawsze poszukiwał inspiracji w wybitnych tekstach polskiej i światowej literatury.
- Trzeba podkreślić, że nie robimy sztuki kostiumowej z dosłowną scenografią z epoki. Będzie dużo metafizyki i symbolizmu – mówi w rozmowie z nami aktorka młodego pokolenia Martyna Kowalik, wcielająca się w postać Lizy.
Będzie mrocznie...
Jak najbardziej, będzie to spektakl mroczny, jak to u Dostojewskiego. Nie zabraknie namiętności. Jest tu wszystko: miłość, śmierć, obłęd. Jestem miłośniczką "Braci Karamazow", zresztą to była moja sztuka dyplomowa. To właśnie w nich są przepiękne role dla kobiet, co się bardzo rzadko zdarza w dramatach. Nie oszukujmy się - kobiety bardzo często są pomijane, a mężczyźni grają pierwsze skrzypce.
Tekst pełen namiętności to skarb dla aktora.
Zdecydowanie. Namiętności, intrygi, emocje to środowisko, w którym aktor może się wykazać. Jest miejsce, aby się pośmiać, popłakać, poszaleć. Twórczość Fiodora Dostojewskiego daje duże możliwości.
Jest to literatura pełna największych wyzwań dla aktora...
Tak, jest to wyzwanie, bo nie da się tego tekstu grać na chłodno, markować. Absolutnie trzeba dać z siebie wszystko, trzeba przeżywać, wczuć się w postać, poobijać. Przyznaję, że po próbach mam już odrobinę zmęczone ciało. Niestety na tym etapie nie można odpuszczać. Trzeba dać z siebie wszystko.
Dużo grasz, i z każdym przedstawieniem nabierasz doświadczenia. Jak odbierasz siebie na przestrzeni tych ostatnich lat?
W Teatrze Dramatycznym jestem na etacie od pięciu lat. Teatralnie dosyć wcześnie wystartowałam, bo już na trzecim roku debiutowałam w Teatrze Komedia. Potem jako wolny strzelec współpracowałam z Teatrem Polskim, Ateneum, teatrem w Częstochowie i Płocku. Czuję, że jestem na etapie zdecydowanie większej pewności siebie. Jest we mnie mniej wstydu, mniej się zastanawiam, czy coś wypada, czy nie. W szkole dostajemy podstawowy warsztat, a potem zaczyna się prawdziwe granie. Uczymy się od kolegów, głównie od starszych. W moim obecnym teatrze takimi nauczycielami są dla mnie Adam Ferency i Łukasz Lewandowski. Często podglądam ich na próbach i jeśli czegoś nie wiem, albo nie jestem pewna, to proszę ich o radę w jakim kierunku powinnam iść, czy to co proponuję jest dobre, i co zrobić, by było jeszcze lepsze. Trafił mi się w teatrze wspaniały zespół świetnych aktorów, od których bardzo wiele mogę się nauczyć. To jest dar, który trzeba wykorzystać.
Kiedy dojrzałaś do twórczości Dostojewskiego, czy rozumiałaś go w pełni już od dawna?
Twórczość Dostojewskiego jest tak złożona i bogata, że trudno mówić o pełnym jej zrozumieniu. Za każdym razem, gdy sięgasz po jego dzieło, odkrywasz coś nowego. Inaczej interpretujesz, dostrzegasz nowe wątki, patrzysz przez pryzmat swoich doświadczeń życiowych, które z biegiem czasu się zmieniają.
"Biesy" dopiero odkrywam, myślę, że im dłużej będziemy to grać, tym bardziej się z tym spektaklem zżyję. Z biegiem czasu ta postać będzie we mnie ewoluowała, co zapewne przełoży się na sposób, w jaki będę grała ją na scenie.
Chyba tak jest z każdym spektaklem... Każdy jest inny, to jest cudowne w teatrze...
Na pewno tak. To jest właśnie magia teatru. Nie ma drugiego takiego samego przedstawienia. Muszę przyznać, że lubię klasykę. Bardzo dobrze odnajduję się w dziełach Szekspira oraz Dostojewskiego, który jest u nas ciągle odkrywany. Oczywiście czekam na wyzwania, które stawia przed aktorami współczesna dramaturgia. Mam nadzieję, że przede mną jeszcze wiele ciekawych i wymagających ról.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
"Biesy"
Teatr Dramatyczny w Warszawie
Adaptacja i reżyseria Janusz Opryński
Martyna Kowalik jako Liza Drozdow
foto Krzysztof Bieliński
Spektakl obejrzała 12 grudnia Małgosia
Kolejne przedstawienia – 1, 2 i 4 lutego w 2020 roku.
"Biesy", najnowszy spektakl Teatru Dramatycznego, Sceny na Woli im. Tadeusza Łomnickiego w Warszawie, w ślad za wieloznacznością utworów pisarza nie ocenia i nie wskazuje, gdzie jest racja. Przedstawienie powstało w koprodukcji Teatru Dramatycznego z Teatrem Provisorium, jednym z najważniejszych teatrów alternatywnych, który od zawsze poszukiwał inspiracji w wybitnych tekstach polskiej i światowej literatury.
- Trzeba podkreślić, że nie robimy sztuki kostiumowej z dosłowną scenografią z epoki. Będzie dużo metafizyki i symbolizmu – mówi w rozmowie z nami aktorka młodego pokolenia Martyna Kowalik, wcielająca się w postać Lizy.
Będzie mrocznie...
Jak najbardziej, będzie to spektakl mroczny, jak to u Dostojewskiego. Nie zabraknie namiętności. Jest tu wszystko: miłość, śmierć, obłęd. Jestem miłośniczką "Braci Karamazow", zresztą to była moja sztuka dyplomowa. To właśnie w nich są przepiękne role dla kobiet, co się bardzo rzadko zdarza w dramatach. Nie oszukujmy się - kobiety bardzo często są pomijane, a mężczyźni grają pierwsze skrzypce.
Tekst pełen namiętności to skarb dla aktora.
Zdecydowanie. Namiętności, intrygi, emocje to środowisko, w którym aktor może się wykazać. Jest miejsce, aby się pośmiać, popłakać, poszaleć. Twórczość Fiodora Dostojewskiego daje duże możliwości.
Jest to literatura pełna największych wyzwań dla aktora...
Tak, jest to wyzwanie, bo nie da się tego tekstu grać na chłodno, markować. Absolutnie trzeba dać z siebie wszystko, trzeba przeżywać, wczuć się w postać, poobijać. Przyznaję, że po próbach mam już odrobinę zmęczone ciało. Niestety na tym etapie nie można odpuszczać. Trzeba dać z siebie wszystko.
Dużo grasz, i z każdym przedstawieniem nabierasz doświadczenia. Jak odbierasz siebie na przestrzeni tych ostatnich lat?
W Teatrze Dramatycznym jestem na etacie od pięciu lat. Teatralnie dosyć wcześnie wystartowałam, bo już na trzecim roku debiutowałam w Teatrze Komedia. Potem jako wolny strzelec współpracowałam z Teatrem Polskim, Ateneum, teatrem w Częstochowie i Płocku. Czuję, że jestem na etapie zdecydowanie większej pewności siebie. Jest we mnie mniej wstydu, mniej się zastanawiam, czy coś wypada, czy nie. W szkole dostajemy podstawowy warsztat, a potem zaczyna się prawdziwe granie. Uczymy się od kolegów, głównie od starszych. W moim obecnym teatrze takimi nauczycielami są dla mnie Adam Ferency i Łukasz Lewandowski. Często podglądam ich na próbach i jeśli czegoś nie wiem, albo nie jestem pewna, to proszę ich o radę w jakim kierunku powinnam iść, czy to co proponuję jest dobre, i co zrobić, by było jeszcze lepsze. Trafił mi się w teatrze wspaniały zespół świetnych aktorów, od których bardzo wiele mogę się nauczyć. To jest dar, który trzeba wykorzystać.
Kiedy dojrzałaś do twórczości Dostojewskiego, czy rozumiałaś go w pełni już od dawna?
Twórczość Dostojewskiego jest tak złożona i bogata, że trudno mówić o pełnym jej zrozumieniu. Za każdym razem, gdy sięgasz po jego dzieło, odkrywasz coś nowego. Inaczej interpretujesz, dostrzegasz nowe wątki, patrzysz przez pryzmat swoich doświadczeń życiowych, które z biegiem czasu się zmieniają.
"Biesy" dopiero odkrywam, myślę, że im dłużej będziemy to grać, tym bardziej się z tym spektaklem zżyję. Z biegiem czasu ta postać będzie we mnie ewoluowała, co zapewne przełoży się na sposób, w jaki będę grała ją na scenie.
Chyba tak jest z każdym spektaklem... Każdy jest inny, to jest cudowne w teatrze...
Na pewno tak. To jest właśnie magia teatru. Nie ma drugiego takiego samego przedstawienia. Muszę przyznać, że lubię klasykę. Bardzo dobrze odnajduję się w dziełach Szekspira oraz Dostojewskiego, który jest u nas ciągle odkrywany. Oczywiście czekam na wyzwania, które stawia przed aktorami współczesna dramaturgia. Mam nadzieję, że przede mną jeszcze wiele ciekawych i wymagających ról.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
"Biesy"
Teatr Dramatyczny w Warszawie
Adaptacja i reżyseria Janusz Opryński
Martyna Kowalik jako Liza Drozdow
foto Krzysztof Bieliński
Spektakl obejrzała 12 grudnia Małgosia
Kolejne przedstawienia – 1, 2 i 4 lutego w 2020 roku.
piątek, 6 grudnia 2019
Zespół A-ha powrócił do Polski po 10 latach
Myślę, że większość się ze mną zgodzi, że fajnie czasami poczuć się o kilkanaście lat młodszym. Tak się poczułam na ostatnim koncercie zespołu A-ha na warszawskim Torwarze. Szczęśliwcy, którzy się na nim znaleźli, z pewnością nie żałowali, bo już nieco starsze chłopaki z Norwegii są w super formie i zaserwowali wspaniały spektakl muzyczno-wizualny. Oprawa sceniczna świetnie współgrała z zespołem i wyświetlanymi w tle obrazami. Powróciły magiczne lata 80., a łezka niejednemu fanowi i niejednej fance (już w sile wieku) się w oku zakręciła. Wiem, że to były cudowne wspomnienia.
Zespół A-ha to niekwestionowana gwiazda lat 80. Bardzo dobrzy muzycy, którzy - co najważniejsze - cały czas trzymają się razem. Któż nie zna hitu "Take on Me" - drugiego pod względem popularności przeboju tamtego okresu? Tym przebojem rozpoczęli warszawski koncert i od razu porwali publiczność. Hala Torwaru mało nie uniosła się do góry. Wiadomo nie od dziś, że nie jest łatwo o dobrą akustykę na tej hali, tym razem także były lekkie problemy, ale muzycy poradzili sobie z tym, zapewniając znakomity wieczór.
Morten Harket, Magne Furuholmen i Paul Waaktaar-Savoy zadebiutowali albumem "Hunting High and Low" w 1985 roku, a po latach wracają na światowe sceny w ramach tournée pod tym tytułem. Nie zabrakło innych znakomitych przebojów, takich jak m.in.: "Hunting High and Low", "The Sun Always Shines on T.V.", "Scoundrel Days”, "Stay on These Roads", "East of the Sun, West of the Moon", "Analogue" i "Foot of the Mountain". Tym razem utwory zabrzmiały podczas koncertu bardziej rockowo.
A-ha w swoim dorobku ma dziesięć albumów studyjnych, miliony sprzedanych płyt, tysiące koncertów i niezapomniane przeboje. Polscy fani doskonale znają ich piosenki - wiele z nich cały Torwar śpiewał razem z muzykami. To był drugi koncert zespołu w naszym kraju. Pierwszy raz wystąpili 10 lat temu, gdy w listopadzie 2009 roku zagrali na muzycznym otwarciu Atlas Areny w Łodzi. Bilety na drugi koncert A-ha w Polsce, w hali COS Torwar w Warszawie (zorganizowany przez Prestige MJM) wyprzedały się bardzo szybko. Nadmieńmy, bo to znaczące, że koncerty w Niemczech, poprzedzające warszawski, również wyprzedały się całkowicie. Ba, nawet przyszłoroczne, jesienne koncerty w USA zdążyły już osiągnąć status SOLD OUT.
Polacy kochają Norwegów, o czym świadczy ogromne zainteresowanie koncertem. Torwar niestety nie jest zbyt duży i wiele osób odchodziło od kas ze smutkiem w oczach. Na szczęście muzycy obiecali, że wkrótce powrócą...
Koncert obejrzała i wysłuchała go 18 listopada - Małgosia
Zespół A-ha to niekwestionowana gwiazda lat 80. Bardzo dobrzy muzycy, którzy - co najważniejsze - cały czas trzymają się razem. Któż nie zna hitu "Take on Me" - drugiego pod względem popularności przeboju tamtego okresu? Tym przebojem rozpoczęli warszawski koncert i od razu porwali publiczność. Hala Torwaru mało nie uniosła się do góry. Wiadomo nie od dziś, że nie jest łatwo o dobrą akustykę na tej hali, tym razem także były lekkie problemy, ale muzycy poradzili sobie z tym, zapewniając znakomity wieczór.
Morten Harket, Magne Furuholmen i Paul Waaktaar-Savoy zadebiutowali albumem "Hunting High and Low" w 1985 roku, a po latach wracają na światowe sceny w ramach tournée pod tym tytułem. Nie zabrakło innych znakomitych przebojów, takich jak m.in.: "Hunting High and Low", "The Sun Always Shines on T.V.", "Scoundrel Days”, "Stay on These Roads", "East of the Sun, West of the Moon", "Analogue" i "Foot of the Mountain". Tym razem utwory zabrzmiały podczas koncertu bardziej rockowo.
A-ha w swoim dorobku ma dziesięć albumów studyjnych, miliony sprzedanych płyt, tysiące koncertów i niezapomniane przeboje. Polscy fani doskonale znają ich piosenki - wiele z nich cały Torwar śpiewał razem z muzykami. To był drugi koncert zespołu w naszym kraju. Pierwszy raz wystąpili 10 lat temu, gdy w listopadzie 2009 roku zagrali na muzycznym otwarciu Atlas Areny w Łodzi. Bilety na drugi koncert A-ha w Polsce, w hali COS Torwar w Warszawie (zorganizowany przez Prestige MJM) wyprzedały się bardzo szybko. Nadmieńmy, bo to znaczące, że koncerty w Niemczech, poprzedzające warszawski, również wyprzedały się całkowicie. Ba, nawet przyszłoroczne, jesienne koncerty w USA zdążyły już osiągnąć status SOLD OUT.
Polacy kochają Norwegów, o czym świadczy ogromne zainteresowanie koncertem. Torwar niestety nie jest zbyt duży i wiele osób odchodziło od kas ze smutkiem w oczach. Na szczęście muzycy obiecali, że wkrótce powrócą...
Koncert obejrzała i wysłuchała go 18 listopada - Małgosia
środa, 27 listopada 2019
Anna Gryszkówna o najnowszej premierze „Letników” i pracy z Maciejem Prusem
Dramat "Letnicy" pióra Maksima Gorkiego powstał około sto lat temu, ale nic nie stracił na aktualności. Przedstawia głównie inteligencję i jej konfrontację z trudną politycznie przełomową sytuacją swego kraju, stojącego w obliczu historycznych przemian. Zadaje pytanie o rolę inteligencji w społeczeństwie, o misję ludzi światłych w walce o sprawiedliwość społeczną – o człowieka. Takie same pytania możemy zadawać sobie i dziś.
"Letnicy" to pierwsza premiera w nowym sezonie Teatru Narodowego w Warszawie. O sztuce i pracy nad nią rozmawiamy z Anną Gryszkówną – aktorką Sceny Narodowej i asystentką reżysera spektaklu Macieja Prusa.
- Bardzo mnie ucieszyła perspektywa współpracy z panem Maciejem Prusem. Praca z nim to wyróżnienie i ogromna przyjemność. Jest on ostatnim reżyserem z pokolenia, które pracowało jeszcze z Kazimierzem Dejmkiem, z Konradem Swinarskim, Erwinem Axerem - dlatego obcowanie z nim wywiera szczególne wrażenie, jest to wielka nagroda. Pracując z nim, mam do czynienia z takim teatrem, którego już nie ma - szlachetnym, pięknym i mądrym, kochającym słowo, szanującym autora, dlatego z wielką radością pełnię rolę asystentki, pana Macieja – powiedziała w rozmowie z nami Anna Gryszkówna.
Obserwuję panią od tej strony reżyserskiej, i widzę, jak się pani wspaniale rozwija w tym kierunku. Czy to jest to, co panią pociąga w teatrze?
Myślę, że to będzie moja droga. W tym spektaklu występuję w podwójnej roli, jako aktorka i jako asystentka reżysera. Jest to oficjalna, uczciwa asystentura z mojej strony. Dlatego mając do czynienia z obydwoma punktami widzenia - to wiem, że perspektywa tamtej strony, strony reżysera jest tym, co mnie magnetycznie pociąga i już nie umiem z niej zrezygnować. Myślę, że w tym jest moje serce.
Jak długo ten pomysł kiełkował w pani głowie?
Zagrałam w spektaklu w Teatrze Dramatycznym "Nasza Klasa" - Rachelkę Mariankę - była to dla mnie piękna podróż i przygoda. Moja bohaterka jest cały czas na scenie od młodości do śmierci. Dostałam wielkie wyzwanie, z którym się zmierzyłam, które mi sprawiło mnóstwo satysfakcji i zobaczyłam, że niewiele jest takich ról. Jest tyle zdolnych aktorek, a tak mało ciekawych propozycji dla nich, że czekanie na ponowne wyzwanie jest po prostu stratą czasu. A zawsze miałam inklinację do tego, żeby zamiast jednej roli, móc w głowie przejść wszystkie, żeby mieć wpływ na świat stwarzany na scenie, na scenografię, kostiumy, na muzykę. Ten teatr, który rodzi się w głowie - siedząc w domu w fotelu, czy podczas snu - to jest to miejsce, w którym chciałabym być.
Reżyser tak naprawdę pracuje 24 godziny na dobę...
Zdaję sobie sprawę z tego, że jest to praca na okrągło, i jest się w niej bardzo samotnym. Bo przy finalnym efekcie aktorzy mają wsparcie reżysera, są ze sobą, rozmawiają, coś od nich jeszcze zależy. Reżyser musi wiedzieć, czy to, co zrobił jest dobre, czy złe. Nikt mu o tym nie powie, musi to czuć i musi to wiedzieć.
Proszę coś powiedzieć o samym spektaklu, bo wielkość autora poznaje się po tym, że jego już nie ma z nami, a jego dzieła są, i to są ciągle aktualne.
Tak, zmieniają się czasy, zmieniają się kostiumy, a tematy, problemy, wątpliwości są te same. Ten spektakl jest o inteligencji. O jej próbie odnalezienia się we współczesnym świecie, w świecie w którym jej znaczenie jest coraz mniejsze, kiedy trudno jej ocalić swoją intensywność, swoją wagę. Pogubieni inteligenci, którzy cały czas żyją w matni, niemocy, a jednocześnie towarzyszą im wielkie potrzeby i tęsknoty. Jest to smutne, gorzkie, a jednocześnie z nutą nadziei, na to, że mimo wszystko walczy, szuka, swojej drogi, swojej ścieżki.
Jak ważna jest ta inteligencja?
Jest istotą, ideą, o której opowiada autor. Ci ludzie próbują nazwać siebie na nowo. Wyznaczyć sobie cel. To jest bardzo ważne, szukanie innej formy, dla tego, czym ma być obecnie.
Jaki jest pan Maciej Prus?
Praca z nim jest niesamowita. Jest całkowicie oddany słowu i autorowi. Kocha i szanuje aktora. Pełen czułości, dla niego, dla jego pomysłu, jego wrażliwości. Nie było ani razu awantury, nie było ani razu żadnych napięć, sytuacji nieprzyjemnych. Aktorzy oddają mu to samo - mam wrażenie. Świetnie nam się razem pracowało, mamy cudowny zespół, wspaniałą ekipę, każdy z radością szedł na próbę, chciał pracować i dawać siebie. I to jest bardzo miłe. Zapraszamy na efekt naszej wspólnej pracy – dodaje Anna Gryszkówna.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Narodowy w Warszawie, "Letnicy", reż. Maciej Prus
Anna Gryszkówna jako Kaleria, siostra Basowa i asystentka reżysera
foto Krzysztof Bieliński.
Najbliższe spektakle 7 i 8 grudnia
"Letnicy" to pierwsza premiera w nowym sezonie Teatru Narodowego w Warszawie. O sztuce i pracy nad nią rozmawiamy z Anną Gryszkówną – aktorką Sceny Narodowej i asystentką reżysera spektaklu Macieja Prusa.
- Bardzo mnie ucieszyła perspektywa współpracy z panem Maciejem Prusem. Praca z nim to wyróżnienie i ogromna przyjemność. Jest on ostatnim reżyserem z pokolenia, które pracowało jeszcze z Kazimierzem Dejmkiem, z Konradem Swinarskim, Erwinem Axerem - dlatego obcowanie z nim wywiera szczególne wrażenie, jest to wielka nagroda. Pracując z nim, mam do czynienia z takim teatrem, którego już nie ma - szlachetnym, pięknym i mądrym, kochającym słowo, szanującym autora, dlatego z wielką radością pełnię rolę asystentki, pana Macieja – powiedziała w rozmowie z nami Anna Gryszkówna.
Obserwuję panią od tej strony reżyserskiej, i widzę, jak się pani wspaniale rozwija w tym kierunku. Czy to jest to, co panią pociąga w teatrze?
Myślę, że to będzie moja droga. W tym spektaklu występuję w podwójnej roli, jako aktorka i jako asystentka reżysera. Jest to oficjalna, uczciwa asystentura z mojej strony. Dlatego mając do czynienia z obydwoma punktami widzenia - to wiem, że perspektywa tamtej strony, strony reżysera jest tym, co mnie magnetycznie pociąga i już nie umiem z niej zrezygnować. Myślę, że w tym jest moje serce.
Jak długo ten pomysł kiełkował w pani głowie?
Zagrałam w spektaklu w Teatrze Dramatycznym "Nasza Klasa" - Rachelkę Mariankę - była to dla mnie piękna podróż i przygoda. Moja bohaterka jest cały czas na scenie od młodości do śmierci. Dostałam wielkie wyzwanie, z którym się zmierzyłam, które mi sprawiło mnóstwo satysfakcji i zobaczyłam, że niewiele jest takich ról. Jest tyle zdolnych aktorek, a tak mało ciekawych propozycji dla nich, że czekanie na ponowne wyzwanie jest po prostu stratą czasu. A zawsze miałam inklinację do tego, żeby zamiast jednej roli, móc w głowie przejść wszystkie, żeby mieć wpływ na świat stwarzany na scenie, na scenografię, kostiumy, na muzykę. Ten teatr, który rodzi się w głowie - siedząc w domu w fotelu, czy podczas snu - to jest to miejsce, w którym chciałabym być.
Reżyser tak naprawdę pracuje 24 godziny na dobę...
Zdaję sobie sprawę z tego, że jest to praca na okrągło, i jest się w niej bardzo samotnym. Bo przy finalnym efekcie aktorzy mają wsparcie reżysera, są ze sobą, rozmawiają, coś od nich jeszcze zależy. Reżyser musi wiedzieć, czy to, co zrobił jest dobre, czy złe. Nikt mu o tym nie powie, musi to czuć i musi to wiedzieć.
Proszę coś powiedzieć o samym spektaklu, bo wielkość autora poznaje się po tym, że jego już nie ma z nami, a jego dzieła są, i to są ciągle aktualne.
Tak, zmieniają się czasy, zmieniają się kostiumy, a tematy, problemy, wątpliwości są te same. Ten spektakl jest o inteligencji. O jej próbie odnalezienia się we współczesnym świecie, w świecie w którym jej znaczenie jest coraz mniejsze, kiedy trudno jej ocalić swoją intensywność, swoją wagę. Pogubieni inteligenci, którzy cały czas żyją w matni, niemocy, a jednocześnie towarzyszą im wielkie potrzeby i tęsknoty. Jest to smutne, gorzkie, a jednocześnie z nutą nadziei, na to, że mimo wszystko walczy, szuka, swojej drogi, swojej ścieżki.
Jak ważna jest ta inteligencja?
Jest istotą, ideą, o której opowiada autor. Ci ludzie próbują nazwać siebie na nowo. Wyznaczyć sobie cel. To jest bardzo ważne, szukanie innej formy, dla tego, czym ma być obecnie.
Jaki jest pan Maciej Prus?
Praca z nim jest niesamowita. Jest całkowicie oddany słowu i autorowi. Kocha i szanuje aktora. Pełen czułości, dla niego, dla jego pomysłu, jego wrażliwości. Nie było ani razu awantury, nie było ani razu żadnych napięć, sytuacji nieprzyjemnych. Aktorzy oddają mu to samo - mam wrażenie. Świetnie nam się razem pracowało, mamy cudowny zespół, wspaniałą ekipę, każdy z radością szedł na próbę, chciał pracować i dawać siebie. I to jest bardzo miłe. Zapraszamy na efekt naszej wspólnej pracy – dodaje Anna Gryszkówna.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Narodowy w Warszawie, "Letnicy", reż. Maciej Prus
Anna Gryszkówna jako Kaleria, siostra Basowa i asystentka reżysera
foto Krzysztof Bieliński.
Najbliższe spektakle 7 i 8 grudnia
poniedziałek, 25 listopada 2019
Mateusz Weber o "Księżniczce Turandot"
Premiera "Księżniczki Turandot" w Teatrze Dramatycznym w Warszawie miała miejsce pod koniec września. Spektakl oparty na baśni chińskiej, w którym reżyser Ondrej Spišák mistrzowsko bawi się konwencjami teatralnymi, nawiązuje do commedii dell’arte, a nawet do form cyrkowych. Tekst w przekładzie poety Jarosława Mikołajewskiego dość dobrze oddaje siłę słowa Carlo Gozziego, a improwizacje z humorem odnoszą się do współczesności. Mówi o odwiecznej walce płci, która ukazuje człowieka jako pełnego sprzeczności i nie zawsze spełniającego romantyczne wizje miłości.
- Praca nad spektaklem przebiegała dwuetapowo. W maju i czerwcu udało nam się stworzyć szkic przedstawienia. W lipcu koncentrowaliśmy się na Letnim Przeglądzie Teatralnym w Teatrze Dramatycznym, a od początku września bardzo intensywnie pracowaliśmy już całościowo na scenie. Do dyspozycji mieliśmy zaledwie trzy tygodnie, ale finalnie udało nam się wszystko dopiąć i stworzyć zadowalający efekt – powiedział w rozmowie z nami aktor Teatru Dramatycznego Mateusz Weber.
- Od samego początku pracowaliśmy na tekście Carlo Gozziego, czyli commedii dell’arte. Z operą Giacomo Pucciniego wspólna jest historia i bohaterowie, ale śpiewania w naszym przedstawieniu brak. W ramach ukłonu dla tej wielkiej opery, reżyser w zabawny sposób postanowił wykorzystać krótki fragment najsłynniejszej arii "Nessun dorma" – dodaje Mateusz.
Niezwykle ciekawy jest motyw powracających na scenę klaunów...
Stworzyliśmy przedstawienie, w którym od samego początku puszczamy do widza "oko". Klauni są połączeniem między publicznością, a aktorami - łamiemy czwartą ścianę, dajemy jasny sygnał - Tak! Jesteśmy w teatrze, jesteśmy aktorami, i zaraz zobaczycie Państwo historię, którą grają aktorzy Teatru Dramatycznego. Czy skończy się dobrze? czy źle? Autor napisał, że dobrze, ale jesteśmy w teatrze, a tu może wydarzyć się wszystko…
Pracowałeś już wcześniej z Ondrejem Spišákiem?
Z Ondrejem Spišákiem spotkałem się po raz pierwszy. Bardzo podoba mi się jego myślenie o teatrze. Przyszedł z dobrym, konkretnym pomysłem, który miał ożywić tekst - nie oszukujmy się – już nie pierwszej "świeżości". Jest otwarty na propozycje, słucha, co aktorzy mają do powiedzenia, dzieli się spostrzeżeniami. A do tego, jest po prostu fajnym człowiekiem z dużym poczuciem humoru, więc współpraca była bardzo przyjemna.
Bawicie się nieźle podczas spektakli...
To nie jest moje pierwsze spotkanie z commedią dell’arte w tym teatrze, i myślę, że całkiem nieźle odnajduję się w tej formie. Lubię role, które dają możliwość pewnego przerysowania postaci, które tak naprawdę nie są do końca realne. Tworzenie takiego bohatera daje niesamowitą frajdę.
Tak naprawdę – to my dopiero zaczynamy się bawić. Przedstawienie z każdym kolejnym spektaklem ewoluuje. Czujemy się coraz bardziej swobodnie. Dyrektor Tadeusz Słobodzianek, który jest autorem naszych intermediów, przysłuchuje się im i proponuje różne aktualizacje, odnosząc się do coraz to ciekawszych i nowszych wydarzeń w życiu publicznym... Kto wie... może za rok intermedia będą zupełnie inne...
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Dramatyczny w Warszawie, Scena im. G. Holoubka, "Księżniczka Turandot"
reżyseria Ondrej Spišák
Mateusz Weber jako Truffaldino, foto K.Bieliński
Spektakl widziała 26 września Małgosia
Najbliższe przedstawienia – 28, 29 i 31 grudnia
- Praca nad spektaklem przebiegała dwuetapowo. W maju i czerwcu udało nam się stworzyć szkic przedstawienia. W lipcu koncentrowaliśmy się na Letnim Przeglądzie Teatralnym w Teatrze Dramatycznym, a od początku września bardzo intensywnie pracowaliśmy już całościowo na scenie. Do dyspozycji mieliśmy zaledwie trzy tygodnie, ale finalnie udało nam się wszystko dopiąć i stworzyć zadowalający efekt – powiedział w rozmowie z nami aktor Teatru Dramatycznego Mateusz Weber.
- Od samego początku pracowaliśmy na tekście Carlo Gozziego, czyli commedii dell’arte. Z operą Giacomo Pucciniego wspólna jest historia i bohaterowie, ale śpiewania w naszym przedstawieniu brak. W ramach ukłonu dla tej wielkiej opery, reżyser w zabawny sposób postanowił wykorzystać krótki fragment najsłynniejszej arii "Nessun dorma" – dodaje Mateusz.
Niezwykle ciekawy jest motyw powracających na scenę klaunów...
Stworzyliśmy przedstawienie, w którym od samego początku puszczamy do widza "oko". Klauni są połączeniem między publicznością, a aktorami - łamiemy czwartą ścianę, dajemy jasny sygnał - Tak! Jesteśmy w teatrze, jesteśmy aktorami, i zaraz zobaczycie Państwo historię, którą grają aktorzy Teatru Dramatycznego. Czy skończy się dobrze? czy źle? Autor napisał, że dobrze, ale jesteśmy w teatrze, a tu może wydarzyć się wszystko…
Pracowałeś już wcześniej z Ondrejem Spišákiem?
Z Ondrejem Spišákiem spotkałem się po raz pierwszy. Bardzo podoba mi się jego myślenie o teatrze. Przyszedł z dobrym, konkretnym pomysłem, który miał ożywić tekst - nie oszukujmy się – już nie pierwszej "świeżości". Jest otwarty na propozycje, słucha, co aktorzy mają do powiedzenia, dzieli się spostrzeżeniami. A do tego, jest po prostu fajnym człowiekiem z dużym poczuciem humoru, więc współpraca była bardzo przyjemna.
Bawicie się nieźle podczas spektakli...
To nie jest moje pierwsze spotkanie z commedią dell’arte w tym teatrze, i myślę, że całkiem nieźle odnajduję się w tej formie. Lubię role, które dają możliwość pewnego przerysowania postaci, które tak naprawdę nie są do końca realne. Tworzenie takiego bohatera daje niesamowitą frajdę.
Tak naprawdę – to my dopiero zaczynamy się bawić. Przedstawienie z każdym kolejnym spektaklem ewoluuje. Czujemy się coraz bardziej swobodnie. Dyrektor Tadeusz Słobodzianek, który jest autorem naszych intermediów, przysłuchuje się im i proponuje różne aktualizacje, odnosząc się do coraz to ciekawszych i nowszych wydarzeń w życiu publicznym... Kto wie... może za rok intermedia będą zupełnie inne...
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
Teatr Dramatyczny w Warszawie, Scena im. G. Holoubka, "Księżniczka Turandot"
reżyseria Ondrej Spišák
Mateusz Weber jako Truffaldino, foto K.Bieliński
Spektakl widziała 26 września Małgosia
Najbliższe przedstawienia – 28, 29 i 31 grudnia
piątek, 22 listopada 2019
Mateusz Łapka o najnowszej premierze w Teatrze Ateneum
Co może się wydarzyć, kiedy duchy z przeszłości materializują się w świecie żywych i wtrącają się w ich życie? Jarosław Marek Rymkiewicz, wybitny poeta, dramaturg i eseista, napisał w roku 1979 sztukę zarazem upiorną i śmieszną, w której działalność widm jest wyjątkowo dokuczliwa. Każdy naród ma jakąś swoją historię, która albo napawa go dumą, albo bywa kulą u nogi. A kiedy trupy z przeszłości mieszają się z żyjącymi, wynikają z tego przeróżne porozumienia i nieporozumienia, groźne albo zabawne. Kochliwa hrabina sprzed stuleci odnajduje ducha kochanka we współczesnym dorobkiewiczu, stary generał z dawnego powstania ugania się za młodą mężatką… Kłania się nam Fredro i Witkacy, Mickiewicz i Mrożek. My, Polacy lubimy wracać do historii, taka nasza natura. Czasami jest to fajne, a czasami nieco męczące.
Jarosław Marek Rymkiewicz mówi: "Uważajcie rodacy, upiory przeszłości lubią wysysać z nas krew".
"Dwór nad Narwią" pióra Jarosława Marka Rymkiewicza jest pierwszą w nowym sezonie premierą w Teatrze Ateneum w Warszawie. O sztuce, jej przesłaniu rozmawiamy z młodym aktorem stołecznej sceny Mateuszem Łapką.
Będzie strasznie, będzie śmiesznie?
To jest bodajże trzecie w Polsce wystawienie tej sztuki, a pierwsze w Warszawie. Jak będzie? Troszkę śmiesznie, troszkę strasznie, bo zabawa tą konwencją duchów nam to umożliwia. Będziemy walczyć z tymi duchami przeszłości, z tym, z czym my, Polacy na co dzień nie możemy sobie poradzić. Z naszą przeszłością, z tym, że wchodzimy w życie z bagażem, z ciężarem, z czymś, od czego nie możemy się uwolnić. Artur Tyszkiewicz - reżyser tego spektaklu, powiedział kiedyś, że Polacy cały czas żyją na cmentarzach. Troszkę będzie też o tym, żebyśmy się nieco uwolnili od tego. Oczywiście, każda z postaci kreowana przez kolegów i przeze mnie jest inna, o co innego jej chodzi, ma odmienne wizje, i to jest wspaniałe.
Jesteś aktorem młodej generacji. Jak sobie radzisz z rozpamiętywaniem historii i naszej przeszłości?
Staram się z tym walczyć, ale to jest gdzieś w środku, ta nasza polskość. Myślę, że trzeba sobie zadać pytanie: co nam daje to ciągłe rozdrapywanie ran? My nie żyjemy tym, co się dzieje teraz, ale ciągle wracamy do tego, co było. Wracamy do dalszej czy bliższej historii, ale wracamy. Starsi koledzy wielokrotnie mówili, że kiedy się spotykają ze znajomymi, z lat szkolnych, siadają i pytają "co u ciebie?" – w odpowiedzi na to pytanie bardzo rzadko słyszą, co tak naprawdę dzieje się w obecnym życiu znajomego. Tamci wracają to tych lat i wspominają - "a pamiętasz jak trzydzieści lat temu ..?". Ciągle te wspomnienia powracają. Wiadomo, że są momenty, kiedy nie wolno nam zapomnieć tak całkiem. Mieliśmy niedawno Dzień Zaduszny i Dzień Wszystkich Świętych, jest to czas refleksji, wspomnień, ale potem to mija i nie możemy ciągle się umartwiać. Po to jest taki dzień w roku, żeby pamięć czcić w odpowiedni sposób, ale nie przez kolejne 364 dni w roku. Postać Kamila, którego gram, mówi takie słowa – "czy ludzie, którzy przeminęli, będą ciągle rozdzierać piersi ludzi przyszłych? Czy zawsze będziemy się tym nawzajem zamęczać?".
Jest jakieś rozwiązanie?
Z pewnością jest. Jednak każdy musi sam znaleźć odpowiedni dla siebie sposób. Można inaczej żyć, a przynajmniej spróbować.
Powiedz coś więcej o granej przez Ciebie postaci?
Kamil jest umarłym poetą. Do końca nie wiemy, jaki związek ma imię postaci z poetami, którzy żyli przed laty. Kamil jest zjawą, sami możemy sobie interpretować, który Kamil... Podobnie jest z postacią graną przez Krzysztofa Gosztyłę - Jenerał Józef. Było tylu Józefów w historii Polski, że każdy może sobie dopasować swojego. Fajnie jest to wszystko potraktowane przez autora tekstu. Widz może sobie dowolnie dobrać, zinterpretować. Wracając do mojej postaci: Kamil popełnił samobójstwo, taka romantyczna śmierć, strzelił sobie w usta z powodu nieszczęśliwej miłości. Zabił się z miłości do kobiety - z którą, żeby było śmiesznie - żyje teraz we dworze już po śmierci. Ich groby znajdują się nieopodal. Nie są w związku, jednak Kamil cały czas jest w niej bardzo zakochany, mimo śmierci to uczucie nie wygasło. Kamil jest człowiekiem, którego nikt nie próbuje zrozumieć. Jest inny niż cała reszta zjaw. Poeta…On inaczej odbiera rzeczywistość, inaczej patrzy na pewne rzeczy, inaczej myśli, czuje. Jest wyśmiewany, traktowany nie do końca poważnie. Próbuje osiągnąć taką duchową wzniosłość. Stara się być dobrym człowiekiem, wije sobie wianki, ogląda piękno przyrody, słucha śpiewu ptaków. Mówi, że takie przyziemne rzeczy jak seks, picie, jedzenie to nie jest to, na czym mu zależy. Powinniśmy się rozwijać, piąć wyżej i wyżej, szczeblować w górę po drabinie ducha. Kamil jest taką właśnie postacią. Czy to mu się uda, czy nie, to już trzeba przyjść do teatru i samemu się przekonać.
Czyli w spektaklu będziemy obcować z bohaterami żywymi i widmami?
Tak. Widz doskonale będzie wiedział, kto do której grupy należy. Mamy ciekawą charakteryzację, wszystko jest czytelne dla widza. Sztuka, mimo, że napisana lata temu, jest bardzo aktualna. Postać grana przez Darka Wnuka mówi, że te genetyczne krzyżówki, mutacje, kombinacje to jest przyszłość. Wprawdzie na szczęście nie żyjemy z umarłymi, ale naukowcy dokonują różnych genetycznych eksperymentów, klonują, krzyżują na co dzień – na przykład zwierzęta. Kto wie, dokąd to zmierza i jak się może rozwinąć?
Bawiliście się chyba nieźle na próbach?
Tak. Postaci duchy są mocno przerysowane, wygląda to trochę jak "stary teatr" – od charakteryzacji po grę. Momentami mamy do czynienia z "nadgrywaniem". Tego szukaliśmy, wspólnie pracując nad tym, jak ta sztuka powinna wyglądać. Gdy pojawiła się charakteryzacja, kostiumy, i zobaczyliśmy siebie nawzajem – było dużo śmiechu. Zapraszam serdecznie na przedstawienie.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
fot. Bartek Warzecha
Teatr Ateneum w Warszawie, "Dwór nad Narwią", reż. Artur Tyszkiewicz,
Spektakl widziała 14 listopada Małgosia
Najbliższe przedstawienia – 10, 11 i 12 grudnia
Jarosław Marek Rymkiewicz mówi: "Uważajcie rodacy, upiory przeszłości lubią wysysać z nas krew".
"Dwór nad Narwią" pióra Jarosława Marka Rymkiewicza jest pierwszą w nowym sezonie premierą w Teatrze Ateneum w Warszawie. O sztuce, jej przesłaniu rozmawiamy z młodym aktorem stołecznej sceny Mateuszem Łapką.
Będzie strasznie, będzie śmiesznie?
To jest bodajże trzecie w Polsce wystawienie tej sztuki, a pierwsze w Warszawie. Jak będzie? Troszkę śmiesznie, troszkę strasznie, bo zabawa tą konwencją duchów nam to umożliwia. Będziemy walczyć z tymi duchami przeszłości, z tym, z czym my, Polacy na co dzień nie możemy sobie poradzić. Z naszą przeszłością, z tym, że wchodzimy w życie z bagażem, z ciężarem, z czymś, od czego nie możemy się uwolnić. Artur Tyszkiewicz - reżyser tego spektaklu, powiedział kiedyś, że Polacy cały czas żyją na cmentarzach. Troszkę będzie też o tym, żebyśmy się nieco uwolnili od tego. Oczywiście, każda z postaci kreowana przez kolegów i przeze mnie jest inna, o co innego jej chodzi, ma odmienne wizje, i to jest wspaniałe.
Jesteś aktorem młodej generacji. Jak sobie radzisz z rozpamiętywaniem historii i naszej przeszłości?
Staram się z tym walczyć, ale to jest gdzieś w środku, ta nasza polskość. Myślę, że trzeba sobie zadać pytanie: co nam daje to ciągłe rozdrapywanie ran? My nie żyjemy tym, co się dzieje teraz, ale ciągle wracamy do tego, co było. Wracamy do dalszej czy bliższej historii, ale wracamy. Starsi koledzy wielokrotnie mówili, że kiedy się spotykają ze znajomymi, z lat szkolnych, siadają i pytają "co u ciebie?" – w odpowiedzi na to pytanie bardzo rzadko słyszą, co tak naprawdę dzieje się w obecnym życiu znajomego. Tamci wracają to tych lat i wspominają - "a pamiętasz jak trzydzieści lat temu ..?". Ciągle te wspomnienia powracają. Wiadomo, że są momenty, kiedy nie wolno nam zapomnieć tak całkiem. Mieliśmy niedawno Dzień Zaduszny i Dzień Wszystkich Świętych, jest to czas refleksji, wspomnień, ale potem to mija i nie możemy ciągle się umartwiać. Po to jest taki dzień w roku, żeby pamięć czcić w odpowiedni sposób, ale nie przez kolejne 364 dni w roku. Postać Kamila, którego gram, mówi takie słowa – "czy ludzie, którzy przeminęli, będą ciągle rozdzierać piersi ludzi przyszłych? Czy zawsze będziemy się tym nawzajem zamęczać?".
Jest jakieś rozwiązanie?
Z pewnością jest. Jednak każdy musi sam znaleźć odpowiedni dla siebie sposób. Można inaczej żyć, a przynajmniej spróbować.
Powiedz coś więcej o granej przez Ciebie postaci?
Kamil jest umarłym poetą. Do końca nie wiemy, jaki związek ma imię postaci z poetami, którzy żyli przed laty. Kamil jest zjawą, sami możemy sobie interpretować, który Kamil... Podobnie jest z postacią graną przez Krzysztofa Gosztyłę - Jenerał Józef. Było tylu Józefów w historii Polski, że każdy może sobie dopasować swojego. Fajnie jest to wszystko potraktowane przez autora tekstu. Widz może sobie dowolnie dobrać, zinterpretować. Wracając do mojej postaci: Kamil popełnił samobójstwo, taka romantyczna śmierć, strzelił sobie w usta z powodu nieszczęśliwej miłości. Zabił się z miłości do kobiety - z którą, żeby było śmiesznie - żyje teraz we dworze już po śmierci. Ich groby znajdują się nieopodal. Nie są w związku, jednak Kamil cały czas jest w niej bardzo zakochany, mimo śmierci to uczucie nie wygasło. Kamil jest człowiekiem, którego nikt nie próbuje zrozumieć. Jest inny niż cała reszta zjaw. Poeta…On inaczej odbiera rzeczywistość, inaczej patrzy na pewne rzeczy, inaczej myśli, czuje. Jest wyśmiewany, traktowany nie do końca poważnie. Próbuje osiągnąć taką duchową wzniosłość. Stara się być dobrym człowiekiem, wije sobie wianki, ogląda piękno przyrody, słucha śpiewu ptaków. Mówi, że takie przyziemne rzeczy jak seks, picie, jedzenie to nie jest to, na czym mu zależy. Powinniśmy się rozwijać, piąć wyżej i wyżej, szczeblować w górę po drabinie ducha. Kamil jest taką właśnie postacią. Czy to mu się uda, czy nie, to już trzeba przyjść do teatru i samemu się przekonać.
Czyli w spektaklu będziemy obcować z bohaterami żywymi i widmami?
Tak. Widz doskonale będzie wiedział, kto do której grupy należy. Mamy ciekawą charakteryzację, wszystko jest czytelne dla widza. Sztuka, mimo, że napisana lata temu, jest bardzo aktualna. Postać grana przez Darka Wnuka mówi, że te genetyczne krzyżówki, mutacje, kombinacje to jest przyszłość. Wprawdzie na szczęście nie żyjemy z umarłymi, ale naukowcy dokonują różnych genetycznych eksperymentów, klonują, krzyżują na co dzień – na przykład zwierzęta. Kto wie, dokąd to zmierza i jak się może rozwinąć?
Bawiliście się chyba nieźle na próbach?
Tak. Postaci duchy są mocno przerysowane, wygląda to trochę jak "stary teatr" – od charakteryzacji po grę. Momentami mamy do czynienia z "nadgrywaniem". Tego szukaliśmy, wspólnie pracując nad tym, jak ta sztuka powinna wyglądać. Gdy pojawiła się charakteryzacja, kostiumy, i zobaczyliśmy siebie nawzajem – było dużo śmiechu. Zapraszam serdecznie na przedstawienie.
Rozmawiała Małgorzata Gotowiec
fot. Bartek Warzecha
Teatr Ateneum w Warszawie, "Dwór nad Narwią", reż. Artur Tyszkiewicz,
Spektakl widziała 14 listopada Małgosia
Najbliższe przedstawienia – 10, 11 i 12 grudnia
Subskrybuj:
Posty (Atom)













